czwartek, 11 sierpnia 2016

I koniec wakacji

Jeny, jeny, tak się martwiłam o te wakacje... Że tyyyle czasu, że młody się zanudzi, że będzie mędził itd.
A tu nagle wczoraj dotarło do mnie, że w poniedziałek już 15 sierpnia.
Dla mnie ta data to koniec wakacji.
Odpust w mieścinie, gdzie w szkolnych czasach jeździłam na całe lato. Sygnał do pakowania i powrotu do domu...

Kiedy to zleciało?
I gdzie lato?
Aż dwa razy byłam z synem na miejskim basenie.
Ostatni ciepły czas byłam w szpitalu, więc trzecia wizyta nie doszła do skutku. Ale to i tak ochłapy.
Niby lato, a jakoś go nie poczułam. Nie wyjęłam nawet najcieńszych sukienek.

No i już po zabawie. Znowu zimno.
Kurtka przeciwdeszczowa na topie. Pełne buty na wierzchu.
Które zresztą musiałam kupić na cito parę dni temu, bo wiosenne okazały się być za małe. Mam nadzieję, że dotrwa w nich do zimy, bo z torbami pójdę. ;)
Jeszcze nie skompletowałam wyprawki do szkoły. Nie mam książki, bloków, plasteliny i wielu innych rzeczy. A tu buty jesienne trzeba kupować.

Młody daje radę, nie marudzi, nie pyta o szkołę, a ja nie przypominam.
Stęka tylko o wyjazd, tzn. o swoje "wakacje" w sensie wyjazdu z domu z noclegiem.
Może dlatego jeszcze nie wrócił do tematu szkoły, bo nigdzie nie byliśmy, a to znaczy, że "wakacje" takie, jak on je rozumie, ciągle przed nim. :)

Tymczasem pogoda niespecjalna na takie imprezy.
Oboje tęsknimy do gór, choćby do Wisły. A tu deszcz, buro, zimno.
Może jesień będzie łaskawsza?
Oby...

Tymczasem zostawiamy Wam cynk, że żyjemy i mamy się dobrze. :)
Poza tym, że jestem chora i mam stan zapalny zatok, złapany w ciągu tygodnia po operacji, to jest ok. Szkoda tylko, że aura nie jest milsza, bo deszcz i wiatr to nie jest to, co lubię.
A już na pewno nie jest to nic z tego, co lubią moje zatoki.

Dużo ciepełka i odpoczynku.
Do przeczytania pewnie gdzieś na początku roku szkolnego.

Buziaki

wtorek, 19 lipca 2016

Co tam nowego...

Nie wiem co ciekawego Wam napisać, ale że znowu trafiam na stół niebawem i nie wiem kiedy potem będę dostępna, postanowiłam jednak trzy zdania skreślić.

Za jedno zabieram się od dawna, ale ciągle brak czasu.
A rzecz jest ważna. Przełomowa dla nas.
Otóż młody jeździ na rowerze. :) Sam. :)
Tzn. na dwukołowym rowerze sam jeździ. :)
Rok temu szło jak po grudzie... Na początku tego sezonu byłam w szoku jak strasznie ciężko mu cokolwiek wytłumaczyć. Siedział krzywo, skręcał ciałem, kładł rower na jedną stronę. Jedna wielka masakra. Już pewna byłam, że mnie to zadanie powali...
A tu nagle za czwartym czy piątym razem bum, zdecydowany postęp. Puściłam więc i zaczęłam asekurować tylko i poszło. Bez trudu przejechał sto metrów, dwieście, za chwilę już pięćset.
Jeszcze musimy opanować wsiadanie bez pomocy i zatrzymywanie bez skakania z roweru. :D
Jazdę już mamy załatwioną. Idziemy na rower i 4-5km bez problemu pomykamy.
Dumna jestem i szczęśliwa jak dziecko. :)

***

Poza tym robimy ciągły bajzel, rysujemy, lepimy z plasteliny (u Was też jest ona wszędzie po takich pracach?), piszemy książki... tzn. Daniel pisze. :D
Pokażę niebawem, bo znowu zapomniałam zdjęcie zrobić.

Za to pokażę Wam rysunek syna.
Tego syna, co to nie rysował, nie pisał i obchodził szerokim łukiem każdą kartkę.
Rysunek, w którym nie brałam udziału. Nawet mnie w pokoju nie było.
Postacie z bajki "Oktonauci". :) Ktoś zna?
Leci na Minimini.

