środa, 6 lutego 2019

Podsumowanie 1 semestru i początek 2

Dziś miałam spotkanie w szkole, w sprawie postępów Daniela.

No więc... UDAŁO SIĘ NAM. Tym razem się udało.
Jest zmiana na lepsze, a nawet na całkiem dobre.

Podsumowując:
- zaczyna ufać nauczycielom i mówi, co go boli;
- zaczął zauważać, że jest wkręcany przez kolegę w głupie zabawy i zachowania, nie daje się wciągać; szkoła wie jak sprawa wygląda, więc trzymają też rękę na pulsie;
- zaczął mówić, gdy ma jakiś problem podczas lekcji, gdy czegoś nie zanotuje, nie zdąży, wyciąga rękę i mówi - coraz częściej;
- coraz rzadziej nie kończy pracy, zawsze z powodu wolnego tempa; zwykle są to końcówki zadań z danego przedmiotu;
- bierze udział w lekcji, dużo pisze, zgłasza się (z wyjątkiem czytania poleceń do zadań - tu nie zgłasza się nigdy);
- pracuje w grupie, współpracuje;
- czytanie przestało być karą; czyta chętnie i interesuje go to, co czyta;
- bierze udział w szkolnych imprezach, w tym - w konkursach;
- zapisał się na konkurs matematyczny "Kangur" 

Wychowawczyni stwierdziła, że duży postęp i ogromna zmiana, odkąd przyszedł.
Pani od rewalidacji orzekła, że dla niej postęp jest gigantyczny.

No niestety...
Dziecko rozwija się dobrze, gdy ma do tego warunki.
I nawet mając Aspergera, jest w stanie funkcjonować w szkole bez wspomagania.

A niżej efekty tej współpracy.
Tak - współpracy, bo po raz pierwszy ktoś ze mną współpracuje.
Po raz pierwszy nauczyciel słucha Daniela. Po raz pierwszy ktoś docenia jego starania i postępy.
Po raz pierwszy ktoś zwraca uwagę na to, czy on zrozumiał polecenie, czy zapisał lekcję.
Po raz pierwszy spec od rewalidacji rozmawia z dzieckiem, zamiast wrzucać mu nieskończone zadania z lekcji. I wierzy mu. Jest życzliwy i pomocny.
itd. itp.

No i efekt jest, jaki jest. Stan na dziś, czyli semestr 2 roku szkolnego 2018/2019.




Pozdrawiam Was wszystkich zimowo! I miłych ferii życzę!! :*



wtorek, 29 stycznia 2019

Koniec 1 semestru i 1%

Dobrnęliśmy do końca 1 semestru klasy II.
Uff

Było ciężko. Momentami załamująco.
Nigdy nie przeżyłam takiej traumy, takiego napięcia, stresu i rozczarowania, jak w tym roku szkolnym.

Nigdy też nie miałam takich wyrzutów sumienia, z powodu źle podjętej decyzji. Po prostu pożarły mnie któregoś dnia i pochłonęły całkowicie.

Za moje decyzje zapłacił mój syn. Zapłaciłam ja. Dopiero teraz powoli żegnam napady lęku i paniki.
Młody dopiero teraz przestaje nerwowo reagować na każde głupie słowo, zaczepkę, żart niskich lotów. Od tygodnia jest przykładnym, grzecznym, pilnym uczniem. Tfu tfu...
Powoli też uczy się nie zwracać uwagi na pojawiające się wkręty, które robią mu czasem koledzy. Uczy się oddzielać zaproszenie do zabawy od próby wciągnięcia go w coś, co z pewnością źle się skończy.

Za nami sporo, ale i przed nami nie mało.
Póki co, wracamy do żywych. Staramy się doceniać DZIŚ.

A dziś bym już inaczej reagowała, co innego bym napisała, pewnych rzeczy nie napisałabym i nie powiedziałabym w ogóle. Ale dziś to dziś. Daleka do tego dziś była nasza droga.
Jeśli jednak kogoś uraziłam swoim słowotokiem w ostatnim czasie - przepraszam. Moja wytrzymałość też ma swoje granice. Jak się okazało, bardzo namacalne i somatyczne. Nie jestem z kamienia. Mimo że ciągle słyszę: "dasz radę", "kto jak nie ty".
Jasne, że dam. Czasem tylko cena nie jest warta wysiłku. A czasem po prostu organizm mówi STOP i nie pozwala dalej "dawać rady". Ma dość.

