poniedziałek, 3 grudnia 2018

Krótka rozmowa w poradni i ...

Pani psycholog:
- Daniel, masz tam jakieś fajne panie w tej nowej szkole?
Daniel:
- Mam
PP:
- A która jest ulubiona?
Daniel: 
- Nie umiem wybrać jednej.
PP:
- A to wybierz dwie albo trzy...
Daniel:
- No to moja pani wychowawczyni i pani ze świetlicy.


Bingo!

poniedziałek, 19 listopada 2018

W sprawie maili od Was

Pytacie mnie ciągle w mailach, którą szkołę polecam, a której nie.
I dlaczego nie piszę wprost o jaką placówkę chodzi.

Wyjaśnię zbiorczo.

Szkoła, to szkoła. Skomplikowana instytucja. Można się tam potknąć o kontakty z dyrekcją, przewrócić o metody nauczania, charakter wychowawcy, popełnić sepuku poziomem klasy albo wymogami kadry.
Problem może wystąpić wszędzie.

Czy polecam szkoły, do których Daniel chodził?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem.

1. W pierwszej szkole Daniela mieliśmy fajny kontakt wśród rodziców. Większość matek to były naprawdę fajne babki. Fajne też były dzieciaki. W zdecydowanej większości - normalne, zdrowe, fajne dzieci.
Szkoła w spokojnym miejscu, choć zimą oddychanie w tej okolicy grozi śmiercią, a przynajmniej atakiem astmy, zaraz po wjeździe do dzielnicy.

Daniel lubił tam prawie wszystko. W zasadzie wyjątek był jeden. Wychowawca.
Innych uwielbiał. Wspomagającą i panią od SI, panią od logopedii, z angielskiego (miała fajne podejście do Daniela i ogarniała jego przestoje w pracy), panią z niemieckiego.
Wszystkie panie na świetlicy - gdzie sam chciał zostawać. Kochał stołówkę i obiady. Po korytarzach kręciło się dwóch super panów od wszystkiego - nie wiem jaki mieli tam status, robili za woźnych i za złote rączki.
Polubił też panią psycholog i fajnie im się pracowało razem.

Niestety ten jeden minus przeważył wszystkie plusy. Gdy sam powiedział, że on nie da rady jeszcze dwa lata, to wiedziałam już, że musimy coś z tym zrobić. Tym bardziej, że moje odczucia były takie same. Pasowało mi tam wszystko, z jednym wyjątkiem.

Podsumowując - gdyby Daniel poszedł do I klasy rok wcześniej, skończylibyśmy tam podstawówkę. Panią z klasy wyżej lubią wszystkie dzieci w szkole. Zresztą nie da się jej nie lubić, po prostu.

Czy poleciłabym tę szkołę dla zdrowego, stabilnego emocjonalnie dziecka? Tak.
Czy poleciłabym ją dla Aspergera z charakterem, twardziela walczącego o swoje? Tak.
Ale dla miękkiego, nadwrażliwego dzieciaka, który klęka pod wpływem krzyku nauczyciela, który boi się własnego cienia, który ma problem z emocjami, już nie.
No chyba, że przed decyzją, dowiemy się kto będzie wychowawcą i będzie to naprawdę fajny pedagog.

Temat do osobistego przemyślenia. Ja Wam na pewno nie powiem ani tak, ani nie. Nie czuję się na siłach radzić w takich poważnych sprawach.

2. Po szkole drugiej uczucia mam mieszane.
Nigdy jeszcze nie widziałam w jednym miejscu tylu problemów.
Smutne to były wrażenia, bo zachowania i wygląd dzieci w stu procentach odpowiadały temu, jak wyglądała tam szkoła. Smutno na korytarzach, smutno w salach. Głęboki socjalizm w całym budynku.

Największa kartka na drzwiach wejściowych krzyczy: rodzicu sprawdź głowę swojego dziecka!
Po wejściu do szatni człowiek dostaje w twarz okrzykiem: "spier... stąd debilu jeba.." Odwracasz głowę, a tam trójka dzieciaków z klasy może IV... Nawet dyżurującym nauczycielem się nie przejmują.
Młody został tam zwyzywany przez chłopców z klasy III już 4go września. Wiązanka nie nadaje się do cytowania.
Starszy chłopak nagabywał Daniel a w kiblu, żeby przyniósł do szkoły telefon. Gdy Daniel powiedział, że nie może, bo mu mama nie pozwoli, chłopak kazał mu przynieść ten telefon bez pytania.

Po pierwszym tygodniu miałam wielkie gały. Myślałam, że przejście ze wsi do miasta, będzie wyglądało inaczej. Że to pójdzie w drugą stronę.
Od razu bym stamtąd uciekła, gdyby nie Daniel, któremu podobał się system ocen i zajęcia lekcyjne. Wszystkie te plusiki, pieczątki, znaczki itd. Dodatkowe zajęcia z ciekawostkami i eksperymentami, informatyka z prawdziwego zdarzenia, zajęcia wf w prawdziwej sali gimnastycznej.
No i gdyby nie życzliwy dziecku psycholog.

