poniedziałek, 23 października 2017

5,5 roku terapii i ... wszystko od początku

Mam wkurw. Mega wkurw.
Na wszystko i wszystkich.

Od ponad 5 lat dziecko jest w terapii SI. Gdyby było na tym SI u pedagoga albo psychologa - ok. Ale chodziliśmy do terapeuty SI, który był fizjo, potem do drugiego z fizjo i korekcyjną oraz tysiącem innych podyplomówek, potem do takiego, który miał SI i korekcyjną i do kolejnego fizjo z różnymi papierami. Każdemu mówiłam, że podejrzewam młodego o wadę postawy.

Byłam też u ortopedy.
Kazał mi zostawić dziecko w spokoju.
Oczywiście do tego dwóch neurologów.

Ale jest gorzej.
Coraz bardziej krzywo stoi, coraz bardziej krzywo siedzi. Nie trzyma pionu siedząc przy stole. Opada, więdnie.
(Wiele razy słyszałam o zmniejszonym napięciu, które potem było diagnozowane przez fizjoterapeutów i sprawę wykluczano. Nikt nie badał tego problemu dalej. I żaden z tych fizjo nie popatrzył szerzej.)

Pielęgniarka w szkole mówiła coś o stopach, byłam u lekarza, problem wykluczył.
Wszyscy mi mówią, że chudy, to kostki ma jakie ma. I temat zdycha. 

I tak oto mamy już 7,5 roku życia. I nic się nie dzieje w temacie, a ja nadal się denerwuję. I to coraz bardziej, bo doszło do tego dziwne stanie, często na zgiętych kolanach, nogi chude i krzywe, kostki wystające...
W końcu poszłam do fizjoterapeuty.
Oczywiście każdy pukał mnie w głowę, że szukam czego nie ma.

Młody został zbadany przez panią fizjo w dużym, profesjonalnym ośrodku rehabilitacyjnym.
No i co się okazuje...
Źle sto, stopy ustawione pod złym kątem, wykrzywione do środka kostki to nie efekt chudości, to samo z kolanami. Cała postawa na dole powoduje dziwne ułożenie kręgosłupa, pogłębioną lordozę, a kręgosłup na odcinku piersiowym nie ma elastyczności, na kawałku nastu cm między łopatkami młody jest sztywny jak kij.

No i zaczyna się...
Dostałam pakiet 10 wizyt rehabilitacyjnych za jedyne 9 stów. A to dopiero początek...
Zmarnowałam ponad dwa lata, bo tyle mniej więcej czasu szukam przyczyny i odbijam się od każdych drzwi. 
A w zasadzie to więcej, bo różni spece oglądają nas od lat pięciu z górką.

Czemu ja nie mam szczęścia do tych konowałów?
:/

Wyrzygałam sobie. Więcej nie będzie. Muszę się ogarnąć.

Ścisk!

wtorek, 12 września 2017

Rok szkolny 2017/2018

Witajcie!

Rozpoczynamy  kolejny etap walki. Tym razem szkoła podstawowa. Klasa pierwsza.
Co z tego wyjdzie, okaże się w praniu. :)

Póki co, parę wieści w skrócie.

* Szkoła ta sama, co zerówka. Te same (prawie) dzieci. Kilkoro nowych z orzeczeniem. Bez kontaktu do tej pory. Jedna dziewczynka poznana z imienia i pamiętana. Bardzo cicha i milcząca.

* Ta sama pani wychowawczyni. Znany nauczyciel wspomagający, choć jeszcze go w klasie nie widziałam. Nie wiem jak to działa w praktyce. Może przychodzi później?

* Fajna sala, na samej górze, z samego brzegu. Osobny korytarzyk odchodzący od głównego, a w nim szafki. Więc dzieci skaczą sobie po głowach podczas przebierania, tylko w obrębie własnej grupy. Nikt inny nie ma tam czego szukać.