Ale... co najważniejsze - efekt końcowy jest dobry. Jeszcze liżemy rany, ale idzie w dobrą stronę.
Młody ma bardzo dobrą szkołę. Aż dziwię się, że takie gdzieś są.
Ma świetnego (tfu tfu przez lewe ramię) wychowawcę. Nawet takiego nie szukałam. Nie wierzyłam, że są gdzieś jeszcze tacy.
Ale są. Kiedyś może napiszę co to za szkoła i co to za nauczyciel. Ale to po trzeciej klasie, raczej.
Nie jestem przesądna, ale tym razem nie będę zapeszać, w razie gdyby coś... ;)

Danio radzi sobie. Biega po szkole. Jest lubiany. Wszystkie dziewczyny go bardzo lubią, bo jest "mniej chłopacki", inaczej się zachowuje i inaczej bawi.
Pani wychowawczyni jest pod wrażeniem jego kompetencji społecznych i tego jak wchodzi w kontakty z innymi dziećmi. Spodziewała się dziecka bardziej zamkniętego, które będzie się separować od grupy. Tymczasem młody pracuje w parach, w większym gronie, bierze udział w grach zespołowych i co ciekawe też dla mnie - lubi się wyróżniać. Na ostatnim spotkaniu nauczycielka powiedziała, że młody jest już częścią tej klasy, na tych samych dokładnie zasadach, co inni.

Napisał dwa testy semestralne i dobrze sobie poradził, mimo tego, że dużo czasu było stracone na wstępie, a potem były święta i dwa tygodnie choroby. W sumie wychodzi, że uczył się tam 8 tygodni, a wcześniej stracił 9 tyg. (IX-X) plus 2 tyg. na chorobę w styczniu.
Mało czasu, ale dał radę. Pokonały go długie teksty i w ogóle nie podszedł do zadań opisowych z polskiego, nie zrobił też zadania z treścią z maty. Ale dostał 3 (polak) i 4 (mata), więc jak na niego i na czas nauki w tym semestrze - rewelacja.

Bardzo się lubią z panią od rewalidacji. Ściska mnie za serce, gdy widzę jak ona z nim rozmawia, jak go czasem głaszcze po głowie. Nie da się jej nie lubić. Zresztą Daniel lubi tam wszystkich. Wychowawcę, pedagoga, psychologa, panią od języka obcego, dyrektora - cały komplet.

Pani psycholog jest tak spokojną osobą, że dałabym wiele, by mieć taki charakter. Po prostu ZEN. Trzyma rękę na pulsie w temacie klasy Daniela, gdy trzeba interweniuje.
Ona też ma o młodym dobre zdanie. Zachwyca ją jego precyzja w pracy, to jak rysuje, jak planuje przestrzeń na papierze, ile szczegółów tam umieszcza. Ale też to jak się z nim rozmawia.

Generalnie, młody jest tam odbierany jako bardzo bystre, mądre dziecko. Uparte czasem. Obrażające się. Ale inteligentne i zdolne.

Oczywiście mamy problem z czytaniem i pisaniem. Klasa I ciągle daje o sobie znać. Zwłaszcza to uparte głoskowanie zamiast czytania sylab przez niemalże 1,5 roku. Zmarnowany czas.
Zaczęliśmy tu praktycznie od nowa. Jest lepiej. Zniknął przymus i poczucie ukarania lekturą.
Czytamy do poduszki książeczki z serii "czytam sobie". Zaczęliśmy od poziomu 1, na zachętę.
W tym roku mamy przeczytane 12 sztuk. Bez płaczu, krzyku, buntu.
Więc powoli do przodu.

W tej chwili walczymy z obowiązkowością. Uczymy się, że praca to praca, że foch podczas pisania długiego tekstu nie sprawi, że ten tekst zniknie, albo sam się napisze.
Uczymy się też odmawiać. Zwyczajnie, z uśmiechem i asertywnie mówić NIE, gdy ktoś wciąga w głupią zabawę, która źle się skończy. Albo gdy namawia na zachowanie, które nie jest pożądane.

Daniel jest naiwny. On widzi dokładnie to, co widzi i tak to ocenia. Gdy ktoś mówi mu: "rozśmiesz nas na lekcji", to on myśli, że to jest zabawne. Że koledzy z klasy to super kumple, którzy świetnie się z nim bawią. I że to będzie zabawa, gdy on strzeli jakiś głupi numer. Że ma przez to lepsze relacje z grupą.Ostatnio dużo zajmujemy się tym tematem. On musi się w końcu nauczyć, że czasem to jest zabawa jego kosztem, a nie zabawa z nim. Że nie musi być przyjacielem wszystkich. Że nie musi wchodzić w każdą zabawę, w którą ktoś go wciąga. Że trzeba w życiu wybierać. Czasem dla swojego dobra, zrezygnować z jakiegoś wygłupu,bo może on słono kosztować.