Z początkiem listopada wiedziałam już jednak, że to się nie uda. Ta klasa i Daniel - to nie zagra. Za dużo tam się działo. Zbyt wiele było problemów i spraw do załatwienia, zamiast lekcji. Za mało wzorców, żeby ciągnąć dziecko w górę.

Nadal nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy poleciałabym komuś tę placówkę.
System nauczania - ważna sprawa. Nauczyciele - też. Życzliwy vice dyrektor, fajny pedagog i psycholog. A i tak to okazało się być za mało, przy wszystkich problemach dzieciaków w grupie.

Dziewczynki tam sobie radziły. Unikały problemów. Chłopcy w nie wsiąkali. Jedni atakowali, drudzy odpowiadali, trzeci dawali się stłamsić. Gdy byłam tam odebrać książki, akurat toczyła się sprawa chłopca, który został na przerwie w sali i nie chciał wyjść, a całą tę przerwę przepłakał, bo któryś z tych wojujących coś mu tam zrobił.
Nie, to nie tylko Daniel miał tam problem. Tam generalnie bardzo dużo się działo. No taki zestaw dzieci, po prostu.
A my nigdy nie powinniśmy się tam znaleźć. Nie z Daniela lękami, nie z jego nadwrażliwością słuchową, dotykową, wzrokową. Ilość bodźców, jaką tam dostawał, nie dała się ani przyjąć, ani przetworzyć, bez uszczerbku na zdrowiu.


***

Dlaczego nie piszę o szkołach wprost?
Bo nie jestem ani kontrolerem ani krytykiem zawodowym.
To moje prywatne sympatie i antypatie. Moje subiektywne odczucia i wrażenia.
Nie chcę oceniać żadnej z tych szkół odgórnie. Nie czuję się do tego upoważniona.

Wasze zdanie może być zupełnie różne od mojego. W każdej sprawie.

***

Pytacie jeszcze dlaczego Daniel nie chodzi do rejonu.
Ano dlatego, że to ogromna szkoła. W dodatku integracyjna. Tam w każdej klasie jest minimum pięć problemów do załatwienia, dzień w dzień, lekcja po lekcji.
Córka znajomej, zdrowe dziecko, potrafi parę razy w miesiącu wrócić poturbowana. I to tak konkretnie. Ze śladem odbitej dłoni na twarzy, np.

Daniel wymaga spokoju, skupienia. Bardziej komfortowych warunków. Jego wszystko wyprowadza z koncentracji. Zawiesza się, gubi wątek.
Nie pomaga krzyczenie nauczyciela (pierwsza szkoła), a wręcz przeciwnie, pogarsza sprawę.
Ale nie pomaga też pisanie za Daniela w zeszycie (druga szkoła), bo to droga donikąd.

Pomaga cisza, czas, przywołanie delikatne do tematu, wskazanie palcem, przypomnienie.
Nie wiem jak wyglądała ta cisza w pierwszej szkole. Nauczyciel mówił, że jej nie ma.
W drugiej nie było jej nigdy, ani przez chwilę.

***

Teraz mamy inaczej.
Nikt nie chodzi po klasie, nie skacze po parapetach, nie chowa się na zapleczu, nie rzuca na drzwi. Nikogo nie trzeba szukać po szkole.
Warunki są całkiem inne, także do pracy.

Pojedyncze stoliki. Szafki na książki, kuwety na przybory plastyczne. Telewizory na ścianie, gdzie wyświetla się podręcznik, na którym grupa pracuje, tablice interaktywne.
Zajęcia na dywanie, praca w grupach, np. w parach, ławka w ławkę.

Plan - przypominajka na szafie. Wypisane dzwonki, jaki mamy dzień tygodnia.
Klocki do zabawy na przerwach - także w klasie. Kurtki, bluzy wiszą w salach, dziecko może się ubrać od razu przy wyjściu z sali. Albo sięgnąć po bluzę, gdy mu zimno. W szafkach na korytarzu dzieci mają tylko buty. 

Dzieci mogą zjeść w klasie, przy swoim stoliku. Nikt ich nie wygania z sali, nie kombinują jak zjeść jogurt siedząc na podłodze, bo brak innych miejsc do siedzenia na korytarzu.

Na każdy tydzień nauczyciel tworzy NaCoBeZU - tematy, na które zwracamy uwagę. Punkt po punkcie wypisane są zadania na dany przedmiot. Np. czytamy tekst x, opowiadamy go zwracając uwagę na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, potrafimy wymienić głównych bohaterów historii... itd.
Dzieci mają kartki z NaCoBeZU wklejone to zeszytu, na każdy przedmiot osobno.
Świetna rzecz, nie da się nie wiedzieć co robią w szkole, co mają umieć. No po prostu się nie da. 

Jest nam tam dobrze. Naprawdę.
Jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, żeby Daniel przez lekcję zapisał całą stronę A4.
A tam się da. I nie dość, że zapisuje, to jeszcze wie, o czym pisał.

