czwartek, 29 listopada 2012

Domowa "terapia"

Bardzo często ktoś mnie pyta co robimy w domu, jak wyglądają ćwiczenia, jaką terapię  prowadzimy, co razem wykonujemy, czy mamy program terapeutyczny i zalecone zajęcia. Ile godzin dziennie pracujemy.

Odpowiadam:

- nie mamy programu; mamy zalecenia, różne; np. zawijanie w koc, turlanie, gilganie, ściskanie, głaskanie, masowanie; ćwiczenia w rysowaniu, układanie klocków, przelewanie wody, ugniatanie plasteliny itd., czyli wszystko to co robimy sami z siebie i co robiliśmy wcześniej w ramach zabawy; pani psycholog i pani neurologopeda liczą chyba na moją intelygencję, bo niczego na papierze nie dostałam i żadnych punktów nie realizuję.

- ćwiczenia są albo spontaniczne i wynikają z tego co w danej chwili chcemy robić; gdy młody maluje, to maluje, nie ciągnę go wtedy na masaże, gdy chce być miziany, to miziam; gdy ma głupawkę korzystam i gniotę, ściskam, zawijam; albo też wynikają z normalnego planu dnia, czyli z życia; przykład: babcia potrzebuje pięciu  minut oddechu i np. rozwiązuje krzyżówkę - dziecko zamazuje kartkę; mama ma do przeczytania powiedzmy specyfikację przetargową - dziecko dostaje papier, kredki, plastelinę czy co tam jeszcze i działamy, ja jednym okiem i jedną ręką; musimy ugotować zupę - dziecko siedzi na blacie i miesza kostki warzyw w misce, mam ochotę upiec biszkopt - młody trzyma mikser albo dosypuje mi mąkę... itp. itd.

- nie mamy wyznaczonego czasu i nie patrzymy na zegarek co ile tego czasu nam zajmuje; /notabene ja w ogóle mam zegar w domu od niedawna i to w sypialni, i służy tylko do kontroli pory wieczornego zasypiania, bo jak przesuniemy choćby o kwadrans mamy zasypianie w płaczu i histerii;/
ćwiczymy tyle czasu ile chcemy; Daniel nie ma i nigdy nie miał narzuconej pory na robienie czegokolwiek co nie jest snem, nie zmieniło się to od czasu diagnozy; uważam, że ma jeszcze czas na to by rysować 45minut, bo tak mówi np. plan lekcji.... jeszcze kilka lat;

- nie pracujemy; ćwiczymy, bawimy się, robimy razem różne rzeczy, większość w sumie robimy razem; nie zmuszam go, nie przytrzymuję, nie nagradzam i nie karzę; próbuję zachęcić, wydłużyć każdą z zabaw, bo młody ma problem ze skupieniem uwagi, ale jak nie chce to nie, spróbujemy jutro albo za kilka dni;

To chyba tak w skrócie i bardzo ogólnie.

A oto przykład naszej domowej terapii:



















 Ps. Pierogi były pyszne. :D



Empatia

Dziś rano mój syn po raz pierwszy zaprezentował swoje zdolności empatyczne.

Właściwie to już pogodziłam się z faktem, że nie bardzo łapie czy jestem smutna, czy zła i w nosie ma takie rzeczy. A tu taka niespodzianka...

Rozmawiałam rano z mamą o tym, że jak wczoraj wzięłam procha to przestały mnie boleć zatoki, za to brzuch zaczął i chyba muszę wybrać czy leczę wrzody i nie biorę nic na zatoki, czy leczę zatoki i zaogniam wrzody.
Nagle słyszę tup tup, dziecko przybiegło z drugiego pokoju, przyjrzało mi się uważnie, po czym podeszło do mnie i pomiziało mnie po głowie.
"Co robisz, kochanie?" - spytałam
"JA GŁAŚKAM MAME GÓFCIE, BZIUSIEK PSIEŚTANIE BOLEĆ"

Wyglądał przy tym naprawdę przejęty.
Postanowiłam potestować dalej.
"A pogłaszczesz mamę po brzuszku? Wtedy na pewno już przestanie boleć." Zapytałam.
Pogłaskał. :)

Cuś drgnęło?


wtorek, 27 listopada 2012

Za bystre

Dzieci są za bystre czasem. Za dobrze słyszą i za dobrze pamiętają.
Mój syn wczoraj coś w tv obczaił nowego. Spodobało się i zapamiętał.
Po południu bawimy się, ja coś gadam do niego jak zawsze, a ten do mnie: CICHO BĄĆ.

Hęęęę? o_O

***

Babcia nauczyła mówić jak się Danielek nazywa.
Otóż nazywa się DANIEK SIOPCIK.
Daniek to skrót od Danielek, tak sobie wymyślił.

Idziemy do Yamahy, pytam go jak się nazywa i odpowiada mi, że Daniek Siopcik.
Po czym patrzy na mnie, myśli chwilę i wypadala pokazując na mnie palcem:
MAMA SIOPCIK

:D


To tyle na tę chwilę.
Mama Siopcik życzy Wam miłego dnia!

:*

/pisownia oryginalna - zapisuję tak jak brzmi/

Nowa statystyka







Autyzm nas zabije.
Tak się skończy ludzkość.


piątek, 23 listopada 2012

Zajęcia z rodzicem

Parę osób mnie o to pytało, a dziś jeszcze zgadałam się z mamą Roksanki, więc napiszę zbiorczo.

Na wszystkie zajęcia, jakie Daniel ma rozpisane, zawsze chodzę z dzieckiem.
Z dzieckiem jestem u pani Eli Bogacz. Z dzieckiem u neurologopedy pani Oli Łady.
Z dzieckiem byłam w Filomacie i Easy.
Z dzieckiem jestem w szkole muzycznej Yamaha.
Z dzieckiem wchodzę na SI.

Nie zdecydowałam się na zapisanie małego na parę godzin w tygodniu do pobliskiego Klubu Malucha, bo nie pozwolili mi być na początku z dzieckiem. ("Trochę popłacze i przestanie, to normalne, my sobie poradzimy." Ja nie wątpię, tyle że ja w dupie mam czy poradzą sobie panie... mnie interesuje jak poradzi sobie dziecko!)

Decyzje tego typu (zakaz wchodzenia z rodzicem) uważam za idiotyzm.
Tłumaczenia, że dziecko czuje się inaczej bez rodzica i lepiej zachowuje, szybciej przystosowuje, to  robienie z rodzica debila.
Argumenty, że inne dzieci są wtedy zazdrosne i też chcą mamy, są absurdalne.

Niedawno pan Rzecznik Praw Dziecka apelował do rodziców, by monitorowali pracę żłobków i przedszkoli, tłumaczył że mają prawo wejść i sprawdzić w jakich warunkach przebywają tam dzieci i jak są traktowane.
Tymczasem dyrektorzy i nauczyciele stają okoniem.
A może trzeba to zacząć zgłaszać?

A gdy słyszę, że na SI dziecko nie może wejść z rodzicem, to budzi się we mnie demon! Co oni tam wyprawiają, że rodzic im przeszkadza? Czego się boją? A może zmuszają do zajęć i nie chcą by rodzic im w tym przeszkadzał? A może wcale się nie przykładają?
Ja nie wiem, ale brzydko mi to pachnie...