Ostatnio wyszedł ciekawy temat. Ponieważ dziewczyny Daniela lubią, chłopcy zaczęli mu śpiewać piosenki z cyklu "zakochana para, Jacek i Barbara". ;) Oczywiście złościł się.
Więc znowu temat i gadki bez granic. Dzień po dniu.
Wyjaśniłam mu, żeby to olał zupełnie, bo za lat parę te chłopaki będą mu tych koleżanek zazdrościć, tylko jeszcze trzeba trochę czasu, żeby dorośli.
Daniel mówi, że dziewczyny się tylko uśmiechają. No więc niech on robi to samo. To najlepsza droga.

No i tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Ważne, że w dobrym kierunku.

***

Aha, pytacie o 1%. 

Tak, nadal zbieramy. 

Tu są nasze dane... 

link do strony fundacji 

https://dzieciom.pl/podopieczni/21027


W formularzu PIT wpisz numer:
KRS 0000037904


W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj:
21027 Sobczyk Daniel Gliwice


  
Z góry dziękujemy! :* 




wtorek, 18 grudnia 2018

Relacja po 6 tygodniach i... Wesołych Świąt!

Po 1 chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy rozliczyli na Daniela swój 1% podatku. 
Dziękuję!!
Bardzo, bardzo dziękuję! 
 

W tym roku będziemy bardziej dostawać po tyłku kosztowo, bo wszelkie terapie popołudniowe są mocno obstawione pacjentami. Zwłaszcza w ośrodkach, które się w tym specjalizują i działają w ramach NFZ.

Jedna z naszych gliwickich poradni zamknęła się praktycznie, jej resztki podzieliły się na części i nie mają kontraktu.
Druga, największa, ma tak obcięte punkty z NFZ, że dostać się tam nie sposób.

Dodam, że wizyta u psychiatry dziś rejestrowana dotyczy terminu - marzec 2020r.

A my mamy daleko teraz, dojazd trudny, więc praktycznie skazani jesteśmy na popołudniowe wizyty prywatne.

No ale, są rzeczy ważne i ważniejsze, a moje dziecko jest teraz bezpieczne, więc muszę znieść te niedogodności i koszty z uśmiechem na twarzy.
Tym bardziej dziękuję Wam za ten 1%, bo w tym roku zapewni nam on tę pomoc, która jest niezbędna do prawidłowego (w ramach możliwości) funkcjonowania.

***

Daniel, pytany wczoraj przez lekarza o wrażenia ze szkoły obecnej i poprzednich, odpowiedział jednym zdaniem, że w szkole 1 i 2 "to była masakra".

Zapytany został jeszcze, czy w obecnej czegoś się boi. Odpowiedział, że niczego. W 1 bał się nauczyciela, w 2 dzieci i poruszania po szkole. Teraz nie boi się niczego.

O to chyba chodzi, prawda? :)

***

Po pierwszym miesiącu odbyło się krótkie spotkanie w szkole i cała komisja (wychowawca, pedagog, psycholog, dyrektor) zgodnym chórem stwierdziła, że Daniel super funkcjonuje społecznie i że nic z tego, czego się spodziewali nie ma miejsca.
Nie siedzi w kącie, nie siedzi sam, rozmawia z dziećmi, gania po szkole, bawi się i ... broi z niektórymi chłopakami.

Miło mi to słyszeć po diagnozie z poprzedniej szkoły, gdzie wspomagający strzelił, że może Daniel powinien uczyć się w domu.
I gdzie Daniel faktycznie siedział w kącie korytarza podczas przerw.

Notabene wczoraj powiedziałam o tym nauczaniu domowym prowadzącej psychiatrze. Wrażenia bezcenne. Babka tak się odbiła od biurka, że aż jej krzesło zaskrzypiało, a na twarzy odmalował się jej szalony uśmiech od ucha do ucha, po czym parsknęła: nie wierzę!
No ja też nie wierzyłam. :)

Dobrze, że to już za nami.
Moje dziecko chodzi po domu i śpiewa, bawi się i gada do siebie. Buduje różne rzeczy i robi jakieś scenki, nie przeklina.
Coraz lepiej pracuje w szkole, potrafi już naprawdę dużo napisać na jednej lekcji. W domu potrafi zapisać ciągiem dwie strony zeszytu.
Przyzwyczaił się już do rytmu szkoły. Bardzo lubi swoją wychowawczynię i inne panie też.
Ma super kontakt z dziewczynkami w klasie, zaprzyjaźnił się z jedną bardzo. Lubią się wzajemnie.

Dostał już nawet dwie 6ki. Z maty oczywiście. ;)
Święty Graal został osiągnięty. :D Niemożliwie okazało się możliwe.
Jego mina była po prostu nie do opisania.
Po 1 szkole Daniel miał wrażenie, że 6 jest czymś nieosiągalnym. Tam nauczyciel od razu przy pierwszym zebraniu orzekł, że nie daje 6ek w klasach I-III.
Zresztą idzie to coraz dalej, z tego co słyszę, bo w tym roku np. dzieci nie dostają za czytanie 5ek. Podobno mają już tak czytać, że hej i 4+ to maksymalna ocena.
Ciekawy system motywacyjny...