* Daniel siedzi w pierwszej ławce, sam. Nie marudzi z powodu szkoły. Pasuje mu pierwsza ławka. :) Co dziwne, mnie nigdy nie pasowała. :D Może miałam większą potrzebę brojenia podczas lekcji. ;)

* Oczywiście chce jeść w szkole, bo pachnie. (Tu wychodzi jego nadwrażliwość na zapachy.) Więc je. Szkoła gotuje, nie ma cateringu. Śniadania jedzą na stołówce, dostają do nich herbatę.
Oczywiście pierwszy tydzień nie miał czasu jeść. Gadał  kolegami, śniadanie wracało do domu. Szczęściem je te obiady...

* Dwa razy w tygodniu rewalidacja. Nowość - wcześniej była raz. Jeden raz w tygodniu ma być SI - figę warte, bo sali do SI nie ma. Jedyna sala, w której dzieci mogły się bawić, wyposażona w różne dmuchańce, basen z piłkami itp. została zastąpiona salą klasową. Trzeba gdzieś było wcisnąć klasy siódme. :/

* W terapii przejął nas Fenix. Inne ośrodki odpadły po skończeniu 7-go roku życia. Mamy już wyznaczoną panią Anię i ustalone z nią spotkania w poniedziałki. Resztę załatwiamy prywatnie. PPP robi jak zwykle -  nic.

* Ponieważ nie możemy uzupełniać SI basenem, postawiliśmy na ściankę wspinaczkową. Nic tańszego nie znalazłam. Niestety trochę musimy dojechać, ale cena jest bardzo okazyjna i pięć razy niższa niż w moim mieście, więc... Ten raz w tygodniu podojeżdżamy te naście km.

* Basen odpada ze względów, jakby to ująć... Hmm, chyba nie mam na to dyplomatycznego określenia. W moim mieście każdy basen jest okupowany przez szkoły, a poza godzinami szkolnymi, trenerzy, ratownicy i inni żądni zysku ludzie, wynajmują całe brodziki i płytsze części basenów do nauki pływania. Trzeba zapłacić jak za zboże i oddać dziecko nauczycielowi.
Tylko wyznaczone dni i godziny są ogólnodostępne. Np. po 20 w tygodniu i po 13ej w niedziele.
Strasznie mnie to irytuje, ale nic na to nie poradzę. Choć uważam, że to sk...stwo.
Rozumiem na pływalniach prywatnych, ale na miejskiej?

*Chyba musimy zrobić nową diagnozę  SI. Przedszkole, w którym mieliśmy ostatnio razem z WWR, nie dało żadnego papierka. Tzn. świstek jest, ale nic z niego nie wynika, zwłaszcza w zakresie SI. Czego też nie rozumiem.

*I chyba musimy odwiedzić znowu laryngologa. Dziecko dziesięć razy dziennie zmyśla słowa. Tzn. twierdzi, że je ode mnie słyszy. I nie wiem, czy nie słucha, czy źle słyszy. Nie ogarniam tego. Po tylu latach nadwrażliwości, nie może przecież nagle ogłuchnąć... Chyba, że coś tam ma zalepione. Ale to się dowiem, jak się dopcham do medyka.

To chyba tyle dla Was, na chwilę obecną. :)

Pozdrawiamy!
I dziękujemy za wszelaką pomoc.

Pani Agnieszce J. w szczególności!

Poza tym panu Janowi Konieczka, Roberto Brunelli, pani Anecie Zastrzeżyńskiej.

:*

piątek, 17 marca 2017

Przedszkolak kocha czytać

Walka trwa, jest ciężka i żmudna.
Efekty mizerne.

Światło w tunelu stanowi wieść o tym, co nam dolega.

Otóż mamy ZABURZENIA SŁUCHU FONEMOWEGO / FONEMATYCZNEGO. 

Taka miła rzecz, która nie pozwala wysłuchiwać tego, co trzeba i co powoduje mylenie różnych dźwięków. Co gorsza myli się też obraz danej litery.

Młody nie ogarnia np.
E - Y
B - P
W - F

Tyle odkryłam sama w domu.

Wczoraj na diagnozie wyszło nam jeszcze kilka innych duetów.
Ale o nich później, gdy poćwiczymy.

***

Niestety ćwiczymy w domu i na WWR.
WWR zaraz się kończy i zostanie dom. Czyli cała robota dla mnie.