Młody rysuje sam. Bez obrazu. Z głowy. Jak zapamiętał. Bez przymusu, bez nagabywania. Rysuje, bo chce. Jak chce i kiedy chce. Nigdy nie prowadzony za rękę, nie namawiany. Nie chciał, to nie. Zaczął sam, nagle. I rysuje. Jakby robił to od początku. :)


Nieźle, nie? :) Statki kosmiczne jak żywe. :D
Mnie się podoba, ale ja nieobiektywna jestem. :D

***

Ok, tyle na dziś.
Łeb mnie boli okrutnie od paru dni, od kręgosłupa.
A leków przeciwzapalnych brać nie mogę przed randką z chirurgiem, więc jestem w czarnej... niemocy.

Pozdrawiam póki co i słoneczka życzę! :*


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Koniec roku szkolnego i spotkanie z Leiterem ;)

No i nadszedł ten czas.
Zbliża się koniec pierwszego roku szkolnego, w naszym wspólnym życiu.

Roku w przedszkolu nie liczę, bo to była masakra, nie edukacja, poza tym nie dotrwaliśmy do końca.

Teraz mamy prawdziwą  placówkę edukacyjną, prawdziwy rok szkolny, naukę, adaptację i wszystko inne, czego w szkole można by szukać.

Dziecko dotrwało do tej chwili uśmiechnięte, radosne. Wstaje rano bez płaczu, wchodzi do sali z uśmiechem, żegna mnie bez problemu (mamy pewne rytuały, które nam w tym pomagają), ma kolegów i koleżanki, którzy go lubią.
Same cuda, panie dzieju. :)

Nigdy nie myślałam, że będę się martwić wakacjami, ale właśnie tak jest.
Młody będzie się nudził, poza tym wcale nie chce wolnego... (dziwne, nie?)
Mnie nie stać na zapewnienie mu jakichś wyjątkowych atrakcji.
On się nie nadaje na kolonie. Ja nie mam kasy na prawdziwe wczasy.
Będziemy się jakoś ratować dłuższymi weekendami, basenem miejskim, placami zabaw, rowerem (może wreszcie nauczy się jeździć) itp.

Co tam jeszcze chciałam...
Aha.
Młodemu zrobiono pierwszy test na tzw. zdolność przystosowawczą jednostki, czyli zdolność do radzenia sobie w otoczeniu, z nowymi sytuacjami.
Jest to jakaś Międzynarodowa Wykonaniowa Skala Leitera P-93.
Nawet nie wiedziałam, że coś takiego mają. No ale mają w PPP i zrobili.
Potem coś tam poprzeliczali wg tabeli: 

Bardzo niskie             1 sten                lub poniżej 71 w skali IQ
Niskie                         2 – 3 sten          lub 71 – 85 w skali IQ
Średnie                       4 – 7 sten          lub 86 – 115 w skali IQ
Wysokie                     8 – 9 sten          lub 116 – 130 w skali IQ
Bardzo wysokie         10 sten              lub powyżej 130 w skali IQ

Daniel uplasował się w pozycji czwartej, czyli osiągnął wynik wysoki.
No cóż... bardzo chcieli to mieć na papierze, to mają. Podobno Aspergerom trzeba takie cuda robić, nie wiedzieć po co.
Nasza psycholog z Goaru, już wtedy, gdy Daniel miał pierwszą diagnozę i niespełna dwa lata, pewna była, że młody mieści się w górnej normie intelektualnej.
Tak więc Ameryki mi nie odkryli.

Ktoś mi powiedział, że teraz mam dowód na Aspergera.
Pewnie, czemu nie.
Tyle że mnie jest naprawdę wszystko jedno jak to się nazywa. :)
Dziecko jest, jakie jest. Żadna nazwa nic tu  nie pomoże. A że jest moje, cudowne i najwspanialsze, to rzecz wiadoma i żadna skala tego nie zmieni. :)

Pozdrawiam Was słonecznie! 


piątek, 15 kwietnia 2016

Trudne rozmowy ;)

Jaki wiek jest typowy dla trudnych rozmów między dziećmi a ich rodzicami?
14 lat? 16 lat?

Jakby ktoś miał  problem, to służę doświadczeniem. :D
Ja już większość mam za sobą...

Pamiętam, jak moją mamę siedzącą w wannie, mój brat zapytał kiedyś o orgazm kobiety.
Biedna mało się nie utopiła. :D

Mnie to raczej nic nie zaskoczy, bo synio zaczął już dawno.
Bardzo podobał mu się odcinek "Było sobie życie" zatytułowany "narodziny".
Potem nastała seria pytań.

