środa, 19 grudnia 2012

Takie tam przedświąteczne

Na początek od końca. :)

Młody chory, znowu idą te cholerne piątki. Idą i wyjść nie mogą. Czy do 18tki tak będzie?

Inna rzecz, że ja też.
Wczoraj wstałam z opryszczką, dziś od rana smarkałam. (Póki co zabiłam to Sinupretem, Amertilem i sterydami do nosa.) Zobaczymy jak dalej będzie.

I niech mi ktoś powie, że nie istnieje autoterapia i samoleczenie intuicyjne! Mój syn od paru dni mało je - konkretny objaw nadchodzącego osłabienia. Za to wciąga Acerolę Plus jak szalony. Sam się domaga. Chętnie je jabłko, nie chciał kolacji, ale owoc już tak.

No nic to, będziemy się dalej witaminizować i kurować. Przed nami święta. Trzeba się jakoś trzymać. :)

Noce się poprawiły, ale teraz znowu zepsuły.
Już było dobrze, skończył z jedzeniem pięć razy na noc... Za to teraz wierci się, popłakuje, stęka. Nos zapchany od dzisiaj. Nienawidzi tego, no ale kto lubi...

Poza tym bez zmian.
No może z jedną, będziemy mieli teraz przerwę w SI i z Yamahą, przez te święta. Dopiero 7 i 8 stycznia teraz. Szkoda, bo Daniel sam pyta kiedy idziemy do Pani Misi (czyli do Y).

***

Dziecko zaczyna cwaniaczyć tak poza tym. ;)
Gdy nie chce zasypiać każe mi zamknąć oczy, a potem krzyczy: MAMA TAWAJ!
Jak oczy otwieram to mówi: MAMA PI. 
A potem znowu: MAMA TAWAJ!
Albo smyra mnie palcem po buzi i mówi: TI TI TI MAMUSIU :D

I weź tu człowieku takiego nie zagryź do poduszki. :D 

***

Wesołych Świąt ludziska!
Spokojnych, rodzinnych, miłych, ciepłych... Cudownych po prostu!

A to mój dar dla Was:


Sami robiliśmy z Daniusiem. :) 
Smacznego!

***

W chwilach wolnych zapraszamy do bloga bez autyzmu w tle.


Jajko mądrzejsze od Kury

:*

__________________________________________________________________

czwartek, 13 grudnia 2012

Mikołaje, dużo Mikołajów :D

Wczoraj i dziś spotkaliśmy kolejne Mikołajki. :)
Jak znacie jakieś, które się szwędają po okolicy jeszcze, to przyślijcie do nas, chętnie ich ugościmy. :D

Pierwszy Mikuś przyniósł Daniowi super grę i książeczkę (tej akurat nie mamy - fuks :D ), a i o mamusi nie zapomniał. :)
Dziękujemy Mikołaju. :*




Nie wiem tylko czy ten drugi prezent, to nie aluzja, że źle wychowuję dziecko? :D

***

Kolejny Mikuś spełnił życzenie i kupił Daniowi prezent z "listu do Mikołaja". Bardzo fajny prezent. Ale na ocenę poczekamy do 24go grudnia. Potem zdamy relację jak się przyjął.

Mikołajowi dziękujemy. :*
Do tego pikna karteczka, która od razu Mikołaja zdradziła i to bez otwierania. :D




Cmok!


środa, 12 grudnia 2012

Wrrrr

Pewna bardzo mądra dziewczyna napisała kiedyś na swoim blogu, po paru niemiłych spotkaniach z niemyślącymi ludźmi: "Dziś Was głupie ludzie nie lubię!"
Była to Joanna Sałyga (Chustka).

Ja też dziś paru takich nie lubię...
Spotkanie było wirtualne, ale złość jest żywa i realna.
A rzeczy dotyczy metod wychowawczych. Ciężki temat.
Tym cięższy, im bardziej rodzic żyje w przekonaniu, że metodą na płacz czy krzyk dziecka jest odstawienie go na schody. (Notabene zaskoczony jest potem, że dziecko się schodów boi. Eureka po prostu!) Albo gdy psycholog radzi takiemu, by rozwrzeszczaną istotę zamknąć w pokoju, co też skrzętnie czyni! (Tu mi już wszystko opadło, nawet to, co się jeszcze jako tako trzyma.)
Albo gdy rodzic taki wali w twarz swoją dwulatkę, bo ta bojąc się mycia głowy siłą, próbuje się bronić, wierzga i krzyczy.
Inne przykłady:
Matka odstawia dziecko 11miesięczne do drugiego pokoju, bo pijąc mleko z piersi ugryzło ją. Zarządza więc odstawienie od piersi i wyprowadzkę.
Matka oznajmia, że próbowała rozmów! (z dwulatką) ale nic nie dały, więc stosuje karne schody.
Matka straszy dziecko schodami, gdy to rzuci zabawką.
11miesieczne dziecko po trzech próbach usypiania zostało zostawione samo w pokoju. Buntowało się, aż przestało i zaczęło zasypiać samo. Matka uznała to za wychowawczy sukces.
Matka zostawia niespełna dwuletnie dziecko z przepukliną samo, aż się wykrzyczy. Po 20 min dziecko zaczyna dostawać spazmów, zanosi się i trzęsie. Matka czeka...
Tatuś określa swoje płaczące dziecko jako "potworka", bo to nie daje się układać siłą.
Dwulatka upuszcza swoje emocje masturbując się, a rodzice toczą boje o to, kto ją bardziej rozpuszcza i nakładają kolejne kary w celu rzekomo wychowawczym.

Mój komentarz będzie kolokwialny, żeby nie powiedzieć brukowy:
rzygać mi się chce!

***

Posłużę się cytatem, który będzie najlepszą odpowiedzią na podobne kretynizmy wychowawcze. Chociaż sądząc po tym co przeczytałam od dwóch miłych pań, lepszą nauką mógłby się okazać strzał patelnią w pusty łeb.

"Na różnych etapach życia dzieci mają różne sposoby wyrażania trudnych emocji. Żeby je zrozumieć, trzeba zawsze uwzględnić wiek dziecka i jego indywidualność. Malutkie dzieci wykorzystują do radzenia sobie z trudnymi sytuacjami takie metody, która są im znane i dostępne. Na początku płaczą, krzyczą, protestują, Potem uczą się nowych sposobów wyrażania tego, co dla nich trudne. Biją, kopią, drapią. Wrzeszczą, wyzywają. Tupią, rzucają przedmiotami, rzucają się na ziemię. Każdy z tych sposobów w pewnym wieku jest zupełnie naturalną i typową reakcją.
Pytanie więc nie brzmi: jak oduczyć moje dziecko szczypania, bicia, gryzienia, a raczej: jak nauczyć moje dziecko innych, bardziej przyjaznych dla otoczenia i bardziej dojrzałych sposobów wyrażania emocji.
(...)
Warto przy tym pamiętać, że małe dziecko musi energię płynącą z silnych emocji jakoś spożytkować. Dziecko żyje bardziej w ciele niż dorosły i reaguje na trudne sytuacje za pomocą ciała. (...)
Tak jak zając, który się przestraszy, musi się przebiec, bo inaczej umarłby na atak serca, tak i dziecko, które się zezłości, musi jakoś poradzić sobie z mobilizacją swojego organizmu.
(...)
Złość jest niezbędna do przetrwania. Przeciwieństwem złości nie jest miłość i radość, tylko depresja!
(...)
Kara powoduje trudne uczucia: złość, bunt, wstyd, smutek. Choć stanie w kącie jest uważane za dobrą metodę, czasem trafia się na egzemplarz, którzy trzeba tam zaciągać siłą. Nie dlatego, że z dzieckiem jest coś nie tak, tylko dlatego, że czytelnie pokazuje, że nie jest to skuteczna droga do dobrowolnej współpracy.
(...)
Dziecko, które przyjmuje karę ze spokojem, raczej nie nauczyło się współpracować. Prędzej nauczyło się kłamać albo się bać!
(...)
Właściwie większość "tradycyjnych" metod wychowawczych oparta jest na strachu, wstydzie i poczuciu winy.
Na strachu przed złością okazywaną przez rodzica, albo izolacją od niego wtedy, kiedy dziecko najbardziej potrzebuje wsparcia.

Przykład:
zachowanie małych rezusów w badaniach Harlova, które przytulały się do pluszowej matki tym mocniej, im bardziej przerażające dźwięki ona wydawała. Kiedy ich poczucie bezpieczeństwa było zachwiane, szukały pomocy tam, gdzie prowadził je instynkt.
Natura niestety nie przewidziała sytuacji, w której to rodzic jest źródłem zagrożenia dla dziecka."


Autor:
Agnieszka Stein
Źródło:
"Dziecko z bliska"

Tyle moich wrażeń  na dziś.

wtorek, 11 grudnia 2012

Jeden problem mniej

Od paru tygodni Daniel pozwala mi się ze sobą rozstać.
Najpierw przestał krzyczeć rano, gdy wychodziłam z domu, potem parę razy oddaliłam się od niego w sklepie, zostawiając z moją mamą, a sama leciałam coś znaleźć, by szybciej rzecz załatwić. 
Później kilka razy oznajmiłam mu, że idę np. do samochodu po wodę, a on pozwolił mi wyjść i nie oponował.
Wkrótce doszło do tego mówienie PAPA i KUP CHEBEK, a potem pac i drzwi zamykał lecąc do zabawy albo babci. Niekiedy obdarował mnie buziakiem, a innym razem nie miał na to czasu. :)

Wczoraj z duszą na ramieniu wybrałam się do pana dochtora od kanalizacji, a że zmusiłam do wizyty też mamę, młodego zabrałam ze sobą.
Nie wiedziałam jak to ugryźć, ale trzeba było spróbować. Weszłam do gabinetu pierwsza, a on został z babcią. I nic. Żadnego stękania, marudzenia, nic. Roznosił poczekalnię. :) Wszystko sprawdzał, wszędzie zaglądał, taki mały szatan co to jest w pięciu miejscach jednocześnie.
Naszą wymianę przyjął jak rzecz oczywistą, babcia zniknęła za drzwiami, wróciła mama... I tyle wrażeń.

Dorósł?
Zaczyna rozumieć, że wrócę i go nie zostawię?

***

Do niedawna nie mogłam odpalić samochodu, gdy on był na zewnątrz. Wpadał w panikę i krzyczał jak opętany. Najgorzej było, gdy samochód nie odpalał i musiałam się podpinać pod ładowarkę. Wtedy nie mogłam go mieć na rękach i zapinałam w foteliku. Sama musiałam wysiąść. Kosmos!
W  sobotę jechaliśmy do znajomych na herbatkę.
W drodze na dół zdałam sobie sprawę z tego, że jest zimno, pełno śniegu. Trzeba auto odpalić i odśnieżyć. Przez chwilę nie wiedziałam co robić...
Ale co mi zostało? Trzeba było próbować.
Dałam mu zmiotkę, wsiadłam do auta i wyjaśniłam (wcześniej też to robiłam, ale nie pomagało; nawet gdy babcia na rękach trzymała), że odpalam autko, żeby się nam grzało w środku.
Stanął obok i patrzył. Odpaliłam. Nic. Cisza. Ani dźwięku. Żadnego szarpania mnie, żebym wyszła. Żadnego pakowania się na kolana. Żadnego krzyku. Zero. Null.  o_O
Do teraz nie wyszłam z szoku...

Wysiadłam, a on zabrał się za zmiatanie śniegu z samochodu. W tym czasie spokojnie mogłam oskrobać szyby. Niewiarygodne!!

W  niedzielę powtórzyłam test, jadąc po babcię. A wczoraj kolejny raz, podobna sytuacja rano przed SI. I też nic.

***

Wiem, że dla rodziców zdrowych dzieci to jest problem, którego nie ma. Większość pewnie w ogóle tego nie ogarnia. Dla nas był ogromny. Bo to nie był zwykły strach, że mama wychodzi i żal zostawionego dziecka. To była panika i histeria.

A teraz nic, uśmiech i cisza... albo pożegnanie. Tak zwyczajnie. Zwyczajnie niezwyczajnie. :) Coś niesamowitego.

Ktoś kto nie ma podobnych problemów nigdy nie zrozumie jakim darem jest takie zwyczajne codzienne bycie z dzieckiem, normalnie przywitania, pożegnania, wyjazdy razem i powroty. Bez opętańczego krzyku, bez możliwości wytłumaczenia prostych spraw, bez cyrku i zwracania uwagi w zasięgu 500metrów.

I tak sobie myślę, że chyba dlatego nie robię problemu z banałów, że miałam to, co miałam i mam to, co mam? Z wylanej herbaty, z przewrócenia się i zdarcia spodni, z porysowanego stołu itp?
Parę dni temu koleżanka spytała mnie czy zawsze jestem taka spokojna. Młody akurat wylał na siebie herbatę. Nie spytałam dlaczego nie miałabym być i do teraz mnie to nurtuje.
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że staram się.
Nie zawsze mi wychodzi, ale to akurat prawda - staram się.



poniedziałek, 10 grudnia 2012

Wolność

Nie zawsze jest różowo, ale nie poddajem siem.





Czasem o tym zapominam, zwłaszcza gdy usilnie próbuję uzyskać jakiś efekt, na który mój syn ochoty  nie ma. Czasem nieźle się wkurzam. Czasem wychodzę z pokoju, żeby nie udusić, a potem mam wyrzuty sumienia, że nie staję na wysokości zadania.