Szkoła ma ... nie powiem co ma szkoła.
Szkoła idzie programem, a więc głoskuje. :/

Na razie nie mam siły na więcej, bo wczorajsza wizyty u speców w zestawie surdo - logo - audiolog mnie powaliła.

foto: logomowa.pl


To nasza męka. Póki co książka nr 1 zaliczona.
Ale idzie jak po grudzie, bo młody cierpi i szczerze tego nienawidzi. :(

Dobrze, że jest internet i takie strony jak logomowa czy bystre dziecko, z których można ściągnąć pomoce albo poczytać o tych pomocnych materiałach edukacyjnych.

Gorzej, że wiele rzeczy trzeba kupić. Dostałam wczoraj całą listę. Załamka.
Na razie zamówiłam trzy pomoce. Reszta musi poczekać.
Dziecko mnie całkiem znienawidzi...

Tak coś we mnie krzyczy, że matka musi robić takie rzeczy. Na zajęciach on ćwiczy, bo taki jest rytm tych zajęć i on to już wkodował. W domu to jest KARA. :/

Ściskam póki co.

wtorek, 31 stycznia 2017

No i znowu zbieramy...

Dzień dobry.

Czas leci jak szalony. Nawet nie ma czasu załadować. ;)
Znaczy zalogować, na bloga. :D

Co tam u nas, pytacie.
No więc tak...
W szkole jak w szkole. Czasem lepiej, czasem gorzej.
Osobiście trochę zaczęłam doceniać tzw. dobre szkoły moich znajomych. Dzieci mają zajęcia, pasje jakieś realizują, dowiadują się co lubią, a czego nie. Próbują, szukają, uczą się i odrabiają lekcje w świetlicy.
A u nas... nic. Jedno czarne, wielkie nic.

Zaczynam się zastanawiać co to będzie, gdy będę musiała wrócić na cały etat do pracy.
Młody zostanie na świetlicy i będzie robił nic, a potem wieczorem ja będę toczyć walkę ze zmęczonym dzieckiem i jego zadaniami domowymi.
Trochę mnie to przeraża.

Póki co, Daniel na świetlicy  nie zostaje.
Ale ileż można... Jeszcze trochę i padniemy z głodu w takim trybie życia.
A gdzie basen, jakieś wspomaganie psychologiczno-pedagogiczne, gdzie SI?
Czy choćby jakiś język obcy, który od I klasy jest, jak wiadomo, obowiązkowy, a z którym Daniel zupełnie sobie nie radzi już w zerówce.
Przyswajanie obcych słów, zwłaszcza tych w języku angielskim, jest dla niego kompletnie nierealne. Nie wchodzi mu to i koniec.

Wiemy już, że problemy z głoskowaniem i te językowe wynikają z lewouszności i zaburzeń słuchu fonematycznego. Ale poradzić na to możemy  niewiele, bo szkoła jak to szkoła, jest sztywna i leci swoim trybem. Zamiast przejść na sylaby w przypadku takich dzieci jak Daniel, to dalej tłucze te głoski, a efekt jest ciągle zerowy.

No więc potrzebujemy nie tylko środków, ale i czasu na to, by pewne rzeczy po szkole prostować.
A prostowanie czegoś z Danielem, po 8 godzinach w szkole, nie będzie łatwe. Może być nawet niewykonalne.
Tymczasem w szkole nic, ani kółka matematycznego, ani językowego (można sobie chodzić po lekcjach na angielski, raz w tygodniu, płatny - obca szkoła przychodzi do szkoły; paranoja).
Można sobie wykupić basen i dziecko będzie odebrane z zajęć, razem z całą grupą. Cena za tę przyjemność - szalona. Za takie pieniądze to my we dwoje chodzimy tydzień w tydzień przez trzy miechy.
No i tyle ciekawostek.
Zdaje się, że są jakieś koła plastyczne, ale to jak wiadomo mojego syna nie interesuje wcale.
Tzn. domyślam się tylko, że takie są, bo widziałam dyplomy dzieci na korytarzu.
Poza tym naprawdę nic się tam nie dzieje. Aż serce boli.