Teraz przeanalizował je chyba wszystkie, bo zaczyna z drugiej strony.

Przykładowe rozmowy (albo raczej wstęp do nich) sprzed paru dni niżej:

- mama, czy Ty jeszcze urodzisz kiedyś jakieś dziecko?
- nie kochanie, już raczej nie urodzę...
- to dlaczego Twoja  komórka nadal czeka na plemnika?

albo

- mama czy jak ja będę dorosły i będę miał plemniki to one się spotkają z Twoimi komórkami?
(tu konsternacja - tego się nie spodziewałam)
wyjaśniam...
kończę opowieścią o tym, że jak kiedyś się zakocha, pozna fajną dziewczynę itd. itp.
myśli chwilę i mówi:
- wiesz, to ja mam już taką dziewczynę
- tak? kogo?
- panią Olę z zerówki; ja się w niej zakochałem, a ona we mnie
- kiedy?
- no dawno, na początku zerówki przecież...

Ok. Mnie tam pasuje.
Tylko nie wiem co na to pani Ola. :D

Też tak macie/mieliście w tym wieku, czy ten mój syn nad wiek ciekawski? :D


piątek, 8 kwietnia 2016

Ach.... ;/

Wiecie, czasem to mi ręce opadają, jak to nasze państwo ustala różne zasady, reguły i wymogi.

Zgłaszam się do PPP po opinię  o kształceniu specjalnym na czas edukacji w klasach I-III.
Przynoszę zaświadczenie od lekarza, które z automatu zabierają mi w oryginale (mimo że do psychiatry czeka się w moim mieście 8-10 miesięcy i może być mi ono jeszcze pięć razy potrzebne), po czym dają do wypełnienia wniosek...

Wniosek mogę zabrać, ale muszę donieść do x dni, bo za miesiąc jest komisja.
I co się dowiaduję?
Że wniosek muszą podpisać oboje rodzice.
o_O

Jest dziecko, które widzą. Są zaświadczenia od lekarzy, psychologów i Bóg raczy wiedzieć od kogo jeszcze, jest mój podpis i zgoda, ale nie... Nie pasuje. Za mało.
Jeszcze ojciec musi z wnioskiem wystąpić.

Nowa metoda na ograniczenie kształcenia specjalnego?
Tak mi to pachnie.
Co robią te matki, które nawet nie wiedzą, gdzie jest ojciec?
Matki, których mężowie wyszli z domu i dotychczas nie wrócili?
Albo które same ich wykopały, pijusów i damskich bokserów?
Co z tymi matkami, które nawet szans nie mają na ten podpis, albo mają, ale muszą za to zapłacić wysoką cenę, bo facet stwierdzi np. że jak ona anuluje mu zaległe alimenty, to on jej to podpisze?

Kto wtedy cierpi? Dziecko. Głodne, nie ubrane porządnie, bo tatuś znalazł na mamusię haka. Albo po prostu pokrzywdzone, bo mogłoby mieć lepiej, a jest traktowane jak każde inne - zdrowe. Nie ma szans na szkołę integracyjną, albo klasę z dodatkowym opiekunem, którego wymaga.

Co za chory umysł wymyślił, by samotna matka musiała starać się o ten drugi podpis??

Mnie się udało fuksem, bo ojciec syna jeszcze był w kraju. Generalnie po 4-6 tyg. ciągiem pracuje w transporcie zagranicznym i szukaj wiatru...
Zdążyłam na styk. W pon. zanoszę wniosek, we wtorek jest termin składania kompletu dokumentów.

Ale nie przestaje mnie to kretyństwo zastanawiać i wkurzać. ;/

środa, 23 marca 2016

Jak mało czasem potrzeba...

Czasem wydaje mi się, że mam zdrowe dziecko. Młody wstaje rano, ma dobry humor, je, foszy jak każdy inny, nie robi cyrków ani dramatów na skalę światową i generalnie możemy się dogadać bez starć.
Bywa, że ta idylla trwa nawet parę tygodni.

A potem dzieje się coś, pozornie bez znaczenia, jakaś drobna sprawa i... wszystko się sypie.

Albo po prostu wpadamy w regres.
A mamy tak kilka razy do roku, na chwilę obecną.

***

Teraz akurat mamy trochę pod górę.
Od paru tygodni nie da się porozumieć. Fochy, obraza, demonstracje, płacz o każdy bzdet, szantaże, bunty - cała gama problemów.
Nim to minie, to reszta kudłów na moim łbie wypadnie, albo zmieni się w sianiastą siwiznę. :/

Do tego dochodzą przygody różne, nie do przewidzenia.