Chciałabym o tym pamiętać zawsze i wszędzie.
Chyba sobie wydrukuję i strzelę na drzwiach wejściowych do domu. :D 

Źródło obrazka: Dzikie Dzieci.
Autor: Agnieszka Stein

czwartek, 6 grudnia 2012

Mikołaj

Dziękujemy Ci Mikołaju :D


Rozbawiłeś nas. :D Głównie kopertą. :) 

A zawartość mnie rozczuliła. Lubię takie plagiaty! :*

Ps. DANIEK dziękuje za puzzelki! Cmok!


***

Mikołaj spotkany przeze mnie przyniósł Daniowi trójkąt muzyczny. Tak się nim fascynuje na zajęciach w Yamasze, że nie miałam serca mu tego odmówić. :)

Dziadek zaszalał i dopadł w Netto jakiegoś keyboarda na baterie. Super jest. Do tego składany. Co prawda plastik i pewnie długo nie pożyje, ale póki co dziecko się cieszy.

Tatuś przekombinował i teraz słucham jak pluszowy Elmo opowiada o kształtach i kolorach, albo śpiewa piosenki. :D Ale młody zachwycony. No to niech ma. Przetrzymam to. :D
Dziś Elmo spał w sypialni, na podłodze co prawda, ale na poduszce i przykryty kocykiem, w towarzystwie Ciasteczkowe Potwora. Spytałam co robi, gdy je układał i usłyszałam:
CIII MALUCHY ŚPIĄ :D

Nie wiem skąd on wziął te maluchy. ;D





wtorek, 4 grudnia 2012

Nieźle kombinuje

Mój syn sięga do koszyka z piankowymi klockami, wybiera takie mające robić za dach, jeden daje babci, drugi bierze sobie, po czym przykłada do ucha i udaje, że rozmawia z babcią przez telefon
/Swoją drogą nieźle sobie to wydumał./
Rozpoczyna się konwersacja:
- CIEŚĆ
- cześć kochanie
- CIO ŚŁYCHAĆ?
- wszystko dobrze, a u Ciebie?
- SIŚKO DOBZIE
- (babcia próbuje się nie śmiać)
- CIO LOBIŚ?
- odpoczywam sobie, a Ty co robisz? idziesz spać?
- NIE
- już późno, idź spać z mamusią już
- NO PA
- pa kochanie
- CIMAJ SIĘ ZIMNO

:d
Padłam, umarłam i zakrztusiłam się ze śmiechu połączonego z płaczem. :)

Ciocia Basia orzekła, że słusznie, zimno jest to i trudniej się ciepło trzymać. :D
Coś tu jest na rzeczy...

***

Jestem biedniejsza o 100zł za wizytę i drugie tyle za mechanika, ale jestem w domu, nie położyli mnie w szpitalu (chociaż próbowali), a auto na chodzie.
Dostałam propozycję z serii "nie do odrzucenia" którą jednak musiałam odrzucić. Pani docent zaproponowała mi usunięcie migdałków. Niestety w Zabrzu, niestety w normalnym szpitalu (kasę dostają z NFZ za dobę - programowo leży się wówczas 5 dni), niestety nie mogę leżeć tyle dni i zostawić dziecka. Odmówiłam.

Biorę antybiotyk dozatokowo - gentamycyna, sam urok.
I szukam lampy Bioptron.
No i czekam na cud...

A ja nie nastąpi będę się modlić, by Klinika Św. Łukasza w Cz-wie, gdzie robiłam zatoki, dostała kontrakt na przyszły rok; wtedy pogadam z panią docent o zrobieniu  migdałów tam, w ramach tzw. kliniki jednego dnia. Czyli powtórka z rozrywki będzie. Ale to gdzieś wiosną pewnie...




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Nie może być za dobrze

Pokręcony czas jakiś mam, nawet nie umiem tego posta skleić. Trzecie podejście robię i nic się kupy nie trzyma.
Wypunktuję więc:

- Młody ma fatalny czas w zakresie jedzenia. Postawił na mleko i ssanie. Cholery dostaję. Od piątkowego do sobotniego wieczoru zażądał 7 porcji.
W nocy jadł 4 razy. Nie wstawałam tyle jak miał miesiąc. :/

- Mało je w ciągu dnia, bo nie ma czasu. Ciągle biega. A że dostaje Sinlac i jego odpowiednik z Bobovity, to sądzę, że nakręca go cukier. Co za tym idzie chętniej sięga po słodkie, w sobotę zjadł na raz całego lizaka - szok. Na obiad odmówił konkretów, zjadł naleśniki z dżemem. Kolacyjna nie słodka kiełbaska kąpała się z nim w wannie...

- Gorzej śpi. Budzi się na jedzenie, zasypia marudząc, wstaje z płaczem, w nocy ma pobudki, chce wyjść z sypialni (dziś po 4ej), jak uda mu się zasnąć znowu to i tak potem wstaje zły, bo ma niedobory. Dziś wstał o 5:17.

- Kombinuję czy to jakiś skok rozwojowy, czy wina tego Sinlacu / Bobovity, a może dodatku kaszy wielozbożowej do mleka koziego, które czasem dostaje. Skończyła nam się jaglana Holle i postanowiłam dodać innej... Nie pamiętam jak spał na samym "mleku" owsianym, które jakby nie było jest z glutenem. Może już wtedy nie było tak złoto, tylko tego nie zakodowałam? Nie wiem.

- Całą niedzielę biegał jak nakręcony. Nie chciał spać w dzień. Uśpiłam siłą, wstał z płaczem. U dziadków przestawił chatę w ciągu paru  minut. Dziś na SI nie wykonał żadnego zadania. Zaczynał i leciał gdzie indziej...

- Nie zaśnie normalnie tylko wymyśla. Głównie, że bolą go plecy. Przynosi balsam i każe się smarować. Super - postęp w SI. Tyle że zasypia godzinę, albo i dłużej. Trudno kogoś masować przez tyle czasu. Do tego najlepiej udając, że się śpi.... :/

- Jednocześnie z fazą jedzenia mleka non stop przyszła faza na pady. Niewyspany, pobudzony cukrem z tej durnej kaszy, przesadnie reaguje na różne rzeczy, na które wcześniej uwagi nie zwracał. Potrafi w nocy zejść z wyra, walnąć się na środku podłogi i powiedzieć, że zrobił BAM, a ja mam go podnieść.

- Chyba muszę się przejść do pediatry po receptę na mleko Pepti na 100%, żeby mieć coś rezerwowo, gdy wymyśla nagle że MEKO, żeby nie dać tego Sinlaca. "Mleko" owsiane czy jaglane nie zawsze mam na zawołanie, to wymaga przygotowania. No i jak już jest to w lodówce, więc nie da się go podać tak na pstryk.

- Zaczynam się bać, czy to nie drożdże.
Ma skąd je brać, bo przecież mnie nikt po serii antybiotyków tegorocznych nie przeleczył. No i samo to, że je ten cukier, a wiec jest i pożywka.

- Niestety zmiana diety  na taką z preparatem mlekozastępczym na 100% wiąże się ze sporym wzrostem wydatków. Do Pepti muszę dodać jaglanej Holle, inaczej będzie pił co godzinę. Wydatki są mi mało na rękę w tej chwili... Nie dość, że dziś wracam do laryngologa (prywatnie of course), bo zdycham z powodu bólu zatoki i już się boję co mi tam powie, bo ani antybiotyk mi się nie marzy (ósmy w tym roku! - już pomijam koszt), ani kolejny zabieg (też pomijam koszt). Zaleconego Ibupromu Zatoki brać nie mogę, bo szczęśliwie dorobiłam się wrzodów po tym fatalnie dobranym leczeniu tegorocznym od stycznia do września. :/ Jak już zdycham z bólu i jednak go zeżrę, to potem w nocy nie śpię przez ból brzucha...
To jeszcze wracając do leczenia zatok odsuwam w czasie inne sprawy, w tym gastrologa i gastroskopię. :/ Na domiar złego stosuję krople do nosa, a więc a) uzależniam się, b) niszczę śluzówkę. Inaczej wszystko zamknięte i boli sto razy mocniej.
A jakby i tego było mało, to coś mi stuka w limuzynie i obroty zwariowały na maksa, skacząc do 3 tys. gdy np. stoję na światłach. W wyniku czego rzęch odwiedził dziś warsztat.... Niestety nie wiem co jest winą ani czy będzie mnie stać na jego odebranie w tym miesiącu.

Prawo serii rządzi!

Chaotyczne te moje wypociny, ale lepiej nie będzie. Mam ochotę rzucać łaciną, gryźć i drapać.
Do dupy to wszystko.

Jakieś pewne cyferki do totka poproszę!



czwartek, 29 listopada 2012

Domowa "terapia"

Bardzo często ktoś mnie pyta co robimy w domu, jak wyglądają ćwiczenia, jaką terapię  prowadzimy, co razem wykonujemy, czy mamy program terapeutyczny i zalecone zajęcia. Ile godzin dziennie pracujemy.

Odpowiadam:

- nie mamy programu; mamy zalecenia, różne; np. zawijanie w koc, turlanie, gilganie, ściskanie, głaskanie, masowanie; ćwiczenia w rysowaniu, układanie klocków, przelewanie wody, ugniatanie plasteliny itd., czyli wszystko to co robimy sami z siebie i co robiliśmy wcześniej w ramach zabawy; pani psycholog i pani neurologopeda liczą chyba na moją intelygencję, bo niczego na papierze nie dostałam i żadnych punktów nie realizuję.

- ćwiczenia są albo spontaniczne i wynikają z tego co w danej chwili chcemy robić; gdy młody maluje, to maluje, nie ciągnę go wtedy na masaże, gdy chce być miziany, to miziam; gdy ma głupawkę korzystam i gniotę, ściskam, zawijam; albo też wynikają z normalnego planu dnia, czyli z życia; przykład: babcia potrzebuje pięciu  minut oddechu i np. rozwiązuje krzyżówkę - dziecko zamazuje kartkę; mama ma do przeczytania powiedzmy specyfikację przetargową - dziecko dostaje papier, kredki, plastelinę czy co tam jeszcze i działamy, ja jednym okiem i jedną ręką; musimy ugotować zupę - dziecko siedzi na blacie i miesza kostki warzyw w misce, mam ochotę upiec biszkopt - młody trzyma mikser albo dosypuje mi mąkę... itp. itd.

- nie mamy wyznaczonego czasu i nie patrzymy na zegarek co ile tego czasu nam zajmuje; /notabene ja w ogóle mam zegar w domu od niedawna i to w sypialni, i służy tylko do kontroli pory wieczornego zasypiania, bo jak przesuniemy choćby o kwadrans mamy zasypianie w płaczu i histerii;/
ćwiczymy tyle czasu ile chcemy; Daniel nie ma i nigdy nie miał narzuconej pory na robienie czegokolwiek co nie jest snem, nie zmieniło się to od czasu diagnozy; uważam, że ma jeszcze czas na to by rysować 45minut, bo tak mówi np. plan lekcji.... jeszcze kilka lat;

- nie pracujemy; ćwiczymy, bawimy się, robimy razem różne rzeczy, większość w sumie robimy razem; nie zmuszam go, nie przytrzymuję, nie nagradzam i nie karzę; próbuję zachęcić, wydłużyć każdą z zabaw, bo młody ma problem ze skupieniem uwagi, ale jak nie chce to nie, spróbujemy jutro albo za kilka dni;

To chyba tak w skrócie i bardzo ogólnie.

A oto przykład naszej domowej terapii:



















 Ps. Pierogi były pyszne. :D



Empatia

Dziś rano mój syn po raz pierwszy zaprezentował swoje zdolności empatyczne.

Właściwie to już pogodziłam się z faktem, że nie bardzo łapie czy jestem smutna, czy zła i w nosie ma takie rzeczy. A tu taka niespodzianka...

Rozmawiałam rano z mamą o tym, że jak wczoraj wzięłam procha to przestały mnie boleć zatoki, za to brzuch zaczął i chyba muszę wybrać czy leczę wrzody i nie biorę nic na zatoki, czy leczę zatoki i zaogniam wrzody.
Nagle słyszę tup tup, dziecko przybiegło z drugiego pokoju, przyjrzało mi się uważnie, po czym podeszło do mnie i pomiziało mnie po głowie.
"Co robisz, kochanie?" - spytałam
"JA GŁAŚKAM MAME GÓFCIE, BZIUSIEK PSIEŚTANIE BOLEĆ"

Wyglądał przy tym naprawdę przejęty.
Postanowiłam potestować dalej.
"A pogłaszczesz mamę po brzuszku? Wtedy na pewno już przestanie boleć." Zapytałam.
Pogłaskał. :)

Cuś drgnęło?


wtorek, 27 listopada 2012

Za bystre

Dzieci są za bystre czasem. Za dobrze słyszą i za dobrze pamiętają.
Mój syn wczoraj coś w tv obczaił nowego. Spodobało się i zapamiętał.
Po południu bawimy się, ja coś gadam do niego jak zawsze, a ten do mnie: CICHO BĄĆ.

Hęęęę? o_O

***

Babcia nauczyła mówić jak się Danielek nazywa.
Otóż nazywa się DANIEK SIOPCIK.
Daniek to skrót od Danielek, tak sobie wymyślił.

Idziemy do Yamahy, pytam go jak się nazywa i odpowiada mi, że Daniek Siopcik.
Po czym patrzy na mnie, myśli chwilę i wypadala pokazując na mnie palcem:
MAMA SIOPCIK

:D


To tyle na tę chwilę.
Mama Siopcik życzy Wam miłego dnia!