Chce zostawać na dodatkowe zajęcia.
Chce być na świetlicy.
Bierze udział w pracach plastycznych. Śpiewa na muzyce. o_O

Zapytany przez psychologa do której szkoły chciałby chodzić, gdyby mógł teraz wybrać, bez wahania odpowiedział, że do tej właśnie. 

Lubimy to!




czwartek, 15 listopada 2018

Takie tam szkolne sprawy...

Ciekawostka.

W szkole, do której Daniel chodził na początku (3 lata) wyrobienie legitymacji wymagało dwóch tygodni. W drugiej - tygodnia.
Uruchomienie dziennika elektronicznego to też tydzień.
Zorganizowanie rewalidacji to miesiąc - we wrześniu praktycznie nie dzieje się nic.

Do nowej (trzeciej) szkoły Daniel chodzi od 05.11.
Już 05.11 był w dzienniku elektronicznym.
Już 06.11 pani sekretarka wysłała papiery do gminy oraz do poprzedniej szkoły.

08.11 zaniosłam zdjęcie i już 08.11 była gotowa legitymacja.
We wtorek 13go szkoła już miała zgodę gminy na rewalidację. Zdążyli otrzymać pismo i odpowiedzieć.
Jutro ustalamy terminy zajęć dodatkowych: z logopedą, z pedagogiem oraz rewalidacji.
Dodatkowo Daniel dostał zajęcia wyrównawcze - po poprzedniej szkole ma duże braki, jak się okazało.

W poprzedniej podobno był w czołówce jeśli chodzi o czytanie i pisania. W tej jest w tyle.
Sama widzę, że czyta słabo, że pracuje i pisze wolno. Że nie jest to jego mocna strona. Bardzo mnie dziwiło w tej poprzedniej placówce, gdy słyszałam, że mam się nie martwić, bo jest jednym z lepszych. Że jako jeden z nielicznych pisze ze słuchu.
Tu wszyscy piszą ze słuchu, lepiej lub gorzej, ale piszą i dostają za to oceny.

No nic, trzeba się będzie zająć bardziej edukacją. Tu będzie to możliwe, bo nie będziemy musieli zajmować się chorobami i zaburzeniami innych.

Póki co, Danielowi bardzo podoba się klasa, lubi panią, uwielbia świetlicę i chce tam zostawać. Jakoś nagle polubił zajęcia muzyczne - mają tam dodatkowe i Daniel chce na nie chodzić.
Lubi też plastykę, a nigdy nie lubił.

Ma dobry kontakt z dziewczynkami.
Z chłopakami już się spiął dwa razy. ;)

Docieramy się, przyzwyczajamy do nowych warunków, do pilnej pracy.
Tu nie przeznacza się lekcji na szukanie ucznia po szkole, na pacyfikowanie chodzących po klasie, na ogarnianie dziecka, które rzuca się na drzwi i je kopie. Nikt nikogo nie wali po głowie podczas zajęć.
Tu lekcja to lekcja.
A więc więcej pracy, więcej pisania.
Tu wspomagający nie pisze za uczniów, bo wspomagającego nie ma.
W poprzedniej szkole Daniel miał 2/3 zeszytów uzupełnionych przez wspomagającą. Jak odebrałam ćwiczenia i zeszyty ze szkoły, to godzinę patrzyłam w nie, jak sroka w gnat.
Nie wiem co to za metody. Ale jedno jest pewne - pani tam pokazała młodemu, że można sobie bimbać, leżeć na stole i kombinować, że głowa boli, że zmęczony...
A potem mówiła do mnie, że Daniel manipuluje.
No jak się tak dała... :)

Moje wrażenia bez zmian. Nadal wszystko mnie się tam podoba. :)

środa, 7 listopada 2018

No więc... przenosiny.

Po rozmowie z dyrektorem, który obwieścił mi, że nie może obiecać, że nic się więcej nie wydarzy, bo ja przecież też mogę zostać zaczepiona, teraz po wyjściu ze szkoły na przykład, postanowiłam ewakuować dziecko z tej placówki.

Od 05.11.2018 Daniel chodzi do innej szkoły.
Małej, masowej, nie integracyjnej, poza miastem.

Wrażenia później.
Póki co konkrety.

Nie ma tam wspomagania. Jest psycholog i pedagog.
Szkoła jest mała i klasa jest mała.
Rozglądamy się i adaptujemy.
Tzn. on się adaptuje. Mnie podoba się tam wszystko.
Od zachowania sekretarki, poprzez wyposażenie klas, aż po fakt, że dyrektor nie jest menedżerem, tylko pedagogiem, a dzieci go uwielbiają.

Trzymajcie kciuki.
To nasza trzecia szkoła, trzecie podejście.
Pierwsza masówka.

Oby tym razem...

piątek, 19 października 2018

Tyle dobrego. Teraz będzie pod górę...

No tak, fajnie już było.
Oceny, znaczki, pieczątki, pochwały...

Pod koniec września zaczęło się psuć.
Dwoje dzieci z ZA, dwoje z innymi problemami, parę przypadków bez diagnozy...

