poniedziałek, 14 grudnia 2015

No i stało się...

No i stało się.
Dzieciska nie muszą iść do szkoły w wieku 6 lat.
Bardzo mi na tym zależało i powinnam się cieszyć, ale nie cieszę się.
Z wielu powodów.

Po 1 nie wiem co na to inni rodzice.

Nie wiem kto pójdzie do szkoły, a kto zostanie, z grupy młodego. Nikt nic głośno nie mówi.
Intuicja podpowiada mi, że do szkoły pójdą te dzieci najbardziej rozgarnięte, komunikatywne, spokojne, pilne. Czyli dokładnie te, od których Daniel może się uczyć i z którymi powinien mieć kontakt.
Zostaną pewnie ci z ADHD, ci agresywni (w grupie Daniela jeden chłopak wszystkich szarpie i bije - oczywiście rodzice nie widzą problemu, chłopiec funkcjonuje w szkole jako zdrowy), ci z problemami.

Po 2 jak nie patrzeć to dupa z tyłu.

Jeśli młody pójdzie do szkoły, to i tak dostanie nowe dzieci, bo z dwóch grup zerówkowych pójdzie do szkoły tylko część i na pewno dojdą do klasy inne dzieci, te które wcześniej chodziły do przedszkola gdzieś tam indziej.
Będziemy mieć problem z nauką, ze skupieniem uwagi, z brakiem gotowości emocjonalnej itp.

Jeśli młody zostanie, to zostanie z najtrudniejszymi przypadkami. A nie wiadomo jakie jeszcze inne tam dojdą, bo póki co jest po 3 w grupie, a może być 5.
Pewnie lepiej będzie sobie radził z nauką, ale... pytanie czy poradzi sobie z kolegami, zwłaszcza tymi problematycznymi.

Po 3 jestem szczęśliwa z tego wyboru, jak mucha w gównie.

Zupełnie nie wiem co robić. I pierwszy raz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam puszczając młodego do szkoły integracyjnej.
Z drugiej strony tłumaczę sobie, tak na logikę, że w "normalnej" szkole też są dzieci problematyczne i niezdiagnozowane. Albo wręcz "uleczane" przez rodziców, którzy nie chcą mieć "chorego" dziecka.

Szkoła wyciąga jakieś wnioski w maju, robiąc swoją gotowość szkolną.
Wątpię, by rodzice czekali z decyzjami do tego czasu, bo to za późno, już po zapisach do szkoły przecież.
Czyli musimy decydować sami, albo z pomocą PPP.
Ja na PPP nie liczę, bo oni widują dziecko raz na trzy lata, co więc mogą powiedzieć konkretnego?

Znajomych w większości nawet nie pytam. Przeraża mnie opinia, że puszczenie dziecka do szkoły w wieku lat 7, to wielka krzywda dla tego dziecka i marnowanie jakiegoś mega potencjału 6-ciolatka. o_O
Pojęcia nie mam skąd mamy tych wszystkich lekarzy, prawników i innych wykształconych ludzi w wieku lat 40 czy 50, którzy zaczynali szkoły mając 7 lat, że już nie wspomnę o tych starszych, którzy kończyli  podstawówkę po klasie 7ej.
Wg dzisiejszych argumentów - powinni być analfabetami.

No więc mam, co chciałam. Mam wybór. Nie mam obowiązku.
Tylko cholera... mam też mega dylemat. :/


środa, 18 listopada 2015

Nowy gabinet SI - Gliwice

Ciągle pytacie mnie w mailach o namiary na terapię SI. 

Mam dla Was dobrą wiadomość. Jest gabinet w Gliwicach. 

Oto jego strona: 

Kontakt telefoniczny: 663-756-750

Adres: 
Gliwice, ul. Styczyńskiego 44/4

Terapię prowadzi pani Magdalena Szołtysik, psycholog z wykształcenia. 
Z uprawnieniami do SI, oczywiście. 


piątek, 13 listopada 2015

Cudowne ozdrowienie jego mać!

Otóż stałam się posiadaczem patentu na uzdrowienie.
Polecam rodzicom z Gliwic. Proste i skuteczne.

1. Dzwonimy w XI do PPP z pytaniem jak przygotować papiery dla dziecka na czas edukacji szkolnej w klasach I-III. Dziecko powinno mieć kształcenie specjalne w związku z Zespołem Aspergera.

2. Dowiadujemy się, że mamy zadzwonić w I 2016, ustalimy termin wizyty  na koniec I, ewentualnie początek II, a potem w miesiącach III-IV spotka się komisja, która wystawi papier. Oczywiście mamy mieć ze sobą komplet dokumentów.

3. Pytamy o gotowość szkolną w zerówce. I tu pierwsza niespodzianka. Szkoła wystawia papiery w V 2016. Czyli już brakuje nam jednej kartki na spotkaniu w PPP.

4. Dzwonimy do GOAR, żeby odbyć wizytę z psychologiem i pedagogiem. Zaświadczenie od specjalistów musi być świeże.
Dostajemy termin na.... LUTY 2016. W połowie miesiąca.
Czyli  nie mamy  już drugiej kartki do PPP.

5. Dzwonimy do Fenixa, żeby odbyć wizytę u psychiatry, bo zaświadczenie od lekarza (nie pediatry) jest niezbędne do wydania świstka przez PPP.
I dostajemy termin na .... LIPIEC 2016.
(Tzn. termin. Mamy datę, kiedy to mamy zadzwonić do poradni, wtedy to dowiemy się dopiero, kiedy wizyta może się odbyć. Wizyta jest w miesiącu następnym po tej dacie telefonu. Taka procedura.
A spróbujcie zapomnieć zadzwonić w ten dzień. Macie 8-10 miesięcy w dupę! )

Tak oto w ciągu 24 godzin Daniel stał się zdrowym dzieckiem, które do szkoły we wrześniu 2016 pójdzie tak jak inne dzieci, jako zdrowy 6ciolatek.

Oczywiście w rejonie, czyli w szkole, przed którą broniłam się rękami i nogami.
Wypadając tym samym z placówki, w której teraz ma zerówkę i w której się adaptuje. :(

I chuj strzelił wszystko w tempie ekspresowym.

Kurtyna.

(Na Waszą prośbę założyliśmy ponownie konto na fb - https://www.facebook.com/wswieciedaniela/ Zapraszamy. ) 

Oczywiście to teoria, bo w praktyce nie pozwolę tak syna ukarać i na lewym półdupku stanę, żeby to jakoś załatwić. Tak się tylko zastanawiam - czemu w tym kraju nie można nic po ludzku zrobić, tylko wszystko trzeba nadal "załatwiać" i "kombinować". A podobno system dawno się zmienił...

wtorek, 20 października 2015

1% i podziękowanie

Parę dni temu zaczęły się pojawiać na subkontach naszych maluchów ze Zdążyć z Pomocą, wpłaty z państwa 1% podatku.

Na Daniowym subkoncie też już coś się zadziało, więc chciałam bardzo państwu podziękować!


Jak będę miała chwilę czasu złożę na państwa oczy ;) podziękowanie w postaci dzieł sztuki Danielka.
Coś go ostatnio wzięło na używanie długopisu.
Jestem w szoku.

Wczoraj odkryłam w moim notesie 12 zapisanych kartek. :D
Notes ważny, ale obrazek ten tak mnie ucieszył i rozbawił, że nawet nie mruknęłam. :D

Dziwna przemiana.
Nie wiem, może pomogła zerówka. A może szalone długopisy / ołówki za koszmarne pieniądze, ułatwiające trzymanie i dobre ułożenie paluszków.
W każdym razie poprawa jest. :)

Jeszcze raz bardzo wszystkim państwu dziękuję!
Nie wiem co byśmy bez Was zrobili...

:*

Póki co jesteśmy chorzy, trzeci raz od początku roku szkolnego, więc muszę wracać do smarkusia i paść samej na chwilę, bo wybitnie fatalnie od wczoraj się czuję.
20 listopada miałam iść na operację zatok.
Nie idę.
Przy tym tempie przynoszenia bakcyli z zerówki nie mam żadnych szans.
Zaraz po operacji byłoby to samo co jest teraz.

***

Pytacie czy potrzeba nam czegoś na tę zimę.
Dziękujemy.
Na ten rok mamy wszystko.

Jeśli jednak ktoś z państwa ma rzeczy większe i nie ma co z nimi zrobić, to chętnie przyjmiemy i przechowamy sobie do kolejnej zimy.
Mam tu na myśli rzeczy typowo zimowe: spodnie narciary od rozmiaru 116, buty na rzep lub śniegowce (pod warunkiem, że nie wydeptane, bo Daniel źle stawia stopy i bez tego) od rozmiaru 28, kurtki zimowe i tzw. przejściowe od rozmiaru 116.