:*

/pisownia oryginalna - zapisuję tak jak brzmi/

Nowa statystyka







Autyzm nas zabije.
Tak się skończy ludzkość.


piątek, 23 listopada 2012

Zajęcia z rodzicem

Parę osób mnie o to pytało, a dziś jeszcze zgadałam się z mamą Roksanki, więc napiszę zbiorczo.

Na wszystkie zajęcia, jakie Daniel ma rozpisane, zawsze chodzę z dzieckiem.
Z dzieckiem jestem u pani Eli Bogacz. Z dzieckiem u neurologopedy pani Oli Łady.
Z dzieckiem byłam w Filomacie i Easy.
Z dzieckiem jestem w szkole muzycznej Yamaha.
Z dzieckiem wchodzę na SI.

Nie zdecydowałam się na zapisanie małego na parę godzin w tygodniu do pobliskiego Klubu Malucha, bo nie pozwolili mi być na początku z dzieckiem. ("Trochę popłacze i przestanie, to normalne, my sobie poradzimy." Ja nie wątpię, tyle że ja w dupie mam czy poradzą sobie panie... mnie interesuje jak poradzi sobie dziecko!)

Decyzje tego typu (zakaz wchodzenia z rodzicem) uważam za idiotyzm.
Tłumaczenia, że dziecko czuje się inaczej bez rodzica i lepiej zachowuje, szybciej przystosowuje, to  robienie z rodzica debila.
Argumenty, że inne dzieci są wtedy zazdrosne i też chcą mamy, są absurdalne.

Niedawno pan Rzecznik Praw Dziecka apelował do rodziców, by monitorowali pracę żłobków i przedszkoli, tłumaczył że mają prawo wejść i sprawdzić w jakich warunkach przebywają tam dzieci i jak są traktowane.
Tymczasem dyrektorzy i nauczyciele stają okoniem.
A może trzeba to zacząć zgłaszać?

A gdy słyszę, że na SI dziecko nie może wejść z rodzicem, to budzi się we mnie demon! Co oni tam wyprawiają, że rodzic im przeszkadza? Czego się boją? A może zmuszają do zajęć i nie chcą by rodzic im w tym przeszkadzał? A może wcale się nie przykładają?
Ja nie wiem, ale brzydko mi to pachnie...

Uciekam od takich miejsc jak daleko mogę.

wtorek, 20 listopada 2012

Jedzenie i inne oralne fiksacje

Zacznę od zmian.

Daniel ma coś, co lubi jeść. Szooook.
Otóż lubi jogurt grecki. Taki zwyczajny, gęsty jak śmietana, bez dodatków.
Ja wyciągam jogurt żeby dodać do sosu czy zupy, a moje dziecko łapie mnie za rękę i mówi: DANIEK JE.
/Daniek to skrót od Danielek. :)/

Drugą taką rzeczą jest sok, jabłkowy.
Zawsze mam w domu kilka takich małych soczków (soczków bez dodatku cukru, nie nektarów, nie napojów) z Tymbarka. Czasem wypijał jeden w tygodniu, czasem trzy. Sam mówił albo pokazywał, że chce.
Ostatnio gdy podchodzimy do półki w sklepie, sam ten sok wybiera. I zawsze jest to sok jabłkowy.
W niedzielę postanowiłam kupić cały litr w ramach oszczędności. Nalałam do kubka, dałam słomkę - wydoił całość.

Kolejna ciekawostka - dziecko nagle je jajka. Takie na miękko. Tydzień temu zjadł mi pół śniadania w sobotę i niedzielę. W ten weekend wciągnął i prawie całe jajko w sobotę i caluśkie w niedzielę.
Przyczyna? Majonez.
Dziedziczone po wujku Mateuszu chyba. :) Ten też majonez to słoikami jadł kiedyś.
Ale fajnie, kalorie są, śniadanie zjedzone. Mnie pasuje.

foto własne: Gad :) 

Co tam jeszcze...

Aha, młody pije każde mleko które zrobię. Ostatni na topie owsiane. Wciąga aż miło. :)
Inne też pije, tylko z kokosem średnio mu pasi i muszę je dwa razy przecedzać, bo nie lubi tych okruszków, które się tam czasem zabłąkają. Kokos jednak twardy jest i ostry.

Danio serek. Nowość. Miałam w domu po coś, tzn. miał być dodatkiem do jakiegoś twarogu, który dawałam do naleśników. Młody wyczaił, spróbował i teraz chce.
Potrafi zjeść cały.
Zachwytu nie ma z mojej strony, ale dwa razy w tygodniu chyba go nie zabije. No i zawsze to prawie 200kcal.

Bardzo też lubi lody. Ale to chyba każde dziecko.
Kupuję czasem taki mały kubasek i zjadamy go na raz, we dwoje. Siedzi wtedy obok i wciąga. :)

A poza tym...
Chętnie skosztuje galaretkę owocową.
Lubi biszkopt, taki w domu upieczony.
Makarony w białym sosie. (Z mięsem mielonym, szpinakiem itd.)
Makarony w sosie pomidorowym. (Z mięsem, cebulą, czosnkiem itp.) W typie spaghetti i inne, np. muszelki.
Zupy, w sensie: warzywa na łyżeczce z dodatkiem odrobiny płynu. Zje rosół, ogórkową, pomidorową, żurek, kapuśniak (o ile kapusta jest w małych kawalątkach i miękka), krupnik.
Z warzyw upodobał sobie marchewkę.
Lubi też ziemniaki.
Ze smakiem zje wiedeńską kiełbaskę z Lidla.
Czasem ma ochotę na banana.
Lubi mango. 

Niestety nie znaczy to, że najada się tymi rzeczami. Zjada nadal niewiele. Waga ciągle między 3 a 10 centylem, przy wzroście na poziomie 50 centyla. 

***

Poza tym mniej pakuje do buzi różnych rzeczy. Nadal pilnuję i obserwuję, bo coś tam pcha, ale już nie tak, że co godzinę znajduję coś w paszczy.
Największe zagrożenie stanowią gładkie, okrągłe lub owalne koraliki.
I pchełki, takie do gry. Musiałam schować. :/

Odruch wymiotny nadal po sałacie i mięsie, podanym bez dodatków.
Sałatę niestety zawsze wyłuska, jak podam mu razem z czym innym, to zje to wszystko inne, a sałata zostanie na języku. Jak kot.
Mięso w zestawie zwykle wymiesza i zje w całości, ale musi go być mało. I najlepiej mielone. Albo mały paseczek, np. schabowego. Tego ostatniego to chętnie wciągnie z ziemniakiem i ogórkiem kiszonym. Ale jedna porcja musi zawierać komplet składników w małych ilościach.

Parę dni temu dobrał się do mielonego z fasolą. (Tzn. fasola była w kotlecie.) Dwa gryzy i nagle coś przylepiło się do podniebienia... Od razu kaszel, odruchy wymiotne. Pojedzone.

Próbuje gryźć jabłka i czasem nawet zje plasterek lub dwa.
O dziwo lubi jabłka suszone. Ale chyba wybrał sobie jakiś konkretny smak, bo z ostatniej porcji większość wypluwa, nie ten gatunek jak mniemam. :)

Ciągle nie je ciepłego.
Ale zjada i wypija już letnie. Z wyjątkiem mleka - to musi mieć temp. pokojową, inaczej nidyrydy.
Z rzeczy ciepłych fascynuje go tylko babcina kawa. :)
I woda z wanny, w której siedzi... :/

***

Ostatnio nie jest bardzo źle.
Praktycznie każdego dnia coś tam wciągnie. Czasem nawet całkiem ładnie. Do tego "mleko" do poduszki i w nocy (czasem wyrzuca nocne i śpi do rana - szok), czasem mleko rano.
Jak ma fazę, że nic nie chce (bo np. idzie ząb) wtedy pociesza się "mlekiem" w południe, przed drzemką dzienną.

Niestety mniej pije. Przegryzł jeden smoczek i zaparłam się nie kupować. Pije z bidonu, takiego z rurką oraz z kupka TT "Łyczek", ale mało. Od paru dni daję mu picie w kubku i słomkę.
Póki co jest nieco lepiej.
Normalnie z kubeczka to zrobi kilka łyków.
Wyraźnie brakuje mu tej flachy, położenia się i wydudlania całych 260ml. Ale tak nie można przez kolejne dziesięć lat, coś trzeba z tym zrobić... :(

***

Masować się nie daje. Masujemy tylko wychodzące zęby, tzn. dziąsła przed wykluciem zęba. A tak poza tym to używamy szczoteczki elektrycznej.
Ostatnio zostaliśmy za to pochwaleni na SI - podobno to świetna stymulacja.
Nawet nie wiedziałam.
Kupiłam, bo młody nie chciał myć zębów zwykłą szczotką, za to sięgał po mojego elektryka. W końcu dostał swoją, już pół roku jej używamy z hakiem.

Stymulujemy się jeszcze cytryną. Młody lubi i chętnie ssie. Nawet przy tym nie mrugnie. Masakra. :) 

No i temperaturowo - ciepła kawa babci (parę łyczków) oraz lody.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Dalej do przodu

W końcu i mnie przyszło pobawić się w moderatora.
Zakładałam, że postów kasować nigdy nie będę, ale cóż... Życie weryfikuje czasem pewne decyzje.

Osobom, które mają ochotę pokłócić się publicznie, powylewać żale na mnie, załatwić coś sobie poprzez komentarze na blogu, zareklamować swoje blogi oraz tym, którzy wrzucają mi tutaj swoje łańcuszki (bo wierzą i muszę wysłać do X osób i nagle im się przypomina, że mnie znają, albo nie znają i ani jednego posta nie przeczytali, nie wiedzą nawet o czym ten blog  jest) objaśniam, że takie wpisy będę bezwzględnie usuwać.
Blog ten jest formą pamiętnika o moim dziecku.
Nie o placówkach, które opisuję, nie o nauczycielach, nie o terapeutach i nawet nie o moim byłym mężu (za rady odnośnie jego osoby serdecznie dziękuję - jakoś nie jest moją ambicją udupiać faceta, z którym żyłam przez 11 lat i z którym mam dziecko) tylko o moim synu. Proszę o przyswojenie tego. 
Pozdrawiam

***

No więc tak...

Kolejne SI za nami.
Jakoś miło mi się tam jeździ.
Blisko na tyle, że w razie czego jest autobus, taxi albo piechtolot.
Bladym świtem młody jest rozbudzony i ma dobry humor.
A ciocia Aga jest przesympatyczna i niesamowite rzeczy z Gada wyciąga.

Dziś młody podjął próbę czołgania pod klockiem z bardzo niskim tunelem. Co prawda zrobił zwrot gdy dupsko, które zawsze jest wyżej, dotknęło klocka, ale wszedł do połowy, a to już coś.
Przeszedł też po różnych innych gadżetach tak jak prosiła: jak kotek, na pupie, na nogach, tyłem, przodem itp. Ładnie wykonywał zadania.
Ku mojemu zaskoczeniu dał się włożyć do okrągłego tunelu i przekręcić w nim z brzucha na plecy i znowu na brzuch. Zachwytu nie było, szybko wyskoczył, ale przy drugiej próbie też wyraził zgodę i zniósł to dzielnie. Nie było oporu, nie nastawił się na nie po pierwszym razie, chociaż nie bardzo mu się spodobało.

Szał zrobiły pióra. Muszę jakieś w końcu nabyć i nie dwa, trzy, tylko całą chmarę. Szalał z nimi dobre 10 minut i chciał jeszcze. :)

Przy okazji dowiedziałam się, że Gad zna kolory. :D
Ciocia Agnieszka poprosiła o piłkę w danym kolorze i dostała. Potem o inną i też dostała. Na koniec spytała młodego jakiego koloru jeszcze nie mają, a ten wziął niebieski i pokazał. Zapytany o to jaki to kolor odpowiedział: NEKETKI. :)
No proszę... a w domu udaje głupa i jak pytam o kolory to zawsze słyszę: BIAŁY. :D

***

Za nami też kolejne zajęcia w Yamaha, czwarte już. Coraz bardziej mi się tam podoba. Młodemu chyba też, bo tym razem podjął próby współpracy, podskakiwał gdy trzeba było, grał na janczarach jak pani Marysia pokazała, raz do ziemi, raz do sufitu, raz o rękę itp. Gdy grano burzę robił pady na glebę, wstawał gdy grano na słoneczko.
A co lepsze... wczoraj zauważyłam pierwsze zmiany po tych adaptacyjnych zajęciach.

Byliśmy w Auchan, bo dziecko zażyczyło sobie SIOKU i przemarudziło pół soboty patrząc w pustą półkę. Wracając od dziadków zahaczyliśmy więc o sklep, w celu uzupełnienia zapasów.
Dałam mu wybrać i któryś już raz wybrał jabłkowy. Testowo kupiłam 1L z Tymbarka. Skoro lubi niech w domu pije z kubka. A malutkie ze słomką zostaną na podróż. 