Daniel zaczął się denerwować, zgrzytać zębami. Udało się to wyplenić przez wakacje, a we wrześniu wróciło. Czekałam na informacje ze szkoły. Pytałam go co się dzieje, narzekał na inne dzieci, na krzyk, na zaczepki, popychanie.
Wrócił ze szkoły uderzony, podrapany, bez śniadaniówki (kolega walnął nią o podłogę i się rozleciała).

Nauczycielka mówiła, że sprawy szkoły załatwiają w szkole, dlatego ona żadnych uwag nie pisze. Ok. Czekałam na efekty tego załatwiania.

No i przyszły...
Zaskakujące.

Ale zanim przyszły, dowiedziałam się, że Daniel wolno pracuje, że pięknie pisze i że w ogóle jest z nim najmniejszy problem. Pani wspomagająca chwaliła i pracowała z młodym z ochotą.
Narzekała, że trudna klasa (niestety nie usłyszałam o tym słowa, gdy szłam na rozmowę do tej szkoły), że poza orzeczeniami ma jeszcze kilkoro trudnych dzieci, z tych niby zdrowych. Ale nic o Danielu, poza tym, że traci skupienie i trzeba go przywoływać do pracy.

Jednocześnie Daniel zaczął mi zgłaszać, że jeden kolega bardzo go wyzywa. Dowiedziałam się, że to dziecko przeniesione z IIB, bo tam nie dawali sobie z nim rady. Genialny pomysł - dorzucić do tak trudnej klasy jeszcze jedno, tak bardzo trudne dziecko. Ten chłopiec sam ma tyle problemów, że wymaga kompleksowej pomocy w szkole i poza nią. Kto mu tam pomoże, jeśli w klasie jest co najmniej pięciu innych, wymagających indywidualnego podejścia?

Szkoła załatwiła sprawę tak, że nauczycielka kazała się chłopakom przeprosić. Na kolejnej przerwie chłopak znowu zwyzywał Daniela, a potem pokazał mu palec. I tak historia powtarza się od kilku tygodni, dzień w dzień.

Od wychowawcy dowiedziałam się natomiast, że w tej szkole są różne problemy i musimy to zrozumieć. Tzn. ja muszę i Daniel musi.
Czy reszta zrozumie problemy Daniela? Czy dadzą mu spokój? Czy nauczyciel zrozumie problemy Daniela i przyjmie do wiadomości, że on nie zapomni zniewagi, która się powtarza dzień po dniu?

Dlaczego znowu to Daniel ma rozumieć problemy innych?
Dlaczego Daniel musiał rozumieć, że O z poprzedniej szkoły wychodził z klasy i nie dostawał za to uwagi, a jak Daniel przesuwał krzesło poza ławkę, żeby go kolega z tyłu nie kopał, to dostawał uwagę?
Dlaczego Daniel po roku siedzenia w towarzystwie chłopaka, który przeklinał, zaczął dostawać uwagi, gdy wypowiadał podobne słowa, a tamten nie, bo jak powiedziała wychowawczyni "on jest z takiego domu i będzie przeklinał"?

Ja wiem, jest inteligenty, spostrzegawczy itd. Ale on ma tylko 8 lat i wcale nie musi rozumieć wszystkich problemów tego świata. Ma swoje własne.

No ale... sytuacja tak się zaogniła, że Daniel przestał pracować na lekcjach. Nigdy chętnie nie pisał na żądanie, nigdy nie widział sensu w powtarzaniu jakichś czynności, nie dających konkretnego efektu (np.pisanie całej linijki A, albo przepisywanie zdań z ćwiczeń do zeszytu - dla niego to absurd) ale teraz przestał pisać w ogóle.
Jest zły, ciągle przeżuwa zniewagi, nie umie zapomnieć incydentów z przerwy, albo początku lekcji, traci koncentrację, skupienie, chęci.
Nie umie oddać, więc miętoli to w sobie.

Po paru tygodniach zaczął mieć po korek wyzwisk, a także tego, że dostaje w głowę książką,że jest dziabany długopisem w plecy, mimo upomnień nauczycieli.
Został przesadzony do tyłu, co tylko przybliżyło go do tej bijącej dwójki i ułatwiło chłopakom zaczepianie Daniela. Powoli zaczął tracić cierpliwość i kontrolę nad emocjami.
Odpyskował, w rewanżu za głupka nazwał kolegę imbecylem (czego tamten nie zrozumiał, ale obraził się i powiedział pani - pani oczywiście zrozumiała i Daniel dostał uwagę), w nerwach rzucił jakimś zeszytem, piórnikiem. Zaczął odmawiać pisania podczas lekcji.

W tym tygodniu praktycznie każdego dnia był zabierany z klasy na zajęcia indywidualne.
Nikt nie mówi o tym jaki jest początek tej wojny. Daniel wchodzi do szkoły z uśmiechem, bierze udział w pierwszej lekcji. Potem zaczyna się dziać.
Nie wiem czy nauczyciele nie chcą przyznać, że nie mają kontroli, że nie zauważają początku scysji, a może po prostu jest ich tak dużo, że to olewają.
W każdym razie tylko Daniel tak długo to żuje, przeżywa i traci ochotę na wszystko.