***

Sytuacja z wczoraj.
Po 1,5 tyg. choroby wracamy do szkoły.
Wstaje bez problemu, śniadanie, wyjście, wszystko jak zwykle.

(Jak zwykle, czyli ogólnie jeden wielki NIEOGAR, bo Daniel ubiera się nawet godzinę i tylko wtedy, gdy powtarzam komentarz odnośnie tej czynności. Wsuwa wtedy np. pół nogawki i zamiera znowu, gdy znikam w kuchni. I tak co dzień. Ja gadam, on coś zaczyna robić, ja idę myć zęby, on przestaje się ubierać. Ja gadam, on znowu wsuwa na rękę 5cm rękawa, ja idę mu zrobić kanapkę, on przestaje.
I tak od 6:30 - 6:50 do 7:45, kiedy to wychodzimy z domu.)

No więc wchodzimy do szkoły, a tam dzieci już stoją w rządku i gdzieś wędrują.
Okazuje się, że na II piętrze mają przywitanie wiosny.
Zaniosłam jego plecak do sali i chcę go oddać pani, a tu problem...
Nie chce stać w parze, iść gdzieś, nie wiadomo gdzie, zostać beze mnie...
Zaprowadziłam do góry -  nie pomogło.
Smarkanie, płacz, dramat czarny po prostu.
Spędziłam tam pół godziny. Pani Ola próbowała go przejąć, zainteresować czymś, wziąć na kolana - nic nie pomogło.
W końcu jedna z pań zaproponowała, żeby darować mu tę imprezę i zabrać do sali.

Przez ten czas, który spędził tylko z panią Olą wędrując po szkole, a potem w sali, ogarnął się i wrócił do normy. Ale przez te pół godziny miałam jedno wielkie deja vu - powrót do przedszkola. Męka pańska, strach w oczach, panika, jedno wielkie nieszczęście.

Ale co innego chciałam...

Daniel wrócił wczoraj ze szkoły z dwoma jajeczkami zrobionymi na kurczaki czy tam kogutki. Nie starcza mi wyobraźni tak do końca, żeby dokładniej określić. ;)
Leżymy wieczorem w łóżku i rozmawiamy.
Pytam czy wszystkie dzieci robiły takie ładne kurczaczki z plasteliny i papieru kolorowego, czy były inne jeszcze, z czego innego.
A ten mi mówi, że dzieci nie robiły nic razem z nim. Że jak on do sali poszedł to kurczaczki dzieci stały na parapecie i bardzo mu się podobały. I powiedział pani Oli, że też takie by chciał.
Myślę - dała mu dwa kuroki, żeby mu humor poprawić, pewnie. I już się zastanawiam czy po cichu, czy inne dziecko dramatu nie zrobi, że mu kurczaki zginęły... A on dalej opowiada, że pani Ola poszła do pani kucharki i poprosiła o ugotowanie dwóch jajek i za 15 minut pani kucharka przyniosła te jajeczka ugotowane i wtedy on z panią Olą zrobił te kurczaczki.
o_O

Mało co mi się w życiu udało (poza synem) tak, jak ta szkoła...  :)

Tylko zadanie miałam wieczorem, bo syn zachciał zrobić jajeczka paniom.
Szczęściem miałam kurczliwe ozdóbki  jajkowe, więc ubraliśmy dwa jajca i dziś poniósł je do szkoły, dla pań, cały szczęśliwy. :)

Miłego Wam wszystkim i WESOŁYCH, SPOKOJNYCH, RODZINNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH!






wtorek, 26 stycznia 2016

Jest dobrze...

Tfu tfu
Zawsze jak coś pochwalę, to musi się zaraz spier...
Ale tym razem muszę.

Po 4 miesiącach roku szkolnego, po długiej przerwie świątecznej, kiedy to młody nie był  w szkole całe 3 tygodnie, mogę powiedzieć z ręką na sercu, że tym razem trafiliśmy dobrze.