Uciekam od takich miejsc jak daleko mogę.

wtorek, 20 listopada 2012

Jedzenie i inne oralne fiksacje

Zacznę od zmian.

Daniel ma coś, co lubi jeść. Szooook.
Otóż lubi jogurt grecki. Taki zwyczajny, gęsty jak śmietana, bez dodatków.
Ja wyciągam jogurt żeby dodać do sosu czy zupy, a moje dziecko łapie mnie za rękę i mówi: DANIEK JE.
/Daniek to skrót od Danielek. :)/

Drugą taką rzeczą jest sok, jabłkowy.
Zawsze mam w domu kilka takich małych soczków (soczków bez dodatku cukru, nie nektarów, nie napojów) z Tymbarka. Czasem wypijał jeden w tygodniu, czasem trzy. Sam mówił albo pokazywał, że chce.
Ostatnio gdy podchodzimy do półki w sklepie, sam ten sok wybiera. I zawsze jest to sok jabłkowy.
W niedzielę postanowiłam kupić cały litr w ramach oszczędności. Nalałam do kubka, dałam słomkę - wydoił całość.

Kolejna ciekawostka - dziecko nagle je jajka. Takie na miękko. Tydzień temu zjadł mi pół śniadania w sobotę i niedzielę. W ten weekend wciągnął i prawie całe jajko w sobotę i caluśkie w niedzielę.
Przyczyna? Majonez.
Dziedziczone po wujku Mateuszu chyba. :) Ten też majonez to słoikami jadł kiedyś.
Ale fajnie, kalorie są, śniadanie zjedzone. Mnie pasuje.

foto własne: Gad :) 

Co tam jeszcze...

Aha, młody pije każde mleko które zrobię. Ostatni na topie owsiane. Wciąga aż miło. :)
Inne też pije, tylko z kokosem średnio mu pasi i muszę je dwa razy przecedzać, bo nie lubi tych okruszków, które się tam czasem zabłąkają. Kokos jednak twardy jest i ostry.

Danio serek. Nowość. Miałam w domu po coś, tzn. miał być dodatkiem do jakiegoś twarogu, który dawałam do naleśników. Młody wyczaił, spróbował i teraz chce.
Potrafi zjeść cały.
Zachwytu nie ma z mojej strony, ale dwa razy w tygodniu chyba go nie zabije. No i zawsze to prawie 200kcal.

Bardzo też lubi lody. Ale to chyba każde dziecko.
Kupuję czasem taki mały kubasek i zjadamy go na raz, we dwoje. Siedzi wtedy obok i wciąga. :)

A poza tym...
Chętnie skosztuje galaretkę owocową.
Lubi biszkopt, taki w domu upieczony.
Makarony w białym sosie. (Z mięsem mielonym, szpinakiem itd.)
Makarony w sosie pomidorowym. (Z mięsem, cebulą, czosnkiem itp.) W typie spaghetti i inne, np. muszelki.
Zupy, w sensie: warzywa na łyżeczce z dodatkiem odrobiny płynu. Zje rosół, ogórkową, pomidorową, żurek, kapuśniak (o ile kapusta jest w małych kawalątkach i miękka), krupnik.
Z warzyw upodobał sobie marchewkę.
Lubi też ziemniaki.
Ze smakiem zje wiedeńską kiełbaskę z Lidla.
Czasem ma ochotę na banana.
Lubi mango. 

Niestety nie znaczy to, że najada się tymi rzeczami. Zjada nadal niewiele. Waga ciągle między 3 a 10 centylem, przy wzroście na poziomie 50 centyla. 

***

Poza tym mniej pakuje do buzi różnych rzeczy. Nadal pilnuję i obserwuję, bo coś tam pcha, ale już nie tak, że co godzinę znajduję coś w paszczy.
Największe zagrożenie stanowią gładkie, okrągłe lub owalne koraliki.
I pchełki, takie do gry. Musiałam schować. :/

Odruch wymiotny nadal po sałacie i mięsie, podanym bez dodatków.
Sałatę niestety zawsze wyłuska, jak podam mu razem z czym innym, to zje to wszystko inne, a sałata zostanie na języku. Jak kot.
Mięso w zestawie zwykle wymiesza i zje w całości, ale musi go być mało. I najlepiej mielone. Albo mały paseczek, np. schabowego. Tego ostatniego to chętnie wciągnie z ziemniakiem i ogórkiem kiszonym. Ale jedna porcja musi zawierać komplet składników w małych ilościach.

Parę dni temu dobrał się do mielonego z fasolą. (Tzn. fasola była w kotlecie.) Dwa gryzy i nagle coś przylepiło się do podniebienia... Od razu kaszel, odruchy wymiotne. Pojedzone.

Próbuje gryźć jabłka i czasem nawet zje plasterek lub dwa.
O dziwo lubi jabłka suszone. Ale chyba wybrał sobie jakiś konkretny smak, bo z ostatniej porcji większość wypluwa, nie ten gatunek jak mniemam. :)

Ciągle nie je ciepłego.
Ale zjada i wypija już letnie. Z wyjątkiem mleka - to musi mieć temp. pokojową, inaczej nidyrydy.
Z rzeczy ciepłych fascynuje go tylko babcina kawa. :)
I woda z wanny, w której siedzi... :/

***

Ostatnio nie jest bardzo źle.
Praktycznie każdego dnia coś tam wciągnie. Czasem nawet całkiem ładnie. Do tego "mleko" do poduszki i w nocy (czasem wyrzuca nocne i śpi do rana - szok), czasem mleko rano.
Jak ma fazę, że nic nie chce (bo np. idzie ząb) wtedy pociesza się "mlekiem" w południe, przed drzemką dzienną.

Niestety mniej pije. Przegryzł jeden smoczek i zaparłam się nie kupować. Pije z bidonu, takiego z rurką oraz z kupka TT "Łyczek", ale mało. Od paru dni daję mu picie w kubku i słomkę.
Póki co jest nieco lepiej.
Normalnie z kubeczka to zrobi kilka łyków.
Wyraźnie brakuje mu tej flachy, położenia się i wydudlania całych 260ml. Ale tak nie można przez kolejne dziesięć lat, coś trzeba z tym zrobić... :(

***

Masować się nie daje. Masujemy tylko wychodzące zęby, tzn. dziąsła przed wykluciem zęba. A tak poza tym to używamy szczoteczki elektrycznej.
Ostatnio zostaliśmy za to pochwaleni na SI - podobno to świetna stymulacja.
Nawet nie wiedziałam.
Kupiłam, bo młody nie chciał myć zębów zwykłą szczotką, za to sięgał po mojego elektryka. W końcu dostał swoją, już pół roku jej używamy z hakiem.

Stymulujemy się jeszcze cytryną. Młody lubi i chętnie ssie. Nawet przy tym nie mrugnie. Masakra. :) 

No i temperaturowo - ciepła kawa babci (parę łyczków) oraz lody.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Dalej do przodu

W końcu i mnie przyszło pobawić się w moderatora.
Zakładałam, że postów kasować nigdy nie będę, ale cóż... Życie weryfikuje czasem pewne decyzje.