Ale to nic na już, nie pali się.
Bardzo dziękuję, że pamiętacie i pytacie.

Pozdrawiam


poniedziałek, 14 września 2015

I znowu atrakcje medyczne

Po pierwszym tygodniu w szkole, kiedy to było całkiem znośnie, przyszły kolejne atrakcje.
Przede wszystkim popołudniu na świetlicy zaczęło zostawać dziecko z ADHD.
W dwie minuty rozstawiało wszystkich po kątach i Daniel po prostu odpadł z zawodów.

Trzeba było zmienić taktykę i zacząć przychodzić rano. Szczęściem dziecko to nie jest z Daniela grupy, bo takich dwóch przypadków pogodzić się nie da po prostu.
Zdążyliśmy zaliczyć parę ranków w minionym tygodniu. Całkiem nieźle poszło. Dziecko na sali. Matka czatująca na korytarzu. Daliśmy radę.

Szybko zauważyłam, że Daniel swą siłę tam i pewność czerpie z mojej obecności. Wychodzi siku, żeby sprawdzić czy jestem. Macha, uśmiecha się i znowu znika w sali. Czasem wychodził z płaczem i wpadał w moje ręce. Dwa razy nie chciał wrócić. Za trzecim udało się dziecko utulić i znowu odprowadzić do klasy.
Wszystko na luzie i bez oporów.

Na sali Daniel pilnuje pań, na dworze trzyma się ich mocno. Jednej nie odstępuje, a drugą trzyma za rękę. Zabawi się na kilka chwil, o ile pani jest obok. Gdy pani wyrusza za innym dzieckiem, Daniel wyrusza także. Chodzi po prostu za nimi jak piesek.

Gdy dyżur na dworze mają panie z innej grupy - kaplica. Nie chce zostać na dworze ani na sekundę. 

No i tak do tego weekendu.
Niniejszym ogłaszamy, że pierwszy etap edukacji zakończyliśmy po dwóch tygodniach.
W tej chwili smarkamy, mamy gorączkę i siedzimy w domu.
Taki biznes.

Do następnego!

czwartek, 3 września 2015

No i zaczęło się - zerówka

Nie mam czasu za grosz ostatnio, więc w skrócie telegraficznym, bo pytacie w mailach jak tam szkoła.

Ano, zaczęła się. :)
Póki co lajtowo.
Chodzimy  na zajęcia o godzinie 13ej i albo mamy rewalidację, albo siedzimy w grupie dzieci, które nie są odbierane od razu po zajęciach. W małej grupie.

W takich warunkach jest ok. Z tym, że ja jestem na terenie szkoły.
Po 10 września wejdziemy w inny rytm, będziemy przychodzić po śniadaniu, a wychodzić przed obiadem. Matka nadal będzie czatować przed drzwiami. ;)
Tak długo, jak będzie trzeba. 

Nic nie jest w tej chwili tak ważne, jak poczucie bezpieczeństwa i komfortu Daniela.

Trzymajcie za nas kciuki!
Przydadzą się.

Hołk

piątek, 7 sierpnia 2015

Trochę masakry i trochę lektury

Będzie z głowy, czyli z niczego, jak to mówi pan Bałtroczyk.

Dawno się nie odzywałam. Pytacie co słychać, a ja nie mam siły odpowiadać.
Od czerwca masakra.
Zaczęło się niewinnie, od paru fochów, a potem... było już tylko gorzej.

Rosło z dnia na dzień dobry miesiąc aż do eksplozji jakieś 3-4 tygodnie temu.
Młody oszalał całkiem.
Nie jadł, źle spał, fatalnie się zachowywał. Jak to on w takich razach, przestał robić to, co się robi w wc.
W kiblu spędziliśmy chyba dwa tygodnie.
On tylko foszył i się darł.
Ja się darłam.

Tego się nawet nie da opisać.
Jedna osoba na taki czas, na 2miesięczne czy 3miesięczne ekscesy na każdym froncie, nie da rady...
Psychiatryk puka do drzwi.

A ja, oczywiście jak zwykle, zajarzyłam że to kolejny regres, po fakcie. Gdy lekko zelżało.
Już mi chyba tak zostanie do końca życia.

Najgorszy czas wybuchł jak z wulkanu, z weekend, gdy babcia wyjechała z miasta ze znajomą, w celach regeneracyjnych. A na domiar złego do pieca dowalił ojciec Daniela, który wpadł jak po ogień, po miesiącu niewidzenia dziecka i był (jak to zwykle bywa) najmądrzejszy, a gdy mu pozostawiłam tę sprawę do załatwienia (z dzieckiem siedzącym na kiblu i krzyczącym non stop), to pan ojciec zrobił to, co zwykle świąteczni ojcowie robią w takich razach - wyszedł. Przedtem jednak mnie pouczył i skrytykował.
No brawo.

Od tygodnia powoli wracam do żywych... Bardzo powoli. Ale wracam. :)
Pogoda i siedzenie na 40m niestety niczego nie przyspiesza.
W taki czas powinnam siedzieć nad morzem i słuchać szumu fal...
Marzenia.
Brakuje mi oddechu. Tak czysto i po ludzku.
Żeby nikt nic ode mnie nie chciał. Nic do mnie nie mówił. Nie krzyczał, nie foszył, nie wył za uchem.
O Boże, jak mi brakuje ciszy...
I gór. Albo wody.
Ale mi się śni, co nie? ;)

W góry to już chyba nigdy nie pójdę...
Pod koniec miesiąca idę do ortopedy, który (mam nadzieję) objaśni mi co się dzieje z moimi kolanami i czy jeszcze da się coś z tym zrobić.
A morze... no cóż, cała Polska do przejechania.
Na pendolino mnie nie stać. A 12h jazdy TLK z młodym - nie ma opcji.

Tak więc jestem w czarnej ...

***

Z innej bajki.
Wyprawka prawie się zrobiła.
Jeszcze mam bojowe zadanie znalezienia grubych (najlepiej trójkątnych) mazaków, które nie są markerami i kredek świecowych, też grubych jakichś (trójkątnych chyba nie ma?)
Grubość to wymysł zerówki.
Trójkątny kształt wynika ze złego chwytu. Zalecenie pedagoga.
Przy czym trójkątnych świecówek to chyba nie produkują...
No nic, poszukamy.
Jeszcze ciastolina, bloki techniczne, zwykłe i kolorowe. I chyba blisko końca.


***

Aaaa

Przy okazji dziękujemy pani Anecie (prosiła o niepodawanie nazwiska) za zasilenie naszego fundacyjnego konta. :*
Bardzo nam pani pomogła. :)

Standardowo załączam podziękowania dla pani Marty Więcław i Agnieszki Jeruzalskiej, które wspierają nas już dłuższy czas. :*

 ***

Z ciekawostek...

Moje dziecko ma fazę na czytanie.
Nie ma dnia bez książeczki.
Niestety lubi to, co już zna. :D
Bardzo ciężko wchodzi mu coś nowego, ale mamy mały sukces.
Chyba sukces. Bo nie wiem tak do końca. ;) Otóż spodobała mu się nowa książeczka. Niestety jest z serii, zawierającej 5 czy 6 pozycji. :D

Ale zauważyłam jedną prawidłowość w tym czytaniu.
Młody czyta książki o DZIEWCZYNKACH.
Tylko i jedynie.
Hitem jest Basia... "Basia i pieniądze" to już klasyk.

foto: empik.com

Musiałam kupić własną, bo w bibliotece krzywo patrzyli na przedłużanie terminu zwrotu sto razy. ;)
Potem doszły "Basia i mama w pracy" oraz "Basia i bałagan".
Na dzień dziecka zrobiłam młodemu prezent i kupiłam Basię w postaci "Wielkiej księgi". Takiej jak niżej.

 foto: empik.com

Są tam krótkie historyjki, które lekko wchodzą, gdy dziecko już pada, a ja nie mam siły czytać głośno po całym dniu gadania z synem i do syna. ;)
Niestety zabrałam niedawno dziecko do Empiku... I zaczęło się.
Młody szybko wyczaił, że Basi jest więcej i teraz mam listę zamówień. o_O

Póki co udało mi się przeforsować zakup jednej tylko księgi przygód, ale musiałam zrobić listę przy dziecku i zapisać kolejne pozycje, które czekają na swoją okazję.
Wyszliśmy z tym...

foto: empik.com


Wstawiam obrazki, w razie jakby ktoś szukał czegoś fajnego do czytania, bo naprawdę warto. To bardzo fajne książeczki. Lekkie, mądre, bardzo sympatyczne.