Przerwa, w domu z mamusią, tyle wolnego, więc stres jak to będzie. Uprzedzałam przez kilka dni, że koniec wolnego, zawiozłam rano, rozebrałam, dostarczyłam pod drzwi, a on poszedł... Jakby był tam wczoraj. Jakby nie było wolnego. Zawstydził się na widok dzieci, schował za mnie, zaczerwienił widząc panią, ale poszedł. :) Wyściskał  mnie, wycałował i kazał iść zapłacić za obiady. :D
Potem zamknął drzwi do sali. :D

Po południu próbowałam wypytać jak było, ale nie miał czasu gadać ze mną, zajęty zabawą. :)
Czyli dobrze było. :)

A wczoraj okazało się, że syn mój głodny był cały dzień w szkole, bo nie miał czasu zjeść śniadania na świetlicy. Odebrałam go z pełnym chlebaczkiem.
Pytam co to się stało, a ten mi na to, że zagadał się z Anastazją i nie zdążył zjeść. o_O

***

Jest ok.
Dziecko je. Rośnie.
Nie tyje, ale też ciągle się rusza, więc trudno by było. ;)

Niestety często smarka. Sporo dni opuścił w tym semestrze.
Po mamusi chyba ta przypadłość.

Ale mamy jeszcze czas.
Zostajemy na drugi rok w zerówce.
(A przynajmniej planujemy, bo na razie nikt nic nie wie. Szkoła mówi, że trzeba przejść nową rekrutację, a czas na decyzję mamy do września nawet.
Tymczasem rekrutacja jest w IV przecież.
Urząd zaś mówi, że nie robi się nic, tylko w szkole zgłasza, u dyrekcji.
Czyli znowu czeski film...)

No więc, chcemy zostać... 
Zdążymy nadrobić, uzupełnić braki.
Jak młody zechce...
Na razie nie chce niczego, co dotyczy liter i kolorowania.
Rysuje już, nawet ładnie rysuje, ale kolorować nienawidzi.
Wczoraj 2,5 godziny zeszło nam na pokolorowanie 3 spódniczek narysowanych na kartce i dorysowanie 3 kolejnych. A to była tylko połowa pracy.
Ja kolorowałam i rysowałam 3 pary portek. :)
Niestety nie mamy 5 godzin wieczorem na zadanie domowe. ;)

Jak widzę te rysunki do kolorowania, to sama jestem zmęczona od razu, więc mało mu się dziwię.
W końcu nie każdy jest artystą. ;)

***

Przy okazji przypominamy się Wam i po raz kolejny prosimy o wsparcie 1% podatku.

Ściskamy Was i pozdrawiamy!



poniedziałek, 14 grudnia 2015

No i stało się...

No i stało się.
Dzieciska nie muszą iść do szkoły w wieku 6 lat.
Bardzo mi na tym zależało i powinnam się cieszyć, ale nie cieszę się.
Z wielu powodów.

Po 1 nie wiem co na to inni rodzice.

Nie wiem kto pójdzie do szkoły, a kto zostanie, z grupy młodego. Nikt nic głośno nie mówi.
Intuicja podpowiada mi, że do szkoły pójdą te dzieci najbardziej rozgarnięte, komunikatywne, spokojne, pilne. Czyli dokładnie te, od których Daniel może się uczyć i z którymi powinien mieć kontakt.
Zostaną pewnie ci z ADHD, ci agresywni (w grupie Daniela jeden chłopak wszystkich szarpie i bije - oczywiście rodzice nie widzą problemu, chłopiec funkcjonuje w szkole jako zdrowy), ci z problemami.

Po 2 jak nie patrzeć to dupa z tyłu.

Jeśli młody pójdzie do szkoły, to i tak dostanie nowe dzieci, bo z dwóch grup zerówkowych pójdzie do szkoły tylko część i na pewno dojdą do klasy inne dzieci, te które wcześniej chodziły do przedszkola gdzieś tam indziej.
Będziemy mieć problem z nauką, ze skupieniem uwagi, z brakiem gotowości emocjonalnej itp.

Jeśli młody zostanie, to zostanie z najtrudniejszymi przypadkami. A nie wiadomo jakie jeszcze inne tam dojdą, bo póki co jest po 3 w grupie, a może być 5.
Pewnie lepiej będzie sobie radził z nauką, ale... pytanie czy poradzi sobie z kolegami, zwłaszcza tymi problematycznymi.

Po 3 jestem szczęśliwa z tego wyboru, jak mucha w gównie.

Zupełnie nie wiem co robić. I pierwszy raz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam puszczając młodego do szkoły integracyjnej.
Z drugiej strony tłumaczę sobie, tak na logikę, że w "normalnej" szkole też są dzieci problematyczne i niezdiagnozowane. Albo wręcz "uleczane" przez rodziców, którzy nie chcą mieć "chorego" dziecka.