Osobom, które mają ochotę pokłócić się publicznie, powylewać żale na mnie, załatwić coś sobie poprzez komentarze na blogu, zareklamować swoje blogi oraz tym, którzy wrzucają mi tutaj swoje łańcuszki (bo wierzą i muszę wysłać do X osób i nagle im się przypomina, że mnie znają, albo nie znają i ani jednego posta nie przeczytali, nie wiedzą nawet o czym ten blog  jest) objaśniam, że takie wpisy będę bezwzględnie usuwać.
Blog ten jest formą pamiętnika o moim dziecku.
Nie o placówkach, które opisuję, nie o nauczycielach, nie o terapeutach i nawet nie o moim byłym mężu (za rady odnośnie jego osoby serdecznie dziękuję - jakoś nie jest moją ambicją udupiać faceta, z którym żyłam przez 11 lat i z którym mam dziecko) tylko o moim synu. Proszę o przyswojenie tego. 
Pozdrawiam

***

No więc tak...

Kolejne SI za nami.
Jakoś miło mi się tam jeździ.
Blisko na tyle, że w razie czego jest autobus, taxi albo piechtolot.
Bladym świtem młody jest rozbudzony i ma dobry humor.
A ciocia Aga jest przesympatyczna i niesamowite rzeczy z Gada wyciąga.

Dziś młody podjął próbę czołgania pod klockiem z bardzo niskim tunelem. Co prawda zrobił zwrot gdy dupsko, które zawsze jest wyżej, dotknęło klocka, ale wszedł do połowy, a to już coś.
Przeszedł też po różnych innych gadżetach tak jak prosiła: jak kotek, na pupie, na nogach, tyłem, przodem itp. Ładnie wykonywał zadania.
Ku mojemu zaskoczeniu dał się włożyć do okrągłego tunelu i przekręcić w nim z brzucha na plecy i znowu na brzuch. Zachwytu nie było, szybko wyskoczył, ale przy drugiej próbie też wyraził zgodę i zniósł to dzielnie. Nie było oporu, nie nastawił się na nie po pierwszym razie, chociaż nie bardzo mu się spodobało.

Szał zrobiły pióra. Muszę jakieś w końcu nabyć i nie dwa, trzy, tylko całą chmarę. Szalał z nimi dobre 10 minut i chciał jeszcze. :)

Przy okazji dowiedziałam się, że Gad zna kolory. :D
Ciocia Agnieszka poprosiła o piłkę w danym kolorze i dostała. Potem o inną i też dostała. Na koniec spytała młodego jakiego koloru jeszcze nie mają, a ten wziął niebieski i pokazał. Zapytany o to jaki to kolor odpowiedział: NEKETKI. :)
No proszę... a w domu udaje głupa i jak pytam o kolory to zawsze słyszę: BIAŁY. :D

***

Za nami też kolejne zajęcia w Yamaha, czwarte już. Coraz bardziej mi się tam podoba. Młodemu chyba też, bo tym razem podjął próby współpracy, podskakiwał gdy trzeba było, grał na janczarach jak pani Marysia pokazała, raz do ziemi, raz do sufitu, raz o rękę itp. Gdy grano burzę robił pady na glebę, wstawał gdy grano na słoneczko.
A co lepsze... wczoraj zauważyłam pierwsze zmiany po tych adaptacyjnych zajęciach.

Byliśmy w Auchan, bo dziecko zażyczyło sobie SIOKU i przemarudziło pół soboty patrząc w pustą półkę. Wracając od dziadków zahaczyliśmy więc o sklep, w celu uzupełnienia zapasów.
Dałam mu wybrać i któryś już raz wybrał jabłkowy. Testowo kupiłam 1L z Tymbarka. Skoro lubi niech w domu pije z kubka. A malutkie ze słomką zostaną na podróż. 

Po wyjściu na pasaż młody zaczął zmierzać w kierunku statku. Takiego co to się wrzuca 2 zeta i buja. Statek w naszym Auchan ma dwa stanowiska, po obu stronach  nadbudówki, tak że może tam siedzieć dwoje dzieci, każde na swojej części pokładu. Zawsze, gdy było tam inne dziecko, młody omijał rzecz dużym łukiem. Gdy inne wsiadało, on schodził. Tym razem podszedł i jakby nigdy nic kazał się podsadzić, mimo że z drugiej strony siedział już inny chłopczyk. o_O
Posiedział tam chwilę, pozaglądali sobie z chłopcem przez okna w nadbudówce oraz górą, bez paniki, bez strachu, bez żadnych negatywnych wrażeń. Dopiero gdy chłopak zaczął ganiać w koło i stukać palcem w różne elementy (chciał się przede mną popisać i pokazywał gdzie jest zasilanie, krzycząc przy tym dość głośno: "zasilanie, zasilanie, zasilanie..." żeby zwrócić moją uwagę) Daniel postanowił zejść i kazał się zabrać, bo CHOPCIK IDZIE.

***

Zauważam ogromną przepaść między dziećmi w wieku Daniela a takimi 4rolatkami np. Inny świat. A dzieci powyżej tego wieku, takie w okolicy 5-6 lat to już jest kosmos jakiś dla mnie...
2,5 - 3 latki są ciekawe, zainteresowane, wszystko chcą poznać, dotknąć, mówią normalnym tonem, czasem szepczą, jeśli krzyczą to ze złości; 4rolatki to etap bardziej głośny, popisywanie, skakanie, z tym że jeszcze miewają jakieś hamulce, bywają nieśmiałe, niepewne, za to 5-6 latki to wiek, którego nie ogarniam... krzyki, piski, ogólnie duże zwracanie uwagi na siebie, jakieś teksty od czapy, brak hamulców kompletny, śmichy, chichy, nabijanie się z młodszych dzieci... A jak jeszcze do tego dojdzie brak reakcji u rodzica to jest dramat.

Byliśmy tydzień temu na zajęciach w Easy.
W sali obok były dzieci powyżej 4 roku życia, grupa 5 i 6ciolatków. Zobaczyły nowego i zaczęły popisy. Skakały wokół Daniela, piszczały, krzyczały żeby przyciągnąć jego uwagę. Słyszałam hasła: mały, ej gapa i inne tego typu. Podlatywały do młodego, zaglądały mu w twarz coś tam krzycząc, zaczepiając i wybiegały z sali jak stado dzikich. O_o
Byłam w szoku.
Ciekawe jaki będzie Daniel w tym wieku.
Jeśli taki jak tamte dzieci, to osiwieję do reszty i chyba pójdę do swojej psychiatry po Prozac. :)

Niestety trafiliśmy do grupy 4rolatków (pani w sekretariacie nie zauważa różnicy rozwojowej), ale dzieci było w porządku. Niestety zajęcia już nie. Nie dla Daniela, nie w tej formie. Pani pokazywała obrazki i mówiła, mówiła, mówiła... a młody się nudził, kładł na podłogę, znajdywał śmieci na dywanie.
/Notabene ciekawostka, dzieci zdejmują buty, siedzą na dywanie w rajtkach, spodniach, dresach w których bawią się w domu, trzymają ręce na podłodze, a pani przyszła i zaczęła zajęcia, tak jak stała, w buciorach trekkingowych./ Zdecydowanie nie dla niego taka grupa...