Informacja od nauczyciela: bo wszystkie dzieci po jakimś problemie wracają do pracy, tylko Daniel nie.
Serio, tak trudno jest zrozumieć, że są dzieci, które nie zapominają po dzwonku tego, że się je co przerwa obraża i gnoi?

Dowiedziałam się w tym tygodniu m.in. że:

- Daniel pracuje tylko na pierwszej lekcji, potem już nie.
- Daniel nie przyjmuje przeprosin, więc nie idziemy dalej.
- Daniel sam zaczepia - w co nie wierzę, bo znam swoje dziecko. On potrzebuje impulsu. Być może ma on miejsce w momencie, którego panie nie widzą, ale zawsze to miejsce kiedyś ma.
- Daniel brzydko mówi do kolegów.
A oni do niego nie?
- Daniel przeklina.
Też bym przeklinała, gdyby mi nauczyciel co lekcja groził uwagą, za to, że odpowiadam na obraźliwe słowa i gesty.
- Daniel się nie integruje, tylko spędza przerwy pod hydrantem.
Sama mu to doradziłam. Jak ma być bity co przerwę, to lepiej niech siedzi w kącie, może nie straci oka, ucha ani zębów.

Wisienka na tort z poniedziałku:
Psycholog musiała zabrać Daniela z lekcji, tak było źle - wg wspomagającej.
Psycholog mnie o tym nie poinformowała. Dowiedziałam się od mamy, która odbierała wtedy Daniela. A mama od wspomagającej.

Potem dowiedziałam się od psychologa, że Daniel zaraz się ogarnął i wyszedł z uśmiechem.

Wisienka na torcie z wtorku:
Wg wspomagającej wtorek był gorszy od poniedziałku i Daniel musiał zostać przesadzony, co nie dało efektu. Rzucał zeszytami, piórnikiem, piórem - które pani mu w końcu zabrała.
Pani wspomagająca doszła nawet do wniosku, że potrzebuje wydzielić Daniela z grupy i myśli nad stworzeniem piątki tych z integracji i zajęciami dla nich, osobno. 
Wg psychologa - Daniel trafił do niej wyluzowany i spokojny.
??
Szkoda, że nie widzę tych pań razem, bo gdzieś jest problem w przepływie informacji. Albo w obserwacji i interpretacji. Psycholog nie ocenia tych sytuacji źle, a wspomagająca robi z nich koniec świata. Wychowawca nie pisze uwag, a pedagog szkolny nigdy nie jest w sprawę angażowany, bo niby nie ma potrzeby.
To jest źle, czy nie jest?

Wisienka na torcie z czwartku: 
Było tak bardzo źle, że Daniela zabrała logopedka na zajęcia poza klasą. To oczywiście opinia wspomagającej. 
Tym razem wpadła ona na lepszy pomysł. Mianowicie - jeśli Daniel dobrze pracuje jeden na jeden, a nie umie w klasie, to może on nie nadaje się do szkoły i powinien uczyć się w domu?!

Próbowałam się dowiedzieć skąd taka ocena sytuacji przez panią wspomagającą, bo ani wychowawca, ani logopeda, ani psycholog nie ma takich uwag do mnie, a pedagog szkolny nawet nie zna dziecka, ale nie dane mi było z nią o tym porozmawiać, bo nie pojawiła się już na żadnym spotkaniu, a dyrektor wytłumaczył ją w ten sposób, że się pewnie przejęzyczyła. o_O

Spadły mi buty.

Mam wrażenie, że znowu jestem w jakimś matriksie.


Przede mną do rozważenia - indywidualne zajęcia wczesnoszkolne - na ten semestr.
Lub... zmiana szkoły, nim mi dziecko całkiem oszaleje.

I pomyśleć, że nie wyobrażałam sobie klasy bez wspomagania, a teraz to wspomaganie spędza mi sen z powiek. Wieści, jakie dostaję od tej pani, mogłyby największego twardziela zwalić z nóg. Moją mamę zwaliły...
Nie chce już odbierać młodego i słuchać tych wszystkich dziwnych uwag.

Stoję pod ścianą. 



poniedziałek, 24 września 2018

Nowa szkoła

No więc, drodzy państwo, zmieniliśmy szkołę.
Czy to dobrze, czas pokaże.

Póki co, mamy kilka wieści.

Po 1, dyrekcja jest naprawdę miła i przychylna uczniom.
Po 2, wychowawca Daniela to bardzo miła i sympatyczna osoba.
Po 3, jego wspomagająca jest fajną babką.
Po 4, wszelkie problemy załatwiane są na miejscu i konkretnie. Czy to chodzi o krzyki, czy popychanie, czy też bójki. Wszystko jedno. W głębszych konfliktach biorą udział, poinformowani przez kadrę, rodzice.

Gorzej sprawa wygląda z samymi uczniami. Trudnych przypadków jest tam naprawdę sporo. Albo... bardziej je widać niż w poprzedniej placówce.
W klasie Daniela jest już dwóch autystów. W tym on jest najlżejszym przypadkiem.