Szczęściem tu jest inaczej i dwie otrzymane 6ki bardzo poprawiły Danielowi samopoczucie. Pokazały, że wszystko jest możliwe, a on naprawdę potrafi.
W efekcie wyrywa się sam do różnych spraw. Wczoraj witali nową koleżankę i Daniel sam zaoferował się, że zrobi dla niej powitalną laurkę. I zrobił.
Zrobił też karki świąteczne dla seniorów z okolicy - tam jest taki zwyczaj w szkołach, że robią kartki, które potem ksiądz przekazuje samotnym starszym osobom.

Jest coraz lepiej, a my oboje jesteśmy z dnia na dzień coraz bardziej spokojni i zadowoleni.

Dla mnie też stało się niemożliwe. Nie myślałam, że takie szkoły i tacy nauczyciele jeszcze istnieją.

***

Pozdrawiam Was serdecznie i Zdrowych, Wesołych Świąt Wam życzę!!!








poniedziałek, 3 grudnia 2018

Krótka rozmowa w poradni i ...

Pani psycholog:
- Daniel, masz tam jakieś fajne panie w tej nowej szkole?
Daniel:
- Mam
PP:
- A która jest ulubiona?
Daniel: 
- Nie umiem wybrać jednej.
PP:
- A to wybierz dwie albo trzy...
Daniel:
- No to moja pani wychowawczyni i pani ze świetlicy.


Bingo!

poniedziałek, 19 listopada 2018

W sprawie maili od Was

Pytacie mnie ciągle w mailach, którą szkołę polecam, a której nie.
I dlaczego nie piszę wprost o jaką placówkę chodzi.

Wyjaśnię zbiorczo.

Szkoła, to szkoła. Skomplikowana instytucja. Można się tam potknąć o kontakty z dyrekcją, przewrócić o metody nauczania, charakter wychowawcy, popełnić sepuku poziomem klasy albo wymogami kadry.
Problem może wystąpić wszędzie.

Czy polecam szkoły, do których Daniel chodził?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem.

1. W pierwszej szkole Daniela mieliśmy fajny kontakt wśród rodziców. Większość matek to były naprawdę fajne babki. Fajne też były dzieciaki. W zdecydowanej większości - normalne, zdrowe, fajne dzieci.
Szkoła w spokojnym miejscu, choć zimą oddychanie w tej okolicy grozi śmiercią, a przynajmniej atakiem astmy, zaraz po wjeździe do dzielnicy.

Daniel lubił tam prawie wszystko. W zasadzie wyjątek był jeden. Wychowawca.
Innych uwielbiał. Wspomagającą i panią od SI, panią od logopedii, z angielskiego (miała fajne podejście do Daniela i ogarniała jego przestoje w pracy), panią z niemieckiego.
Wszystkie panie na świetlicy - gdzie sam chciał zostawać. Kochał stołówkę i obiady. Po korytarzach kręciło się dwóch super panów od wszystkiego - nie wiem jaki mieli tam status, robili za woźnych i za złote rączki.
Polubił też panią psycholog i fajnie im się pracowało razem.

Niestety ten jeden minus przeważył wszystkie plusy. Gdy sam powiedział, że on nie da rady jeszcze dwa lata, to wiedziałam już, że musimy coś z tym zrobić. Tym bardziej, że moje odczucia były takie same. Pasowało mi tam wszystko, z jednym wyjątkiem.

Podsumowując - gdyby Daniel poszedł do I klasy rok wcześniej, skończylibyśmy tam podstawówkę. Panią z klasy wyżej lubią wszystkie dzieci w szkole. Zresztą nie da się jej nie lubić, po prostu.

Czy poleciłabym tę szkołę dla zdrowego, stabilnego emocjonalnie dziecka? Tak.
Czy poleciłabym ją dla Aspergera z charakterem, twardziela walczącego o swoje? Tak.
Ale dla miękkiego, nadwrażliwego dzieciaka, który klęka pod wpływem krzyku nauczyciela, który boi się własnego cienia, który ma problem z emocjami, już nie.
No chyba, że przed decyzją, dowiemy się kto będzie wychowawcą i będzie to naprawdę fajny pedagog.

Temat do osobistego przemyślenia. Ja Wam na pewno nie powiem ani tak, ani nie. Nie czuję się na siłach radzić w takich poważnych sprawach.