Podobno mieli się podjąć stworzenia grupy 2+ ale mieli tylko dwoje chętnych. Nie wiem czy grupa powstała, bo jest we wtorki i czwartki, a nas we wtorki tam być nie może, bo mamy Yamahę. Ale spytałam panią o program i stwierdziła, że jest taki sam, jak w grupie 4rolatków.
Średnio to widzę.

Co lepsze, młodemu chyba pani nie bardzo spasowała, bo nie chciał jej ręki podać. W ogóle nie chciał współpracować na tych zajęciach.
A dzień później przerzucił antypatię na panią Marysię z Yamahy i nie podał ręki w kole. Pozwolił sobie nawet na foszenie i czegoś tam nie chciał robić z początku, jakiś taki oporowy był jeszcze od poprzedniego dnia w tym Easy. Doszłam więc do wniosku, że więcej z tego może być szkody niż pożytku.

***

A oto co ostatnio wymyśliliśmy w temacie mowy:

JAKACZE - łaskocze
BAAKA - biedronka
PASZA - zaprasza
SIUKAŚ - szukasz
SIMNE - zimne
BIŁO - było
JUF - zółw :D
JAJALAL - dinozaur o_O
CHOŁAŁ - chował
ALOLAĆ - smarować

POCIOK - pociąg
ITOTAM - hipopotam
PETKI - skarpetki
BATKE - herbatkę
KOPKA - kropka 
SIAM - sam
DOBGE, GOBGE - dobre


Ładnie wychodzi:
KAMYK
MAŚĆ
KONIK
KOTEK, KOT
AUTO
IDZIE, JEDZIE
JE, PIJE
UMIE

Hitem ostatnio są:
KUJE BADZIO - dziękuję bardzo
POSIE - proszę

Nawet w nocy jak flachę dostaje wpół śnie, to mówi KUJE BADZIO.  o_O

No i hit nad hity:
SIAMA SIÓL :)

Najdłuższe zdanie jakie usłyszałam:
DOBGE MASIEŁKO JEŚT, SIMNE JEŚT, MAMA KUTKI IJEŁA :)

Kto zgadnie, ten wielki. :D


środa, 14 listopada 2012

Jajko mądrzejsze od kury

Młody wchodzi do łazienki i coś kombinuje przy drzwiach pralki. Ja wieszam pranie. Tyłem do niego.
Słyszę stuk zamykanych drzwi pralki.
Odwracam się, a on stoi na tych drzwiach, na tej dolnej części i zapuszcza żurawia w koszyki z kosmetykami, które na tej pralce trzymam.
Stoję i czekam aż zauważy, że widzę.
Odwraca się i mówi:
"PO CO TU CHODZIŚ, PO CO TU SIUKAŚ"

O_o

Chyba nadużywam tych dwóch zwrotów.

***

Próbuję go ubrać po kąpieli, a on ucieka. Wyszedł z ręcznika i gania po domu z gołą dupą. Prośby nie działają. Tłumaczenie nie działa. To przeszłam do gróźb, mówię że nie mam zamiaru w nocy słuchać jego kaszlu, więc albo się ubierze albo ja będę spała w drugim pokoju.
Zrobiłam do tego stosownie groźną minę.

A ten podchodzi do mnie z uśmiechem i pyk mnie paluchem między brwi, w lwią zmarchę, którą zawsze nadymam, gdy mam wkurw.

O_o
Parsknęłam. 

Robi mi tak już od dwóch dni. Czasem mówiąc do tego: "MAMA NIE LOBI"

Heh...
Nawet się człowiek zmarszczyć ze złości nie może.

;)

poniedziałek, 12 listopada 2012

SI si ri si :)

Fajne to SI.
Fajne tam moje dziecko.
Fajna pani Agnieszka.

I jakaś taka współpraca inna i praca w ogóle, tym razem.
Dojrzał? Woli panią Agę?

Byliśmy dziś na odwiedzinach w innej sali, gdzie była pani jakaś z chłopczykiem, a potem chłopczyk poszedł, a przyszła jakaś dziewczynka z ZD. /Notabene przesympatyczne, radosne dziecko./
Daniel oboje przyjął tak naturalnie, jakby całe życie z nim mieszkali. Nic, zero wrażeń.

Co lepsze, nawet nie słuchał co druga para robi. Słuchał cioci Agi.
I już odnotowaliśmy pierwsze postępy.
Zobaczył jak druga pani buja dziewczynkę na takim dużym wałku i gdy ciocia Aga zaproponowała zabawę w podobnym stylu, nie oponował.
W Rudzie zawsze się stroszył, nie chciał się tak bujać, nawet położyć się na piłce nie chciał.Spinał się i uciekał przy każdej próbie.
Teraz dał się położyć na brzuchu i kiwać. A potem - o cudzie! - pozwolił by go na tym wałku pochylać mocno do przodu w lewo, wtedy sięgał mały kamyk łapką, potem powrót do pozycji wyjściowej i kolejne pochylenie w innym kierunku, i wrzucenie kamyczka do czekającego tam pudełka.
No byłam pod wrażeniem, nie powiem...

I tak sobie myślę, że ćwiczenia w towarzystwie to niezły pomysł.
Może on potrzebuje wiedzieć co się będzie działo nim sam spróbuje?
Ja tak mam, więc czemu on miały inaczej. :)

Tyle że salę mamy przypisaną inną, na dole. Tu byliśmy by inne gadżety obejrzeć i innych ćwiczeń spróbować. Ale może będziemy tam wpadać. Zobaczymy.

Było też wspinanie i kulanie po materacu - to drugie też pierwszy raz sobie pozwolił. Wcześniej tylko w domu, na łóżku. I nawet mu się spodobało. :)
Dał się też powiesić na takim dużym wałku przywieszonym do sufitu i bujającym się na boki. Sięgał coś przez niego i wracał do wyjściowej pozycji. Skorzystał z basenu z piłkami. Różne takie fajne rzeczy...

Odmówił tylko wejścia na kulę z wypustkami. I nie chciał przejść po macie z takimi miękkimi kolcami.
Nie był też zachwycony gdy przeciskał się między dwoma wałkami, ale dał radę.

Reszta kolejną razą. :)

A jeszcze śmiać mi się chciało, bo pani Aga przez dobre pół godziny kombinowała jak Daniela przytulić. Chciała go tak złapać, żeby poczuł, ścisnąć. A on sprytnie unikał tego zbliżenia. Dawał jej rękę, mogła go włożyć do basenu, wyjąć, łaskawie pozwolił jej się trzymać za pupę, gdy po drabince wchodził (chyba tak sobie już na dłużej umyślił, bo na placu zabaw ja ręce trzymam pod pupą jego, w razie jakby zleciał...) itd. ale objąć nie...
Po 40 min. jej wysiłek został  wynagrodzony. :D
Młody stał między jej rękoma, ona coś trzymała w lewej ręce, on tam wrzucał koraliki, sprytnie przełożyła pojemniczek do prawej i zamknęła okrąg... a on się przytulił jak do mnie, więc skorzystała i mocno objęła. Nie zaoponował. :)

Myślę, że za jakieś dwa, trzy tygodnie mamusia wyjdzie na korytarz i zostawi ćwiczących we dwoje... :)

Bingo!

piątek, 9 listopada 2012

Pytania i odpowiedzi :)

Jak zwykle. Był  wpis, jest tysiąc pytań do i dwa tysiące dobrych rad, pomysłów i innych cennych informacji. :)
Odpowiem zbiorczo. :D

1. Nie, nie chcę uczyć dziecka języka obcego.
To do tych, którzy dali mi do zrozumienia, że oszalałam wysyłając syna na lekcje. :)

2. Bo nie zna własnego.
To do tych, którzy stwierdzili, że nauka języka w tym wieku to super pomysł i pytali dlaczego nie podoba mi się koncepcja nauki w tym wieku i odsłuchiwanie płyt w domu.