Na dziś dzień Daniel nie ma tam z nikim bliższych kontaktów. :(

Ma fajniejsze lekcje, lepszy system ocen, miłe panie, prawdziwą rewalidację i godzinę z psychologiem. Ale nie ma kolegów.

Taki bilans.

środa, 1 sierpnia 2018

Orzecznictwo w Pl - rzeczywistość jest smutna

Jak to jest, moi drodzy, że w tym kraju ani dziecko niepełnosprawne, ani matka tego dziecka, ani jego ojciec i rodzeństwo, nie mają prawa do odpoczynku?

Dlaczego rodzic dziecka niepełnosprawnego dostaje do ręki orzeczenie, z terminem 31 lipca albo 30 czerwca?
Wiadomo przecież, że to dziecko latem wymaga opieki. Że nie ma przedszkola, szkoły, że często nie ma opcji zapisania go na kolonie, obóz i inne takie.
Potrzebuje więc ciągłej opieki rodzica, która bierze w tym celu urlop.

Orzeczenie do  30 czerwca oznacza, że komisja będzie w lipcu. Kiedy? Nie wiadomo. Może dowiemy się w czerwcu, a może nie. Najczęściej nie. Przykładowo rok temu 12 lipca dowiedziałam się o komisji -  27 lipca.
Musiałam przełożyć plany, bo tak odległego terminu nie spodziewałam się składając dokumenty już na początku czerwca. Ale... termin był jeden. No bo urlopy.

Urlop oznacza zwykle, że ludzie gdzieś wyjeżdżają.
Wiedzą to oczywiście zasiadający w komisjach lekarze, bo oni też wyjeżdżają, przez co terminów komisji w wakacje jest mniej.
W przypadku mojego miasta - jedna komisja zamiast dwóch.

W tym roku komisja w sierpniu, bo orzeczenie syn dostał na 13 miesięcy.
Dlaczego akurat tyle? Nie  mam pojęcia. Zapytać nie ma kogo, bo podczas komisji panie nic nie mówią. Na decyzję się czeka grzecznie, w domu, nawet dwa tygodnie.
Tego też nie rozumiem, bo po wyjściu pacjenta komisja ustala ile tego orzeczenia daje.
Więc w praktyce, pacjent mógłby mieć wiadomość po 5 minutach, a decyzję następnego dnia.
Ale nie... to byłoby za proste.
Trzeba czekać dwa tygodnie. I nie czeka tylko sam delikwent. Czeka MOPS, jeśli np. matka jest na świadczeniu, albo pracodawca, gdy któryś rodzic przebywa na wychowawczym.
Status pracownika przez ten czas jest bliżej nie określony - przepisy nie przewidują takiego faktu.
Ale co to kogo obchodzi?

A urlop, wyjazd? Zapomnij rodzicu. Niebieskie migdały Ci się marzą.
Do roboty się weź, rehabilituj, ucz, ćwicz, woź na zajęcia, czytaj po nocach, bo sam dla swojego dziecka jesteś najlepszym lekarzem, terapeutą, rehabilitantem, logopedą i psychologiem.

Dziś mamy 01 sierpnia. Komisja ma być w sierpniu, a ja nadal nie mam pisma z terminem. Mało tego - termin nie został jeszcze ustalony. Dzwoniłam, pytałam. Nie wiedzą, bo... okres urlopowy, wie pani.

No wiem. Odpoczywają.
A ja?
Mnie nie przysługuje? Mojemu dziecku nie przysługuje?
Kiedy ja odpocznę, do jasnej cholery?

Planowałam krótki wyjazd na koniec sierpnia.
Przełożyć?
Na kiedy? Na wrzesień? We wrześniu młody idzie do szkoły. Nowej!
Nowy stres, nowe wrażenia, nowa adaptacja.

Od czerwca Daniel czeka na ten czas, gdy i ja mam urlop. Czeka na krótki chociaż wyjazd. Na to, że zobaczy jakiś świat, poza swoim miastem. Jak inne dzieci. Wodę jakąś, góry. Cokolwiek.
Czeka i odlicza dni. Wszystko ma zaplanowane i ułożone w głowie, walizkę którą zabierze, jej zawartość, nawet wyjazd wieczorem pociągiem TLK.

Ale kogo to obchodzi. Jak wszystko inne, tak i dramat mojego dziecka związany z anulowaniem wyjazdu, jego płacz, krzyk, żal, wejście w stresie i rozczarowaniu w nowy rok szkolny... to mój problem, tylko mój.
Co to interesuje szanowną komisję. Ważne, żeby oni wzięli swój zaplanowany urlop....

Nie znoszę czasem tego kraju i jego bezmyślności. :/ 

czwartek, 19 lipca 2018

Ostrzeżenie ....