Po wyjściu na pasaż młody zaczął zmierzać w kierunku statku. Takiego co to się wrzuca 2 zeta i buja. Statek w naszym Auchan ma dwa stanowiska, po obu stronach  nadbudówki, tak że może tam siedzieć dwoje dzieci, każde na swojej części pokładu. Zawsze, gdy było tam inne dziecko, młody omijał rzecz dużym łukiem. Gdy inne wsiadało, on schodził. Tym razem podszedł i jakby nigdy nic kazał się podsadzić, mimo że z drugiej strony siedział już inny chłopczyk. o_O
Posiedział tam chwilę, pozaglądali sobie z chłopcem przez okna w nadbudówce oraz górą, bez paniki, bez strachu, bez żadnych negatywnych wrażeń. Dopiero gdy chłopak zaczął ganiać w koło i stukać palcem w różne elementy (chciał się przede mną popisać i pokazywał gdzie jest zasilanie, krzycząc przy tym dość głośno: "zasilanie, zasilanie, zasilanie..." żeby zwrócić moją uwagę) Daniel postanowił zejść i kazał się zabrać, bo CHOPCIK IDZIE.

***

Zauważam ogromną przepaść między dziećmi w wieku Daniela a takimi 4rolatkami np. Inny świat. A dzieci powyżej tego wieku, takie w okolicy 5-6 lat to już jest kosmos jakiś dla mnie...
2,5 - 3 latki są ciekawe, zainteresowane, wszystko chcą poznać, dotknąć, mówią normalnym tonem, czasem szepczą, jeśli krzyczą to ze złości; 4rolatki to etap bardziej głośny, popisywanie, skakanie, z tym że jeszcze miewają jakieś hamulce, bywają nieśmiałe, niepewne, za to 5-6 latki to wiek, którego nie ogarniam... krzyki, piski, ogólnie duże zwracanie uwagi na siebie, jakieś teksty od czapy, brak hamulców kompletny, śmichy, chichy, nabijanie się z młodszych dzieci... A jak jeszcze do tego dojdzie brak reakcji u rodzica to jest dramat.

Byliśmy tydzień temu na zajęciach w Easy.
W sali obok były dzieci powyżej 4 roku życia, grupa 5 i 6ciolatków. Zobaczyły nowego i zaczęły popisy. Skakały wokół Daniela, piszczały, krzyczały żeby przyciągnąć jego uwagę. Słyszałam hasła: mały, ej gapa i inne tego typu. Podlatywały do młodego, zaglądały mu w twarz coś tam krzycząc, zaczepiając i wybiegały z sali jak stado dzikich. O_o
Byłam w szoku.
Ciekawe jaki będzie Daniel w tym wieku.
Jeśli taki jak tamte dzieci, to osiwieję do reszty i chyba pójdę do swojej psychiatry po Prozac. :)

Niestety trafiliśmy do grupy 4rolatków (pani w sekretariacie nie zauważa różnicy rozwojowej), ale dzieci było w porządku. Niestety zajęcia już nie. Nie dla Daniela, nie w tej formie. Pani pokazywała obrazki i mówiła, mówiła, mówiła... a młody się nudził, kładł na podłogę, znajdywał śmieci na dywanie.
/Notabene ciekawostka, dzieci zdejmują buty, siedzą na dywanie w rajtkach, spodniach, dresach w których bawią się w domu, trzymają ręce na podłodze, a pani przyszła i zaczęła zajęcia, tak jak stała, w buciorach trekkingowych./ Zdecydowanie nie dla niego taka grupa...

Podobno mieli się podjąć stworzenia grupy 2+ ale mieli tylko dwoje chętnych. Nie wiem czy grupa powstała, bo jest we wtorki i czwartki, a nas we wtorki tam być nie może, bo mamy Yamahę. Ale spytałam panią o program i stwierdziła, że jest taki sam, jak w grupie 4rolatków.
Średnio to widzę.

Co lepsze, młodemu chyba pani nie bardzo spasowała, bo nie chciał jej ręki podać. W ogóle nie chciał współpracować na tych zajęciach.
A dzień później przerzucił antypatię na panią Marysię z Yamahy i nie podał ręki w kole. Pozwolił sobie nawet na foszenie i czegoś tam nie chciał robić z początku, jakiś taki oporowy był jeszcze od poprzedniego dnia w tym Easy. Doszłam więc do wniosku, że więcej z tego może być szkody niż pożytku.

***

A oto co ostatnio wymyśliliśmy w temacie mowy:

JAKACZE - łaskocze
BAAKA - biedronka
PASZA - zaprasza
SIUKAŚ - szukasz
SIMNE - zimne
BIŁO - było
JUF - zółw :D
JAJALAL - dinozaur o_O
CHOŁAŁ - chował
ALOLAĆ - smarować

POCIOK - pociąg
ITOTAM - hipopotam
PETKI - skarpetki
BATKE - herbatkę
KOPKA - kropka 
SIAM - sam
DOBGE, GOBGE - dobre


Ładnie wychodzi:
KAMYK
MAŚĆ
KONIK
KOTEK, KOT
AUTO
IDZIE, JEDZIE
JE, PIJE
UMIE

Hitem ostatnio są:
KUJE BADZIO - dziękuję bardzo
POSIE - proszę

Nawet w nocy jak flachę dostaje wpół śnie, to mówi KUJE BADZIO.  o_O

No i hit nad hity:
SIAMA SIÓL :)

Najdłuższe zdanie jakie usłyszałam:
DOBGE MASIEŁKO JEŚT, SIMNE JEŚT, MAMA KUTKI IJEŁA :)

Kto zgadnie, ten wielki. :D


środa, 14 listopada 2012

Jajko mądrzejsze od kury

Młody wchodzi do łazienki i coś kombinuje przy drzwiach pralki. Ja wieszam pranie. Tyłem do niego.
Słyszę stuk zamykanych drzwi pralki.
Odwracam się, a on stoi na tych drzwiach, na tej dolnej części i zapuszcza żurawia w koszyki z kosmetykami, które na tej pralce trzymam.
Stoję i czekam aż zauważy, że widzę.
Odwraca się i mówi:
"PO CO TU CHODZIŚ, PO CO TU SIUKAŚ"

O_o

Chyba nadużywam tych dwóch zwrotów.

***

Próbuję go ubrać po kąpieli, a on ucieka. Wyszedł z ręcznika i gania po domu z gołą dupą. Prośby nie działają. Tłumaczenie nie działa. To przeszłam do gróźb, mówię że nie mam zamiaru w nocy słuchać jego kaszlu, więc albo się ubierze albo ja będę spała w drugim pokoju.
Zrobiłam do tego stosownie groźną minę.

A ten podchodzi do mnie z uśmiechem i pyk mnie paluchem między brwi, w lwią zmarchę, którą zawsze nadymam, gdy mam wkurw.

O_o
Parsknęłam. 

Robi mi tak już od dwóch dni. Czasem mówiąc do tego: "MAMA NIE LOBI"

Heh...
Nawet się człowiek zmarszczyć ze złości nie może.

;)

poniedziałek, 12 listopada 2012

SI si ri si :)

Fajne to SI.
Fajne tam moje dziecko.
Fajna pani Agnieszka.

I jakaś taka współpraca inna i praca w ogóle, tym razem.
Dojrzał? Woli panią Agę?

Byliśmy dziś na odwiedzinach w innej sali, gdzie była pani jakaś z chłopczykiem, a potem chłopczyk poszedł, a przyszła jakaś dziewczynka z ZD. /Notabene przesympatyczne, radosne dziecko./
Daniel oboje przyjął tak naturalnie, jakby całe życie z nim mieszkali. Nic, zero wrażeń.

Co lepsze, nawet nie słuchał co druga para robi. Słuchał cioci Agi.
I już odnotowaliśmy pierwsze postępy.
Zobaczył jak druga pani buja dziewczynkę na takim dużym wałku i gdy ciocia Aga zaproponowała zabawę w podobnym stylu, nie oponował.
W Rudzie zawsze się stroszył, nie chciał się tak bujać, nawet położyć się na piłce nie chciał.Spinał się i uciekał przy każdej próbie.
Teraz dał się położyć na brzuchu i kiwać. A potem - o cudzie! - pozwolił by go na tym wałku pochylać mocno do przodu w lewo, wtedy sięgał mały kamyk łapką, potem powrót do pozycji wyjściowej i kolejne pochylenie w innym kierunku, i wrzucenie kamyczka do czekającego tam pudełka.
No byłam pod wrażeniem, nie powiem...

I tak sobie myślę, że ćwiczenia w towarzystwie to niezły pomysł.
Może on potrzebuje wiedzieć co się będzie działo nim sam spróbuje?
Ja tak mam, więc czemu on miały inaczej. :)

Tyle że salę mamy przypisaną inną, na dole. Tu byliśmy by inne gadżety obejrzeć i innych ćwiczeń spróbować. Ale może będziemy tam wpadać. Zobaczymy.

Było też wspinanie i kulanie po materacu - to drugie też pierwszy raz sobie pozwolił. Wcześniej tylko w domu, na łóżku. I nawet mu się spodobało. :)
Dał się też powiesić na takim dużym wałku przywieszonym do sufitu i bujającym się na boki. Sięgał coś przez niego i wracał do wyjściowej pozycji. Skorzystał z basenu z piłkami. Różne takie fajne rzeczy...

Odmówił tylko wejścia na kulę z wypustkami. I nie chciał przejść po macie z takimi miękkimi kolcami.
Nie był też zachwycony gdy przeciskał się między dwoma wałkami, ale dał radę.

Reszta kolejną razą. :)

A jeszcze śmiać mi się chciało, bo pani Aga przez dobre pół godziny kombinowała jak Daniela przytulić. Chciała go tak złapać, żeby poczuł, ścisnąć. A on sprytnie unikał tego zbliżenia. Dawał jej rękę, mogła go włożyć do basenu, wyjąć, łaskawie pozwolił jej się trzymać za pupę, gdy po drabince wchodził (chyba tak sobie już na dłużej umyślił, bo na placu zabaw ja ręce trzymam pod pupą jego, w razie jakby zleciał...) itd. ale objąć nie...
Po 40 min. jej wysiłek został  wynagrodzony. :D
Młody stał między jej rękoma, ona coś trzymała w lewej ręce, on tam wrzucał koraliki, sprytnie przełożyła pojemniczek do prawej i zamknęła okrąg... a on się przytulił jak do mnie, więc skorzystała i mocno objęła. Nie zaoponował. :)

Myślę, że za jakieś dwa, trzy tygodnie mamusia wyjdzie na korytarz i zostawi ćwiczących we dwoje... :)

Bingo!

piątek, 9 listopada 2012

Pytania i odpowiedzi :)

Jak zwykle. Był  wpis, jest tysiąc pytań do i dwa tysiące dobrych rad, pomysłów i innych cennych informacji. :)
Odpowiem zbiorczo. :D

1. Nie, nie chcę uczyć dziecka języka obcego.
To do tych, którzy dali mi do zrozumienia, że oszalałam wysyłając syna na lekcje. :)

2. Bo nie zna własnego.
To do tych, którzy stwierdzili, że nauka języka w tym wieku to super pomysł i pytali dlaczego nie podoba mi się koncepcja nauki w tym wieku i odsłuchiwanie płyt w domu.

3. Nie, nie rezygnujemy z Yamahy. Po prostu godzina w tygodniu to bardzo mało integracji w grupie.
To do przestraszonych, że zamieniam muzykę na angielski.

4. Tak, wiem że angielski jest w przedszkolach za darmo albo za grosze. Ale ja nie chcę posyłać Dania w tym roku szkolnym do przedszkola/żłobka. I nie zmienię zdania z powodu języka obcego, którego nie chcę go uczyć. (Pomijam brak miejsc...)

5. Tak, chętnie poślę dziecko na zajęcia nie językowe, podajcie mi tylko namiar. :)

6.Tak, wiem, że jest "Dada", ale "Dada" ma "rozwijanki" w pon. i środy rano. Nie możemy wtedy. Po południu nic nie prowadzą dla dzieci w tym wieku.

7. Tak, wiem o "Abecadle", ale mają zajęcia albo rano (we własnej grupie przedszkolnej - to jest klub malucha!) albo w planach (np. ang. od stycznia popołudniami).

8. Tak, wiem, że są fikolandy, chodziliśmy. Niestety nie pomagają nam w adaptacji. Po 1 za każdym razem są tam inne dzieci. Po 2 dużo starsze. Po 3 każde robi co chce, większość jest zostawiona sama sobie, a rodzic idzie na zakupy. Po 4 nic nie wnoszą, bo Daniel tam bawi się sam albo ze mną, tzn. próbuje, uciekając od innych dzieci. Postanowiliśmy zamienić te zajęcia na stałą grupę, która będzie "coś robiła razem", przez co będzie bardziej przewidywalna i bardziej podobna do przedszkola...

9. Szukamy czegoś, bo we IX 2013 idziemy do przedszkola, a do III 2013 musimy podjąć decyzję jakie to będzie przedszkole i jaka grupa. Mamy pięć miesięcy na rozeznanie jak Daniel radzi sobie w grupie i czy w ogóle nadaje się do separacji ode mnie.

10. Chcemy zajęć o charakterze muzycznym, bo to dodatkowo odwrażliwia jego nadwrażliwość słuchową. Muzyka sama w sobie, zabawy językiem i muzyką, rytmika itp.

11. Dziękujemy za "Kreatywkę". Byliśmy. Charakter zajęć podobny do Yamahy, z tym że pozbawiony profesjonalizmu (zajęcia prowadzą studentki), instrumentów muzycznych, organizacji. Poza tym za głośno i za duża grupa - do 12 dzieci. Cena ta sama.

12. Tak, wiem że w Gliwicach jest Dom Kultury, niestety jedyne zajęcia dla małych dzieci tam, to zajęcia plastyczne, od 3 roku życia.

13. Tak, wiem o zajęciach na Wiejskiej. To też jest Filomata! Mają tam oddział przedszkolny. Zresztą nie mają tam wolnych miejsc.