3. Nie, nie rezygnujemy z Yamahy. Po prostu godzina w tygodniu to bardzo mało integracji w grupie.
To do przestraszonych, że zamieniam muzykę na angielski.

4. Tak, wiem że angielski jest w przedszkolach za darmo albo za grosze. Ale ja nie chcę posyłać Dania w tym roku szkolnym do przedszkola/żłobka. I nie zmienię zdania z powodu języka obcego, którego nie chcę go uczyć. (Pomijam brak miejsc...)

5. Tak, chętnie poślę dziecko na zajęcia nie językowe, podajcie mi tylko namiar. :)

6.Tak, wiem, że jest "Dada", ale "Dada" ma "rozwijanki" w pon. i środy rano. Nie możemy wtedy. Po południu nic nie prowadzą dla dzieci w tym wieku.

7. Tak, wiem o "Abecadle", ale mają zajęcia albo rano (we własnej grupie przedszkolnej - to jest klub malucha!) albo w planach (np. ang. od stycznia popołudniami).

8. Tak, wiem, że są fikolandy, chodziliśmy. Niestety nie pomagają nam w adaptacji. Po 1 za każdym razem są tam inne dzieci. Po 2 dużo starsze. Po 3 każde robi co chce, większość jest zostawiona sama sobie, a rodzic idzie na zakupy. Po 4 nic nie wnoszą, bo Daniel tam bawi się sam albo ze mną, tzn. próbuje, uciekając od innych dzieci. Postanowiliśmy zamienić te zajęcia na stałą grupę, która będzie "coś robiła razem", przez co będzie bardziej przewidywalna i bardziej podobna do przedszkola...

9. Szukamy czegoś, bo we IX 2013 idziemy do przedszkola, a do III 2013 musimy podjąć decyzję jakie to będzie przedszkole i jaka grupa. Mamy pięć miesięcy na rozeznanie jak Daniel radzi sobie w grupie i czy w ogóle nadaje się do separacji ode mnie.

10. Chcemy zajęć o charakterze muzycznym, bo to dodatkowo odwrażliwia jego nadwrażliwość słuchową. Muzyka sama w sobie, zabawy językiem i muzyką, rytmika itp.

11. Dziękujemy za "Kreatywkę". Byliśmy. Charakter zajęć podobny do Yamahy, z tym że pozbawiony profesjonalizmu (zajęcia prowadzą studentki), instrumentów muzycznych, organizacji. Poza tym za głośno i za duża grupa - do 12 dzieci. Cena ta sama.

12. Tak, wiem że w Gliwicach jest Dom Kultury, niestety jedyne zajęcia dla małych dzieci tam, to zajęcia plastyczne, od 3 roku życia.

13. Tak, wiem o zajęciach na Wiejskiej. To też jest Filomata! Mają tam oddział przedszkolny. Zresztą nie mają tam wolnych miejsc.

Więcej grzechów nie pamiętam. :)




czwartek, 8 listopada 2012

Zabawa językiem... obcym

Dostaliśmy radę (czemu ja ciągle piszę w liczbie mnogiej? o_O) by zapisać dziecko na zajęcia intelektualne jakieś, dopasowane do wieku of course. Młody kontaktowy ale oporowy, różnie reaguje na polecenia, trzeba go adoptować do grupy, uczyć że pewne rzeczy robi się na hasło, że to nie jest rozkaz ani walka ale forma współpracy, zabawa, tak wygląda życie po prostu.
Neurologopedka wrzuciła nam namiar - szkoła językowa Filomata. Poszukałam, poczytałam, zadzwoniłam.
Grupa dla 2-3 latków, angielski w zabawie. Pani przez tel. zapewniła mnie, że się bawimy, oswajamy, nie uczymy języka, to nie są lekcje.
Super, bo ja nie szukam "szkoły" sensu stricto, nie chcę "lekcji", ani "uczyć" języka obcego.
Szukam zajęć w grupie, adaptacyjnych, uspołeczniających, wspólnej zabawy z innymi dziećmi, albo dziećmi i ich rodzicami. Zajęć zorganizowanych, nie w typie hulaj dusza, piekła nie ma, jak na placu zabaw...
Zapewniono mnie, że takie znalazłam.
Bosko :)

Cena słaba, coś koło 1400 na rok szkolny wychodzi, ale system ratalny, więc coś wymyślimy...

Pojechałam. Tzn. pojechaliśmy.
Wczoraj.

Sala malutka, na środku dywanik, pod ścianą dwa rzędy ławek i małe krzesełka. Biurko, tablica. Koniec.
Na zajęciach były 4 pary rodzic - dziecko. Tak mi też powiedziano przez tel. Fajnie.
No to jedziemy...

Albo raczej lecimy, do Anglii. Dzieciom się podobało furganie po sali z rozpostartymi łapkami. Doleciały, usiadły. Dziewczyna prowadząca coś zaczęła gulgać... Nagle jedna z mam mówi, że jej syn chciał coś spytać. Chłopczyk chciał wiedzieć jak jest koparka po angielsku. Pani zrobiła minę, jakby pierwszy raz słyszała to słowo, pomyślała, pomyślała (podejrzanie długo), po czym rzekła: "truck".
No nie powiem, zdziwiona byłam... :)
Chłopczyk chyba też.
Potem zrozumiałam, że miał prawo, bo na zajęciach były już samochody osobowe i ciężarówki, czyli "car" i "truck". Zapewne jego mała główka oczekiwała innego słowa na określenie koparki. I całkiem słusznie, jak sądzę. Nic to... przełkniemy.
Przedstawiliśmy się, albo raczej pani przedstawiła dzieci, najpierw pytając o imię, potem odpowiadając za nie, albo robili to rodzice. I znowu się zdziwiłam, że po dwóch miesiącach żadne z dzieci (wszystkie starsze od Daniela) nie odpowiedziało nawet samym imieniem na zadane pytanie (nie wiem więc czy w ogóle pytanie rozumiały), ale wzięłam to na karb tego, że jeszcze się nie rozkręciły.

Później pani pokazała obrazki, które dzieci już znały i prosiła o ich nazwanie. Utrwaliły się aż dwa: car i bus. 
Przyszła kolej na piosenkę i chodzenie w kółko, tupanie, podskakiwanie, kucanie, ukłony i takie tam. Fajnie.

