poniedziałek, 24 września 2018

Nowa szkoła

No więc, drodzy państwo, zmieniliśmy szkołę.
Czy to dobrze, czas pokaże.

Póki co, mamy kilka wieści.

Po 1, dyrekcja jest naprawdę miła i przychylna uczniom.
Po 2, wychowawca Daniela to bardzo miła i sympatyczna osoba.
Po 3, jego wspomagająca jest fajną babką.
Po 4, wszelkie problemy załatwiane są na miejscu i konkretnie. Czy to chodzi o krzyki, czy popychanie, czy też bójki. Wszystko jedno. W głębszych konfliktach biorą udział, poinformowani przez kadrę, rodzice.

Gorzej sprawa wygląda z samymi uczniami. Trudnych przypadków jest tam naprawdę sporo. Albo... bardziej je widać niż w poprzedniej placówce.
W klasie Daniela jest już dwóch autystów. W tym on jest najlżejszym przypadkiem.

Na dziś dzień Daniel nie ma tam z nikim bliższych kontaktów. :(

Ma fajniejsze lekcje, lepszy system ocen, miłe panie, prawdziwą rewalidację i godzinę z psychologiem. Ale nie ma kolegów.

Taki bilans.

środa, 1 sierpnia 2018

Orzecznictwo w Pl - rzeczywistość jest smutna

Jak to jest, moi drodzy, że w tym kraju ani dziecko niepełnosprawne, ani matka tego dziecka, ani jego ojciec i rodzeństwo, nie mają prawa do odpoczynku?

Dlaczego rodzic dziecka niepełnosprawnego dostaje do ręki orzeczenie, z terminem 31 lipca albo 30 czerwca?
Wiadomo przecież, że to dziecko latem wymaga opieki. Że nie ma przedszkola, szkoły, że często nie ma opcji zapisania go na kolonie, obóz i inne takie.
Potrzebuje więc ciągłej opieki rodzica, która bierze w tym celu urlop.

Orzeczenie do  30 czerwca oznacza, że komisja będzie w lipcu. Kiedy? Nie wiadomo. Może dowiemy się w czerwcu, a może nie. Najczęściej nie. Przykładowo rok temu 12 lipca dowiedziałam się o komisji -  27 lipca.
Musiałam przełożyć plany, bo tak odległego terminu nie spodziewałam się składając dokumenty już na początku czerwca. Ale... termin był jeden. No bo urlopy.

Urlop oznacza zwykle, że ludzie gdzieś wyjeżdżają.
Wiedzą to oczywiście zasiadający w komisjach lekarze, bo oni też wyjeżdżają, przez co terminów komisji w wakacje jest mniej.
W przypadku mojego miasta - jedna komisja zamiast dwóch.

W tym roku komisja w sierpniu, bo orzeczenie syn dostał na 13 miesięcy.
Dlaczego akurat tyle? Nie  mam pojęcia. Zapytać nie ma kogo, bo podczas komisji panie nic nie mówią. Na decyzję się czeka grzecznie, w domu, nawet dwa tygodnie.
Tego też nie rozumiem, bo po wyjściu pacjenta komisja ustala ile tego orzeczenia daje.
Więc w praktyce, pacjent mógłby mieć wiadomość po 5 minutach, a decyzję następnego dnia.
Ale nie... to byłoby za proste.
Trzeba czekać dwa tygodnie. I nie czeka tylko sam delikwent. Czeka MOPS, jeśli np. matka jest na świadczeniu, albo pracodawca, gdy któryś rodzic przebywa na wychowawczym.
Status pracownika przez ten czas jest bliżej nie określony - przepisy nie przewidują takiego faktu.
Ale co to kogo obchodzi?

A urlop, wyjazd? Zapomnij rodzicu. Niebieskie migdały Ci się marzą.
Do roboty się weź, rehabilituj, ucz, ćwicz, woź na zajęcia, czytaj po nocach, bo sam dla swojego dziecka jesteś najlepszym lekarzem, terapeutą, rehabilitantem, logopedą i psychologiem.

Dziś mamy 01 sierpnia. Komisja ma być w sierpniu, a ja nadal nie mam pisma z terminem. Mało tego - termin nie został jeszcze ustalony. Dzwoniłam, pytałam. Nie wiedzą, bo... okres urlopowy, wie pani.

No wiem. Odpoczywają.
A ja?
Mnie nie przysługuje? Mojemu dziecku nie przysługuje?
Kiedy ja odpocznę, do jasnej cholery?

Planowałam krótki wyjazd na koniec sierpnia.
Przełożyć?
Na kiedy? Na wrzesień? We wrześniu młody idzie do szkoły. Nowej!
Nowy stres, nowe wrażenia, nowa adaptacja.

Od czerwca Daniel czeka na ten czas, gdy i ja mam urlop. Czeka na krótki chociaż wyjazd. Na to, że zobaczy jakiś świat, poza swoim miastem. Jak inne dzieci. Wodę jakąś, góry. Cokolwiek.
Czeka i odlicza dni. Wszystko ma zaplanowane i ułożone w głowie, walizkę którą zabierze, jej zawartość, nawet wyjazd wieczorem pociągiem TLK.