W "księgach przygód", których jest w sumie 3 (mamy pierwszą - żółtą, kolejne mają numerki 2, 3) zawarte jest to samo, co w pojedynczych książeczkach. Księga kosztuje jednak tyle co dwie książeczki, a historii w środku jest 6, więc bardzo się taki zakup opłaca.
Spróbujcie chociaż wypożyczyć.
U mnie niestety nie ma w bibliotece ksiąg, tylko te pojedyncze historyjki.
Tak więc musiałam zapisać, że dziecko prosi o przygody nr 2 (zielone) i nr 3 (różowe). Koniecznie musiałam napisać jaki kolor, żebym się przypadkiem nie pomyliła. :D


Listę musiałam zapisać natychmiast, w notesie, a kartkę wyrwać i włożyć do porrfela, żebym pamiętała o niej i żebym nie zgubiła. ;) Co też uczyniłam.

Druga seria, która zapadła synowi w serce, to seria o SIRI.
Nie znałam Siri wcześniej. Młody wyczaił okładkę w sklepie i musiałam opowiedzieć co to za książeczka, o kim itd. Zaintrygował go jeden z tytułów. No i okładka z dziewczynką. ;)
Oto książeczka, którą mamy:
 
foto: empik.com

Śmieszna jest. :) Dziwnie mi się czyta, bo w czasie teraźniejszym leci, ale przyjemna.
Jej też musimy kupić przyjaciela. A nawet kilku. ;)

Jeśli macie przerobione jakieś książeczki z dziewczynkami, to polećcie coś.
Byle coś na tyle popularnego, żeby było w bibliotece, bo z torbami pójdę. :D

No to tyle na dziś. :*
Pozdrawiam!






środa, 8 lipca 2015

Czasu, czasu, nie ma czasu

Sorki wielkie za milczenie, ale naprawdę czasu brak.

Jedna wielka masakra.
A to do mechanika sprawdzić czy bum uszkodziło belkę tylną, a to znowu kombinacja z fotelikiem samochodowym nowym (żaden nie pasuje do mojej, jak się okazuje krzywej, kanapy), a to zebranie w zerówce, zakup lampy tylnej i znowu mechanik co by to ustrojstwo założyć... I tak ciągle coś.

A wakacji nawet nie widać na horyzoncie.

***

Z tematów szkolnych...

Było zebranie.
Słaba sprawa.
Bardzo młode panie, bez doświadczenia szkolnego. Tzn. jedna pani ma rok doświadczenia w szkole, druga nic. Jakaś muzykoterapeutka z wczesnoszkolnym.
No słabo, słabo...

W drugiej grupie jest doświadczona kobieta.
Niestety Daniel trafił gdzie indziej.
A obie grupy integracyjne.
Nie wiem skąd taki przydział pań. Szczerze mówiąc nie rozumiem jak można na 20 dzieci z 3 czy 4 integracyjnych przydzielić dwie nowe i młode pracownice.

No ale, co zrobię? Nic nie zrobię.
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jeszcze im się chce i że nie będą się bały odstąpić od paru zasad, bo inaczej leżymy.
Póki co udało się nam uzyskać odroczenie powitania do 3 września.
Tak więc omija nas młyn zapoznawczy i ryk pierwszego dnia.
3 września zapoznamy się z małą grupą dzieci, bo przyjdziemy po południu, gdy większość już jest w domu.

Nie wiem jak długo będziemy tak kombinować, ale wyjścia nie mamy.
Oby dało to efekt.
Trzymajcie za to.

Dostaliśmy też caaaałą listę zakupów do zrobienia i kompletujemy wyprawkę.
Zaczęłam od plecaczka na śniadanko, stroju na wf i takich tam rzeczy.

Mamy też trochę kredek od Cioci Basi. Piórnik, worek na buty.
Powoli się jakoś zbierzemy.
Najgorszy wydatek został na potem - książki.
Mała porażka cenowa. Box Tropiciele na roczne przygotowanie przedszkolne.
Cena w promocji Arosa 105 złotych.
Masakra.

Ot, darmowa edukacja. :)
No nic, damy radę. Wyjścia nie ma.

***

Co do samochodu -  nie klepię go.
Wygląda nieszczególnie, ale stwierdziłam, że nie mam na to ani kasy, ani zdrowia.
No i plus taki, że teraz nikt mi go nie ukradnie. :D

Zbieram na benzynę...
Obliczyłam, że moje wcześniejsze kalkulacje były zbyt optymistyczne. :)
Jakimś cudem wyszło mi niewiele ponad 250km miesięcznie do zrobienia.
Tymczasem wzięłam pod uwagę drogę do zerówki i z zerówki, nie wpadając na to, że po zawiezieniu dziecka rano muszę jakoś wrócić, a potem nie tylko go odebrać i przywieźć do domu, ale też po niego pojechać.
Tak więc z ponad 250km na miesiąc zrobiło się ponad 500km.
Obawiam się, że mój zdechlak nastoletni nie przeżyje do końca podstawówki.
W zasadzie to jestem tego nawet pewna.
Zonk...

***

Jeszcze tylko dodam, że mam w domu nastolatka.
Pyskuje jakby mu gimnazjum odchlastało co najmniej.
Ustawia babcię, wali fochy, trzaska drzwiami, nie mówi a krzyczy.
Jeden wielki cyrk.
Rozglądam się za jakąś bezludną wyspą.
Macie jakieś namiary?
Podzielcie się!

Hołk

piątek, 29 maja 2015

Jak pech to pech

No... to już nie mam problemu z dojazdem dokądkolwiek, z tankowaniem i innymi takimi.

Siedzę sobie spokojnie przy biurku i tworzę jakiś dokument, gdy nagle za oknem rozbrzmiewa tępe bum.
Wiedziałam!
Przysięgam - po prostu wiedziałam, że to moje auto!

Bieg do okna i widoczek taki:
Mój samochód stoi kilka metrów dalej, bokiem, z dupą w płocie, z przodem na ulicy, zupełnie blokując przejście przez chodnik i trawnik obok.
A w lewym tylnym rogu siedzi mu jakiś szary Ford.

Zbiegłam na dół i zastałam za kółkiem pana w ciężkim szoku, z tępym wzrokiem, krwawiącego, nie wiedzącego gdzie jest i co się dzieje, próbującego wyrwać się z pasów.

Reszta zlała mi się w jeden wielki harmider, jakaś kobieta biegnąca z przystanku żeby pomóc facetowi za kierownicą, jacyś ludzie ciekawi co się stało, karetka, straż pożarna (i to dwa samochody), policja.
Jedna wielka kołomyja.

Skracając historię do minimum...
Pana zabrali do szpitala, a ja stałam się posiadaczką jeszcze bardziej felernego Fiata, z walniętą dupą, potłuczonymi kloszami, rozwalonym zderzakiem z tyłu i z boku.
W gratisie - coś stuka lekko w tylnych drzwiach po lewej.
No i bonus dodatkowy - fotelik dziecięcy, który po zderzeniu formalnie nie nadaje się do użytku, bo nie spełnia już swoich funkcji.
I to jest już załamka zupełna dla mnie. :(

No i tyle "dobrego" mam dla Was.
Takie wieści ciekawe z przedwczoraj.

A nie, mam jeszcze jedną z wczoraj...
Młody pod wieczór zagorączkował. Nagle i mocno.
Więc pewnie wirusowo...
A ja jeszcze nie skończyłam leczenia. Jestem właśnie na trzecim antybiotyku.

Składam broń...
Poddaję się.
Mam dość.

poniedziałek, 18 maja 2015

Dziękujemy....

Ostatnio dostaliśmy od Was dużo maili i innych miłych wiadomości. Dziękujemy. :)

Dziękujemy także dwóm paniom Justynom za miły i bardzo przydatny prezent.

Dziękujemy osobom wpłacającym darowizny na nasze subkonto.
Szczególnie paniom: Agnieszce Jeruzalskiej i Marcie Więcław.

Ale także niżej wymienionym:
Michał Pawłowski
Marek Sworzyński
Piotr Żurek
Artur Szukała
Kamil Remiszewski


Dziękujemy! Jesteście cudowni!

***

Nie bardzo wiem co Wam zameldować.
Nastąpiło zmęczenie materiału i nie mam weny.
Rok zajęło mi doprowadzenie dziecka do stanu względnej normalności po atrakcjach przedszkolnych.
Naprawiliśmy wszystko, z jednym wyjątkiem.

Dociągnęłam do maja i.... padłam.
Coś mnie rozłożyło, jestem na kolejnym antybiotyku, walczę z uzależnieniem od kropli do nosa (po długim stanie zapalnym) i z ogólnym osłabieniem.

Moja miła pani doktor oznajmiła mi niedawno, że jestem jak te konie z Morskiego Oka...
Bardzo obrazowo, prawda?
Mam nadzieję, że jeszcze trochę pociągnę. ;)

Jeszcze tylko stres związany z nowym orzeczeniem (bez którego żadna szkoła nas nie przyjmie) i może będzie z górki. Do września.
Potem się zacznie od nowa... Już się boję.