2. Po szkole drugiej uczucia mam mieszane.
Nigdy jeszcze nie widziałam w jednym miejscu tylu problemów.
Smutne to były wrażenia, bo zachowania i wygląd dzieci w stu procentach odpowiadały temu, jak wyglądała tam szkoła. Smutno na korytarzach, smutno w salach. Głęboki socjalizm w całym budynku.

Największa kartka na drzwiach wejściowych krzyczy: rodzicu sprawdź głowę swojego dziecka!
Po wejściu do szatni człowiek dostaje w twarz okrzykiem: "spier... stąd debilu jeba.." Odwracasz głowę, a tam trójka dzieciaków z klasy może IV... Nawet dyżurującym nauczycielem się nie przejmują.
Młody został tam zwyzywany przez chłopców z klasy III już 4go września. Wiązanka nie nadaje się do cytowania.
Starszy chłopak nagabywał Daniel a w kiblu, żeby przyniósł do szkoły telefon. Gdy Daniel powiedział, że nie może, bo mu mama nie pozwoli, chłopak kazał mu przynieść ten telefon bez pytania.

Po pierwszym tygodniu miałam wielkie gały. Myślałam, że przejście ze wsi do miasta, będzie wyglądało inaczej. Że to pójdzie w drugą stronę.
Od razu bym stamtąd uciekła, gdyby nie Daniel, któremu podobał się system ocen i zajęcia lekcyjne. Wszystkie te plusiki, pieczątki, znaczki itd. Dodatkowe zajęcia z ciekawostkami i eksperymentami, informatyka z prawdziwego zdarzenia, zajęcia wf w prawdziwej sali gimnastycznej.
No i gdyby nie życzliwy dziecku psycholog.

Z początkiem listopada wiedziałam już jednak, że to się nie uda. Ta klasa i Daniel - to nie zagra. Za dużo tam się działo. Zbyt wiele było problemów i spraw do załatwienia, zamiast lekcji. Za mało wzorców, żeby ciągnąć dziecko w górę.

Nadal nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy poleciałabym komuś tę placówkę.
System nauczania - ważna sprawa. Nauczyciele - też. Życzliwy vice dyrektor, fajny pedagog i psycholog. A i tak to okazało się być za mało, przy wszystkich problemach dzieciaków w grupie.

Dziewczynki tam sobie radziły. Unikały problemów. Chłopcy w nie wsiąkali. Jedni atakowali, drudzy odpowiadali, trzeci dawali się stłamsić. Gdy byłam tam odebrać książki, akurat toczyła się sprawa chłopca, który został na przerwie w sali i nie chciał wyjść, a całą tę przerwę przepłakał, bo któryś z tych wojujących coś mu tam zrobił.
Nie, to nie tylko Daniel miał tam problem. Tam generalnie bardzo dużo się działo. No taki zestaw dzieci, po prostu.
A my nigdy nie powinniśmy się tam znaleźć. Nie z Daniela lękami, nie z jego nadwrażliwością słuchową, dotykową, wzrokową. Ilość bodźców, jaką tam dostawał, nie dała się ani przyjąć, ani przetworzyć, bez uszczerbku na zdrowiu.


***

Dlaczego nie piszę o szkołach wprost?
Bo nie jestem ani kontrolerem ani krytykiem zawodowym.
To moje prywatne sympatie i antypatie. Moje subiektywne odczucia i wrażenia.
Nie chcę oceniać żadnej z tych szkół odgórnie. Nie czuję się do tego upoważniona.

Wasze zdanie może być zupełnie różne od mojego. W każdej sprawie.

***

Pytacie jeszcze dlaczego Daniel nie chodzi do rejonu.
Ano dlatego, że to ogromna szkoła. W dodatku integracyjna. Tam w każdej klasie jest minimum pięć problemów do załatwienia, dzień w dzień, lekcja po lekcji.
Córka znajomej, zdrowe dziecko, potrafi parę razy w miesiącu wrócić poturbowana. I to tak konkretnie. Ze śladem odbitej dłoni na twarzy, np.

Daniel wymaga spokoju, skupienia. Bardziej komfortowych warunków. Jego wszystko wyprowadza z koncentracji. Zawiesza się, gubi wątek.
Nie pomaga krzyczenie nauczyciela (pierwsza szkoła), a wręcz przeciwnie, pogarsza sprawę.
Ale nie pomaga też pisanie za Daniela w zeszycie (druga szkoła), bo to droga donikąd.

Pomaga cisza, czas, przywołanie delikatne do tematu, wskazanie palcem, przypomnienie.
Nie wiem jak wyglądała ta cisza w pierwszej szkole. Nauczyciel mówił, że jej nie ma.
W drugiej nie było jej nigdy, ani przez chwilę.

***

Teraz mamy inaczej.
Nikt nie chodzi po klasie, nie skacze po parapetach, nie chowa się na zapleczu, nie rzuca na drzwi. Nikogo nie trzeba szukać po szkole.
Warunki są całkiem inne, także do pracy.