Więcej grzechów nie pamiętam. :)




czwartek, 8 listopada 2012

Zabawa językiem... obcym

Dostaliśmy radę (czemu ja ciągle piszę w liczbie mnogiej? o_O) by zapisać dziecko na zajęcia intelektualne jakieś, dopasowane do wieku of course. Młody kontaktowy ale oporowy, różnie reaguje na polecenia, trzeba go adoptować do grupy, uczyć że pewne rzeczy robi się na hasło, że to nie jest rozkaz ani walka ale forma współpracy, zabawa, tak wygląda życie po prostu.
Neurologopedka wrzuciła nam namiar - szkoła językowa Filomata. Poszukałam, poczytałam, zadzwoniłam.
Grupa dla 2-3 latków, angielski w zabawie. Pani przez tel. zapewniła mnie, że się bawimy, oswajamy, nie uczymy języka, to nie są lekcje.
Super, bo ja nie szukam "szkoły" sensu stricto, nie chcę "lekcji", ani "uczyć" języka obcego.
Szukam zajęć w grupie, adaptacyjnych, uspołeczniających, wspólnej zabawy z innymi dziećmi, albo dziećmi i ich rodzicami. Zajęć zorganizowanych, nie w typie hulaj dusza, piekła nie ma, jak na placu zabaw...
Zapewniono mnie, że takie znalazłam.
Bosko :)

Cena słaba, coś koło 1400 na rok szkolny wychodzi, ale system ratalny, więc coś wymyślimy...

Pojechałam. Tzn. pojechaliśmy.
Wczoraj.

Sala malutka, na środku dywanik, pod ścianą dwa rzędy ławek i małe krzesełka. Biurko, tablica. Koniec.
Na zajęciach były 4 pary rodzic - dziecko. Tak mi też powiedziano przez tel. Fajnie.
No to jedziemy...

Albo raczej lecimy, do Anglii. Dzieciom się podobało furganie po sali z rozpostartymi łapkami. Doleciały, usiadły. Dziewczyna prowadząca coś zaczęła gulgać... Nagle jedna z mam mówi, że jej syn chciał coś spytać. Chłopczyk chciał wiedzieć jak jest koparka po angielsku. Pani zrobiła minę, jakby pierwszy raz słyszała to słowo, pomyślała, pomyślała (podejrzanie długo), po czym rzekła: "truck".
No nie powiem, zdziwiona byłam... :)
Chłopczyk chyba też.
Potem zrozumiałam, że miał prawo, bo na zajęciach były już samochody osobowe i ciężarówki, czyli "car" i "truck". Zapewne jego mała główka oczekiwała innego słowa na określenie koparki. I całkiem słusznie, jak sądzę. Nic to... przełkniemy.
Przedstawiliśmy się, albo raczej pani przedstawiła dzieci, najpierw pytając o imię, potem odpowiadając za nie, albo robili to rodzice. I znowu się zdziwiłam, że po dwóch miesiącach żadne z dzieci (wszystkie starsze od Daniela) nie odpowiedziało nawet samym imieniem na zadane pytanie (nie wiem więc czy w ogóle pytanie rozumiały), ale wzięłam to na karb tego, że jeszcze się nie rozkręciły.

Później pani pokazała obrazki, które dzieci już znały i prosiła o ich nazwanie. Utrwaliły się aż dwa: car i bus. 
Przyszła kolej na piosenkę i chodzenie w kółko, tupanie, podskakiwanie, kucanie, ukłony i takie tam. Fajnie.

Potem czas na naukę nowych słów. Pani prowadząca wyjmowała jakieś pudła, raz po raz odwracając się do nas tyłem w poszukiwaniu odpowiednich i ku mojemu zaskoczeniu, kontynuowała wtedy swój monolog... Nie wiem co słyszały dzieci, bo ja mało. O rozumienie nie pytam, bo wiadomo, że nikt nie rozumiał wtedy nic.
Opowiadając dalej przedstawiała kolejne przedmioty, podając dzieciom kolejno po: autobusie, ciężarówce (tu się okazało, że niektóre dzieci dostały swoje "truck" w postaci betoniarki.... co mnie zdziwiło po raz trzeci), zegarku, słomce jakiejś, skarpetce i kaczce.
Biedne małe łapki nie wiedziały co mają brać. W lewej truck, w prawej bus, a tu jeszcze podali duck, zaraz potem wjeżdża jeszcze clock i kolejne gadżety o równie dziwnych  nazwach...
Zaczęłam mówić Daniowi do ucha co ma w łapce, bo był nieco zdezorientowany o co w tym wszystkim chodzi. Nie dali się bawić tym co podali w ręce, podawali następne, potem zabierali. Meksyk.
Ładnie powtarzał i chyba rozumiał, że nadaję temu inne niż on zna nazwy, zamienniki. Tak myślę. Ale słuchał tylko w oderwaniu od lekcji, bo na sali był mały rozgardiasz. Pani coś mówiła, zdaniami... więc dzieci nie wiedziały za bardzo co mówi i o czym. Rodzice albo nawracali dzieci na poduszkę i usadzali grzecznie koło siebie, albo też coś do nich mówili.... zdaniami, po angielsku.
Zasłuchałam się.
Mama powtarzała do dziewczynki, żeby usiadła na poduszce. Raz, drugi... piąty. Dziewczynka nie rozumiała, więc oczywiście stała nadal.
Do teraz dumam czy chciała to dziecko nauczyć tego zdania, czy uzyskać siad skrzyżny. o_O
Podobnie druga, polecenia wydawała w angielskim. Dziecko odpowiadało na nie tak samo jak poprzednie, czyli wcale.
I nagle zdałam sobie sprawę, że cały udział rodziców na tych zajęciach polega na udzielaniu poleceń: chodź, wstań, usiądź, zrób i inne bla bla.We własnym lub obcym języku. Czyli na zachęcaniu (tak to nazwijmy umownie) do słuchania, skupienia się i nauki. Tak, nauki, nie zabawy.

Na zabawę były dwie minuty, gdy dzieci dostały gumową drogę i mogły po niej pojeździć trzymanymi pojazdami, przy muzyce.

Potem dzieci otworzyły książeczki i kolorowały obrazki przedstawiające ww. przedmioty. Okazało się po chwili, że to przez nas, bo my nie mieliśmy książeczki i dostaliśmy xero jednej strony, normalnie to te obrazki oblepia się naklejkami pochodzącymi chyba z zakupionego zestawu.

Kolejna piosenka, nie wiem o czym, bo jedno z dzieci postanowiło ubrać sobie te prezentowane skarpetki na nóżki, tzn. dobrało sobie drugą sztukę (bardzo dobrze zresztą) i założyło na siebie, drugie coś tam hopsało i mama je usadzała w miejscu, a kolejne chciało się bawić, chichrało, po czym odeszło do tyłu robiąc zza winkla akuku, przy wyraźnym niezadowoleniu rodzicielki. Rozproszyłam się. :)

Polecieliśmy do Polski i zajęcia się skończyły.
Spojrzałam na zegarek - minęło... 30 minut! o_O

Poczułam się dziwnie.
Niby Danio się tam dobrze czuł, no i zachowywał całkiem fajnie. Ładnie odbierał przedmioty, oddawał, wstał po kredkę i oddał ją, nie chciał rysować, ale poza tym był kontaktowy i zainteresowany. Otoczeniem, bo nie językiem. Tego chyba nawet nie zakodował, z wyjątkiem chwil, gdy mu trzymane przedmioty nazywałam.
Ale z drugiej strony... trzydzieści minut raz w tygodniu nie-zabawy i nie-nauki za 140 złotych?
Adaptacja słaba, bo każdy sobie... Rodzic pilnuje dziecka, dziecko próbuje się nie skupić i bawić, prowadząca próbuje przemycić swój program przerywając te chwile rozproszenia.
Zabawy nie widzę, no chyba że liczyć te chwile, gdy dziecko coś dostaje do łapki, bo potem to wszystko polega na utrzymaniu  malucha na tej poduszce nieszczęsnej i zainteresowaniu jakimś tekstem, piosenką, nazwą nową itp.
No zdurniałam, przyznam...

Postanowiłam porozmawiać z panią, która uczestniczyła w zajęciach jako obserwator - kontroler. :) Chyba mnie nie zrozumiała, a nawet na pewno zrozumiała mnie odwrotnie. :) Usłyszałam coś o tym, że każde dziecko swoim rytmem, a potem by nie stawać do wyścigu i wyluzować i tak mnie zatkało, że cała reszta zlała się w jedno długie blablablabla...
Poszłam do sekretariatu po resztę info.

I tak okazało się, że:
- grupy są nie 4, a 8 osobowe i ta grupa, razem z nami liczyłaby w tej chwili osób 7 (tzn. 7 dzieci), a ósma w każdej chwili jeszcze może dość... (nie wiem jakim cudem tam ma wejść 16 osób na ten mały dywanik, gdzie wczoraj osób 8+nauczyciel to już było sporo)
- na następne zajęcia trzeba mieć już zestaw materiałów, a te kosztują wraz z pierwszą ratą za zajęcia... bagatelka 380złotych
- potem trzeba zapłacić 180 zł w grudniu i 160 zł w styczniu, a później 100 co miesiąc (notabene świetnie pomyślane, na początek big kasa, to nie żal jak ktoś odejdzie, zawsze jest z niego zysk)
- koniecznie trzeba dzieciom puszczać zakupioną płytkę i to minimum dwa razy dziennie.... ko-nie-cznie o_O
Wzięłam harmonogram wpłat i wyszłam. Zapakowałam Gada do auta i całą drogę myślałam...

* Pół godziny razy cztery tygodnie to dwie godziny w sumie. Dwie godziny zajęć za 140 złotych miesięcznie.
* W domu puszczanie muzy i tekstów w obcym języku, czy chce czy nie chce.
* Jak nie chce to odstajemy od grupy i jesteśmy tam bez sensu, żeby posiedzieć, bo ani razem nie śpiewamy, ani nie rozumiemy o czym śpiewają, zupełnie jakbym poszła teraz na chiński film bez tłumacza i z opaską na oczach.
* 1400 złotych wyrzucone na zajęcia adaptacyjne bez adaptacji.
* Nauka języka nie oszukujemy się, odbywa się w domu, czyli praca własna. To po co gdzieś jeździć i za to płacić? Zestaw płyt Helen Doron kupię na allegro za 4 dychy.
* Trzeba się tam jeszcze dostać, a w tym celu należy przejechać całe miasto...
* Jeśli przy 4 parach był rozgardiasz, to co będzie przy 7, albo nie daj Bóg 8? I gdzie oni na rany Chrystusa się tam wcisną?
Itd. w podobnym stylu mi się kotłowało.

Przespałam się z tym.
Nie podobało mi się.
Nic mi się nie podobało.

Czemu te zajęcia nie są dłuższe? Mogłyby mieć więcej zabawy w tle i trwać godzinę. Po co ten pęd? Czemu dziecko nie może się zapoznać z tą zabawką w spokoju? Czemu musi poznać od razu 6 nowych, w trzy minuty?
Poznać... Zobaczyć. Bo nazwy tych rzeczy to dopiero w domu pozna. Już rodzic o to zadba - co do tego nie miałam wątpliwości. :)
Czemu taki natłok wszystkiego? Piosenka, zabawa, rysowanie, piosenka i powtarzanie, powtarzanie tego samego ciągiem, tratatatata..... seria z pistoletu.
Nie, nie jestem taka tępa, wiem dlaczego. :)
16 dzieci w godzinę  po 140 miesięcznie, to więcej niż 8 dzieci po 140... Słaba byłam z maty, ale tyle to umiem policzyć. No i mam kalkulator, taki wypas, a co...

Nie.
Dziękujemy.
Spróbujemy gdzie indziej. Inaczej.


środa, 7 listopada 2012

Muzyka łagodzi obyczaje

Trzysta osób wchodzi tu co dzień, czemu nikt nie pisze dzień dobry, hej, heloł? :D

***

Byliśmy wczoraj na drugich zajęciach w szkole muzycznej. Podobało się. :)
Początki takie same, nie, nie będę skakał jak żabka, nie będę tupał jak niedźwiedź, nie będę robił bam, ani chodził staccato. :D Ale chodził w kółeczko, podał rączkę panu i pani (dzieciom nie!), wstawał, siadał, naklejał na kartę misia i żabę... Druga połowa już luzik. Były uśmiechy, zainteresowanie tym co pani  robi, śpiewa, gra.

Znowu jeden chłopczyk kręcił się w koło na rękach taty i nie chciał zejść. Inny  nie chciał czegoś tam robić, jak Daniel. Kolejny bał się huśtania, jeszcze inny foszył, że nie usiądzie na krzesełku - huśtawce, nie bo nie, ojcu też nie pozwolił... :) Na koniec jeden zrobił taki cyrk, że czegoś takiego nie widziałam nawet w wydaniu Daniela, a przynajmniej nie publicznie, w takiej sytuacji i zupełnie bez powodu.
Tak więc moje dziecku wcale a wcale od grupy nie odstaje. :)
I nadal nikt nic nie wie.
No może poza panią w sekretariacie, której daliśmy dane fundacji do faktury. Nie była zachwycona, coś tam próbowała brzdąkać, że ona KP wystawia, ale przyjęła do wiadomości o co proszę i za tydzień mamy mieć papierek. Może się przyda... jak coś będzie na koncie. :)

Póki co z fundacją też mamy wesoło.
Wymagania mają przezabawne. Tym razem nie pasuje im nazwa sklepu, w którym kupuję eko żarcie, a dokładnie produkty bezkazeinowe i bezglutenowe. Firma powstała naście lat temu jako Zakład Remontowo - Budowlany. Od tamtego czasu stworzyli trochę placówek w mieście, o różnym charakterze. W tym spory i najlepiej wyposażony sklep z eko żywnością. Tylko u nich mogę dostać bez problemu i zamawiania kaszę Holle jaglaną, więc tam jeżdżę.
I teraz okazuje się, że nazwa firmy nie pasuje do zakupów, które tam robię. Faktury odrzucone. Refundacji nie będzie.
Już spuszczam na to zasłonę milczenia i myślę gdzie się przenieść... Sił do nich nie mam.