***

Zamelduję Wam jeszcze tylko, że młody dostał się do zerówki o którą walczyłam!
Mała szkoła na tzw. zadupiu. Dwie grupy zerówkowe. Obie integracyjne.
Czyli nieźle.

Wada?
5km dojazdu.

I tu znowu pod górę...
Zmieniłam fundację na mniej problematyczną. Głównie ze względu na plany przedszkolno-szkolne, dojazdy i problem z refundacją pomocy edukacyjnych. Tymczasem Zdążyć z Pomocą też ma swoje atrakcje i nie daje się nam rodzicom nudzić. Niedawno wymyślili, że płatności przelewem trzeba dodatkowo potwierdzać wydrukiem z konta.
(Ciekawa jestem co robią rodzice, którzy nie pracują w biurach albo nie mają opcji skorzystania z takich, po przyjacielsku. Kupują drukarki? Skany? Ksera?)
Właśnie wymyślili, że do refundacji paliwa za dojazd na terapię trzeba zaświadczeń od terapeutów albo potwierdzeń z tyłu faktury.
Już widzę dyrektora zerówki, który co dzień potwierdza mi na fakturze daty bytności mojego syna podpisem i pieczątką szkoły. o_O

Nie jestem rodzicem wymyślającym wydatki od czapy.
Nie bujam się po kraju za pieniądze z darowizn.
Nie refunduję butów z Adidasa czy kurtek Nike. Nawet wtedy, gdy  na koncie fundacji są większe pieniądze. Wiem, że za cenę jednych spodni z Adasia mogę mieć trzy albo i cztery pary w 5-10-15. A i tam korzystam z promocji i wyprzedaży.
Szanuję środki z subkonta, bo służą czemuś bardzo ważnemu - refundacji terapii. Drogiej terapii.
Jedna godzina SI to 75złotych, przykładowo.
Drugi duży wydatek to dojazd na te zajęcia....
Za cały ten rok wysłałam do fundacji jedną jedyną fakturę za dowóz dziecka na terapie i zajęcia różnego typu. Nasz koszt paliwa to około 150-200zł na miesiąc. Ale moja dupa też jeździ, więc nie biorę faktur za każde tankowanie. Wzięłam więc jedną. Jedną jedyną w ciągu 4 miesięcy, za 150zł i zawarłam w niej wszystkie dojazdy dziecka za okres od stycznia do 10 maja. Zbiorczo. Mocno zaniżając ilość km.
Fakturę mi odesłano. :)
Bo nowe zasady, bo brak zaświadczeń z WWR, z Goaru, od neurologa i innych, że tam byliśmy. 

Gdy zapisywałam dziecko do przedszkola, dwa lata temu, wyskoczył  podobny problem. Zaczęto budować DTŚ na mojej trasie. Wszyscy znajomi odradzali mi przedszkole oddalone o 3,5km od domu, z atrakcją w postaci objazdu, co dawało w sumie 5km i bonus w postaci zaliczenia centrum i głównej ulicy w mieście, po drodze do i z przedszkola.
Poddałam się. Zmieniłam placówkę ze strachu przed godzinną trasą, kosztami dojazdu, problemami z refundacją tych kosztów. itp.
Zrobiłam błąd. Bo tamto przedszkole naprawdę okazało się być bardzo dobre.
Mamy tam WWR.

Obym teraz nie musiała zmieniać planów odnośnie zerówki/szkoły z tego samego powodu.
A naprawdę poważnie obawiam się, że nie będzie mnie stać na przejażdżki po 5km, bo daje to w sumie 20km dziennie. Czyli około 450km miesięcznie. Sama zerówka.
Bez WWR, terapii, basenu, wizyt u lekarzy itd.
:(

I tak ciągle coś...

***

Z przyjemniejszych rzeczy...

Młody uczy się jeździć na rowerze. Dwukołowym. Z kijem do asekuracji. :)
Podoba mu się.

A dodatkowo przeżywa fascynację rolkami. Prezent od cioci Izy. :*
Oczywiście muszę go trzymać, ale bardzo mu się ta impreza podoba.
Bardzo się cieszę.
Zapłakałabym się, gdyby moje dziecko przylepiło nos do ekranu komputera i nie chciało od niego wstać.

Póki co nie grozi jednak, bo komputera w domu brak, a laptop kaput. :D

Chyba tyle na dziś....

Pozdrawiamy! :* 



piątek, 17 kwietnia 2015

Opinia psychologiczna 2015

Aby formalności stało się zadość.

Pomagacie nam, za co bardzo dziękuję, dlatego też czuję się zobowiązana przedstawić Wam nasze aktualne dokumenty.

Niżej aktualna opinia psychologiczna. Stan na dziś.






środa, 8 kwietnia 2015

Raz, dwa...

Będzie telegraficznie.

Przede wszystkim...
Dziękujemy Annie Augustowskiej za miłą niespodziankę.
List doszedł. Cały.
Jak wrażenia, dam znać kolejnym razem. :)
:*

***

Dziękuję wszystkim, którzy o nas pamiętają w tym roku i wysłali bądź wyślą na Dania swój 1% podatku, albo też przekażą wieść o nas znajomym.

Od IX idziemy do zerówki, więc zaczną się schody, także finansowe.
Jeśli będzie tak samo źle jak w przedszkolu, to chyba będę musiała sprzedać nerkę, żeby opłacić SI.
Zawsze w takich sytuacjach trzeba zdwoić zajęcia.
Obawiam się, że nie udźwignę tego tym razem...

Oby więc było dobrze!
Trzymajcie kciuki, proszę.

***

Dziękuję wszystkim, którzy byli z nami w ostatnich tygodniach.

Nieszczęścia niestety nie chodzą parami, a galopują w tabunach.
Coś o tym wiemy, niestety.
Ale już jest lepiej.
Przynajmniej w jednej materii.
Wczoraj zdjęłam szwy i wracam do formy fizycznej. :)

Przy okazji polecam Oddział Chirurgii Onkologicznej na ul. Opolskiej w Gliwicach.
Fantastyczny lekarz onkolog dr Strojek i super pielęgniarki = kobiety starej daty, takie z jajami, charakterne, bardzo kompetentne i bardzo miłe.
Do wszystkich, którzy straszyli wyjmowaniem szwów - nie wiem o czym mówiliście. :D
Poszło sprawnie i bezboleśnie.
Pielęgniarka była genialna. :)

Pozwoliła mi wejść z dzieckiem, które jest mocno zainteresowane wszelkimi medycznymi zabiegami.
Młody stał obok i obserwował. Pani objaśniała go co robi. :)
Na korytarzu młody obwieścił wszystkim, że "mamusia była bardzo dzielna". :D

Tyle mojego.

***

Robimy nową diagnozę funkcjonalną w Fenix.
Cudem jakimś pani pedagog i pani psycholog znalazły dla nas termin przed orzecznictwem.
To ta kolejna rzecz nie do wykonania... A jednak. :)
Ostatnia wizyta 14 kwietnia. Potem opinia.
Diagnoza potwierdza ZA, tak jak w zaświadczeniu od psychiatry.

Jeszcze tylko neurolog i zaświadczenie lekarskie.

***

Danio nadal opłakuje sprzedany rower biegowy.
Zarzeka się, że na inny nie wsiądzie, że chce taki jak miał i żaden inny.
Trzy miesiące marudzenia...

Będziemy próbowali zaleczyć ranę. :)

***

W pt. musimy odbębnić neurologa dziecięcego i zasięgnąć jego opinii.
Wracamy do pani dr z Chorzowa, tej samej która jako pierwsza nas zdiagnozowała lata temu i dała pierwsze zalecenia, po których w końcu coś drgnęło i pediatrzy zaczęli nas kierować na badania i wystawiać skierowania (neurolog, logopeda, psychiatra itp.)

Niestety Goar już nam nie pomoże w kwestii neurologicznej. Pozbyli się ASD i mają spokój.

Trzymajcie więc kciuki, żeby tam na powrót otoczono nas opieką.

***

Ściskam !


wtorek, 24 marca 2015

Same negatywy i trochę pozytywów

Ostatnio mamy moc negatywnych wieści i zdarzeń.
Nawet nie będę ich opisywać, bo szkoda palców...

Generalnie mamy takie fazy, że wszystko się sypie, więc już się przyzwyczaiłam, ale teraz to jest już szczyt szczytów.

Podam tylko takie ciekawostki...

1sza.
Komisja orzekająca o niepełnosprawności robi spotkanie dla dzieci raz w miesiącu.
Ma to miejsce w miesiącu po zakończeniu poprzedniego orzeczenia.
Przykładowo... kończymy orzeczenie w maju, 31 maja.
Komisja ustali termin na 8 czerwca.