Potem czas na naukę nowych słów. Pani prowadząca wyjmowała jakieś pudła, raz po raz odwracając się do nas tyłem w poszukiwaniu odpowiednich i ku mojemu zaskoczeniu, kontynuowała wtedy swój monolog... Nie wiem co słyszały dzieci, bo ja mało. O rozumienie nie pytam, bo wiadomo, że nikt nie rozumiał wtedy nic.
Opowiadając dalej przedstawiała kolejne przedmioty, podając dzieciom kolejno po: autobusie, ciężarówce (tu się okazało, że niektóre dzieci dostały swoje "truck" w postaci betoniarki.... co mnie zdziwiło po raz trzeci), zegarku, słomce jakiejś, skarpetce i kaczce.
Biedne małe łapki nie wiedziały co mają brać. W lewej truck, w prawej bus, a tu jeszcze podali duck, zaraz potem wjeżdża jeszcze clock i kolejne gadżety o równie dziwnych  nazwach...
Zaczęłam mówić Daniowi do ucha co ma w łapce, bo był nieco zdezorientowany o co w tym wszystkim chodzi. Nie dali się bawić tym co podali w ręce, podawali następne, potem zabierali. Meksyk.
Ładnie powtarzał i chyba rozumiał, że nadaję temu inne niż on zna nazwy, zamienniki. Tak myślę. Ale słuchał tylko w oderwaniu od lekcji, bo na sali był mały rozgardiasz. Pani coś mówiła, zdaniami... więc dzieci nie wiedziały za bardzo co mówi i o czym. Rodzice albo nawracali dzieci na poduszkę i usadzali grzecznie koło siebie, albo też coś do nich mówili.... zdaniami, po angielsku.
Zasłuchałam się.
Mama powtarzała do dziewczynki, żeby usiadła na poduszce. Raz, drugi... piąty. Dziewczynka nie rozumiała, więc oczywiście stała nadal.
Do teraz dumam czy chciała to dziecko nauczyć tego zdania, czy uzyskać siad skrzyżny. o_O
Podobnie druga, polecenia wydawała w angielskim. Dziecko odpowiadało na nie tak samo jak poprzednie, czyli wcale.
I nagle zdałam sobie sprawę, że cały udział rodziców na tych zajęciach polega na udzielaniu poleceń: chodź, wstań, usiądź, zrób i inne bla bla.We własnym lub obcym języku. Czyli na zachęcaniu (tak to nazwijmy umownie) do słuchania, skupienia się i nauki. Tak, nauki, nie zabawy.

Na zabawę były dwie minuty, gdy dzieci dostały gumową drogę i mogły po niej pojeździć trzymanymi pojazdami, przy muzyce.

Potem dzieci otworzyły książeczki i kolorowały obrazki przedstawiające ww. przedmioty. Okazało się po chwili, że to przez nas, bo my nie mieliśmy książeczki i dostaliśmy xero jednej strony, normalnie to te obrazki oblepia się naklejkami pochodzącymi chyba z zakupionego zestawu.

Kolejna piosenka, nie wiem o czym, bo jedno z dzieci postanowiło ubrać sobie te prezentowane skarpetki na nóżki, tzn. dobrało sobie drugą sztukę (bardzo dobrze zresztą) i założyło na siebie, drugie coś tam hopsało i mama je usadzała w miejscu, a kolejne chciało się bawić, chichrało, po czym odeszło do tyłu robiąc zza winkla akuku, przy wyraźnym niezadowoleniu rodzicielki. Rozproszyłam się. :)

Polecieliśmy do Polski i zajęcia się skończyły.
Spojrzałam na zegarek - minęło... 30 minut! o_O

Poczułam się dziwnie.
Niby Danio się tam dobrze czuł, no i zachowywał całkiem fajnie. Ładnie odbierał przedmioty, oddawał, wstał po kredkę i oddał ją, nie chciał rysować, ale poza tym był kontaktowy i zainteresowany. Otoczeniem, bo nie językiem. Tego chyba nawet nie zakodował, z wyjątkiem chwil, gdy mu trzymane przedmioty nazywałam.
Ale z drugiej strony... trzydzieści minut raz w tygodniu nie-zabawy i nie-nauki za 140 złotych?
Adaptacja słaba, bo każdy sobie... Rodzic pilnuje dziecka, dziecko próbuje się nie skupić i bawić, prowadząca próbuje przemycić swój program przerywając te chwile rozproszenia.
Zabawy nie widzę, no chyba że liczyć te chwile, gdy dziecko coś dostaje do łapki, bo potem to wszystko polega na utrzymaniu  malucha na tej poduszce nieszczęsnej i zainteresowaniu jakimś tekstem, piosenką, nazwą nową itp.
No zdurniałam, przyznam...

Postanowiłam porozmawiać z panią, która uczestniczyła w zajęciach jako obserwator - kontroler. :) Chyba mnie nie zrozumiała, a nawet na pewno zrozumiała mnie odwrotnie. :) Usłyszałam coś o tym, że każde dziecko swoim rytmem, a potem by nie stawać do wyścigu i wyluzować i tak mnie zatkało, że cała reszta zlała się w jedno długie blablablabla...
Poszłam do sekretariatu po resztę info.

I tak okazało się, że:
- grupy są nie 4, a 8 osobowe i ta grupa, razem z nami liczyłaby w tej chwili osób 7 (tzn. 7 dzieci), a ósma w każdej chwili jeszcze może dość... (nie wiem jakim cudem tam ma wejść 16 osób na ten mały dywanik, gdzie wczoraj osób 8+nauczyciel to już było sporo)
- na następne zajęcia trzeba mieć już zestaw materiałów, a te kosztują wraz z pierwszą ratą za zajęcia... bagatelka 380złotych
- potem trzeba zapłacić 180 zł w grudniu i 160 zł w styczniu, a później 100 co miesiąc (notabene świetnie pomyślane, na początek big kasa, to nie żal jak ktoś odejdzie, zawsze jest z niego zysk)
- koniecznie trzeba dzieciom puszczać zakupioną płytkę i to minimum dwa razy dziennie.... ko-nie-cznie o_O
Wzięłam harmonogram wpłat i wyszłam. Zapakowałam Gada do auta i całą drogę myślałam...

* Pół godziny razy cztery tygodnie to dwie godziny w sumie. Dwie godziny zajęć za 140 złotych miesięcznie.
* W domu puszczanie muzy i tekstów w obcym języku, czy chce czy nie chce.
* Jak nie chce to odstajemy od grupy i jesteśmy tam bez sensu, żeby posiedzieć, bo ani razem nie śpiewamy, ani nie rozumiemy o czym śpiewają, zupełnie jakbym poszła teraz na chiński film bez tłumacza i z opaską na oczach.
* 1400 złotych wyrzucone na zajęcia adaptacyjne bez adaptacji.
* Nauka języka nie oszukujemy się, odbywa się w domu, czyli praca własna. To po co gdzieś jeździć i za to płacić? Zestaw płyt Helen Doron kupię na allegro za 4 dychy.
* Trzeba się tam jeszcze dostać, a w tym celu należy przejechać całe miasto...
* Jeśli przy 4 parach był rozgardiasz, to co będzie przy 7, albo nie daj Bóg 8? I gdzie oni na rany Chrystusa się tam wcisną?
Itd. w podobnym stylu mi się kotłowało.

Przespałam się z tym.
Nie podobało mi się.
Nic mi się nie podobało.