Po konsultacji z adwokatem oraz policją i prokuraturą, dokonanej przed chwilą, uprzedzam wszystkich znudzonych życiem i zakompleksionych użytkowników internetu...

jeśli jeszcze raz dowiem się, że ktoś wykopuje moje stare, skasowane posty, albo nawet posty bieżące, szasta danymi wrażliwymi mojego dziecka i wykorzystuje je do siania mowy nienawiści, wyśmiewania się z ludzi, którzy mają chore dzieci, albo ludzi, którzy swoje dzieci szczepią / nie szczepią (wybrać dowolne), leczą czymś tam / nie leczą czymś innym (wybrać dowolne), a także nawołuje innych do krytyki tychże osób, obraża je, poniża, albo robią to jego czytelnicy / użytkownicy grupy itd. będę robiła zrzuty ekranu i każdą taką akcję będę zgłaszała do prokuratury. 

Żeby  nie było zaskoczenia. 
Nie będzie taryfy ulgowej. 


czwartek, 12 lipca 2018

Wybierając między spokojem swoim i dziecka, a kuratorium i prokuraturą...

No cóż.
Wdupiliśmy po raz drugi.
Raz w przedszkolu, drugi raz w szkole.
Nie wiem, czemu to moje dziecko ma takiego pecha...

Przetrawiłam dziwnego wychowawcę i nagłą jego zmianę od drugiego roku zerówki. Przetrawiłam, że dostaliśmy kobietę, która nigdy nie pracowała z zerówką i nie umiała tego robić.
Przetrawiłam jej dziwne pomysły na sadzanie dzieci z integracji razem, oddzielając je od stolików z dziećmi zdrowymi.
(Interweniowałam, z oporem ale jednak przesadzono Daniela.)

Przetrwałam pierwszy rok (druga zerówka) i myślałam naiwnie, że już po spięciach, po głupich rozmowach, po nauce dla nas wszystkich, więc będzie tylko lepiej... ale nie.

W klasie I przerobiłam:
- brak skupienia
- brak orientacji co było na lekcji, jakie są zadania, czego się uczyli
- pojawienie się tików nerwowych (chrumkanie, łykanie powietrza, łapanie za krocze)
- stres i strach przed pójściem do szkoły
- pretensje nauczyciela o dysfunkcje dziecka, np. o to że nie utrzymuje skupienia, o nabyte tiki, które dla nauczyciela były rodzajem masturbacji...
- scenę zrobioną mi o atak autystyczny na świetlicy, wywołany przez całodzienne zachowanie wychowawcy 

Kiedy dowiedziałam się, że dziecko jest szarpane za ramię, że nauczyciel się drze, wyrzuca rzeczy dzieci do kosza na śmieci, a mojego syna wystawia na korytarz, gdzie on potem pracuje pod nadzorem minutnika, sam na krześle lub na ławie, gdzie zdejmują buty, w kucki... przelało mi się.

Wywołałam wojnę idąc do psychologa szkolnego po pomoc, było to przed świętami BN w 2017tym.
Uzyskałam opinię od naszego psychologa o fobii szkolnej u Daniela.
Uzyskałam interwencję i chwilową pomoc psychologa szkolnego.
Ustalono nowe zasady pracy.
Dziecko przesadzono do innego rzędu. Przestał być buforem między dwójką awanturujących się chłopców.
Poprawiło się.
Po mojej interwencji zniknęła także z sali tablica demotywująca, z czarnymi i czerwonymi kropkami idącymi w dziesiątki i setki w ciągu półrocza.

Miało być lepiej...
I było, do kwietnia.

Znowu zaczęły się nerwy, tiki (bez łapania za krocze tym razem), niechęć do szkoły, strach przed zajęciami. Doszły bóle głowy i brzucha.

W czerwcu okazało się, że pani drze mordę nie tylko na lekcjach, ale i na rewalidacji.
Na tej rewalidacji, z której chciałam Daniela wypisać, bo i tak nic tam nie robią z zaleceń PPP, tylko głoskują albo czytają, a ostatnio non stop robili zadania z lekcji. Ale wychowawczyni prosiła, żeby wrócił, że cuda i wianki będą i tak komfortowo, że ach i och. Wrócił.
Ale... lepiej było tylko przez dwa miesiące.

Potem znowu się baba rozkręciła i darła się na Daniela w klasie, że nie kończy zadań, a potem drugi raz na rewalidacji, zmuszając go do ich skończenia. Bez efektu, bo dziecko zaczęło szukać sobie jakiegoś wentyla bezpieczeństwa i nauczyło się filtrować jej sceny, wyciszając w głowie krzyk i polecenia wydawane na wysokich tonach.
Jak sam powiedział psychologowi na konsultacji: ja się wtedy odwracam tyłem do pani i jej nie słucham;

Niestety nie zneutralizowało to jego stresu, a tylko zaogniło konflikt, bo po pierwsze - on próbując się wyłączyć nie rejestrował przebiegu lekcji i poleceń, a po drugie - wredna franca zaczęła go straszyć. Mówiąc wprost - grozić mu, że jego zachowanie nagrywa i będzie miała w razie czego, żeby pokazać... nie wiem komu, Daniel nie umiał sprecyzować, ale wyraźnie bał się tego jej nagrywania i mocno go ono stresowało.
Czy nagrywała coś naprawdę - wątpię. Nie bardzo miała co, poza tym, że on się wyłącza i nie kończy zadań, nie słucha poleceń wydawanych krzykiem. Ale udawała, że włącza tel. i chowa go do biurka, gdzie wszystko się rejestruje.
Gdyby coś nagrywała, byłby to głównie jej krzyk, więc wątpię więcej niż mocno. 