Szkoła wyciąga jakieś wnioski w maju, robiąc swoją gotowość szkolną.
Wątpię, by rodzice czekali z decyzjami do tego czasu, bo to za późno, już po zapisach do szkoły przecież.
Czyli musimy decydować sami, albo z pomocą PPP.
Ja na PPP nie liczę, bo oni widują dziecko raz na trzy lata, co więc mogą powiedzieć konkretnego?

Znajomych w większości nawet nie pytam. Przeraża mnie opinia, że puszczenie dziecka do szkoły w wieku lat 7, to wielka krzywda dla tego dziecka i marnowanie jakiegoś mega potencjału 6-ciolatka. o_O
Pojęcia nie mam skąd mamy tych wszystkich lekarzy, prawników i innych wykształconych ludzi w wieku lat 40 czy 50, którzy zaczynali szkoły mając 7 lat, że już nie wspomnę o tych starszych, którzy kończyli  podstawówkę po klasie 7ej.
Wg dzisiejszych argumentów - powinni być analfabetami.

No więc mam, co chciałam. Mam wybór. Nie mam obowiązku.
Tylko cholera... mam też mega dylemat. :/


środa, 18 listopada 2015

Nowy gabinet SI - Gliwice

Ciągle pytacie mnie w mailach o namiary na terapię SI. 

Mam dla Was dobrą wiadomość. Jest gabinet w Gliwicach. 

Oto jego strona: 

Kontakt telefoniczny: 663-756-750

Adres: 
Gliwice, ul. Styczyńskiego 44/4

Terapię prowadzi pani Magdalena Szołtysik, psycholog z wykształcenia. 
Z uprawnieniami do SI, oczywiście. 


piątek, 13 listopada 2015

Cudowne ozdrowienie jego mać!

Otóż stałam się posiadaczem patentu na uzdrowienie.
Polecam rodzicom z Gliwic. Proste i skuteczne.

1. Dzwonimy w XI do PPP z pytaniem jak przygotować papiery dla dziecka na czas edukacji szkolnej w klasach I-III. Dziecko powinno mieć kształcenie specjalne w związku z Zespołem Aspergera.

2. Dowiadujemy się, że mamy zadzwonić w I 2016, ustalimy termin wizyty  na koniec I, ewentualnie początek II, a potem w miesiącach III-IV spotka się komisja, która wystawi papier. Oczywiście mamy mieć ze sobą komplet dokumentów.

3. Pytamy o gotowość szkolną w zerówce. I tu pierwsza niespodzianka. Szkoła wystawia papiery w V 2016. Czyli już brakuje nam jednej kartki na spotkaniu w PPP.

4. Dzwonimy do GOAR, żeby odbyć wizytę z psychologiem i pedagogiem. Zaświadczenie od specjalistów musi być świeże.
Dostajemy termin na.... LUTY 2016. W połowie miesiąca.
Czyli  nie mamy  już drugiej kartki do PPP.

5. Dzwonimy do Fenixa, żeby odbyć wizytę u psychiatry, bo zaświadczenie od lekarza (nie pediatry) jest niezbędne do wydania świstka przez PPP.
I dostajemy termin na .... LIPIEC 2016.
(Tzn. termin. Mamy datę, kiedy to mamy zadzwonić do poradni, wtedy to dowiemy się dopiero, kiedy wizyta może się odbyć. Wizyta jest w miesiącu następnym po tej dacie telefonu. Taka procedura.
A spróbujcie zapomnieć zadzwonić w ten dzień. Macie 8-10 miesięcy w dupę! )

Tak oto w ciągu 24 godzin Daniel stał się zdrowym dzieckiem, które do szkoły we wrześniu 2016 pójdzie tak jak inne dzieci, jako zdrowy 6ciolatek.

Oczywiście w rejonie, czyli w szkole, przed którą broniłam się rękami i nogami.
Wypadając tym samym z placówki, w której teraz ma zerówkę i w której się adaptuje. :(

I chuj strzelił wszystko w tempie ekspresowym.

Kurtyna.

(Na Waszą prośbę założyliśmy ponownie konto na fb - https://www.facebook.com/wswieciedaniela/ Zapraszamy. ) 

Oczywiście to teoria, bo w praktyce nie pozwolę tak syna ukarać i na lewym półdupku stanę, żeby to jakoś załatwić. Tak się tylko zastanawiam - czemu w tym kraju nie można nic po ludzku zrobić, tylko wszystko trzeba nadal "załatwiać" i "kombinować". A podobno system dawno się zmienił...