Ale kogo to obchodzi. Jak wszystko inne, tak i dramat mojego dziecka związany z anulowaniem wyjazdu, jego płacz, krzyk, żal, wejście w stresie i rozczarowaniu w nowy rok szkolny... to mój problem, tylko mój.
Co to interesuje szanowną komisję. Ważne, żeby oni wzięli swój zaplanowany urlop....

Nie znoszę czasem tego kraju i jego bezmyślności. :/ 

czwartek, 19 lipca 2018

Ostrzeżenie ....

Po konsultacji z adwokatem oraz policją i prokuraturą, dokonanej przed chwilą, uprzedzam wszystkich znudzonych życiem i zakompleksionych użytkowników internetu...

jeśli jeszcze raz dowiem się, że ktoś wykopuje moje stare, skasowane posty, albo nawet posty bieżące, szasta danymi wrażliwymi mojego dziecka i wykorzystuje je do siania mowy nienawiści, wyśmiewania się z ludzi, którzy mają chore dzieci, albo ludzi, którzy swoje dzieci szczepią / nie szczepią (wybrać dowolne), leczą czymś tam / nie leczą czymś innym (wybrać dowolne), a także nawołuje innych do krytyki tychże osób, obraża je, poniża, albo robią to jego czytelnicy / użytkownicy grupy itd. będę robiła zrzuty ekranu i każdą taką akcję będę zgłaszała do prokuratury. 

Żeby  nie było zaskoczenia. 
Nie będzie taryfy ulgowej. 


czwartek, 12 lipca 2018

Wybierając między spokojem swoim i dziecka, a kuratorium i prokuraturą...

No cóż.
Wdupiliśmy po raz drugi.
Raz w przedszkolu, drugi raz w szkole.
Nie wiem, czemu to moje dziecko ma takiego pecha...

Przetrawiłam dziwnego wychowawcę i nagłą jego zmianę od drugiego roku zerówki. Przetrawiłam, że dostaliśmy kobietę, która nigdy nie pracowała z zerówką i nie umiała tego robić.
Przetrawiłam jej dziwne pomysły na sadzanie dzieci z integracji razem, oddzielając je od stolików z dziećmi zdrowymi.
(Interweniowałam, z oporem ale jednak przesadzono Daniela.)

Przetrwałam pierwszy rok (druga zerówka) i myślałam naiwnie, że już po spięciach, po głupich rozmowach, po nauce dla nas wszystkich, więc będzie tylko lepiej... ale nie.

W klasie I przerobiłam:
- brak skupienia
- brak orientacji co było na lekcji, jakie są zadania, czego się uczyli
- pojawienie się tików nerwowych (chrumkanie, łykanie powietrza, łapanie za krocze)
- stres i strach przed pójściem do szkoły
- pretensje nauczyciela o dysfunkcje dziecka, np. o to że nie utrzymuje skupienia, o nabyte tiki, które dla nauczyciela były rodzajem masturbacji...
- scenę zrobioną mi o atak autystyczny na świetlicy, wywołany przez całodzienne zachowanie wychowawcy 

Kiedy dowiedziałam się, że dziecko jest szarpane za ramię, że nauczyciel się drze, wyrzuca rzeczy dzieci do kosza na śmieci, a mojego syna wystawia na korytarz, gdzie on potem pracuje pod nadzorem minutnika, sam na krześle lub na ławie, gdzie zdejmują buty, w kucki... przelało mi się.

Wywołałam wojnę idąc do psychologa szkolnego po pomoc, było to przed świętami BN w 2017tym.
Uzyskałam opinię od naszego psychologa o fobii szkolnej u Daniela.
Uzyskałam interwencję i chwilową pomoc psychologa szkolnego.
Ustalono nowe zasady pracy.
Dziecko przesadzono do innego rzędu. Przestał być buforem między dwójką awanturujących się chłopców.
Poprawiło się.
Po mojej interwencji zniknęła także z sali tablica demotywująca, z czarnymi i czerwonymi kropkami idącymi w dziesiątki i setki w ciągu półrocza.

Miało być lepiej...
I było, do kwietnia.

Znowu zaczęły się nerwy, tiki (bez łapania za krocze tym razem), niechęć do szkoły, strach przed zajęciami. Doszły bóle głowy i brzucha.

W czerwcu okazało się, że pani drze mordę nie tylko na lekcjach, ale i na rewalidacji.
Na tej rewalidacji, z której chciałam Daniela wypisać, bo i tak nic tam nie robią z zaleceń PPP, tylko głoskują albo czytają, a ostatnio non stop robili zadania z lekcji. Ale wychowawczyni prosiła, żeby wrócił, że cuda i wianki będą i tak komfortowo, że ach i och. Wrócił.
Ale... lepiej było tylko przez dwa miesiące.