Gdy się o tym dowiedziałam, było już po zakończeniu roku szkolnego.
Jeszcze tego samego dnia byłam w UM z wnioskiem o zmianę szkoły.

I tak oto czekamy na pismo ze zgodą i mamy nadzieję na zakończenie swojej przygody z tą miłą, wcale nie integracyjną podstawówką, w której nauczyciel starej daty jest ważniejszy od ucznia, nawet gdy wyrzuca rzeczy dzieci przez okno (info od innej matki z czasów nauki jej córki), a wszyscy udają, że tego nie ma, bo ten belfer jest przecież mega oddany dzieciakom. :/
Chronią go koleżanki (potwierdzając różne wymyślane na potrzeby chwili bajki wychowawcy) oraz vice dyrektor, który rodzica, któremu się takie zachowanie nie podoba, traktuje jak gówno przylepione do buta.

Trzymajcie kciuki za przeflancowanie nas do innej Sp, bo inaczej wylądujemy w psychiatryku, oboje. A przedtem będziemy musieli złożyć odpowiednie doniesienia do odpowiednich organów państwowych.

Wahałam się. Boję się. Wszystkiego. Nowej szkoły, nowych dzieci, nowych nauczycieli. Dojazdu, obiadów (brak kuchni w szkole), korytarza przez który trzeba przejść na przerwie, choćby do WC. Adaptacji do nowych warunków. Tego, że 10go września Daniel zechce powrotu do starych kolegów. Że nie zostanie zaakceptowany przez klasę.
Itd. itd. Boję się jak cholera. Nie śpię w nocy od dwóch tygodni. Wróciłam do antydepresantów, dziecko karmię magnezem i bajkami o cudownej, nowej szkole, próbując jednocześnie pozbyć się tych tików (zostało pufanie nosem) i zneutralizować jakoś te bóle głowy.
Z brzuchem już lepiej, głowa została.

Ale po ostatnich rewelacjach musiałam nieco przestać się bać. Przynajmniej na tyle, żeby coś zrobić. Psycholog ostrzega, że zmiany w psychice dziecka tak wrażliwego jak Daniel mogą być nieodwracalne, więc...

Złożyło się tak, że ktoś miły i przejęty sytuacją porozmawiał z kimś innym, równie miłym i okazało się, że w jednej takiej Sp jest jedna klasa integracyjna, a w niej jedno miejsce.
Skorzystaliśmy.

A teraz trzymajcie za nas do września, żeby nam się uspokoiło i wyprostowało.
A we wrześniu za adaptację. Błagam!



wtorek, 5 czerwca 2018

Naprawa dziecka ...


Takie tam z wczoraj…

Od czasu do czasu daję się wkręcić w naprawienia młodego, mimo że nie jest zepsuty.
I tak wczoraj wybrałam się do poradni z powodu obrażania się. Najpierw przyjęłam dwa fochy mniej lub bardziej bliskich osób, że jak to tak można, że się dzieciak obraża, potem uwagi ze szkoły. Po trzeciej poszłam do PPP.

Miła i sympatyczna pani najpierw obwieściła mi, że w tym wieku obrażają się wszystkie dzieci, także te bezproblemowe zdrowotnie. Potem zapytała jak to wygląda, a na koniec ile to trwa.

Powiedziałam pani, że w domu, gdy sama tę sprawę załatwiam, to zwykle 5 do 10 minut, czasem kwadrans. Proszę Gada, żeby poszedł do siebie i ochłonął, a on idzie i po niedługim czasie wraca. Czasem nie wraca, ale wtedy powodem nie jest przedłużający się foch, tylko zapomnienie o sprawie i zajęcie czymś ciekawym, czyli zabawa.

Pani najpierw popatrzyła na mnie jak na kosmitę, a potem wygłosiła odezwę pod znakiem: ach jak to świetnie i w ogóle rewelacja, że tak szybko się ogarnia, że samodzielnie, że taki już dorosły i super  sobie radzi, podczas gdy wiele zdrowych dzieci nie potrafi się pozbierać w 45-60 minut. Więc w ogóle ą, ę, fajerwerki i wodotryski, a poza tym chapeaus bas.
Pochwaliła dziecko x razy. Powiedziała, że super prowadzony terapeutycznie, że to minie.
A mnie wysłała na warsztaty dla rodziców, bom za bardzo do siebie krytyczna jako matka i wychowawca.

Także ten… tym razem ja pójdę na terapię. :D
Może potem będę umiała wszystkim wokół pokazać język i środkowy palec i odesłać w … las, gdy będą mi dupę zawracać tym, że we własnej głowie nie potrafią sobie poradzić z kilkuminutowym fochem ośmiolatka. 

Tyle na dziś. 
Pozdrawiam!