Na wydanie decyzji mają 30 dni.
Potem z tą decyzją idziemy do MOPS.
Powiedzmy, że jest to początek lipca - przy dobrych wiatrach.
MOPS ma znowu czas... Najpierw na wydanie decyzji, potem na wypłatę.

Z czego ludzie żyją przez ten czas?
To są w najlepszym razie dwa miesiące!
W najgorszym ponad trzy!

A z czego żyją tacy, co są na wychowawczym? Nie mający żadnego dochodu, ani możliwości podjęcia pracy przy chorym dziecku?
Tak, ja wiem, MOPS nadpłaci, ale z czego żyje taka matka w maju, czerwcu, w lipcu do czasu wypłaty?

Ktoś tam oszalał, przy ustalaniu tych zasad. 

2ga.
Co myśli lekarz neurolog odmawiający wydania diagnozy po 3 latach prowadzenia dziecka?
Na trzy miesiące przed komisją!?
Co myśli, gdy odsyła do psychiatry, bo teraz to sprawa psychiatry... podczas, gdy do tego psychiatry czeka się 10 miesięcy na wizytę?

Decyzja NFZ, że neurolog się tym nie zajmuje?
Ok, w takim razie co miał we łbie NFZ odbierając lekarzowi prawo do wydania diagnozy dziecku prowadzonemu przez tego lekarza przez 3 lata?

Gdy 3 lata temu robiliśmy  nasze papiery, nie było w ogóle wymogu wizyty u psychiatry.
Danio jest pacjentem Fenixa tylko dlatego, że wyszłam przed szereg i załatwiłam wtedy wizyty, a potem konsultacje i kontrole w dwóch placówkach.
Gdyby nie to, zostalibyśmy teraz z niczym! 

3cia.
Co myśli komisja, która przy obecnych terminach oczekiwania na specjalistów, każe przynieść zaświadczenie od lekarza prowadzącego wystawione nie wcześniej niż miesiąc przed złożeniem dokumentacji do orzecznika?
Myśli w ogóle?

Oto Polska.
Kraj absurdów.

Na szczęście rodzice dzieci z problemami mają jaja i potrafią załatwić niemożliwe.
Najczęściej.
Chyba że mają pecha i trafiają na durnych ludzi.

Tak więc...

- mamy zaświadczenie z diagnozą od psychiatry, do którego nie sposób się dostać 
- mamy całą dokumentację neurologa, który do tej pory nas prowadził 
- mamy opinię prowadzącej nas od początku pani psycholog z ośrodka, który  już nie prowadzi spektrum; i tylko dzięki tej pani jeszcze tam jesteśmy...

Do realizacji w kwietniu mamy dwa kolejne cuda.
Tzn. już rzecz się dzieje, sprawa w toku. 

Do załatwienia zostały jeszcze dwa inne. Ale nie będziemy zapeszać, jako że peszol nas nie opuszcza i nie podzielimy się tym póki co. :)

Pozostałej masakry finansowo-zdrowotno-mieszkaniowej nie będziemy poruszać.
Będziemy za to mantrować przed snem, przywołując same dobre wizje. ;)

O! Taka metoda na tę wiosnę. :)

Hołk 





wtorek, 10 marca 2015

Ciekawostka pościelowa

Taka historyjka, bez znaczenia. ;)

Dziecko upatrzyło sobie jedną zmianę pościeli.
Już się podarła, rogi przetarte (młody obgryza), materiał jak siatka.
Zmieniłam na inną i postanowiłam starocia wyrzucić.

Leżymy w łóżku w świeżej pościeli.
- Mamusia
- Tak?
- Ja nie lubię tej kołderki.
- Ale dlaczego?
- Bo jest niefajna, nie chcę jej.
- Ale tamta jest brudna, musimy teraz trochę pospać pod tą.
- Ale ja jej nie chcę.
Możemy zostawić poduszki, ale kołderkę zmień.
- Ale Danielku... - próbuję tłumaczyć
- Ale mamusia... jak zmienisz kołderkę, to zobacz jak będzie ładnie i kolorowo.

I tak 45 minut.
Kolejnego wieczoru to samo.
Dobrze, że nie budzi się w nocy z takim żądaniem.

***

I druga historyjka, z wczoraj.

Kupiłam czapkę. Pani sprzedająca albo ślepa albo złośliwa. Sprzedała mi rozmiar, którego nie chciałam. Dała mi czapkę z metką papierową, z rozmiarem 51. W domu okazało się, że metka wszyta do czapki  ma inny rozmiar - 49. Po głębszych oględzinach okazało się, że metka papierowa została przyczepiona do plastikowego "sznureczka" zszywką.
Dziecko zmierzyło czapkę i oznajmiło, że taką czapkę ma dziadek i to jest teraz jego ulubiona czapka i on w niej będzie chodził.
Godzina 19 a on do mnie: mamusia, chodź idziemy po chlebek, a ja pójdę w tej czapeczce.
o_O

Nie miałam serca mu jej odebrać, żeby oddać.
Tym sposobem mamy dwie czapki na teraz, zamiast zapasu na jesień.
A taka okazja się trafiła cenowa, z naszej ulubionej czapkowej marki. :(

***

Przypominamy się wszystkim miłym czytaczom, że nadal zbieramy 1% podatku na Danielka.



Pozdrawiamy i dziękujemy za wszystkie datki, za miłe maile i wiadomości.
:*

***

Dziękuję za paczkę z bucikami dla Danielka! :*

I za bardzo miłego maila z ofertą nie do odrzucenia. :)  :*


środa, 4 marca 2015

Zaśw. lekarskie o stanie zdrowia dla potrzeb orzeczenia o niepełnosprawności ...

Prośbę mam i pytanie.

Czy ktoś z Was, moi drodzy czytelnicy, może mi powiedzieć co miał na myśli autor "zaświadczenia lekarskiego o stanie zdrowia wydane dla potrzeb Miejskiego Zespołu do Spraw Orzeczenia o Niepełnosprawności" zamieszczając w punkcie 7 zapis:
- Wykaz wykonanych badań dodatkowych, potwierdzających rozpoznanie stanowiących załączniki do niniejszego zaświadczenia ?

Jakie badania (nie diagnoza, nie zaśw. od specjalisty, nie opinia psycho-pedag.) można załączyć w przypadku dziecka ze spektrum, aby potwierdzić jego diagnozę, czyli Zaburzenia ze Spektrum - Zespół Aspergera?
Morfologię? :)
USG brzucha? :)

Brak mi pomysłów.
Może mi coś podpowiecie. :)



niedziela, 1 marca 2015

Terapia kotem?

Słyszeliście o tym, że ludzie mający dzieci ze spektrum sprowadzają do domu zwierzęta w celach terapeutycznych?
Macie takie doświadczenia? Słyszeliście o podobnych sytuacjach?

U nas kot mieszka już 10 lat. Był w domu na długo przed dzieckiem.
Nigdy nie traktowałam go jako elementu terapii.
Z początku były nawet trzy, ale jeden dostał nowy dom wkrótce po urodzeniu Daniela.
/Nie dało się pogodzić tego kocura z dzieckiem. Za młody był i zbyt wszędobylski. Żarł smoczki, wylizywał odłożone butelki z mlekiem, atakował (w zabawie) ręce i nogi dziecka i robił dużo innych, dziwnych rzeczy./

Drugi kot ześwirował przy moim synu.
Po prostu dźwięki jakie Daniel z siebie wydawał były dla tego kota nie do przeskoczenia.
Serce mi krwawiło, bo to był "mój" kot. Ukochany, słodki, taki co to można go było przewrócić na drugą stronę. Uratowany ze schroniska podczas epidemii panleukopenii.
Byłam akurat po zabiegu, wróciłam ze szpitala i próbowałam poskładać się do kupy psychicznie i fizycznie, bo zabieg jaki przeszłam stawiał pod znakiem zapytania możliwość posiadania przeze mnie dzieci... Zajrzałam na pewne forum, znalazłam schronisko, w którym akurat wybuchła epidemia, zobaczyłam zdjęcia i zakochałam się.
Uratowaliśmy go. Sprowadziliśmy przez całą Polskę i zawładnął nami po czubek ogona.
Niestety przy Danielu zaczął wariować. Uciekał, bał się, sikał po domu. Wrócił mu tzw. SUK. Syndrom urologiczny, na który często cierpią kastrowane kocury.
Przeszliśmy wszystkich lekarzy weterynarii w okolicy. Nic nie pomagało. Nawet psychotropy nie działały do końca. Poprawa była krótka, a potem wszystko wracało do stanu sprzed leczenia.
Wymiana pościeli kilka razy, wszystkie ręczniki, koce, w końcu poszła wykładzina, a po niej kanapa.
Wtedy mój ówczesny partner powiedział Basta! 
Po wypłakaniu tony łez postanowiłam szukać mu lepszego domu.