Potem znowu się baba rozkręciła i darła się na Daniela w klasie, że nie kończy zadań, a potem drugi raz na rewalidacji, zmuszając go do ich skończenia. Bez efektu, bo dziecko zaczęło szukać sobie jakiegoś wentyla bezpieczeństwa i nauczyło się filtrować jej sceny, wyciszając w głowie krzyk i polecenia wydawane na wysokich tonach.
Jak sam powiedział psychologowi na konsultacji: ja się wtedy odwracam tyłem do pani i jej nie słucham;

Niestety nie zneutralizowało to jego stresu, a tylko zaogniło konflikt, bo po pierwsze - on próbując się wyłączyć nie rejestrował przebiegu lekcji i poleceń, a po drugie - wredna franca zaczęła go straszyć. Mówiąc wprost - grozić mu, że jego zachowanie nagrywa i będzie miała w razie czego, żeby pokazać... nie wiem komu, Daniel nie umiał sprecyzować, ale wyraźnie bał się tego jej nagrywania i mocno go ono stresowało.
Czy nagrywała coś naprawdę - wątpię. Nie bardzo miała co, poza tym, że on się wyłącza i nie kończy zadań, nie słucha poleceń wydawanych krzykiem. Ale udawała, że włącza tel. i chowa go do biurka, gdzie wszystko się rejestruje.
Gdyby coś nagrywała, byłby to głównie jej krzyk, więc wątpię więcej niż mocno. 

Gdy się o tym dowiedziałam, było już po zakończeniu roku szkolnego.
Jeszcze tego samego dnia byłam w UM z wnioskiem o zmianę szkoły.

I tak oto czekamy na pismo ze zgodą i mamy nadzieję na zakończenie swojej przygody z tą miłą, wcale nie integracyjną podstawówką, w której nauczyciel starej daty jest ważniejszy od ucznia, nawet gdy wyrzuca rzeczy dzieci przez okno (info od innej matki z czasów nauki jej córki), a wszyscy udają, że tego nie ma, bo ten belfer jest przecież mega oddany dzieciakom. :/
Chronią go koleżanki (potwierdzając różne wymyślane na potrzeby chwili bajki wychowawcy) oraz vice dyrektor, który rodzica, któremu się takie zachowanie nie podoba, traktuje jak gówno przylepione do buta.

Trzymajcie kciuki za przeflancowanie nas do innej Sp, bo inaczej wylądujemy w psychiatryku, oboje. A przedtem będziemy musieli złożyć odpowiednie doniesienia do odpowiednich organów państwowych.

Wahałam się. Boję się. Wszystkiego. Nowej szkoły, nowych dzieci, nowych nauczycieli. Dojazdu, obiadów (brak kuchni w szkole), korytarza przez który trzeba przejść na przerwie, choćby do WC. Adaptacji do nowych warunków. Tego, że 10go września Daniel zechce powrotu do starych kolegów. Że nie zostanie zaakceptowany przez klasę.
Itd. itd. Boję się jak cholera. Nie śpię w nocy od dwóch tygodni. Wróciłam do antydepresantów, dziecko karmię magnezem i bajkami o cudownej, nowej szkole, próbując jednocześnie pozbyć się tych tików (zostało pufanie nosem) i zneutralizować jakoś te bóle głowy.
Z brzuchem już lepiej, głowa została.

Ale po ostatnich rewelacjach musiałam nieco przestać się bać. Przynajmniej na tyle, żeby coś zrobić. Psycholog ostrzega, że zmiany w psychice dziecka tak wrażliwego jak Daniel mogą być nieodwracalne, więc...

Złożyło się tak, że ktoś miły i przejęty sytuacją porozmawiał z kimś innym, równie miłym i okazało się, że w jednej takiej Sp jest jedna klasa integracyjna, a w niej jedno miejsce.
Skorzystaliśmy.

A teraz trzymajcie za nas do września, żeby nam się uspokoiło i wyprostowało.
A we wrześniu za adaptację. Błagam!



wtorek, 5 czerwca 2018

Naprawa dziecka ...


Takie tam z wczoraj…

Od czasu do czasu daję się wkręcić w naprawienia młodego, mimo że nie jest zepsuty.
I tak wczoraj wybrałam się do poradni z powodu obrażania się. Najpierw przyjęłam dwa fochy mniej lub bardziej bliskich osób, że jak to tak można, że się dzieciak obraża, potem uwagi ze szkoły. Po trzeciej poszłam do PPP.

Miła i sympatyczna pani najpierw obwieściła mi, że w tym wieku obrażają się wszystkie dzieci, także te bezproblemowe zdrowotnie. Potem zapytała jak to wygląda, a na koniec ile to trwa.

Powiedziałam pani, że w domu, gdy sama tę sprawę załatwiam, to zwykle 5 do 10 minut, czasem kwadrans. Proszę Gada, żeby poszedł do siebie i ochłonął, a on idzie i po niedługim czasie wraca. Czasem nie wraca, ale wtedy powodem nie jest przedłużający się foch, tylko zapomnienie o sprawie i zajęcie czymś ciekawym, czyli zabawa.