A tak poza tym to dajemy radę.
Jeszcze do maja mamy zapewnioną opiekę i terapię.
Potem wita nas 7 rok życia i wszystkie drzwi zamykają się z hukiem.

Dlatego też, po raz kolejny prosimy Was o 1% z Waszych podatków.
Dziękujemy za dotychczasową pomoc i ściskamy!





Ps. Ulotkę mamy starą, ze spektrum. Niestety nie dysponujemy finansami, aby ją uaktualnić.

Pozdrowienia! 





środa, 21 września 2016

Lawina...

Nie mam nic fajnego do napisania Wam.
Mimo szczerych chęci.
Same dramaty. :/

Pierwszy
Nowy wychowawca. Problemy z akceptacją tego stanu rzeczy mamy.
Daniel ciągle pyta o panią Olę.
Już nie idzie do szkoły z radością. Nie pyta w weekend kiedy idziemy do szkoły.
Zaczął nawet pytać ile jeszcze wolnego zostało z nadzieją, że jeszcze nie koniec.
:(

Drugi
Tak ułożono nam plan w szkole, że zajęcia z logorytmiki Daniel będzie miał z inną grupą.
Nie wiem jak przyjmie tę wiadomość. Wcale mi się to nie podoba. Za dużo tych zmian.
Muszę spytać czy te zajęcia są obowiązkowe, może lepiej żeby tam wcale nie chodził...
Tym bardziej, że i prowadzący zajęcia jest dla Daniela nowy. 

Trzeci
Zajęcia dodatkowe, typu języki, są niedostępne dla dzieci z integracji.
Spadłam z krzesła wczoraj, po tej wiadomości.
Reasumując - nie wolno młodemu chodzić na niemiecki, który jest dodatkowy, ale bezpłatny z racji jakichś tam rozliczeń szkoły ze sponsorem.
Rozumiem problemy intelektualne, jakieś dysfunkcje poważne, zaburzenia mowy, słuchu itd.
Ale dlaczego dzieci takie jak Daniel, albo inne, z Domu Dziecka, nie mogą chodzić tylko dlatego, że mają orzeczenie? Tego nie rozumiem. :/
Nikt im nie każe dostawać 6-ek. Ale mogłyby chodzić, osłuchać się. Zwłaszcza, że to taka dzielnica, gdzie nawet msze są po niemiecku. 

Czwarty
Ten jest najlepszy.
Psycholog, która prowadziła nas od lat, nagle nie przyjmuje dzieci 3+.
Zostaliśmy przerzuceni do innej pani. Tam, w tym naszym stałym ośrodku, który wydaje nam wszelkie opinie.
Może załapiemy się do nowej pani na XII (jakimś cudem) albo I 2017.
W kwietniu mamy nową rekrutację do szkoły. Do I klasy.
Nowa pani nie pozna Daniela. Wątpliwe jest, czy zechce wystawić orzeczenie.
I jesteśmy w... dupie.
Bez papierów nie mamy szans na dalszą edukację poza rejonem.
Po dwóch latach adaptacji możemy zostać wywaleni do szkoły na naszym osiedlu, do nowych dzieci, do wielkiego budynku, do molocha w którym jest 7 pierwszych klas i gdzie Daniel nikogo nie zna. :(

Oczywiście w gratisie - Piąty
Ledwie przyszliśmy do szkoły, ciągle smarkamy.
Tydzień temu wykurowałam dziecko i zaprowadziłam do szkoły.
Na jeden dzień.
Bo nikt mi nie powiedział, że panuje jelitówka ( zaczęła się pod naszą nieobeność) i zaczyna się grypa. W rezultacie całą noc biegaliśmy do WC i nosiliśmy się na rękach, bo brzuch bolał.
Jeszcze się nie ogarnęliśmy z tematem, a pojawiła się gorączka i ból gardła... o_O
Złapaliśmy jedno i drugie, w jeden dzień.
I znowu jesteśmy w domu.


Mam dość.
Wszystko mi opadło w tym miesiącu. :/
Chcę na Madagaskar, albo inne Malediwy. Byle daleko...
Nawet nie musi być na M. 