Pojedyncze stoliki. Szafki na książki, kuwety na przybory plastyczne. Telewizory na ścianie, gdzie wyświetla się podręcznik, na którym grupa pracuje, tablice interaktywne.
Zajęcia na dywanie, praca w grupach, np. w parach, ławka w ławkę.

Plan - przypominajka na szafie. Wypisane dzwonki, jaki mamy dzień tygodnia.
Klocki do zabawy na przerwach - także w klasie. Kurtki, bluzy wiszą w salach, dziecko może się ubrać od razu przy wyjściu z sali. Albo sięgnąć po bluzę, gdy mu zimno. W szafkach na korytarzu dzieci mają tylko buty. 

Dzieci mogą zjeść w klasie, przy swoim stoliku. Nikt ich nie wygania z sali, nie kombinują jak zjeść jogurt siedząc na podłodze, bo brak innych miejsc do siedzenia na korytarzu.

Na każdy tydzień nauczyciel tworzy NaCoBeZU - tematy, na które zwracamy uwagę. Punkt po punkcie wypisane są zadania na dany przedmiot. Np. czytamy tekst x, opowiadamy go zwracając uwagę na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, potrafimy wymienić głównych bohaterów historii... itd.
Dzieci mają kartki z NaCoBeZU wklejone to zeszytu, na każdy przedmiot osobno.
Świetna rzecz, nie da się nie wiedzieć co robią w szkole, co mają umieć. No po prostu się nie da. 

Jest nam tam dobrze. Naprawdę.
Jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, żeby Daniel przez lekcję zapisał całą stronę A4.
A tam się da. I nie dość, że zapisuje, to jeszcze wie, o czym pisał.

Chce zostawać na dodatkowe zajęcia.
Chce być na świetlicy.
Bierze udział w pracach plastycznych. Śpiewa na muzyce. o_O

Zapytany przez psychologa do której szkoły chciałby chodzić, gdyby mógł teraz wybrać, bez wahania odpowiedział, że do tej właśnie. 

Lubimy to!




czwartek, 15 listopada 2018

Po nowemu...

Ciekawostka.

W szkole, do której Daniel chodził na początku (3 lata) wyrobienie legitymacji wymagało dwóch tygodni. W drugiej - tygodnia.
Uruchomienie dziennika elektronicznego to też tydzień.
Zorganizowanie rewalidacji to miesiąc - we wrześniu praktycznie nie dzieje się nic.

Do nowej (trzeciej) szkoły Daniel chodzi od 05.11.
Już 05.11 był w dzienniku elektronicznym.
Już 06.11 pani sekretarka wysłała papiery do gminy oraz do poprzedniej szkoły.

08.11 zaniosłam zdjęcie i już 08.11 była gotowa legitymacja.
We wtorek 13go szkoła już miała zgodę gminy na rewalidację. Zdążyli otrzymać pismo i odpowiedzieć.
Jutro ustalamy terminy zajęć dodatkowych: z logopedą, z pedagogiem oraz rewalidacji.
Dodatkowo Daniel dostał zajęcia wyrównawcze - po poprzedniej szkole ma duże braki, jak się okazało.

W poprzedniej podobno był w czołówce jeśli chodzi o czytanie i pisania. W tej jest w tyle.
Sama widzę, że czyta słabo, że pracuje i pisze wolno. Że nie jest to jego mocna strona. Bardzo mnie dziwiło w tej poprzedniej placówce, gdy słyszałam, że mam się nie martwić, bo jest jednym z lepszych. Że jako jeden z nielicznych pisze ze słuchu.
Tu wszyscy piszą ze słuchu, lepiej lub gorzej, ale piszą i dostają za to oceny.

No nic, trzeba się będzie zająć bardziej edukacją. Tu będzie to możliwe, bo nie będziemy musieli zajmować się chorobami i zaburzeniami innych.

Póki co, Danielowi bardzo podoba się klasa, lubi panią, uwielbia świetlicę i chce tam zostawać. Jakoś nagle polubił zajęcia muzyczne - mają tam dodatkowe i Daniel chce na nie chodzić.
Lubi też plastykę, a nigdy nie lubił.