Czemu te zajęcia nie są dłuższe? Mogłyby mieć więcej zabawy w tle i trwać godzinę. Po co ten pęd? Czemu dziecko nie może się zapoznać z tą zabawką w spokoju? Czemu musi poznać od razu 6 nowych, w trzy minuty?
Poznać... Zobaczyć. Bo nazwy tych rzeczy to dopiero w domu pozna. Już rodzic o to zadba - co do tego nie miałam wątpliwości. :)
Czemu taki natłok wszystkiego? Piosenka, zabawa, rysowanie, piosenka i powtarzanie, powtarzanie tego samego ciągiem, tratatatata..... seria z pistoletu.
Nie, nie jestem taka tępa, wiem dlaczego. :)
16 dzieci w godzinę  po 140 miesięcznie, to więcej niż 8 dzieci po 140... Słaba byłam z maty, ale tyle to umiem policzyć. No i mam kalkulator, taki wypas, a co...

Nie.
Dziękujemy.
Spróbujemy gdzie indziej. Inaczej.


środa, 7 listopada 2012

Muzyka łagodzi obyczaje

Trzysta osób wchodzi tu co dzień, czemu nikt nie pisze dzień dobry, hej, heloł? :D

***

Byliśmy wczoraj na drugich zajęciach w szkole muzycznej. Podobało się. :)
Początki takie same, nie, nie będę skakał jak żabka, nie będę tupał jak niedźwiedź, nie będę robił bam, ani chodził staccato. :D Ale chodził w kółeczko, podał rączkę panu i pani (dzieciom nie!), wstawał, siadał, naklejał na kartę misia i żabę... Druga połowa już luzik. Były uśmiechy, zainteresowanie tym co pani  robi, śpiewa, gra.

Znowu jeden chłopczyk kręcił się w koło na rękach taty i nie chciał zejść. Inny  nie chciał czegoś tam robić, jak Daniel. Kolejny bał się huśtania, jeszcze inny foszył, że nie usiądzie na krzesełku - huśtawce, nie bo nie, ojcu też nie pozwolił... :) Na koniec jeden zrobił taki cyrk, że czegoś takiego nie widziałam nawet w wydaniu Daniela, a przynajmniej nie publicznie, w takiej sytuacji i zupełnie bez powodu.
Tak więc moje dziecku wcale a wcale od grupy nie odstaje. :)
I nadal nikt nic nie wie.
No może poza panią w sekretariacie, której daliśmy dane fundacji do faktury. Nie była zachwycona, coś tam próbowała brzdąkać, że ona KP wystawia, ale przyjęła do wiadomości o co proszę i za tydzień mamy mieć papierek. Może się przyda... jak coś będzie na koncie. :)

Póki co z fundacją też mamy wesoło.
Wymagania mają przezabawne. Tym razem nie pasuje im nazwa sklepu, w którym kupuję eko żarcie, a dokładnie produkty bezkazeinowe i bezglutenowe. Firma powstała naście lat temu jako Zakład Remontowo - Budowlany. Od tamtego czasu stworzyli trochę placówek w mieście, o różnym charakterze. W tym spory i najlepiej wyposażony sklep z eko żywnością. Tylko u nich mogę dostać bez problemu i zamawiania kaszę Holle jaglaną, więc tam jeżdżę.
I teraz okazuje się, że nazwa firmy nie pasuje do zakupów, które tam robię. Faktury odrzucone. Refundacji nie będzie.
Już spuszczam na to zasłonę milczenia i myślę gdzie się przenieść... Sił do nich nie mam.

A propos zajęć jeszcze.
Mieliśmy taką zabawę... Do muzyki kładliśmy dziecko na ręczniczku i bujaliśmy, z jednej strony pani Marysia (prowadząca), z drugiej rodzic. Na 8 dzieci tylko czworo chciało. W tym mój Daniel. :) Aż się rwał do tego huśtania jak zobaczył pierwsze bujane dziecko. :D
Nie byłam pewna czy nie spaniczy pod koniec, ale gdzie tam, jak tylko przyszła jego kolej pobiegł na ręcznik i uwalił się nim mrugnąć zdążyłam. :D

Moim zdaniem zajęcia wtedy powinny się zacząć he he
Od tej chwili i chodził chętniej i kulił się, gdy była muzyczna burza, nawet zaklaskał na koniec. :D

Chyba mi się dziecko rozkręca. Niestety do zabawy chętne jest na koniec pierwszej godziny, czyli na koniec zajęć. Chyba powinny trwać dwie godziny. :D

***

A teraz śmiech na sali.
Zawiozłam samochód do elektromechanika. Dziadek taki, przedwojenny, emeryt od dawna, widać że pasjonat, znany w mieście całym chyba, bo trzy osoby mi go poleciły, w tym dwa warsztaty, gdzie byłam, a gdzie elektryki nie robią.
Auto było u  niego od południa do 15ej, przed tygodniem. Zadzwoniłam po tej 15ej a on, że nie zrobił, ale już wie co to jest. Przyznam, zamarłam z szoku.
Jak to pan wie? Od marca szukają i nie wiedzą...
Gość zdziwiony. Stwierdził, że jak się szuka to do skutku...
No coś takiego. :)
Przedwczoraj odebrałam samochód. Póki co działa.
Wczoraj wieczór wysiadam, zamykam... i cisza.
A gdzie moje pik pik?
Drugi raz, trzeci... nic.
Dzwonię do pana Mariana i pytam co się stało z moim pikpikiem. Nie wie. Kazał przyjechać za tydzień, to sprawdzi, ale zarzekał się, że nic nie robił z alarmem.
Dzwonię do Exa i mowię mu, że pikpika nie ma.
Cisza...
Hę? Słyszysz? Było pik, a nie ma pik, no wiesz jakie, to przy zamykaniu auta.
Eeee, wiesz - mówi Ex - tego pik to chyba nie było przed rokiem, nim zaczęło się psuć...

o_O
I tak oto dowiedziałam się, że przez cały czas samochód dawał sygnał, że coś nie halo. Każdego dnia. I wtedy gdy pierwszy magik stwierdził, że to sonda lambda (wymieniłam, zapłaciłam) i wtedy, gdy drugi orzekł, że to instalacja gazowa (odpięłam dla testu - nie pomogło i też pikało) i wtedy, gdy stwierdzono, że to wilgoć i kazano mi kupić pokrywę na akumulator (bagatela 250zł w ASO), także wtedy gdy stwierdzono, że to czujnik jakiś który włącza wentylator, gdy auto stało na parkingu... Cały czas pikało.

I nic, nikt nie wpadł na to, że nie powinno. Że ten pik oznacza feler. Nikt. Nie wiem czy to piszą w książkach serwisowych i instrukcjach samochodu... dowiem się z ciekawości.
Ale ubawiło mnie to do łez... :)





poniedziałek, 5 listopada 2012

SI w GOAR

No i zaczęliśmy.