Przy okazji pytanie...
Czy ktoś z Was wie za jakim dokumentem idą do szkoły pieniądze z Urzędu na dziecko integracyjne? Za orzeczeniem o niepełnosprawności czy za orzeczeniem o kształceniu specjalnym??


wtorek, 6 września 2016

Tak ładnie żarło... :(

No i się zaczęło.

A tak było pięknie. :(

01 września.
Dziecko zadowolone, bez problemu, bez gadki żadnej poszło do szkoły.
Po godzinie wcale nie chciało do domu.

02 września.
Poszło chętnie, do swojej szkoły, do kolegów.
Bo zabawki, bo plac zabaw, bo obiady które lubi itd.

06 września.
Na dzień dobry pytanie: mamo, czy dzisiaj będzie wreszcie pani Ola?
o_O
Wyjaśniłam, że niestety nie, że w tym roku pani Oli nie będzie wcale.
Już o tym mówiliśmy, ale chyba mu uciekło.
No więc powiedziałam, co musiałam i zaczęło się...

Zamiast pani Oli jest nowa pani. Nauczycielka klas I-III. Ma chyba trochę inne podejście, bardziej szkolne niż zerówkowe, bo podpadła Danielowi już 2 września. Z każdym dniem jest tylko gorzej. :(
Na domiar złego dziś dowiedziałam się, że zajęcia rewalidacyjne też nowa pani poprowadzi.
Trochę szalony pomysł przy dziecku z ZA. No ale... widać ktoś się nie zastanowił.
Pani, które z nimi została jako nauczyciel wspomagający (w zeszłym roku była wychowawcą grupy) tylko wzruszyła ramionami i powiedziała: taki mamy podział godzin w tym roku.
A taką miałam nadzieję, że rewalidację poprowadzi pedagog, którego młody zna i lubi..
I klapa.

Trzymajcie kciuki żebyśmy dali radę i jakoś ten impas przetrzymali.
Na razie nie jest fajnie. :(

Dziś siedziałam na korytarzu do 8:30 i wycierałam łzy...

czwartek, 11 sierpnia 2016

I koniec wakacji

Jeny, jeny, tak się martwiłam o te wakacje... Że tyyyle czasu, że młody się zanudzi, że będzie mędził itd.
A tu nagle wczoraj dotarło do mnie, że w poniedziałek już 15 sierpnia.
Dla mnie ta data to koniec wakacji.
Odpust w mieścinie, gdzie w szkolnych czasach jeździłam na całe lato. Sygnał do pakowania i powrotu do domu...

Kiedy to zleciało?
I gdzie lato?
Aż dwa razy byłam z synem na miejskim basenie.
Ostatni ciepły czas byłam w szpitalu, więc trzecia wizyta nie doszła do skutku. Ale to i tak ochłapy.
Niby lato, a jakoś go nie poczułam. Nie wyjęłam nawet najcieńszych sukienek.

No i już po zabawie. Znowu zimno.
Kurtka przeciwdeszczowa na topie. Pełne buty na wierzchu.
Które zresztą musiałam kupić na cito parę dni temu, bo wiosenne okazały się być za małe. Mam nadzieję, że dotrwa w nich do zimy, bo z torbami pójdę. ;)
Jeszcze nie skompletowałam wyprawki do szkoły. Nie mam książki, bloków, plasteliny i wielu innych rzeczy. A tu buty jesienne trzeba kupować.

Młody daje radę, nie marudzi, nie pyta o szkołę, a ja nie przypominam.
Stęka tylko o wyjazd, tzn. o swoje "wakacje" w sensie wyjazdu z domu z noclegiem.
Może dlatego jeszcze nie wrócił do tematu szkoły, bo nigdzie nie byliśmy, a to znaczy, że "wakacje" takie, jak on je rozumie, ciągle przed nim. :)

Tymczasem pogoda niespecjalna na takie imprezy.
Oboje tęsknimy do gór, choćby do Wisły. A tu deszcz, buro, zimno.
Może jesień będzie łaskawsza?
Oby...

Tymczasem zostawiamy Wam cynk, że żyjemy i mamy się dobrze. :)
Poza tym, że jestem chora i mam stan zapalny zatok, złapany w ciągu tygodnia po operacji, to jest ok. Szkoda tylko, że aura nie jest milsza, bo deszcz i wiatr to nie jest to, co lubię.
A już na pewno nie jest to nic z tego, co lubią moje zatoki.

Dużo ciepełka i odpoczynku.
Do przeczytania pewnie gdzieś na początku roku szkolnego.

Buziaki

wtorek, 19 lipca 2016

Co tam nowego...

Nie wiem co ciekawego Wam napisać, ale że znowu trafiam na stół niebawem i nie wiem kiedy potem będę dostępna, postanowiłam jednak trzy zdania skreślić.

Za jedno zabieram się od dawna, ale ciągle brak czasu.
A rzecz jest ważna. Przełomowa dla nas.
Otóż młody jeździ na rowerze. :) Sam. :)
Tzn. na dwukołowym rowerze sam jeździ. :)
Rok temu szło jak po grudzie... Na początku tego sezonu byłam w szoku jak strasznie ciężko mu cokolwiek wytłumaczyć. Siedział krzywo, skręcał ciałem, kładł rower na jedną stronę. Jedna wielka masakra. Już pewna byłam, że mnie to zadanie powali...
A tu nagle za czwartym czy piątym razem bum, zdecydowany postęp. Puściłam więc i zaczęłam asekurować tylko i poszło. Bez trudu przejechał sto metrów, dwieście, za chwilę już pięćset.
Jeszcze musimy opanować wsiadanie bez pomocy i zatrzymywanie bez skakania z roweru. :D
Jazdę już mamy załatwioną. Idziemy na rower i 4-5km bez problemu pomykamy.
Dumna jestem i szczęśliwa jak dziecko. :)

***

Poza tym robimy ciągły bajzel, rysujemy, lepimy z plasteliny (u Was też jest ona wszędzie po takich pracach?), piszemy książki... tzn. Daniel pisze. :D
Pokażę niebawem, bo znowu zapomniałam zdjęcie zrobić.

Za to pokażę Wam rysunek syna.
Tego syna, co to nie rysował, nie pisał i obchodził szerokim łukiem każdą kartkę.
Rysunek, w którym nie brałam udziału. Nawet mnie w pokoju nie było.
Postacie z bajki "Oktonauci". :) Ktoś zna?
Leci na Minimini.

Młody rysuje sam. Bez obrazu. Z głowy. Jak zapamiętał. Bez przymusu, bez nagabywania. Rysuje, bo chce. Jak chce i kiedy chce. Nigdy nie prowadzony za rękę, nie namawiany. Nie chciał, to nie. Zaczął sam, nagle. I rysuje. Jakby robił to od początku. :)


Nieźle, nie? :) Statki kosmiczne jak żywe. :D
Mnie się podoba, ale ja nieobiektywna jestem. :D

***

Ok, tyle na dziś.
Łeb mnie boli okrutnie od paru dni, od kręgosłupa.
A leków przeciwzapalnych brać nie mogę przed randką z chirurgiem, więc jestem w czarnej... niemocy.

Pozdrawiam póki co i słoneczka życzę! :*


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Koniec roku szkolnego i spotkanie z Leiterem ;)

No i nadszedł ten czas.
Zbliża się koniec pierwszego roku szkolnego, w naszym wspólnym życiu.

Roku w przedszkolu nie liczę, bo to była masakra, nie edukacja, poza tym nie dotrwaliśmy do końca.

Teraz mamy prawdziwą  placówkę edukacyjną, prawdziwy rok szkolny, naukę, adaptację i wszystko inne, czego w szkole można by szukać.

Dziecko dotrwało do tej chwili uśmiechnięte, radosne. Wstaje rano bez płaczu, wchodzi do sali z uśmiechem, żegna mnie bez problemu (mamy pewne rytuały, które nam w tym pomagają), ma kolegów i koleżanki, którzy go lubią.
Same cuda, panie dzieju. :)

Nigdy nie myślałam, że będę się martwić wakacjami, ale właśnie tak jest.
Młody będzie się nudził, poza tym wcale nie chce wolnego... (dziwne, nie?)
Mnie nie stać na zapewnienie mu jakichś wyjątkowych atrakcji.
On się nie nadaje na kolonie. Ja nie mam kasy na prawdziwe wczasy.
Będziemy się jakoś ratować dłuższymi weekendami, basenem miejskim, placami zabaw, rowerem (może wreszcie nauczy się jeździć) itp.

Co tam jeszcze chciałam...
Aha.
Młodemu zrobiono pierwszy test na tzw. zdolność przystosowawczą jednostki, czyli zdolność do radzenia sobie w otoczeniu, z nowymi sytuacjami.
Jest to jakaś Międzynarodowa Wykonaniowa Skala Leitera P-93.
Nawet nie wiedziałam, że coś takiego mają. No ale mają w PPP i zrobili.
Potem coś tam poprzeliczali wg tabeli: 

Bardzo niskie             1 sten                lub poniżej 71 w skali IQ
Niskie                         2 – 3 sten          lub 71 – 85 w skali IQ
Średnie                       4 – 7 sten          lub 86 – 115 w skali IQ
Wysokie                     8 – 9 sten          lub 116 – 130 w skali IQ
Bardzo wysokie         10 sten              lub powyżej 130 w skali IQ

Daniel uplasował się w pozycji czwartej, czyli osiągnął wynik wysoki.
No cóż... bardzo chcieli to mieć na papierze, to mają. Podobno Aspergerom trzeba takie cuda robić, nie wiedzieć po co.
Nasza psycholog z Goaru, już wtedy, gdy Daniel miał pierwszą diagnozę i niespełna dwa lata, pewna była, że młody mieści się w górnej normie intelektualnej.
Tak więc Ameryki mi nie odkryli.

Ktoś mi powiedział, że teraz mam dowód na Aspergera.
Pewnie, czemu nie.
Tyle że mnie jest naprawdę wszystko jedno jak to się nazywa. :)
Dziecko jest, jakie jest. Żadna nazwa nic tu  nie pomoże. A że jest moje, cudowne i najwspanialsze, to rzecz wiadoma i żadna skala tego nie zmieni. :)

Pozdrawiam Was słonecznie! 


piątek, 15 kwietnia 2016

Trudne rozmowy ;)

Jaki wiek jest typowy dla trudnych rozmów między dziećmi a ich rodzicami?
14 lat? 16 lat?

Jakby ktoś miał  problem, to służę doświadczeniem. :D
Ja już większość mam za sobą...

Pamiętam, jak moją mamę siedzącą w wannie, mój brat zapytał kiedyś o orgazm kobiety.
Biedna mało się nie utopiła. :D

Mnie to raczej nic nie zaskoczy, bo synio zaczął już dawno.
Bardzo podobał mu się odcinek "Było sobie życie" zatytułowany "narodziny".
Potem nastała seria pytań.

Teraz przeanalizował je chyba wszystkie, bo zaczyna z drugiej strony.

Przykładowe rozmowy (albo raczej wstęp do nich) sprzed paru dni niżej:

- mama, czy Ty jeszcze urodzisz kiedyś jakieś dziecko?
- nie kochanie, już raczej nie urodzę...
- to dlaczego Twoja  komórka nadal czeka na plemnika?

albo

- mama czy jak ja będę dorosły i będę miał plemniki to one się spotkają z Twoimi komórkami?
(tu konsternacja - tego się nie spodziewałam)
wyjaśniam...
kończę opowieścią o tym, że jak kiedyś się zakocha, pozna fajną dziewczynę itd. itp.
myśli chwilę i mówi:
- wiesz, to ja mam już taką dziewczynę
- tak? kogo?
- panią Olę z zerówki; ja się w niej zakochałem, a ona we mnie
- kiedy?
- no dawno, na początku zerówki przecież...

Ok. Mnie tam pasuje.
Tylko nie wiem co na to pani Ola. :D

Też tak macie/mieliście w tym wieku, czy ten mój syn nad wiek ciekawski? :D