Ma dobry kontakt z dziewczynkami.
Z chłopakami już się spiął dwa razy. ;)

Docieramy się, przyzwyczajamy do nowych warunków, do pilnej pracy.
Tu nie przeznacza się lekcji na szukanie ucznia po szkole, na pacyfikowanie chodzących po klasie, na ogarnianie dziecka, które rzuca się na drzwi i je kopie. Nikt nikogo nie wali po głowie podczas zajęć.
Tu lekcja to lekcja.
A więc więcej pracy, więcej pisania.
Tu wspomagający nie pisze za uczniów, bo wspomagającego nie ma.
W poprzedniej szkole Daniel miał 2/3 zeszytów uzupełnionych przez wspomagającą. Jak odebrałam ćwiczenia i zeszyty ze szkoły, to godzinę patrzyłam w nie, jak sroka w gnat.
Nie wiem co to za metody. Ale jedno jest pewne - pani tam pokazała młodemu, że można sobie bimbać, leżeć na stole i kombinować, że głowa boli, że zmęczony...
A potem mówiła do mnie, że Daniel manipuluje.
No jak się tak dała... :)

Moje wrażenia bez zmian. Nadal wszystko mnie się tam podoba. :)

środa, 7 listopada 2018

No więc... przenosiny.

No nie udało się.
Głównie z powodu grupy dzieci. Nie nasza bajka.
Popychanie, bicie, walenie książką po głowie, szturchanie ołówkiem w plecy. Zabieranie rzeczy, niszczenie czyichś śniadaniówek i przyborów szkolnych... Prawdziwe bijatyki na przerwach. Wyzwiska. Taki jest bilans tych paru tygodni.
A to tam chleb powszedni. Dzień po dniu.
Daniel się sypie. Płacze, nie śpi, nie je. Chudnie, znowu nie rośnie.
Jest z nim bardzo źle.

Do tego wspomagający (oligowiec po licencjacie) pozwala sobie na oceny typu: "może dziecko nie nadaje się do szkoły, może trzeba pomyśleć o NI".
Na co dyrektor odpowiada, że ww. się przejęzyczył.

Nikt nie zapoznał dziecka ze szkolnym pedagogiem, nie zorganizował żadnej pomocy. 

Jak z czarnego snu... 
O-o 

***

Po rozmowie z dyrektorem, który obwieścił mi, że nie może obiecać, że nic się więcej nie wydarzy, bo ja przecież też mogę zostać zaczepiona, teraz po wyjściu ze szkoły na przykład, postanowiłam ewakuować dziecko z tej placówki.

Od 05.11.2018 Daniel chodzi do innej szkoły.
Małej, masowej, nie integracyjnej, poza miastem.

Wrażenia później.
Póki co konkrety.

Nie ma tam wspomagania. Jest psycholog i pedagog.
Szkoła jest mała i klasa jest mała.
Rozglądamy się i adaptujemy.
Tzn. on się adaptuje. Mnie podoba się tam wszystko.
Od zachowania sekretarki, poprzez wyposażenie klas, aż po fakt, że dyrektor nie jest menedżerem, tylko pedagogiem, a dzieci go uwielbiają.

Trzymajcie kciuki.
To nasza trzecia szkoła, trzecie podejście.
Pierwsza masówka.

Oby tym razem...

poniedziałek, 24 września 2018

Nowa szkoła

No więc, drodzy państwo, zmieniliśmy szkołę.
Czy to dobrze, czas pokaże.

Póki co, mamy kilka wieści.

Po 1, dyrekcja jest naprawdę miła i przychylna uczniom.
Po 2, wychowawca Daniela to miła i sympatyczna osoba.
Po 3, jego wspomagająca wydaje się być fajną babką.
Po 4, wszelkie problemy załatwiane są na miejscu i konkretnie. Czy to chodzi o krzyki, czy popychanie, czy też bójki. Wszystko jedno. W głębszych konfliktach biorą udział, poinformowani przez kadrę, rodzice. Taka zasada szkoły.

Gorzej sprawa wygląda z samymi uczniami. Trudnych przypadków jest tam naprawdę sporo. Albo... bardziej je widać niż w poprzedniej placówce.
W klasie Daniela jest już dwóch autystów. W tym on jest najlżejszym przypadkiem.
Do tego paru chłopaków, których zachowania pozostawiają wiele do życzenia... 

Na dziś dzień Daniel nie ma tam z nikim bliższych kontaktów. :(

Ma fajniejsze lekcje, lepszy system ocen, miłe panie, prawdziwą rewalidację i godzinę z psychologiem. Ale nie ma kolegów.

Taki bilans.

środa, 1 sierpnia 2018

Orzecznictwo w Pl - rzeczywistość jest smutna

Jak to jest, moi drodzy, że w tym kraju ani dziecko niepełnosprawne, ani matka tego dziecka, ani jego ojciec i rodzeństwo, nie mają prawa do odpoczynku?

Dlaczego rodzic dziecka niepełnosprawnego dostaje do ręki orzeczenie, z terminem 31 lipca albo 30 czerwca?
Wiadomo przecież, że to dziecko latem wymaga opieki. Że nie ma przedszkola, szkoły, że często nie ma opcji zapisania go na kolonie, obóz i inne takie.
Potrzebuje więc ciągłej opieki rodzica, która bierze w tym celu urlop.