Została kotka. Bardzo charakterna i twarda sztuka.
Przy Danielu zmiękła i zmieniła się prawie w pluszaka. Prawie. :)
Jest bardzo cierpliwa, ale czasem ma dość. Chowa się zwykle. Ale potrafi też (doprowadzona do ostateczności) rzucić się jak wąż i chapsnąć.
Nie robi krzywdy, bardziej straszy. Rzuca się z zębami bardzo szybko i od razu ucieka. Na ręce zostają minimalne ślady, które znikają po paru minutach. Tak jakby ktoś wziął wykałaczkę i przycisnął nią skórę tworząc zagłębienie. Po dwóch minutach takiego trzymania na skórze zostaje wgłębienie, które znika po kilkunastu następnych.
Tak "rani" nasza kota.

Czasem dumam nad tym na ile jej obecność wpłynęła na stan i zdrowie dziecka.
Oczywiście nigdy już do tego nie dojdę. Ale chciałabym wiedzieć...

Kota przychodzi gdy Daniel płacze. Miauczy i łasi się do niego. Ociera się, przytula.
Próbuje pocieszyć. Jakkolwiek dziwnie to brzmi.
Gdy młody zaśnie wieczorem kotka od razu zmienia legowisko i idzie do dziecka.
Na czas usypiania Gadzinki kot jest poza sypialnią.
Gdy otwieram drzwi, kot stoi pod nimi i czeka. Wślizguje się natychmiast, gdy uchylę drzwi.
Kładzie się tuż przy Danielu, przytula jak może najbliżej i śpi.
Jest jak barometr.
Gdy wchodzi mi nagle do pokoju, a Daniel śpi tzn. że młody ją wykopał, bo mu było za ciepło, albo chce mu się siku. Idę wtedy go przykryć, albo odsikać przez sen. :)

Czasem robię coś w kuchni i nagle reflektuję się, że w pokoju jest za cicho.
Wchodzę tak, żeby młody mnie nie widział. Zaglądam ukradkiem.
Zastaję tam jeden z dwóch obrazków. Albo młody zapatrzył się na bajkę, a kot śpi obok, albo młody ogląda na kocie. Dosłownie. Kota leży na płasko, a on naprzeciw tv, robiąc sobie z niej poduszkę.
A ona ani drgnie. :)

 Wierzycie w terapię kotem? :)

***

Zobaczcie co właśnie wchodzi do księgarni:

Billy...

foto: nasza księgarnia


piątek, 27 lutego 2015

Regres i niespodzianka

Że mamy regres to już pisałam.

Zagłuszamy świat. Biegamy i buczymy. Tupiemy przy tym jak koń.
/Czy można biegać w godzinach od 7 do 20 bezkarnie po domu, gdy mieszka się w budynku wielorodzinnym, czy w końcu przyjdzie mi policja z opieką społeczną?/

Próby zajęcie dziecka wypadają słabo. Dziecko się nudzi. Nic nie chce robić.
Jedyne co wchodzi w grę jeszcze, to czytanie.
O chwała Panu!
Nie żeby był wtedy bez ruchu, co to to nie, ale przynajmniej nie tupie i nie buczy.

Zakupiłam "wielką księgę" z przygodami Basi i czytamy.
Podoba mu się, na moje szczęście.
Znacie?


Polecam, jeśli nie.
Jest cała seria z Basią. Niestety już przez nas znana. Przyszedł więc czas na zbiorcze wydania.

***

Przy okazji mam do Was pytanie i prośbę.
Macie książki o Muminkach?
Takie zbiorcze? Z wieloma opowiadaniami?
Z obrazkami?
Które z nich są w tym starym stylu? Chodzi mi o stare teksty, te najstarsze wersje w nowych wydaniach.

Niedawno oglądałam jakieś Mumunki w nowej wersji, bajkę z nowymi dialogami, nowymi obrazami i powaliła mnie. Słaba podróbka. To już nie to co kiedyś.
Dlatego szukam starych Muminków w postaci książki, w nowym, kolorowym wydaniu.
Znalazłam takie....


I takie...


Podpowiecie które fajniejsze?

I czy to są stare historie czy nowe jakieś wymysły na temat?

***

Wczoraj na WWR młody dostał nową dziewczynkę do zabawy.
Jedna z pań widzi w czym problem i zawsze dorzuca mu inne dziecko.
Zwykle pewnego M.
Wczoraj młody już wyczaił co się święci i pani, z którą miał wcześniejsze zajęcia powiedział, że nie chce iść do drugiej pani, bo ona zawsze "wciska mi tego M".
o-O
Sam komentarz mnie powalił, przyznam szczerze.

Ale pani pedagog była przewidująca i tym razem przyszła z innym dzieckiem.
Była to Marysia.
Marysia była spokojna, większa od Daniela (nie wiem czy starsza) i bardzo sympatyczna.
Na sali zaległa cisza...
Po pół godzinie towarzystwo wyszło i rozeszło się jakby nigdy nic.

W domu pytam: jak Ci się podobała zabawa z Marysią? Fajna ta Marysia?
Na co mój syn: bardzo fajna.
o-O

Powalił mnie.

***

Z innej bajki...

Dziękuję wszystkim, którzy odezwali się do mnie po tym jak zamroziłam konto na fb. :)
Podobno należy usunąć się z portali społecznościowych i czekać na odzew.
Wówczas szybko okaże się, kto jest naprawdę Twoim przyjacielem.

Wynik może zaskoczyć.
Mnie zaskoczył.
:)
Dzięki i pozdrawiam Was serdecznie!

***

Dziękuję Wioli Ciepał za paczkę. Buty i sweterki super. :)
Sweterki dobre, a buty będą dobre z początkiem następnej zimy.
Pozdrawiam!


wtorek, 17 lutego 2015

Telegraficznie...

Po 1 parę tygodni temu zaczęły się wczesne pobudki.
Potem doszły fochy, trzaskanie drzwiami, płacz o każdą pierdołę.
Weekend koszmar.
Tydzień temu zajarzyłam...
/To już setny raz i zawsze jestem tak samo nieświadoma!/
Regres.

Budzimy się o 6 i od razu nie mamy humoru.
Jemy tylko kilka rzeczy: pierogi ruskie, pizzę, zupę ogórkową, banany, jabłka, mango, pomidory i parówki.
Koniec.

Aaaa i jeszcze coś - domagamy się słodyczy. Sto razy dziennie.

Nie bawimy się. Nie chcemy nic robić. Czytać, pisać, rysować, układać... nic.
- Mamo ja się nudzę!
- To chodź poczytamy.
- Nie chcę.
- To pobudujemy coś z klocków.
- Nie chcę.
- To może zbudujemy tory albo porobimy coś z ciastoliny?
- Nie chcę torów. A ciastolina wygląda jak kupa.
- Że co?
- No bo ona ma pomieszane kolory i wygląda teraz jak kupa.

Ręce opadają...

A zakichany basen nadal w strefie marzeń, bo samochód niesprawny. A wiele by pomógł!
.... mać!

Nie chce ktoś kupić Fiata Stilo w wersji kombi?
Ktoś kogo stać na wjazd do warsztatu i naprawę paru pierdół na pewno byłby zadowolony z tego dupowozu. Ja niestety  nie jestem, bo poza mega komfortem dobija mnie wszystko, nawet wymiana zacisku.
W zamian przyjmę Fiata Punto II. ;)

Jak sobie pomyślę, że od września mamy 5km do szkoły, to mi słabo.
Jak ja to załatwię bez auta?
Pojęcia nie mam.

I tyle na dziś.
Poza tym lawina.
Bardzo chore dziecko znajomych.
Chora moja kumpela. Nie wiadomo na co. Podejrzenie białaczki.

Trochę za dużo na jedną moją biedną głowę.

Hołk!


środa, 11 lutego 2015

Słów kilka i nowa diagnoza

Pytacie co u nas.
Powoli do przodu. :)

Złożyłam papiery do Urzędu Miasta z prośbą o przekierowanie nas do zerówki poza rejon. W małej szkole. Czekam na odp.
Póki co cisza i nic nie wiem.

W szkole jesteśmy zgłoszeni i wstępnie przyjęci.

Zbieramy papiery do orzecznika, który za dwa miesiące.
Byliśmy u psychiatry i mamy nową diagnozę - ZESPÓŁ ASPERGERA.