Pierwsza wizyta i już z przygodami.
Samochód u mechanika. Deszcz lał strumieniami. Nie było szans tam dojść... i dylemat, co robić.
Ciężka sprawa, bo kasy niezabaładzo, ale stanęło na tym, że za dużo nas to kosztowało kombinacji i zbyt cenny to nabytek, żeby odwołać. Pojechaliśmy taksą. Niestety autobus w tamtym kierunku jeździ co godzinę i jak na złość w połowie drogi odbija w inną stronę, więc pół trasy trzeba z buta.
20 zeta nie moje. :/

Dotarliśmy jednak.
Pani już na nas czekała.
Wbrew temu co mówił pan B, na sali byliśmy sami. /Kolejny zgrzyt. Miało być dwoje, a nawet troje dzieci na jedne zajęcia.../
Daniel mocno zainteresowany miejscem, wszystko zwiedził, sprawdził przeszkody, pohuśtał się na płaskiej huśtawce, przeszedł przez tunel, sprawdził zawartość szafek... czyli jak to on, jak kontrola, to kontrola. :)
Pani Agnieszka zainteresowana Danielem. Sprawdziła co chciała sprawdzić, dała papiery do wypełnienia, zrobiła notatki, przeprowadziła wywiad. Po minucie dziecko ode mnie odeszło i jak chciało coś dostać w łapki albo gdzieś wejść, szło po panią Agnieszkę. :)
Mile mnie to łechta, szczerze mówiąc, ta jego otwartość i odwaga.
Wygląda na to, że oboje państwo przekonali się do siebie i polubili w trybie ekspresowym.
Zresztą panią Agnieszkę to chyba trudno nie lubić, jest naprawdę bardzo miła i sympatyczna, komunikatywna, otwarta i ma podejście do młodego.

Godzinka minęła szybko.
Pierwsze obserwacje zarejestrowane... 
Po pierwsze młody nie dał sobie jeździć szczoteczką po dłoniach.
Po drugie nie chciał masować rąk rolką z wypustkami.
Po trzecie spiął się, gdy został pokierowany głową w dół, wisząc na wielkiej piłce...
Ja już to wiem, pani Agnieszka skrzętnie odnotowała.

Nie było płaczu, buntu, cyrku. I chyba nie będzie, bo po rozmowie z panią Agą ustaliłyśmy zgodnie, że metody behawioralne nie są dla Daniela i nic z tej materii nie będzie stosowane. Młody współpracował, pani Aga zachwycona. Nie tylko zachowaniem Gadziny, ale ogólnie postępami, drogą jaką przeszedł, tym co potrafi i jaki jest z nim kontakt. Wyraziła podziw dla "cudu" jakiego dokonaliśmy w ostatnim roku i posmyrała nasze ego chwaląc naszą pracę.

Cieszę się. Nie z zachwytów, ale z tego że po raz kolejny ktoś z zewnątrz docenił nasz wybór, rezygnację z behawiorki m.in. i potwierdził, że można inaczej, a efekty jakie mamy, są nie tylko świetne, ale może i nieosiągalne przy innych wyborach.

Tyle naszych wrażeń z SI.
Fajnie jest. A będzie jeszcze fajniej. :)



piątek, 2 listopada 2012

Kontrola

Minęło 7  miesięcy od naszej ostatniej wizyty u neurologa, dr Piaseckiego.
Dziś wypadła nam kontrola.

Dotarliśmy z przygodami, bo bus którym mieliśmy jechać wg rozkładu miał dziś dzień "wolny od nauki szkolnej" a jechał jak w każdy roboczy. :/
Skończyło się na taksówce. :/ Dobrze, że blisko, to pękło tylko 7 złotych.

Pan dr siedział już u siebie i coś psioczył na ludzi, którzy weszli poza terminem, coś załatwić. :)
Wyszli i przyszła nasza kolej.
Poprowadziłam młodego przed sobą, otworzyłam drzwi, on zrobił krok, spojrzał na doktora i ... szok! W ułamku sekundy zrobił krok w tył, odwrócił się i wbił w moje nogi krzycząc jak opętany. o_O

Poznał faceta po 7 miesiącach! 
A wtedy patrzył na niego może minutę, bo potem to tylko krzyczał...

Mnie zatkało, przyznam.
Lekarza nie.
Zobaczył dziecko, usłyszał i od razu powiedział: "kolejny pacjent z 84; ja już chyba niczego innego tutaj nie leczę". o_O
Heh...

Reszta była jeszcze bardziej zaskakująca. Dr przeczytał ostatnią opinię od pani Bogacz i zaczął do Daniela mówić o fajnych ćwiczeniach, które będzie miał. Potem dostałam do ręki skierowanie. Spojrzałam i oczom własnym uwierzyć nie mogłam - w mojej dłoni świeciła kartka na SI. o_O

Heloł!?! Normalnie miałam ochotę spytać go z jakiej to okazji. X komentarzy w głowie kołowało...
A podobno tu SI dają od 4 roku życia?
A pan Grzegorze B. powiedział, że pan się nigdy nie zgodzi!
To nie macie aż tyle oczekujących ile pan B. mówił, że macie?
Podobno takiego małego to nikt nie weźmie?
Ugryzłam się w język.

Wzięłam papierek, poszłam do rejestracji, odesłano mnie do pokoju 24, dotarłam więc tam, wręczyłam papier jakiejś zakręconej pani, a ta zniknęła z nim w pokoju.
Po chwili wyszła inna, miła, uśmiechnięta, młoda dziewczyna. Przywitała się kulturalnie podając rękę i zamiast mówić do mnie jakby Daniela tam nie było, albo jakby był niespełna rozumu (jak większość robi), kucnęła przed nim i spytała czy się przywita. Przywitał się. Jej zaskoczona mina - bezcenna. :)
Dowiedziałam się, że pani będzie z nami ćwiczyć, że ma wolne poniedziałki, że zajęcia raz w tygodniu i że dziecko musi współpracować, więc to będzie taka próba.
Powiedziałam, że współpracuje...
Na co pani orzekła: "no właśnie widziałam i jestem zaskoczona".
To miło, pomyślałam. :)

Po chwili dostaliśmy termin.
Dobrze, że siedziałam, bo bym się przewróciła.
Pierwsze zajęcia 5 listopada o 8 rano!!! 
Za trzy dni!

I tak mi się nasuwa...
To za co ja płaciłam w tej Rudzie i po co?
Po co te gadki, że w GOAR to nikt dwulatka nie przyjmie?
I te komentarze, gdy powiedziałam, że pani Bogacz napisze zalecenia w temacie SI do doktora.
I uśmieszki, gdy powiedziałam, że dr Piasecki przez tel. oznajmił, że jak będzie zalecenie to on rzecz rozważy?
I hasła typu "ciekaw jestem kto się podejmie go (Daniela) wziąć w Gliwicach"? /Tu zrobiło mi się cholernie przykro, bo myślałam, że to oczywiste.../
O co chodziło?
Z czym mam to zjeść?
Pani terapeutka nie była zdziwiona tak małym dzieckiem.
Dr Piasecki nawet ze mną o wieku nie dyskutował.
Ja o nic nie prosiłam.
Nikt mi nie kazał czekać rok na miejsce. 
Pani Bogacz z dr nie rozmawiała, napisała tylko, że zaleca terapię SI.

Ja nie rozumiem.
Nic a nic nie rozumiem...

Tylko tak mi się kołacze, że jak nie wiadomo o co chodzi....


Przykro. Zwyczajnie przykro. :(