Pani najpierw popatrzyła na mnie jak na kosmitę, a potem wygłosiła odezwę pod znakiem: ach jak to świetnie i w ogóle rewelacja, że tak szybko się ogarnia, że samodzielnie, że taki już dorosły i super  sobie radzi, podczas gdy wiele zdrowych dzieci nie potrafi się pozbierać w 45-60 minut. Więc w ogóle ą, ę, fajerwerki i wodotryski, a poza tym chapeaus bas.
Pochwaliła dziecko x razy. Powiedziała, że super prowadzony terapeutycznie, że to minie.
A mnie wysłała na warsztaty dla rodziców, bom za bardzo do siebie krytyczna jako matka i wychowawca.

Także ten… tym razem ja pójdę na terapię. :D
Może potem będę umiała wszystkim wokół pokazać język i środkowy palec i odesłać w … las, gdy będą mi dupę zawracać tym, że we własnej głowie nie potrafią sobie poradzić z kilkuminutowym fochem ośmiolatka. 

Tyle na dziś. 
Pozdrawiam! 

wtorek, 23 stycznia 2018

1% jak co roku i jedno wyjaśnienie

Przypominamy Wam o sobie, ponieważ zupełnie bez ostrzeżenia nadszedł nowy rok kalendarzowy i po raz kolejny zbieramy 1% podatku.

Trochę inne były nasze plany. Zakładaliśmy, że taki regresy już nam nie grożą i któregoś pięknego dnia po prostu zrezygnujemy z pomocy Fundacji.
Niestety sytuacja obecna pokazuje, że nic nie jest jeszcze za nami i że nadal powinniśmy spodziewać się wszystkiego, co już z przeszłości znamy.

Taka karma. :(

No więc kolejny raz zbieramy ten 1%, aby sfinansować z niego terapię Daniela, materiały pomocnicze, rehabilitacyjne (od tego roku walczymy jeszcze z wadą postawy i koślawymi kolanami/stopami) oraz pomoc psychiatry i psychologa.

Uśmiechamy się więc do Was ładnie i przypominamy linka...

konto Daniela w fundacji


Serdecznie dziękujemy Wam za dotychczasowe wsparcie i pomoc. :*

***

Przy okazji jedna dygresja...

Ponieważ ostatnio zostałam zaczepiona przez jedną mamę w realu, a przez drugą online, chciałabym wyjaśnić pewną rzecz.
Obie panie mają dzieci bez diagnozy, bez orzeczenia.
Dzieci nie są niepełnosprawne, aczkolwiek mają jakieś tam problemy. Jedno ma coś tam z SI, drugie coś ze stopami i wadę wymowy.
Jedna pani zarzuciła mi, że mam tak wspaniale, bo terapie mojego dziecka finansuje fundacja, a ona tak nie może, choć jej dziecko zdrowe nie jest.
Druga natomiast zawyrokowała, że terapię Daniela opłacają inni ludzie, więc ja nie mam tego problemu, który ma ona.

Nie wiem skąd ludziom przychodzi do głowy, że posiadanie dziecka z orzeczeniem to taki miód?!

W tym miejscu chciałam wyjaśnić, że TO NIE FUNDACJA FINANSUJE TERAPIĘ DANIELA. Wszystkie terapie finansuję JA.
Fundacja jedynie zwraca mi środki, jeśli je zasadnie wydam i konkretnie udokumentuję, przedstawiając fakturę z opisem.
Potem ja dwa miesiące na te środki czekam.
To jedna rzecz.

A teraz druga...
Otóż nawet w taki sposób Fundacja nie zwraca mi całości środków wydanych na terapię.
Dlaczego?
Ano dlatego, że OD LAT NIE UZBIERAŁAM TYLE, ILE MI NA TĘ TERAPIĘ POTRZEBA.

W pierwszym roku od zgłoszenia do Fundacji uzbierałam poprzez tego bloga, fb i przez znajomych, 4 tysiące złotych z kawałkiem.
Potem ta kwota malała rokrocznie.

W listopadzie 2017r. zaksięgowano na subkoncie Daniela środki zebrane za rok 2016.
Była to szalona kwota niewiele przekraczająca 1 TYSIĄC ZŁOTYCH.
Tak, moi drodzy, jeden tysiąc z groszami.

Tymczasem samego SI mamy 400zł/mc. Rehabilitacji drugie 400zł/mc.
Wizyta u psychologa kosztuje 100zł.
U psychiatry 150-200zł.
Neurologa już sobie darowałam.
Basenu, ściany wspinaczkowej i innych zajęć w związku z wadą postawy, nadwrażliwością itp. atrakcjami nie liczę i nigdy nie liczyłam. 

Godzinna wizyta u foniatry i audiologa z testem na zaburzenia słuchu fonemowego kosztowała 350zł.

Jak łatwo policzyć, środków z fundacji nie mamy już w lutym.

To tyle w temacie bogacenia się na Fundacji i darowiznach.

pozdrawiam :)










środa, 3 stycznia 2018

Pod górę i bez celu :/ czyli ...nia w pomidorach

Nie ma to jak dobra kadra nauczycielska.
Nic mi tak krwi nie psuje w szkole mojego syna, jak ta kadra właśnie.
Na każdym kroku walą po oczach brakiem kompetencji, aż trudno uwierzyć, że to ludzie ze stażem.
Do tego oligowcy, w szkole i klasie integracyjnej.


Ale do rzeczy...
Otóż, po wrześniowym spokoju, kiedy to młody siedział  sam w pierwszej ławce, pani przesadziła go do ławki drugiej, ponieważ panowie z drugiej i trzeciej mieli spór.
Młody zasiadł w środku grona z integracji. Między dwójką skonfliktowanych uczniów.

Bo integracja w tej szkole wygląda tak, że dzieci integracyjne integrują się ze sobą, a zdrowe ze sobą. Taki zwyczaj. :/

No i poszłooo...

Najpierw uwagi, że nie pracuje, nie kończy zadań, nie jest skupiony.
Skończyły się pochwały jak super napisał test, jak dobrze zrobił zadanie, skończyły się pieczątki w zeszycie.
Potem pani z niemca zwróciła uwagę, że Daniel nie uczestniczy w lekcji.

W końcu dostałam pisemną uwagę od wychowawcy.
Miało to miejsce dzień po mojej rozmowie z synem. Dziecko w szkole nie jest ślepe i nie żyje w próżni. Zauważyło, że innym wolno. Widzi jak dziecko, nazwijmy je K, obraża innych i przeklina . Widzi, że jest to ignorowane. 
Widzi inne dziecko, które chodzi po sali, a nawet z niej wychodzi. Widzi i słyszy kolejnego gagatka, jak ten krzyczy do pani wniebogłosy. (Notabene zostaje sprowokowany, co sama na własne oczy widziałam.) Uczy się otoczenia i zaczyna je powielać. Nie jest to przypadłość dzieci chorych ani zaburzonych. To normalne zachowanie dzieciaka w tym wieku.

I teraz, ten K przeklina, bo jak się wyraziła pani wychowawczyni w rozmowie ze mną, "jest z takiego domu i będzie przeklinał". Natomiast Danielowi nie wolno i jeśli użyje słowa "głupia", (które siedzący za nim K używa sto razy dziennie) to Daniel dostaje uwagę.
Takich sytuacji są dziesiątki dziennie. W ich efekcie młody zaczął rozrabiać, naśladować, powielać niegrzeczne zachowania.
No i dostaje za nie opr. Czuje się karcony za inne dzieci, stracił motywację, widzi tylko kary, krzyk i reprymendy.
Zapytałam go wprost - czy woli dostawać czarne kropki niż zielone, czy go to kręci, że jego tablica jest czarno-czerwona, zamiast zielona. Zabił mnie odpowiedzią. Okazało się, że pani postanowiła niedawno zielone kropki wykasować. Nie ma już w ogóle zielonych za dobre zachowanie, są tylko uwagi i nagany. Taki system motywacyjny szkoły podstawowej...

I oczywiście wielkie zdziwienie. Wykształceni pedagodzy dziwią się, że jest coraz gorzej. Nie tylko w przypadku Daniela. Dzieci weszły w swoje role. Przecież i tak ciągle są niegrzeczne. I tak tylko dostają uwagi i czarne kropki. Czasem czerwone - chyba przy lepszym humorze wychowawcy.

Wychowywanie i uczenie metodą kija. Dzień po dniu. Do tego krzyczący nauczyciel.
Koszmar jak z horroru.

Próbowałam rozmawiać z nauczycielem, wytłumaczyć mu, że młodego nie można zmotywować karami, że wejdzie w rolę tego złego, ale się nie poprawi. Że może trzeba wrócić do sprawdzonych rozwiązań. Wszak rok temu przerabialiśmy problem związany z tym jak Daniel siedzi. To już było. Już raz się rozsypał, nie wiedział nic o lekcjach, cztery pory roku kolorował na pomarańczowo. Dopiero po przesadzeniu do stolika spokojnych, zdrowych dzieci, było ok. Od stycznia do czerwca złego słowa nie usłyszałam. Więc dlaczego znowu ten sam błąd popełniamy?

Nic się jednak  nie zmieniło. Dziecko nie zostało przesadzone. Natomiast znowu usłyszałam trzy tony krytyki, wypowiedziane tonem pretensji i oczekiwania w stylu: załatw to sobie babo w domu, bo ja nie mam czasu na Twoje dziecko.
Ponieważ jednocześnie nauczyciel zauważył, że na rewalidacji, w pracy 1 na 1, młody zawsze super pracuje, to i ja zauważyłam, i oczywiście podzieliłam się tym z nauczycielem, że problem jest w klasie, ja nie mam go w domu, nie ma go na rewalidacji, u psychologa, na SI, nigdzie indziej, jest tylko na lekcjach.
Myślałam, że pani wyciągnie z tego wnioski, wszak to oczywiste.
Niestety, myliłam się.

Nauczyciel postanowił odwrócić sprawę i dwa dni później wynalazł nowe uwagi, nowe problemy i zarzucił mnie nowymi skargami. Do tego okłamując mnie, że po poważnej, dzisiejszej rozmowie z Danielem chociaż tyle uzyskał, że teraz... dziecko pracuje na rewalidacji.
Nie znoszę, gdy ktoś próbuje mną tak manipulować, nie trawię kłamstwa w oczy. Przypomniałam więc pani, że Daniel zawsze na rewalidacji pracował i że często mi o tym mówiła. Kiedy więc przestał, skoro w tym tygodniu to była pierwsza rewalidacja, a dwa dni temu sama go za tę pracę jeszcze chwaliła.
Nadepnęłam na odcisk i poszłoooo... Pani wychowawczyni wymyśliła sobie nowy argument i wystrzeliła  z grubej rury, biorąc takie zachowania jak np. poprawienie sobie spodni w kroku za... stymulację seksualną.
Odniosłam wrażenie, że chciała mnie dobić i znaleźć coś, co obwini mnie, dziecko, wszystko tylko nie szkołę, nie lekcje, nie ją jako nauczyciela. Mówiąc mi o tym prawie wypluwała słowa, miałam wrażenie, że sama rozmowa o tym napawa ją obrzydzeniem.
(W sumie to nie dziwne nawet, też by mnie obrzydzało, gdybym tak paskudnie łgała.)

Wyrwała mi serce. Próbowałam rozmawiać, ale odbiłam się od ściany, więc...
poszłam do szkolnego psychologa. Opowiedziałam o zachowaniu młodego, poprosiłam o obecność psychologa na zajęciach, sprawdzenie co się dzieje, czego dotyczy problem, skąd ta zmiana u syna.
Powiedziałam o niechęci młodego do nauki, o tym jak znienawidził zadania domowe, pokazałam co dostaje na te zadania (pani psycholog nie była zdziwiona, bo te zadania to głównie kolorowanie, obojętnie czy z matematyki, czy z polskiego, czy też z anglika, dużo kolorowania - nawet sama zwróciła mi uwagę, że ona nie zna dzieci z ZA, które by lubiły kolorować i że rozumie, iż jest to dla dziecka karą), jak wygląda klasowy system kar i nagród, bez nagród. Opowiedziałam o rzekomym onanizmie.

I teraz najlepsze.
Następnego dnia zostałam złapana na korytarzu i zjebana jak pies. Nauczyciel zrypał mnie z góry na dół za to, że śmiałam bez jego wiedzy iść do szkolnego psychologa! Jakim prawem w ogóle!
Słuchałam tej reprymendy przez parę minut i wierzcie mi, miałam problem przyswoić, że to się dzieje naprawdę. Czułam się jak w matriksie.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tematu, ale pani była już mega nakręcona i wybuchła mi w połowie rozmowy (choć raczej nazwałabym to kłótnią), że ona nie może wystąpić do dyrekcji o trzech nauczycieli dodatkowych, a problem jest nie tylko z Danielem.
Stwierdziłam uprzejmie, że nie ma sprawy, ja mogę i wystąpię, bo mam już dość słuchania, że jedna pani nic nie może bo ma 19 uczniów i będzie rozliczana z realizacji programu, a druga ma w ciul roboty z K, R i O, więc nie ma czasu na mojego syna.
Pani zagotowała się jeszcze bardziej i ... zrobiła mi drugą scenę o zachowanie mojego dziecka dzień wcześniej, na świetlicy. O czym nic nie wiedziałam, nikt mi słowa nie powiedział, gdy go ocierałam poprzedniego dnia.
Przyjęłam uwagę i zakończyłam chorą debatę.

Poszłam poszukać kogoś, kto był wtedy na świetlicy, żeby dowiedzieć się, co się tak naprawdę stało. Od wychowawcy dowiedziałam się o jakimś, bliżej nieokreślonym zachowaniu skandalicznym, jakimś (cytuję) cyrku, które odstawiło mojego dziecko, czym wystraszyło inne dzieci. Pani nie była wystraszona, że coś się stało mojemu synowi, była natomiast mocno oburzona, że wystraszył on jakieś tam dzieci tym, co wyczyniał. Nie powiedziała natomiast, co takiego wyczyniał.

Znalazłam w końcu osobę, która była świadkiem. Opowiedziała mi o sytuacji. I powiem szczerze, że zwaliło mnie to z nóg.
Z tej opowieści wynika, że młody przyszedł jakiś nakręcony z rewalidacji (którą ma z wychowawcą!) i najpierw zaczął się wyładowywać na rzeczach, np. skopał swój plecak.
/Pierwsza moja myśl - co się działo na tej rewalidacji, że dziecko wyszło z niej takie, jakie wyszło?/
Potem natomiast Daniel nie chciał czegoś zrobić, posprzątać zdaje się, po czym rzucił się na ziemię, kopał, wił się i ... wył.

Reasumując - pierwszy raz od zimy 2014 mamy atak u dziecka, wybuch zachowania typowo autystycznego, histerię, krzyki, wycie, rzucanie się, agresję wyładowaną na przedmiotach.
Złość, pobudzenie, napięcie, niechęć, rozczarowanie, odczucie krzywdy - dostaliśmy w gratisie.
Wszystko dzieje się w szkole. Ja niczego nie widzę.
Otrzymuję te informacje w postaci ataku na mnie, na korytarzu, gdzieś w przelocie.
Żadnej rozmowy, oferty pomocy, propozycji, rozwiązania.
Nauczyciel znieczulony, nawet przez chwilę nie okazał, że jest mu przykro, że dziecko się cofa, że martwi go takie zachowanie, nic nie przemyślał, nie wyszedł z pomocą. Nie zadał mi żadnego pytania, nawet o to oburzające poprawianie gaci w kroku. Nie poszedł też sam do psychologa, niczego nie próbował rozwiązać. Za to wystąpił w roli oskarżyciela i zarzucił mnie siedmioma tonami syfu oczekując, że zabiorę to ze sobą do domu i tam załatwię.

Ze względu na święta powstrzymał się od wizyty w kuratorium.
Aczkolwiek rozważam.

***
Póki co, niczego dobrego Wam nie napiszę.
W takich klimatach skończyłam rok 2017 i zaczęłam 2018.
Nie mam siły nawet oddychać.

Do Siego!
Oby Wam się...
:*


poniedziałek, 23 października 2017

5,5 roku terapii i ... wszystko od początku

Mam wkurw. Mega wkurw.
Na wszystko i wszystkich.

Od ponad 5 lat dziecko jest w terapii SI. Gdyby było na tym SI u pedagoga albo psychologa - ok. Ale chodziliśmy do terapeuty SI, który był fizjo, potem do drugiego z fizjo i korekcyjną oraz tysiącem innych podyplomówek, potem do takiego, który miał SI i korekcyjną i do kolejnego fizjo z różnymi papierami. Każdemu mówiłam, że podejrzewam młodego o wadę postawy.

Byłam też u ortopedy.
Kazał mi zostawić dziecko w spokoju.
Oczywiście do tego dwóch neurologów.

Ale jest gorzej.
Coraz bardziej krzywo stoi, coraz bardziej krzywo siedzi. Nie trzyma pionu siedząc przy stole. Opada, więdnie.
(Wiele razy słyszałam o zmniejszonym napięciu, które potem było diagnozowane przez fizjoterapeutów i sprawę wykluczano. Nikt nie badał tego problemu dalej. I żaden z tych fizjo nie popatrzył szerzej.)

Pielęgniarka w szkole mówiła coś o stopach, byłam u lekarza, problem wykluczył.
Wszyscy mi mówią, że chudy, to kostki ma jakie ma. I temat zdycha. 

I tak oto mamy już 7,5 roku życia. I nic się nie dzieje w temacie, a ja nadal się denerwuję. I to coraz bardziej, bo doszło do tego dziwne stanie, często na zgiętych kolanach, nogi chude i krzywe, kostki wystające...
W końcu poszłam do fizjoterapeuty.
Oczywiście każdy pukał mnie w głowę, że szukam czego nie ma.

Młody został zbadany przez panią fizjo w dużym, profesjonalnym ośrodku rehabilitacyjnym.
No i co się okazuje...
Źle sto, stopy ustawione pod złym kątem, wykrzywione do środka kostki to nie efekt chudości, to samo z kolanami. Cała postawa na dole powoduje dziwne ułożenie kręgosłupa, pogłębioną lordozę, a kręgosłup na odcinku piersiowym nie ma elastyczności, na kawałku nastu cm między łopatkami młody jest sztywny jak kij.

No i zaczyna się...
Dostałam pakiet 10 wizyt rehabilitacyjnych za jedyne 9 stów. A to dopiero początek...
Zmarnowałam ponad dwa lata, bo tyle mniej więcej czasu szukam przyczyny i odbijam się od każdych drzwi. 
A w zasadzie to więcej, bo różni spece oglądają nas od lat pięciu z górką.

Czemu ja nie mam szczęścia do tych konowałów?
:/

Wyrzygałam sobie. Więcej nie będzie. Muszę się ogarnąć.

Ścisk!

wtorek, 12 września 2017

Rok szkolny 2017/2018

Witajcie!

Rozpoczynamy  kolejny etap walki. Tym razem szkoła podstawowa. Klasa pierwsza.
Co z tego wyjdzie, okaże się w praniu. :)

Póki co, parę wieści w skrócie.

* Szkoła ta sama, co zerówka. Te same (prawie) dzieci. Kilkoro nowych z orzeczeniem. Bez kontaktu do tej pory. Jedna dziewczynka poznana z imienia i pamiętana. Bardzo cicha i milcząca.

* Ta sama pani wychowawczyni. Znany nauczyciel wspomagający, choć jeszcze go w klasie nie widziałam. Nie wiem jak to działa w praktyce. Może przychodzi później?

* Fajna sala, na samej górze, z samego brzegu. Osobny korytarzyk odchodzący od głównego, a w nim szafki. Więc dzieci skaczą sobie po głowach podczas przebierania, tylko w obrębie własnej grupy. Nikt inny nie ma tam czego szukać.

* Daniel siedzi w pierwszej ławce, sam. Nie marudzi z powodu szkoły. Pasuje mu pierwsza ławka. :) Co dziwne, mnie nigdy nie pasowała. :D Może miałam większą potrzebę brojenia podczas lekcji. ;)

* Oczywiście chce jeść w szkole, bo pachnie. (Tu wychodzi jego nadwrażliwość na zapachy.) Więc je. Szkoła gotuje, nie ma cateringu. Śniadania jedzą na stołówce, dostają do nich herbatę.
Oczywiście pierwszy tydzień nie miał czasu jeść. Gadał  kolegami, śniadanie wracało do domu. Szczęściem je te obiady...

* Dwa razy w tygodniu rewalidacja. Nowość - wcześniej była raz. Jeden raz w tygodniu ma być SI - figę warte, bo sali do SI nie ma. Jedyna sala, w której dzieci mogły się bawić, wyposażona w różne dmuchańce, basen z piłkami itp. została zastąpiona salą klasową. Trzeba gdzieś było wcisnąć klasy siódme. :/

* W terapii przejął nas Fenix. Inne ośrodki odpadły po skończeniu 7-go roku życia. Mamy już wyznaczoną panią Anię i ustalone z nią spotkania w poniedziałki. Resztę załatwiamy prywatnie. PPP robi jak zwykle -  nic.

* Ponieważ nie możemy uzupełniać SI basenem, postawiliśmy na ściankę wspinaczkową. Nic tańszego nie znalazłam. Niestety trochę musimy dojechać, ale cena jest bardzo okazyjna i pięć razy niższa niż w moim mieście, więc... Ten raz w tygodniu podojeżdżamy te naście km.

* Basen odpada ze względów, jakby to ująć... Hmm, chyba nie mam na to dyplomatycznego określenia. W moim mieście każdy basen jest okupowany przez szkoły, a poza godzinami szkolnymi, trenerzy, ratownicy i inni żądni zysku ludzie, wynajmują całe brodziki i płytsze części basenów do nauki pływania. Trzeba zapłacić jak za zboże i oddać dziecko nauczycielowi.
Tylko wyznaczone dni i godziny są ogólnodostępne. Np. po 20 w tygodniu i po 13ej w niedziele.
Strasznie mnie to irytuje, ale nic na to nie poradzę. Choć uważam, że to sk...stwo.
Rozumiem na pływalniach prywatnych, ale na miejskiej?

*Chyba musimy zrobić nową diagnozę  SI. Przedszkole, w którym mieliśmy ostatnio razem z WWR, nie dało żadnego papierka. Tzn. świstek jest, ale nic z niego nie wynika, zwłaszcza w zakresie SI. Czego też nie rozumiem.

*I chyba musimy odwiedzić znowu laryngologa. Dziecko dziesięć razy dziennie zmyśla słowa. Tzn. twierdzi, że je ode mnie słyszy. I nie wiem, czy nie słucha, czy źle słyszy. Nie ogarniam tego. Po tylu latach nadwrażliwości, nie może przecież nagle ogłuchnąć... Chyba, że coś tam ma zalepione. Ale to się dowiem, jak się dopcham do medyka.

To chyba tyle dla Was, na chwilę obecną. :)

Pozdrawiamy!
I dziękujemy za wszelaką pomoc.

Pani Agnieszce J. w szczególności!

Poza tym panu Janowi Konieczka, Roberto Brunelli, pani Anecie Zastrzeżyńskiej.

:*

piątek, 17 marca 2017

Przedszkolak kocha czytać

Walka trwa, jest ciężka i żmudna.
Efekty mizerne.

Światło w tunelu stanowi wieść o tym, co nam dolega.

Otóż mamy ZABURZENIA SŁUCHU FONEMOWEGO / FONEMATYCZNEGO. 

Taka miła rzecz, która nie pozwala wysłuchiwać tego, co trzeba i co powoduje mylenie różnych dźwięków. Co gorsza myli się też obraz danej litery.

Młody nie ogarnia np.
E - Y
B - P
W - F

Tyle odkryłam sama w domu.

Wczoraj na diagnozie wyszło nam jeszcze kilka innych duetów.
Ale o nich później, gdy poćwiczymy.

***

Niestety ćwiczymy w domu i na WWR.
WWR zaraz się kończy i zostanie dom. Czyli cała robota dla mnie.

Szkoła ma ... nie powiem co ma szkoła.
Szkoła idzie programem, a więc głoskuje. :/

Na razie nie mam siły na więcej, bo wczorajsza wizyty u speców w zestawie surdo - logo - audiolog mnie powaliła.

foto: logomowa.pl


To nasza męka. Póki co książka nr 1 zaliczona.
Ale idzie jak po grudzie, bo młody cierpi i szczerze tego nienawidzi. :(

Dobrze, że jest internet i takie strony jak logomowa czy bystre dziecko, z których można ściągnąć pomoce albo poczytać o tych pomocnych materiałach edukacyjnych.

Gorzej, że wiele rzeczy trzeba kupić. Dostałam wczoraj całą listę. Załamka.
Na razie zamówiłam trzy pomoce. Reszta musi poczekać.
Dziecko mnie całkiem znienawidzi...

Tak coś we mnie krzyczy, że matka musi robić takie rzeczy. Na zajęciach on ćwiczy, bo taki jest rytm tych zajęć i on to już wkodował. W domu to jest KARA. :/

Ściskam póki co.