Chodzimy na WWR i dobrze się tam bawimy. :)
Z ręką na sercu mogę polecić wczesne wspomaganie w przedszkolu na Sienkiewicza. Samo przedszkole też. Świetnie zorganizowane miejsce. Dzieci potrzebujące mają tam zajęcia z psychologiem, pedagogiem i SI. I nie jest to bezsensowne układanie puzzli ani gniecenie ciastoliny na modłę pani prowadzącej, tylko prawdziwie terapeutyczne zajęcia.
Prawdziwa sala do SI, prawdziwa sala doświadczania świata. Cisza i spokój - zajęcia są na poddaszu, w miejscu gdzie dzieci same nie mają wstępu.
Daniel lubi wszystkie trzy panie, ale specjalnie upodobał sobie panią Ulę. Psycholog z sercem. Świetne podejście do dzieci. Widać, że pani Ula je lubi. Że nie przychodzi do pracy żeby odrobić godziny i wziąć gotówkę. Sympatia jest zresztą wzajemna. Dzieci lubią ją bardzo, a Daniel tylko czeka na czwartek i pyta ile dni zostało do pani Uli. :)

Z basenem stoimy. Oddałam auto do warsztatu na wymianę klocków hamulcowych i już dwa tygodnie próbują naprawić mi zacisk. Wymiana na nowy w grę nie wchodzi, bo przy Stilo to cena 700zł. Zamienników do tego durnego auta brak. :/
Jak tak dalej pójdzie będę musiała sprzedać tego muła. Niestety obawiam się, że po tej sprzedaży starczy mi jedynie ma małego fiata albo zdezelowane CC. :(
Pojęcia nie mam jak to ugryźć. :(

Poza tym jakoś leci. Powoli i do przodu. :)

***

Nadal zbieramy 1% podatku na sfinansowanie terapii w roku przyszłym.

***

Nadal poszukujemy śniegowców i zimowych butów (od rozm. 27) i spodni narciarskich (od rozm. 116) na kolejny sezon.
Gdyby ktoś coś, to polecamy się serdecznie. :)


Pozdrawiamy!

wtorek, 20 stycznia 2015

Nowy Rok, nowe sprawy... i zbiórka 1% podatku

Dziś krótko. :)

Na początek bardzo dziękuję za pomoc, jaką ostatnio uzyskałam.

Przede wszystkim dziękuję:
Michałowi Pawłowskiemu
Marcie Więcław
Agnieszce Jeruzalskiej
za wpłaty na subkonto Danielka w Zdążyć z Pomocą.
Serdecznie pozdrawiamy!

***

Ponadto dziękuję za prezent jaki sprawiła mi pani Aneta Wytwer.
Szalona niespodzianka. :)
Serdecznie dzięki!

***

Kolejna sprawa to kolejny rok i 1% podatku.
Pytacie czy zbieramy.
Tak, zbieramy.
Na subkonto w Zdążyć z Pomocą.


Środki z tegorocznej zbiórki standardowo przeznaczone będą na:
- suplementację: pierwiastków (ciągle ucieka nam Mg i Zn), stałe wspomaganie pracy układy pokarmowego (probiotyki, wit. B) i ciągłą walkę z zaparciami (laktuloza, Colon C itp.);
- wsparcie i konsultację psychiatry w ośrodku Fenix Gliwice;
- terapię Integracji Sensorycznej;
- pomoce terapeutyczne, w zależności od zaleceń psychologa i pedagoga;
- leki - wg potrzeb;
- prywatne wizyty lekarskie - wg potrzeb, np. u  neurologa;

Z góry serdecznie dziękujemy za każdą wpłatę.
Przy zbiórce 1% podatku świetnie widać jak działa zasada "ziarnko do ziarnka". A działa wyśmienicie.
Za co bardzo Wam dziękujemy!

***

Kolejna rzecz, to prośba o kciuki...

Daniel został przyjęty do małej szkoły podstawowej, do zerówki.
Przez szkołę, póki co. Mieli miejsca, zgodzili się.
Teraz zostaje tylko czekać na decyzję Urzędu Miasta.
Mam nadzieję, że się zgodzą na wyjście poza rejon.

Jeśli nie, to leżymy.

Zmiany, jakie dokonały się w moim dziecku są ogromne. Duży  moloch szkolny zniszczy całe 5 lat naszej pracy. Nie zamierzam na to pozwalać. Mam jednak nadzieję, że nie będę musiała robić pikiety  na rynku, ani przykuwać się do samochodu prezydenta miasta. ;)

Trzymajcie kciuki!
Niestety pojęcia nie mam czy oni na wnioski odpowiadają i w jakim terminie to robią.

I to tyle na dziś. :)
Pozdrawiam


środa, 14 stycznia 2015

Mieć ciastko i ... mieć ciastko

Rzeczywistość dzieci z zaburzeniami.

Banał. Matka kupiła ciastko.
Zwykłe kruche, z marmoladą. Takie "socjalistyczne". ;)
Kilka sztuk, ot tak, dla przyjemności dziecka, w ramach nagrody za coś może, bo dziecko nigdy tego nie jadło, a matka znała ze swojego dzieciństwa i też chciała spróbować.


Ciastko wylądowało na talerzyku i zainteresowało syna.
Przyszedł, zobaczył, oznajmił, że ładnie zjadł obiadek, wziął w palce, i... oczy zrobiły się baaardzo duże.
Odłożył, wytarł rękę w spodnie i wyszedł z pokoju...

Pomacałam i ja.
Od razu zaskoczyłam w czym rzecz.
Kruche. Przylepia się. Zostaje na palcach. Takie małe suche ciastkowe okruszki.
Zawsze takie były. Ale jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi.
Wycierało się łapy i tyle.
Ważniejszy był smak. A były pyszne i rozpływały się w buzi.

Dla Dania smak nie miał znaczenia.
Nie dało się nawet spróbować.
Faktura, której nie da się przeskoczyć, nawet jakby smakowała nieziemsko.

Ot, taka przygoda, szybko zakończona.
Tych ciastek jeść nie będziemy.
Nawet ich nie widzimy, gdy stoją na stole...



piątek, 9 stycznia 2015

Aj ja jaj

No i Nowy Rok i nowe problemy.
Już się super zapowiada... :/

Na początek pozytywy:
Dziecko super kontaktowe, dużo mniej marudne, więcej można wytłumaczyć, wynegocjować, więcej rozumie. Nieźle śpi, je. We wzroście i wadze szału nie ma, ale małe przyrosty odnotowuję.

A poza tym:
W tym roku mamy kolejne spotkanie w orzecznictwie. Już wiosną.
Martwi mnie ono bardzo.
Bez orzeczenia Daniel wyląduje w szkole na osiedlu, a to największa szkoła w mieście. 7 klas pierwszych. Nawet nie chcę myśleć co by się tam działo. On nawet przejść obok nie jest w stanie.
Tymczasem GOAR wyrzucił  spektrum z ośrodka i już nawet papierów nie wydaje. Odbyliśmy właśnie kolejną wizytę u neurologa, z myślą o orzeczeniu właśnie i wyszliśmy... z niczym.
Doktor stwierdził, że kartki z diagnozą nie da i że w tej sprawie to do Fenixa...

Szkoda tylko, że nie pomyślał o tym pół roku temu, gdy kazał mi być w styczniu.
W Fenixie nie ma opcji zarejestrowania się na za miesiąc czy dwa. Tam się czeka na wizytę prywatną prawie pół roku!
Jak ja mam zdobyć papiery do kwietnia?
No ale co to doktora obchodzi...

I tak teoretycznie zostaliśmy na lodzie.

Fuks mój taki, że zapisując się pół roku temu do neurologa, zapisałam się od razu do Fenixa, więc może cudem jakimś zdążę odbyć wizytę tam jeszcze przed orzeczeniem. Tyle że to jedna wizyta, jedna godzina. Trochę mało. Trudno, będziemy negocjować, prosić i błagać o kolejne gdzieś między północą a 1 w nocy, jeśli będzie trzeba.

Nie zmienia to jednak faktu, że ta sprawa diametralnie zmniejsza mi ilość dobrych dokumentów. Dobrych, czyli od specjalistów, od ludzi, którzy się liczą w tym mieście w związku ze spektrum.
Niestety żyjemy w takim kraju, że bez dokumentów z tysiącem pieczątek nic się nie załatwi.

Celem wszystkich moich działań teraz jest, by nie powtórzyć błędu z przedszkolem.
Tym razem nie interesuje mnie odległość. Nie dam sobie już powiedzieć: "jak Ty go tam zawieziesz, jak będzie zima, deszcz, a tu trzeba 4km..." itd.
Przedszkole miałam 1,5km od domu, 20 min drogi pieszo. I co? Figa z makiem.
Odległość to nie wszystko.