A propos zajęć jeszcze.
Mieliśmy taką zabawę... Do muzyki kładliśmy dziecko na ręczniczku i bujaliśmy, z jednej strony pani Marysia (prowadząca), z drugiej rodzic. Na 8 dzieci tylko czworo chciało. W tym mój Daniel. :) Aż się rwał do tego huśtania jak zobaczył pierwsze bujane dziecko. :D
Nie byłam pewna czy nie spaniczy pod koniec, ale gdzie tam, jak tylko przyszła jego kolej pobiegł na ręcznik i uwalił się nim mrugnąć zdążyłam. :D

Moim zdaniem zajęcia wtedy powinny się zacząć he he
Od tej chwili i chodził chętniej i kulił się, gdy była muzyczna burza, nawet zaklaskał na koniec. :D

Chyba mi się dziecko rozkręca. Niestety do zabawy chętne jest na koniec pierwszej godziny, czyli na koniec zajęć. Chyba powinny trwać dwie godziny. :D

***

A teraz śmiech na sali.
Zawiozłam samochód do elektromechanika. Dziadek taki, przedwojenny, emeryt od dawna, widać że pasjonat, znany w mieście całym chyba, bo trzy osoby mi go poleciły, w tym dwa warsztaty, gdzie byłam, a gdzie elektryki nie robią.
Auto było u  niego od południa do 15ej, przed tygodniem. Zadzwoniłam po tej 15ej a on, że nie zrobił, ale już wie co to jest. Przyznam, zamarłam z szoku.
Jak to pan wie? Od marca szukają i nie wiedzą...
Gość zdziwiony. Stwierdził, że jak się szuka to do skutku...
No coś takiego. :)
Przedwczoraj odebrałam samochód. Póki co działa.
Wczoraj wieczór wysiadam, zamykam... i cisza.
A gdzie moje pik pik?
Drugi raz, trzeci... nic.
Dzwonię do pana Mariana i pytam co się stało z moim pikpikiem. Nie wie. Kazał przyjechać za tydzień, to sprawdzi, ale zarzekał się, że nic nie robił z alarmem.
Dzwonię do Exa i mowię mu, że pikpika nie ma.
Cisza...
Hę? Słyszysz? Było pik, a nie ma pik, no wiesz jakie, to przy zamykaniu auta.
Eeee, wiesz - mówi Ex - tego pik to chyba nie było przed rokiem, nim zaczęło się psuć...

o_O
I tak oto dowiedziałam się, że przez cały czas samochód dawał sygnał, że coś nie halo. Każdego dnia. I wtedy gdy pierwszy magik stwierdził, że to sonda lambda (wymieniłam, zapłaciłam) i wtedy, gdy drugi orzekł, że to instalacja gazowa (odpięłam dla testu - nie pomogło i też pikało) i wtedy, gdy stwierdzono, że to wilgoć i kazano mi kupić pokrywę na akumulator (bagatela 250zł w ASO), także wtedy gdy stwierdzono, że to czujnik jakiś który włącza wentylator, gdy auto stało na parkingu... Cały czas pikało.

I nic, nikt nie wpadł na to, że nie powinno. Że ten pik oznacza feler. Nikt. Nie wiem czy to piszą w książkach serwisowych i instrukcjach samochodu... dowiem się z ciekawości.
Ale ubawiło mnie to do łez... :)





poniedziałek, 5 listopada 2012

SI w GOAR

No i zaczęliśmy.

Pierwsza wizyta i już z przygodami.
Samochód u mechanika. Deszcz lał strumieniami. Nie było szans tam dojść... i dylemat, co robić.
Ciężka sprawa, bo kasy niezabaładzo, ale stanęło na tym, że za dużo nas to kosztowało kombinacji i zbyt cenny to nabytek, żeby odwołać. Pojechaliśmy taksą. Niestety autobus w tamtym kierunku jeździ co godzinę i jak na złość w połowie drogi odbija w inną stronę, więc pół trasy trzeba z buta.
20 zeta nie moje. :/

Dotarliśmy jednak.
Pani już na nas czekała.
Wbrew temu co mówił pan B, na sali byliśmy sami. /Kolejny zgrzyt. Miało być dwoje, a nawet troje dzieci na jedne zajęcia.../
Daniel mocno zainteresowany miejscem, wszystko zwiedził, sprawdził przeszkody, pohuśtał się na płaskiej huśtawce, przeszedł przez tunel, sprawdził zawartość szafek... czyli jak to on, jak kontrola, to kontrola. :)
Pani Agnieszka zainteresowana Danielem. Sprawdziła co chciała sprawdzić, dała papiery do wypełnienia, zrobiła notatki, przeprowadziła wywiad. Po minucie dziecko ode mnie odeszło i jak chciało coś dostać w łapki albo gdzieś wejść, szło po panią Agnieszkę. :)
Mile mnie to łechta, szczerze mówiąc, ta jego otwartość i odwaga.
Wygląda na to, że oboje państwo przekonali się do siebie i polubili w trybie ekspresowym.
Zresztą panią Agnieszkę to chyba trudno nie lubić, jest naprawdę bardzo miła i sympatyczna, komunikatywna, otwarta i ma podejście do młodego.

Godzinka minęła szybko.
Pierwsze obserwacje zarejestrowane... 
Po pierwsze młody nie dał sobie jeździć szczoteczką po dłoniach.
Po drugie nie chciał masować rąk rolką z wypustkami.
Po trzecie spiął się, gdy został pokierowany głową w dół, wisząc na wielkiej piłce...
Ja już to wiem, pani Agnieszka skrzętnie odnotowała.

Nie było płaczu, buntu, cyrku. I chyba nie będzie, bo po rozmowie z panią Agą ustaliłyśmy zgodnie, że metody behawioralne nie są dla Daniela i nic z tej materii nie będzie stosowane. Młody współpracował, pani Aga zachwycona. Nie tylko zachowaniem Gadziny, ale ogólnie postępami, drogą jaką przeszedł, tym co potrafi i jaki jest z nim kontakt. Wyraziła podziw dla "cudu" jakiego dokonaliśmy w ostatnim roku i posmyrała nasze ego chwaląc naszą pracę.

Cieszę się. Nie z zachwytów, ale z tego że po raz kolejny ktoś z zewnątrz docenił nasz wybór, rezygnację z behawiorki m.in. i potwierdził, że można inaczej, a efekty jakie mamy, są nie tylko świetne, ale może i nieosiągalne przy innych wyborach.

Tyle naszych wrażeń z SI.
Fajnie jest. A będzie jeszcze fajniej. :)



piątek, 2 listopada 2012

Kontrola

Minęło 7  miesięcy od naszej ostatniej wizyty u neurologa, dr Piaseckiego.
Dziś wypadła nam kontrola.

Dotarliśmy z przygodami, bo bus którym mieliśmy jechać wg rozkładu miał dziś dzień "wolny od nauki szkolnej" a jechał jak w każdy roboczy. :/
Skończyło się na taksówce. :/ Dobrze, że blisko, to pękło tylko 7 złotych.

Pan dr siedział już u siebie i coś psioczył na ludzi, którzy weszli poza terminem, coś załatwić. :)
Wyszli i przyszła nasza kolej.
Poprowadziłam młodego przed sobą, otworzyłam drzwi, on zrobił krok, spojrzał na doktora i ... szok! W ułamku sekundy zrobił krok w tył, odwrócił się i wbił w moje nogi krzycząc jak opętany. o_O

Poznał faceta po 7 miesiącach! 
A wtedy patrzył na niego może minutę, bo potem to tylko krzyczał...

Mnie zatkało, przyznam.
Lekarza nie.
Zobaczył dziecko, usłyszał i od razu powiedział: "kolejny pacjent z 84; ja już chyba niczego innego tutaj nie leczę". o_O
Heh...

Reszta była jeszcze bardziej zaskakująca. Dr przeczytał ostatnią opinię od pani Bogacz i zaczął do Daniela mówić o fajnych ćwiczeniach, które będzie miał. Potem dostałam do ręki skierowanie. Spojrzałam i oczom własnym uwierzyć nie mogłam - w mojej dłoni świeciła kartka na SI. o_O

Heloł!?! Normalnie miałam ochotę spytać go z jakiej to okazji. X komentarzy w głowie kołowało...
A podobno tu SI dają od 4 roku życia?
A pan Grzegorze B. powiedział, że pan się nigdy nie zgodzi!
To nie macie aż tyle oczekujących ile pan B. mówił, że macie?
Podobno takiego małego to nikt nie weźmie?
Ugryzłam się w język.

Wzięłam papierek, poszłam do rejestracji, odesłano mnie do pokoju 24, dotarłam więc tam, wręczyłam papier jakiejś zakręconej pani, a ta zniknęła z nim w pokoju.
Po chwili wyszła inna, miła, uśmiechnięta, młoda dziewczyna. Przywitała się kulturalnie podając rękę i zamiast mówić do mnie jakby Daniela tam nie było, albo jakby był niespełna rozumu (jak większość robi), kucnęła przed nim i spytała czy się przywita. Przywitał się. Jej zaskoczona mina - bezcenna. :)
Dowiedziałam się, że pani będzie z nami ćwiczyć, że ma wolne poniedziałki, że zajęcia raz w tygodniu i że dziecko musi współpracować, więc to będzie taka próba.
Powiedziałam, że współpracuje...
Na co pani orzekła: "no właśnie widziałam i jestem zaskoczona".
To miło, pomyślałam. :)

Po chwili dostaliśmy termin.
Dobrze, że siedziałam, bo bym się przewróciła.
Pierwsze zajęcia 5 listopada o 8 rano!!! 
Za trzy dni!

I tak mi się nasuwa...
To za co ja płaciłam w tej Rudzie i po co?
Po co te gadki, że w GOAR to nikt dwulatka nie przyjmie?
I te komentarze, gdy powiedziałam, że pani Bogacz napisze zalecenia w temacie SI do doktora.
I uśmieszki, gdy powiedziałam, że dr Piasecki przez tel. oznajmił, że jak będzie zalecenie to on rzecz rozważy?
I hasła typu "ciekaw jestem kto się podejmie go (Daniela) wziąć w Gliwicach"? /Tu zrobiło mi się cholernie przykro, bo myślałam, że to oczywiste.../
O co chodziło?
Z czym mam to zjeść?
Pani terapeutka nie była zdziwiona tak małym dzieckiem.
Dr Piasecki nawet ze mną o wieku nie dyskutował.
Ja o nic nie prosiłam.
Nikt mi nie kazał czekać rok na miejsce. 
Pani Bogacz z dr nie rozmawiała, napisała tylko, że zaleca terapię SI.

Ja nie rozumiem.
Nic a nic nie rozumiem...

Tylko tak mi się kołacze, że jak nie wiadomo o co chodzi....


Przykro. Zwyczajnie przykro. :(


środa, 31 października 2012

Yamaha !

No więc zaczęliśmy uspołecznianie.

Oficjalnie od wczoraj Danio jest uczniem szkoły muzycznej Yamaha w Gliwicach. Uczniem - jak to brzmi szumnie. :D
No ale fakt faktem, że jest to szkoła muzyczna, sensu stricto.

Chodzimy więc sobie co wtorek na te zajęcia, na godzinę 16tą. Niestety na 16tą. Za wcześnie, ale nie mamy wiele wyboru już, bo to instytucja działająca w systemie oświatowym, więc zaczynają od IX - trochę się spóźniliśmy celując w inne zajęcia, na drugim końcu  miasta, ale okazało się, że nie ma opcji by tam dotrzeć bez spóźnienia, zwłaszcza zimą, gdy przez Gliwice ciągnie się sznureczek autek, od ronda na Kozielskiej, aż do Bojkowskiej, gdzie mieliśmy mieć zajęcia. Po kilku próbach wycofaliśmy się z pomysłu i uderzyliśmy do Yamahy, gdzie trafił nam się ostatni wolny czas - na wtorek o 16ej właśnie.

Pierwsze zajęcia - mega zaskoczenie.

Od razu dodam, że NIC nie mówiłam. Powiedziałam tylko pani prowadzącej przez tel. że Daniel ma nadwrażliwość słuchową i pytałam czy mocno tam grają na tych instrumentach. Więcej ani słowa.
I o dziwo - wcale to dziecko moje od grupy nie odstawało. A pani nic nie wyczaiła. :) Mało tego - pochwaliła i orzekła, że jak na pierwszy raz, to super było.
Jeden moment był słabszy, gdy pierwszy raz w koło chodziliśmy do muzyki, broda drżała, chciał coś innego, ale udało mi się mu wyjaśnić zasady zabawy i dotrwał do końca, a potem było już tylko lepiej.

Trzecie okrążenie było za rączki i Danio, ku mojemu zaskoczeniu, ładnie podał rękę pani, która była za nim. A potem ją trzymał mocno, gdy przyszedł  czas na klaskanie, ale pani stanęła na wysokości zadania i ręki nie zabrała klaszcząc na niby. :D Chyba za dużo tych zmian było dla niego. Tu idziemy i trzymamy, potem stoimy i klaszczemy, znowu idziemy i trzymamy.... Ale dał radę.
Nie robił bęc jak wszyscy, ale nie wyrywał się gdy się z nim pochylałam, by mu pokazać sens zabawy. Obserwował otoczenie i chłonął o co tam chodzi. 

Na koniec kobieta puszczała różne dziwne dźwięki z keeboardu i bałam się co będzie, bo Danio nadal boi się niektórych, np. wycia słonia w pociągu FP, ale luzik... Patrzył na prowadzącą jak zaczarowany, a gdy ona spojrzała na niego przyciskając kolejne guziki, to już w ogóle się rozluźnił i nawet śmiał do niej, jak te dźwięki "wydawała".

Fajnie. Naprawdę zadowolona wyszłam stamtąd.
Dziecko też chyba. Ani jednego ekscesu nie było.
Jedno dziecko płakało - i to nie był Daniel.
Jedno dziecko kładło się na podłodze od czasu do czasu, wyłączając z zajęć - i to nie był Daniel.
Jedno dziecko nie chciało chodzić i było noszone w kółko - i to nie był Daniel.
Dwoje chciało wyjść i grzebało przy zamku w drzwiach - i żadnym nie był Daniel.

Tak więc statystycznie było genialnie. :)

A co ciekawsze - nie odreagował tego w nocy. Spał ładnie, bez płaczu, krzyku, przebudzania. Padł jak kawka o 20:30 i dopiero po 5ej zaczął wiercenia. Pewnie z głodu, bo  nie jadł w nocy z tego wszystkiego, więc tylko flachę pod nos podstawiłam, wytrąbił i spał dalej, aż do 7!

No to mamy swoje zajęcia grupowe na ten rok szkolny. :)

wtorek, 30 października 2012

Ku pamięci


Wczoraj zmarła Joanna Sałyga, blogująca Chustka.
Po 2,5 roku walki z rakiem żołądka.
Fantastyczna, silna, bardzo inteligentna i ciepła kobieta. Matka. :(

Śledziłam jej nierówną walkę przez ostatni rok.
Nauczyłam się mnóstwo...

Napisałam długiego posta, ale skasowałam. Powiem JEJ to wszystko w eter wieczorem, gdy pogaszę światła i przytulę główkę mojego synka. Bez rozpaczania i smęcenia - tego zakazała zawczasu.

Tutaj tylko - Dziękuję Ci Joanno!

Śpij spokojnie!
Będziemy pamiętać!

poniedziałek, 29 października 2012

Robimy mleko

Jako że już nie mam siły do tematu mlecznego, że nie dostajemy już recept na preparat mlekozastępczy, że po kozie muszę jechać naście km i ciągle zapominam, że muszę mieć ze sobą słoik litrowy na wymianę, że po Sinlacu Daniel nie robi EE, a poza tym to sam cukier, a "mleka" kupne orzechowe i migdałowe, które bardzo lubi kosztują 14-16zł za litr, postanowiłam zrobić "mleko" sama.
"Mleko" bez mleka, czyli z dala od krowy. :)

Poczytałam, poszukałam, przesiałam opcje z mieleniem suchych ziaren, bo nie mam w czym, odrzuciłam całodobowe moczenie, z racji ilości wypijanych przez dziecko porcji i najbardziej przemówiło do mnie gotowanie składników.

W efekcie stworzyłam takie coś jak niżej. Mleko owsiano - kokosowe, z dodatkiem płatków migdałów.

Składniki:
- 1/2 szklanki płatków owsianych górskich
- 1/2 szklanki wiórków kokosowych
- 1 łyżeczka płatków migdałów
- 3 szklanki wody

Płatki owsa opłukać ze śmieci. 
Wiórki zalać połową wody i gotować 5 min.



Po tym czasie dorzucić płatki owsiane i migdałowe. Gotować 10 min na małym ogniu.



Wyłączyć, wystudzić.
Zmiksować.
Dolać resztę wody.
Przecedzić przez gęste sito.



Przecedzanie przez sito przypomina przecieranie pomidorów, im dłużej męczymy tę masę, tym gęściejsze i bardziej odżywcze powstaje "mleko". W efekcie, to co mi wyszło nie wymagało dodatku kaszy. Pachniało pięknie a i smakowało nieźle. Oczywiście nie było słodkie, ale Pepti też nie jest, że już nie wspomnę o Nutramigenie. Notabene przy Nutra, smak tego mleka bez dodatku cukru, to niebo w gębie! :)

Spróbowałam, orzekłam że mogłabym to pić i dałam dziecku.
Dziecko wypiło, więc chyba smakowało. :) Hip hip!

Pierwsze koty za płoty. :)

Z ww. składników powstały dwie pełne flachy:


W ulewny dzień

Wpis nieautystyczny będzie.
O niczym. :)

Dwa dni w domu razem, tylko we dwoje. Sobota pod dachem, kosmos był na dworze, lało, kropiło, padało, siąpiło, coś strasznego. Nienawidzę takiej aury.


Dzień minął nam na małych porządkach, organizowaliśmy sobie otoczenie, działania miały cele stricte wizualne. :) Dziecko było bardzo pomocne. :)
Na koniec zrobiliśmy razem ciasto dyniowe.

Oto dowody naszych starań:





I to chyba tyle na teraz.
Fajnie było i już. :)
Pozdrawiam Was!


piątek, 26 października 2012

Zmysł propriocepcji

Gosia temat wrzuciła, dumam, dumam i faktycznie... Coś tu chyba jest na rzeczy.

Zacytuję z www.zabawydladzieci.com.pl

"Integracja sensoryczna, to współpraca zmysłów, na bazie której nasz odbiór otaczającego świata jest prawidłowy i pełny. Podstawą są tu trzy zmysły zwane bazalnymi: zmysł dotyku, zmysł propriocepcji i zmysł równowagi. Propriocepcja to zespół wrażeń i odczuć, jakich dostarcza nam nasze ciało. Odczucia te dają nam informacje o tym, co dzieje się z nami, bez konieczności przyglądania się temu co robimy. Ze zmysłu tego korzystamy często nieświadomie, a potrzebujemy go do realizacji takich aktywności życiowych jak mówienie, chodzenie i wielu innych. Idąc przed siebie nie patrzymy pod nogi, mówiąc nie widzimy ruchów naszego języka, ubierając się nie przyglądamy się dokładnie naszym ruchom, zapinając zamek błyskawiczny w tylnej kieszeni spodni, nie wyginamy się, by widzieć, co robimy, myjąc włosy robimy to dokładnie mimo, że głowę mamy schyloną a twarz zasłoniętą.. Zmysł propriocepcji cały czas informuje nas o tym, co dzieje się z naszym ciałem. Stojąc w kolejce do kasy, nie musimy uważać na to, by utrzymywać się na stopach i stać prosto. Pełne i czytelne odczucia dochodzące z ciała dają nam poczucie bezpieczeństwa i niejednokrotnie ratują z opresji. To dzięki nim udaje nam się nie spaść z wyszczerbionych schodów, przejść po zapadającym się chodniku i utrzymać się na wąskim szczeblu drabiny. Zmysł propriocepcji wraz ze zmysłem równowagi i dotyku daje nam pełne odczucia związane z pozycją ciała, jego położeniem w przestrzeni oraz kontaktem z przedmiotami i ludźmi."

 I o zaburzeniach trochę:

"Odczucia proprioceptywne mogą być zaburzone. Dzieje się tak wówczas, gdy dwa pozostałe zmysły nie działają prawidłowo, a także wtedy, gdy występuje nadmierne lub obniżone napięcie mięśni. Obniżone napięcie mięśni obserwuje się u dzieci z wrodzonymi uszkodzeniami CUN, u dzieci urodzonych przedwcześnie, a także u dzieci urodzonych przez cesarskie cięcie. Niemowlęta z obniżonym napięciem mięśni, mają trudności z osiąganiem kolejnych faz rozwoju ruchowego: unoszeniem głowy, przetaczaniem się, sięganiem po przedmioty, siadaniem, czworakowaniem, utrzymywaniem pozycji stojącej i samodzielnym chodzeniem. Małe deficyty w napięciu mięśniowym nie dają znać o sobie tak wcześnie. O niewielkim odstępstwie od normy, w zakresie napięcia mięśniowego, mogą świadczyć specyficzne zachowania i trudności dziecka ujawniane w późnym niemowlęctwie, w wieku przedszkolnym lub szkolnym. Nieznaczna wiotkość mięśni powoduje, że informacje dochodzące z ciała są słabsze i mniej czytelne. Można powiedzieć, że dziecko gorzej czuje samego siebie. Jak sobie z tym radzi? Spontanicznie i bezwiednie robi wszystko, by wzmocnić odczucia związane z pozycją i ruchem ciała: zamiast siadać rzuca się na podłogę, zamiast stać skacze, zamiast chodzić biega, zamiast rysować dziurawi kartki itp. Potrzeba intensyfikacji odczuć z ciała istnieje także wtedy, gdy trzeba zrezygnować z ruchu. Co się wówczas dzieje? W takich wypadkach, dzieci z obniżonym napięciem mięśni dążą do zamkniętych i stabilizujących pozycji ciała: siadają na krzesłach z nogami pod brodą lub po turecku, zaplatają stopy o nogi krzeseł, podkładają dłonie pod kolana lub uda, przyjmują pozycje, które innym wydają się dziwaczne i niewygodne, wprawiają ciało w ruch kiwając się na krześle itp. Obniżone napięcie mięśniowe występuje także w ramionach, dłoniach i palcach. Stąd wynikają różne problemy związane z przykładaniem zbyt dużej siły do małych ruchów. Rysowanie kończy się często łamaniem kredek, zabawki rozpadają się w rękach, a zapinanie guzików i sznurowanie butów nie udaje się dzieciom inteligentniejszym od innych. Podwyższone napięcie mięśniowe. wzmożenie napięcia mięśniowego, to wynik samoczynnej reakcji na zbyt niskie napięcie mięśni. Dzieci, u których obserwuje się nadmiernie wyprostowane i sztywne tułowie i kończyny, próbują w ten sposób poradzić sobie z deficytami w napięciu mięśni. Nadmierne napinanie poszczególnych części ciała, podobnie jak ruch, prowadzi do lepszego odczuwania jego położenia i pozycji. W ostatecznym efekcie utrudnia jednak ruchy celowe, stąd konieczność eliminowania go i stymulacji poprawiającej odczucia z ciała w nieszkodliwy sposób." 

Obniżonego napięcia mięśniowego Daniel nie ma stwierdzonego. Dwa badania neurologiczne mówią, że jest ok. Zaczął od czworakowania, szybko unosił głowę, siadał od 8 miesiąca, potem bardzo ładnie trzymał pion, stawał, chodził od 12go miesiąca. Nie ma problemów z równowagą.

Ale zachowania wyżej opisane są już dość typowe dla Daniela. Często robi mocne siady na podłogę. Dużo skacze. Często ni stąd ni zowąd podskoczy sobie w miejscu - może bym nawet tego nie zauważyła, gdyby nie to, że przychodzi do mnie, wkręca się we mnie plecami, wchodzi między moje uda, gdy siedzę, a potem nagle robi wyskok, waląc mnie głową w brodę - język mam już tak pocięty własnymi zębami, że szkoda słów.
Mocno trzyma długopis, kredkę, pędzelek w zasadzie bardziej ryje kartkę niż maluje.
Siada dziwnie, najpierw wchodzi na krzesło nogami, a potem się zsuwa. Nie potrafi zamoczyć pędzla czy palca w farbie delikatnie, pakuje sprzęt do samego dna pojemnika jakby musiał poczuć opór.
Gdy siedzi na kolanach moich, wkręca się w mnie jak tylko może. Gdy oglądamy bajkę przylega do mnie tak, jakby zależało mu na styku jak największą częścią ciała, od nóg zaplecionych gdzieś o moje, po głowę wciśniętą pod moją brodę.
Ostatnio zasypia leżąc na mnie. Jego nogi leżą między moimi, a ja udami mam go ściskać, ręce są po bokach mojego ciała, ale nigdy luzem, muszą być wciśnięte pod poduszkę, albo pod moje ramiona, głowa leży na moim dekolcie opierając się o brodę.
Od paru miesięcy dużo śpi na brzuchu, podkurczając nogi na żabkę i wciskając ręce pod tułów.
Zwykle nie odkłada zabawek, a nimi rzuca. Z takim dociskiem, jakby chciał, by jak najmocniej rąbnęły w ziemię.
Nie usiedzi w miejscu. Jeśli jest głodny (jakimś cudem) to przychodzi na kolana, a jak tylko nasyci pierwszy głód, znowu zaczyna chodzić. Podróż autem dłuższa niż kwadrans to dla niego męka. (Ostatnia 5ciogodzinna była traumą, młody odreagowuje do dziś...) Tak samo jakieś zajęcia wymagające pozostania w miejscu. Jeśli ich nie skończy, przerywa i rusza na poszukiwanie innych, byle dłużej nie być w tej samej pozycji, w tym samym miejscu. Nawet huśtawki zmienia po kilka razy, nie huśta się jak inne dzieci, długo na jednej.
Gdzie tylko może próbuje włączyć bieg, skoki, nawet przy schodzeniu ze schodów.
Nie ma wyczucia, gdy np. bawi się w podawanie kropli do mojego nosa (leczę się, więc zna tę czynność doskonale), robi to z taką siłą, że zawsze zrobi mi krzywdę. Gdy go przewijam albo ubieram rajty, skarpety, macha nogami, zawsze z dużą siłą, kopiąc mnie tym samym gdzie trafi, czasem dość mocno, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego co robi.
Wędruje w nocy, często lądując na podłodze. Pozbyłam się łóżka, śpimy na materacu, a tuż obok leży gruba, duża poducha, na której Daniel zwykle kończy nockę.
Nie usiedzi nawet w wannie, nadal korzystamy z maty, bo dziecko często albo chodzi po tej wannie, albo w niej skacze.

Nie wiem jaki to rodzaj zaburzeń, czy coś z napięciem mięśniowym jednak, czy też nie. Czy może tylko jak w każdym innym elemencie układanki pod nazwą ASD, jakiś tam fragment problemu go dotknął, Ale na pewno coś tu jest na rzeczy... Czemu mi to wcześniej nie przyszło do głowy?

I jednak głupia jestem, stwierdzam. W zasadzie gros jego zachowań dziwnych od pewnego czasu traktuję jak autoterapię i widzę, że to się sprawdza, ale zupełnie nie pomyślałam o tym rzucaniu... Już sama jestem zmęczona swoim ględzeniem w tym temacie i krzykiem, gdy po raz setny widzę jakąś dziurę w panelu...
A rozwiązanie zagadki może być takie proste...

I jeszcze sobie uświadomiłam, że to wszystko (to dociskanie, spanie na mnie, wędrowanie w nocy) wróciło w tym samym momencie, w którym zaczęły się cuda ze:
- smarowaniem balsamem i myciem - łaskocze
- ubieraniem - dzikie chichoty i ucieczki, bo łaskocze
- przewijaniem - jak wyżej
W chwili obecnej zwykłe oporządzenie dziecka to zawsze jest wściekły chichot i walka, bo go kila, bo on nie chce. I albo ja muszę się poddać i trwa to wieki. Albo muszę na siłę (bo np. czas wyjść) i jest ryk.
Przez dwa lata i 4 mce nie było problemu z ubraniem dziecka, nic go nigdy nie łaskotało, a teraz on się otrząsa, gdy poleję mu wodą plecy...

Jest związek? Zbyt delikatne są te czynności?
Jak myślicie?


czwartek, 25 października 2012

Opinia o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju







Ciemno jest

Moje dziecko wydumało, że jest ciemno.

Do tej pory biegało jak szatan, szło do pokoju, gdzie nic się nie paliło, brało zabawkę i wracało. Rządziło w wc i ani przez chwilę nie zastanawiało się nad światłem. W kuchni to samo.
Od tygodnia ma fazę: ciemno.
Idzie do kibelka coś robić, po czym wraca, mówi że ciemno i prowadzi mnie za rękę do kontaktu. To samo z każdym innym pomieszczeniem ma. 

I dumam skąd to?
I co to?

Wyraźnie mu nie pasuje ta ciemność.

A od paru dni to już w ogóle kosmos, bo idziemy spać, gasimy światło, żegnamy "Misia w dużym, niebieskim domu", a młody z wyra wyłazi i wraca włączyć lampkę nocną. o_O
I zasypia przy tym świetle!

W szoku jestem.

Jakieś pomysły?

foto. Szczawnica 01.10.2012


środa, 24 października 2012

Rytualnie, przewidywalnie, schematycznie

Jedna z ciekawszych przypadłości w temacie ASD/CZR ze spektrum.
Rytualność. Przewidywalność czynności, drogi. Schematy zachowań.

Bywa słabo, co tu dużo mówić.
U nas ostatnio wygląda to tak:

* Nadal pijemy najchętniej we własnym łóżku, z kołdrą pod brodą. Wodę z flachy. Mleko z flachy.
Tak, potrafi pić wodę z kubka, o ile naleję tam 5ml, inaczej zaczyna się bawić w wylewanie i zalewa siebie, a potem chatę. Ale żeby się napić, tak konkretnie, potrzebuje butli. Tylko wtedy wydoi 260ml na raz. A musi, inaczej go zapiera i mamy problem jeszcze z kanalizacją...

* Kiedy jest nas w domu więcej pewne czynności muszę wykonać ja. Po prostu muszę. Nikt wtedy nie może Daniela przewinąć, ubrać, wykąpać, zębów umyć, głowy, mleka podać. Urwanie mandoliny po prostu... Gdy wchodzę do domu, babcia ma wolne. Młode ma wizję: wszystko mama! I nie ma tu wyjątków.

* Daniel miewa wizje odnośnie trasy spaceru, wycieczki, jazdy samochodem. Mówi wtedy, że TU czy TAM MAMA JEDZIE / IDZIE i foszy, gdy jest inaczej. Jeśli ma dobry humor daje sobie powiedzieć, że teraz jedziemy co miejsca A załatwić B i takie tam. Gdy humoru brak, niewyspany, zły, głodny, zmęczony drogą, można sobie gadać jak do ściany... Nic, tylko foch.

* Największym problemem jest wyjaśnienie dziecku, że kot nie pójdzie tam, gdzie dziecko chce. Przerasta to moje możliwości. W ogóle odkąd jest Daniel koty przerastają moje możliwości, przekraczając granice mojej cierpliwości sto razy dziennie, ale to inny temat.
Czasem niedospane dziecko schodzi z kanapy i zmierza do jakiegoś sobie obranego punktu, po czym nagle pod jego nogami pojawia się kot, wychodzący z pokoju... I jest pad na dupę i ryk, bo kot poszedł, a nie miał iść. I słyszę wtedy zaryczane NIU NIU NIU KOT. I bek, chlipanie, podskakiwanie dupskiem na podłodze. No cyrki. Czasem Daniel tego kota nawet nie zauważa, np. w zabawie, gdy ma dobry humor. Ale gdy jest po drzemce i jeszcze niedojrzały, to jest jeden wielki kosmos z tym kotem.

* W sklepie zwykle jest dość komunikatywny i jak wybiera sobie zakupy, to prędzej czy później można mu je odebrać albo gdzieś zapodziać w drodze do kasy. /Przepraszam wszystkie panie, które sprzątają półki w marketach! Czasem zdarza nam się zostawić paczkę ciastek w dziale z wodą mineralną, ale naprawdę nie mam opcji z tym małym Gadem na powrót do półki i odłożenie tychże ciastek na miejsce, a negocjacje trochę trwają i stanie przy tej półce i próby odebrania po dobroci, tak by ciastka przeżyły, rzadko wchodzą w grę w ogóle./

* Czasami młode ma wizje typu: tylko on może włączyć światło w sypialni, tylko on może zakręcić wodę lejącą się do wanny, tylko on zamyka drzwi gdy wychodzimy, on włącza telewizor, spuszcza wodę itd. Są chwile, gdy o tym nie myśli, ale dość często jest to sprawa rytualna.

* Od jakichś dwóch miesięcy mamy też problem z wchodzeniem po schodach, młode chce samo. Nie wspomnę już o tym ile to trwa, gdy idziemy np. do dziadków mieszkających na 4 piętrze bez windy... Ale jest to trudne i męczące mocno, zwłaszcza gdy zaczyna się chwiać, a ja próbuję go przytrzymać. Potrafi się wtedy wyrwać, a w efekcie naprawdę wyrżnąć. Niestety Daniel nie idzie prosto, lubi komplikować sobie życie, wchodzi podjazdem dla wózków, albo między szynami podjazdu, ewentualnie przechodzi przez te szyny z lewej do prawej, a czasem wchodzi/schodzi z podskokiem, jak mu fantazja pozwoli. Wczoraj wydumał nowość - wejście na samych palcach, korzystając tylko z krawędzi stopni. Myślałam, że cholery tam dostanę. :/

* Do nowych rytuałów możemy zaliczyć jedzenie gum / lizaków. Każde z tych cukrów jest fajne, gdy jest nowe. W każdym sklepie musimy kupić lizaka, gumę Maoam. Lizaka liżemy przez parę minut. Gumy odgryzamy kawałek, czasem robimy drugiego gryza, bardzo rzadko zjadamy całą kosteczkę. Zwykle pół każdej idzie w kosz. Kolejnego dnia dziecko wynajduje na półce w sklepie kolejną sztukę... :/
A w marketach to już po prostu kurwicy dostaję, bo te gówna zawsze stoją przy kasie, nie wiedzieć czemu. Wtedy zamiast wykładać towar, płacić, pakować, walczę ze smrodem o kolejnego lizaka czy gumy. Zwykle przegrywam, bo inaczej bym stamtąd nigdy nie wyszła... :/ I chyba o to tym matołom od marketingu chodzi.

* Od dawna mamy ustalone miejsce spania: Daniel od środka pokoju, ja od ściany. Jeśli w nocy wędruje i przepełznie przeze mnie, a potem obudzi się w nocy i to wyczai, robi scenę, bo MAMA TU przecież. Już nie wie jak to się stało, że sam tak wydumał, stwarza problem, bo coś nie jest tak, jak on widzi.

* Często miewa wizje na spacerach. Bawi się w chodzenie wg schematu, np. on idzie przede mną, a ja tuż za nim. Niestety wtedy tupta ode mnie o centymetr, a ja się zabijam o jego pięty. Jak kot, który specjalnie wchodzi przed człowieka, by ten się zabił w mocno spektakularny sposób. Ta wizja musi mu minąć sama, albo ja muszę go nieść, inaczej mamy scenę na środku drogi i pad na dupsko.
Inna wizja to siedzenie na wózku dupą na tym pasku na stopy. I wędruje wtedy nogami jak Flinston, a ja ryję brzuchem w plecach wózka co pół minuty, gdy on się zatrzymuje. Na szczęście nie jest to schemat nie mający nigdy wyjątku, zdarza mi się te sytuacje opanować, albo odwrócić uwagę na wstępie, nim sobie o tych dziwactwach przypomni.

Więcej grzechów póki co nie pamiętam. 

Na deser Szczawnickie foto: deptak nad Grajcarkiem:



______________________

Mam trochę zryty beret dzisiaj. Wczoraj odwiedziłam MOPS w celu zasięgnięcia informacji co mogę i dlaczego nic, spędziłam tam 4 godziny nic prawie nie załatwiając. Do tego dostałam traumy w tamtym towarzystwie, nasłuchałam się różnych kurew, krzyków, kłótni i rozmów tel. o treści: "jestem w opiece... a bo temu lujowi nie chce się robić... kurwa, nie wzięłam fajek, już trzy godziny tu siedzę, zaraz mnie skręci, tak mi się chce jarać... no zapomniałam, nie mam ani jednej..." itd. itp. a potem jeszcze napatrzyłam na szarpanie dziećmi, które  nie chciały grzecznie siedzieć w wózku trzecią godzinę w wejściu do ośrodka, w wieku 8-10 miesięcy. Dodam, że obok są dwa małe parczki, w tym jeden z placem zabaw. I ciekawa dla każdego dziecka fontanna.

W drodze do domu zgubiłam cały segregator dokumentów (to czego nie złożyłam do MOPS z racji braków dokumentacyjnych, wszelkie świstki Daniela: opinie psychologiczne, psychiatryczne, zaśw. różnego rodzaju, orzeczenie o niepełnosprawności, akty urodzenia - wszystko oryginały) a potem nie zdążyłam z młodym na zajęcia, na które mieliśmy chodzić na drugim końcu miasta o 16:15.
Poddałam się, jak spadnie śnieg to już w ogóle nie ma szans na taką godzinę dotrzeć ode mnie na Bojkowską. :/ Tydzień temu lało i korek był przez całe miasto, bo każdy jechał 30 na godzinę i też nie zdążyłam. Czemu nikt nie myśli o tym, że nie wszyscy rodzice siedzą na dupie i się nudzą z dziećmi. Od czapy te godziny są kompletnie. :/ Gdy rodzic nie pracuje i nie chodzi z dzieckiem na żadne zajęcia czy terapie to ma czas i o 8ej. A jak pracuje, albo prowadza dziecko do przedszkola, żłobka, klubu malucha, czy na terapie, to o 16ej jest zwykle gdzieś pomiędzy miejscem A a miejscem B, czyli domem i potrzebuje jeszcze trochę czasu, by dopaść ten punkt C. :/

Zostaliśmy w domu i mieliśmy iść na spacer, ale nim się ogarnęłam, wyskoczyła nam niespodzianka.
Wzięłam Gada na kolana, by ubrać, ten przyłożył łepek do mojej brody, a ja aż podskoczyłam, taki był gorący... Potem parę minut przekonywałam go, że termometr z czerwoną końcówką to nie to samo, co probówka do pobierania krwi z palca na skrzep. Na szczęście dał się przekonać i zmierzyliśmy temperaturę. Pod pachą piękne 38 st. C!
Ibum. Chłodna kąpiel. Zabawy w łóżku. Dwie kasze z witaminami wciśnięte prawie siłą. (Cały dzień odmawiał jedzenia!) W końcu pomogła nam bajka, na którą się zagapił i zjadł... (Tak, wiem, to bardzo niezdrowo, niewychowawczo i jeszcze tysiąc innych  nie.) Noc niespokojna, nerwowa, wędrująca. Do tego akcja pt. EE zakończona małym sukcesem w środku nocy, opatrzonym dzikim krzykiem, że NIE EE, czopkiem i histerią.
Padam...