Orzeczenie do  30 czerwca oznacza, że komisja będzie w lipcu. Kiedy? Nie wiadomo. Może dowiemy się w czerwcu, a może nie. Najczęściej nie. Przykładowo rok temu 12 lipca dowiedziałam się o komisji -  27 lipca.
Musiałam przełożyć plany, bo tak odległego terminu nie spodziewałam się składając dokumenty już na początku czerwca. Ale... termin był jeden. No bo urlopy.

Urlop oznacza zwykle, że ludzie gdzieś wyjeżdżają.
Wiedzą to oczywiście zasiadający w komisjach lekarze, bo oni też wyjeżdżają, przez co terminów komisji w wakacje jest mniej.
W przypadku mojego miasta - jedna komisja zamiast dwóch.

W tym roku komisja w sierpniu, bo orzeczenie syn dostał na 13 miesięcy.
Dlaczego akurat tyle? Nie  mam pojęcia. Zapytać nie ma kogo, bo podczas komisji panie nic nie mówią. Na decyzję się czeka grzecznie, w domu, nawet dwa tygodnie.
Tego też nie rozumiem, bo po wyjściu pacjenta komisja ustala ile tego orzeczenia daje.
Więc w praktyce, pacjent mógłby mieć wiadomość po 5 minutach, a decyzję następnego dnia.
Ale nie... to byłoby za proste.
Trzeba czekać dwa tygodnie. I nie czeka tylko sam delikwent. Czeka MOPS, jeśli np. matka jest na świadczeniu, albo pracodawca, gdy któryś rodzic przebywa na wychowawczym.
Status pracownika przez ten czas jest bliżej nie określony - przepisy nie przewidują takiego faktu.
Ale co to kogo obchodzi?

A urlop, wyjazd? Zapomnij rodzicu. Niebieskie migdały Ci się marzą.
Do roboty się weź, rehabilituj, ucz, ćwicz, woź na zajęcia, czytaj po nocach, bo sam dla swojego dziecka jesteś najlepszym lekarzem, terapeutą, rehabilitantem, logopedą i psychologiem.

Dziś mamy 01 sierpnia. Komisja ma być w sierpniu, a ja nadal nie mam pisma z terminem. Mało tego - termin nie został jeszcze ustalony. Dzwoniłam, pytałam. Nie wiedzą, bo... okres urlopowy, wie pani.

No wiem. Odpoczywają.
A ja?
Mnie nie przysługuje? Mojemu dziecku nie przysługuje?
Kiedy ja odpocznę, do jasnej cholery?

Planowałam krótki wyjazd na koniec sierpnia.
Przełożyć?
Na kiedy? Na wrzesień? We wrześniu młody idzie do szkoły. Nowej!
Nowy stres, nowe wrażenia, nowa adaptacja.

Od czerwca Daniel czeka na ten czas, gdy i ja mam urlop. Czeka na krótki chociaż wyjazd. Na to, że zobaczy jakiś świat, poza swoim miastem. Jak inne dzieci. Wodę jakąś, góry. Cokolwiek.
Czeka i odlicza dni. Wszystko ma zaplanowane i ułożone w głowie, walizkę którą zabierze, jej zawartość, nawet wyjazd wieczorem pociągiem TLK.

Ale kogo to obchodzi. Jak wszystko inne, tak i dramat mojego dziecka związany z anulowaniem wyjazdu, jego płacz, krzyk, żal, wejście w stresie i rozczarowaniu w nowy rok szkolny... to mój problem, tylko mój.
Co to interesuje szanowną komisję. Ważne, żeby oni wzięli swój zaplanowany urlop....

Nie znoszę czasem tego kraju i jego bezmyślności. :/ 

czwartek, 19 lipca 2018

Ostrzeżenie ....

Po konsultacji z adwokatem oraz policją i prokuraturą, dokonanej przed chwilą, uprzedzam wszystkich znudzonych życiem i zakompleksionych użytkowników internetu...

jeśli jeszcze raz dowiem się, że ktoś wykopuje moje stare, skasowane posty, albo nawet posty bieżące, szasta danymi wrażliwymi mojego dziecka i wykorzystuje je do siania mowy nienawiści, wyśmiewania się z ludzi, którzy mają chore dzieci, albo ludzi, którzy swoje dzieci szczepią / nie szczepią (wybrać dowolne), leczą czymś tam / nie leczą czymś innym (wybrać dowolne), a także nawołuje innych do krytyki tychże osób, obraża je, poniża, albo robią to jego czytelnicy / użytkownicy grupy itd. będę robiła zrzuty ekranu i każdą taką akcję będę zgłaszała do prokuratury. 

Żeby  nie było zaskoczenia. 
Nie będzie taryfy ulgowej.