Szkołę (z zerówką) znalazłam 5km od domu. Jedyną małą, z dwoma klasami w roczniku. Obie klasy integracyjne. Po 20 dzieci. To szkoła, gdzie dzieci takie jak Daniel radzą sobie dobrze, np. przeniesione z Sp 1, która też jest integracyjną.
Jeszcze nie wiem jak to zrobię, czy nerkę będę musiała sprzedać, czy z kimś się przespać (żart ;)), ale załatwię mu tę zerówkę tam, nawet jakbym się miała na lewą stronę przewrócić.
Ale żeby tam został i chodził do szkoły, potrzebuje orzeczenia i kształcenia specjalnego/integracyjnego na czas edukacji w klasach I-III.
Żadna poważna placówka nie przyjmie sobie takiego dziecka jak Daniel jako zdrowe, bo znając to dziecko wiedzą doskonale, że to jest 6te dziecko "specjalnego traktowania" w grupie, a przy tym jeszcze zwykle wychodzi kilkoro dzieci z różnymi problemami i kilkoro z patologicznych/dysfunkcyjnych rodzin, które też problemów do szkoły przynoszą tuzin.

Tak więc przed nami półrocze męki, chodzenia, biegania, stękania, tłumaczenia, przedstawiania i kompletowania dokumentacji itp. cudów.

Sprawę utrudnia fakt, że Daniel obecnie nie wygląda na dziecko z zaburzeniami.
Oczywiście do czasu. Ale wizyta piętnastominutowa na orzecznictwie tego czasu nie przewiduje.
Wszystko wychodzi w takich sytuacjach jak wczoraj na WWR np. albo jak u pedagoga w Goarze parę dni temu.

Przykłady:

Jesteśmy w Goar. Pani woła młodego na salę doświadczania świata. On idzie chętnie, ja zostaję na korytarzu. Po kwadransie wchodzi tam inne dziecko. Po paru minutach trzecie.
45 minut później wychodzi mój syn i oznajmia mi, że mu się nie podobało. Ja wiem dlaczego, ale czekam aż pani pedagog do nas przyjdzie.
Pani przychodzi i opowiada co Daniel robił... Opowieść kończy się z chwilą wejścia do sali innych dzieci. Pomysł pani miała średni, bo zrobiła z tej trójki zabawę grupową z kontaktem bezpośrednim tj. cielesnym. To zakończyło całą współpracę bardzo szybko.
Wychodzimy, pedagożka pyta młodego czy jeszcze do niej przyjdzie, a on odwraca się w jej kierunku i tonem 15tolatka mówi, że tak, że on tu jeszcze przyjdzie, ale jak nie będzie innych dzieci. Że następnym razem pani ma im powiedzieć, że nie ma miejsca!
o_O

WWR. Jedna z pań bierze na salę Daniela z inną dziewczynką. Młody od początku mówi, że nie chce, że dziewczynka nie ma wchodzić. Pani jakoś to wszytko ogarnia i zabiera dwójkę.
Potem oczywiście dowiaduję się, że współpraca była taka sobie, prawie żadna, ale nic konkretnego nie pada, ja nie dopytuję, bo przecież wiem.
Leżymy w łóżku wieczorem, a Daniel mówi, że nie może zasnąć, bo mu się coś przykrego przypomniało. Tłumaczę więc, żeby sobie pomyślał o czymś miłym i rzucam przykładem, że trzy tygodnie nie był u pani Uli (też pani z WWR, którą Daniel uwielbia, ze wzajemnością zresztą) a dzisiaj był, więc niech mi opowie czy było fajnie. Ale on nie opowiada o pani Uli, tylko wraca do tej drugiej pani i zaczyna mi mówić, że nie było fajnie, że pani wzięła dziewczynkę jeszcze i że on tam więcej nie pójdzie...

W temacie jak wyżej, jak widać, nic się nie zmieniło.
Dorośli są fajni, dzieci są beznadziejne. Nie ma ochoty na kontakt, na współpracę, na bycie obok siebie nawet. Ilość dzieci oczywiście wzmaga problem.
I jak ja mam go wprowadzić do szkoły integracyjnej, gdzie w jednym roczniku jest 170 dzieci?
I co to za integracja jest??

Z innej bajki:

Daniel wyraźnie interesuje się matematyką.
Jakby mi ktoś wcześniej powiedział, że dziecko zasypiając może żądać policzenia do 100, to bym nie uwierzyła. Tymczasem mój syn zasypiając prosi: "mamusia policz mi do 111".
Taka kołysanka.
Liczby go bardzo interesują. Wszystko liczy.
Sam nauczył się liczyć do 20tu. A teraz kombinuje z 20tkami i dalej. Czyta numery na drzwiach w naszym bloku.
Ja nie pomagam, widzę że to go kręci i nie chcę go zafiksować.
Odpowiadam, gdy pyta, ale nie zachęcam do liczenia, nie mówię o tym, jeśli sam nie zaczyna.

Litery go nie kręcą. Zna wiele, większość chyba. Z tym, że niektóre zapisuje odwrotnie. W lustrzanym odbiciu. Podobno to efekt skrzyżowanej lateralizacji? Tak mi ostatnio ktoś powiedział.
I znowu usłyszałam, że trzeba mu pomóc wybrać jedną ze stron, bo jedzie na dwie.
I znowu nie wiem co z tym zrobić. Przy leworęczności nie pozwoliłabym ruszać, ale Daniel jest nadal oburęczny. Potrafi pisać lewą ręką i w połowie bazgrania przełożyć długopis do prawej... o_O

Co gorsza nadal nie chce ćwiczyć, więc trudno powiedzieć co preferuje. Na zajęciach panie nic nie wyczaiły, bo raz sięga przyrządem do prawego oka, raz do lewego. Raz wyciąga prawą rękę, raz lewą.
Na SI wyszło, że niby preferuje prawą rękę, ale widzę, że jak chce coś nagle, np. rzuca czymś ze złości to wtedy walnie lewą.

Ostatnio strasznie dużo skacze. I biega po domu. To pewnie przez zmniejszenie godzin SI i zajęć fizycznych tak w ogóle. Ale zima, nie mamy sprawnego samochodu, więc jesteśmy udupieni. No i chory był ostatnio, a ja jestem ciągle, od września, więc też trochę nie byliśmy na basenie. Tam zresztą też trzeba dojechać...

Przez ostatnie dwa miesiące Danio bardzo się zmienił. Zrobił się przylepny. Zawsze na mnie wisiał, ale teraz robi to inaczej. Mówi, że mnie kocha. <3 Wymyśla różne śmieszne słowa, np. mówi do mnie: mamusia, mamunia, mamusiunia i takie tam. :)
Potrafi podejść tylko po to, żeby powiedzieć "kocham cię" i się przytulić.
Słodkie to, ale uciążliwe bardzo, bo nie mam opcji zrobienia czegoś w domu, w kuchni, gdy jesteśmy tylko we dwoje. Domaga się 100% mojej uwagi, jak on ogląda bajkę, to ja mam być obok. Nawet jak dam mu telefon do pogrania to muszę przy nim siedzieć.
A z drugiej strony ciągle jest: nie chciej nic ode mnie, nie wykonam polecenia, chcę jeść tylko pierogi i ogórkową, nie tak nie jest, zrobię odwrotnie, nie ta litera tak nie wygląda, wygląda tak (i rysuje odwrotnie), nie pójdę na zajęcia, nie chcę iść do szkoły, nie będę się bawił z dziećmi, nie chcę rysować, daj mi tableta...
Do ludzi na ulicy, którzy go zaczepiają mówi wprost: ja nie lubię jak ktoś do mnie mówi!
Zaznacza głośno, że mają go nie dotykać.
Nie powie "dzień dobry" bo nie ma ochoty. Poucza ludzi w sklepie np. Wchodzi w dyskusję z każdym dorosłym głośno zaznaczając swoje zdanie i racje.
Na koniec potrafi do mnie powiedzieć: "jaka niepoważna ta pani". o_O

Jak coś tylko jest nie po jego myśli, to koniec zabawy.
Wczoraj rzucaliśmy piłką w domu. Lekko. Do czas aż włożył w to dużo siły i piłkę złapałam na choince. Spokojnie i krótko powiedziałam: Danielek nie tak mocno, bo jak nie złapię, to piłka wpadnie na meble i coś się stłucze.
Koniec. Zabrał piłkę, walnął focha, broda zaczęła drżeć, łzy stanęły w oczach. Stanął na środku pokoju i ...zrobił dramat.

W domu tony książek, a on nie chce czytać Uszatka, przynosi mi książkę o Ziemi i każe czytać o planetach, o tym jak wyginęły dinozaury albo opowiadać jak krąży krew między sercem a płucami itp.

Na bank będzie się kłócił z kolegami z klasy i z nauczycielami. I albo trafi do normalnej placówki i do ludzi, którzy zajarzą w czym rzecz, albo przed odebraniem go będę musiała podpisać listę uwag i skarg od nauczycieli wszelkiej maści na dziesięciu stronach, a on będzie dostawał pałę za pałą. :/

Zmienia się. W sumie to chyba w dobrym kierunku. Ale trudnym.
Nie poradzę sobie, jeśli ten chory system, w tym chorym kraju, będzie tak działał jak działa.

c.d.n.

Mój pomocnik świąteczny: