środa, 21 marca 2012

A jednak rozumiemy

Wiele pisania nie będzie. Tylko potwierdzenie tego co już wiem. Tzn. co ja wiem, bo lekarze ciągle mnie o to pytają i nie dowierzają. Otóż wieść jest taka, że Daniel rozumie. Rozumie wszystko.

Wczoraj kazałam mu coś przynieść i położyć na stole. Rzecz leżała na drugim końcu pokoju, na podłodze. Nazwałam ją. Odwrócił się, przyniósł i zrobić z nią to, o co prosiłam.

To jeden z dziesiątek przykładów.

Najwyraźniej sama sobie dziecko diagnozuję. ;) Od paru tygodni nie mam już wątpliwości, że rozumie, tak jak nie mam wątpliwości, że dobrze słyszy.

Poza tym żadnych nowości, nadal czekamy na termin wizyty u psychiatry, na wizytę w GOAR i na drugą turę homeopatii (która notabene wg mnie nie robi NIC).

Żeby było wiosennie, jak na dworze, poniżej Daniel pierwszego ciepłego dnia tego roku. Pierwsze wiosenne odkrycie - mrówki. :)


Na marginesie mogę jeszcze dodać, że moje dziecko się zmienia... Wyrasta z ciągłego ryczenia, buczenia, marudzenia. Skończyły się dni maruda od rana do nocy. Jest ciężko, jest okres buntu, wszystko na NIE, ale nie ma już tak, że wstaje i o wszystko ryczy.
Klasyczne fochy zdarzają się rzadko, raz na tydzień, dwa... Takie z rzucaniem się na podłogę, krzyk i zanoszenie. Zwykle, na co dzień jest tylko chwila złości i zaraz mija. Czasem tych chwil jest więcej, ale to lajcik w porównaniu z tym, co słyszę od znajomych mających dzieci w tym samym wieku.
Faza noszenia nie minęła, ale jest ciszej, a to już duża zmiana... Po dwóch latach buczenia to niezły szok dla moich uszu. :)  Teraz tylko niech nastąpi szok dla mojego kręgosłupa i już będzie bosko. :D

Pozdrawiamy słonecznie.

wtorek, 13 marca 2012

Pierwsze słowo

No więc przyszedł czas na pierwsze słowo. :) Takie konkretne, nie jednosylabowe, a bardziej złożone. W naszym przypadku dwusylabowe. I nie jest to "mama" czy inne tego typu, o nie.
Słowo z zakresu technicznych, jakżeby inaczej.
Nigdy bym nie zgadła, gdyby mi ktoś kazał wymyślać, więc i Wam nie każę kombinować, podam na tacy.

Otóż Daniel nazywa (i rozumie co nazywa)... kontakt. Tak, taki kontakt, do którego wkładamy wtyczkę, z prądem itd. A słówko to brzmi:
- kuka :)

Może ja już go na politechnikę zapiszę? Bo widzę, że inne aspekty są gdzieś w polu, a technika idzie wprzód szalenie. ;)

Dwa dni później przyszło słowo: chlebek. Wiemy co mówimy, ale nie bardzo powtarzamy na żądanie. Wczoraj np. zapytałam dziecko jak Danielek mówi ładnie chlebek, zapytałam żeby tatuś usłyszał również, a że nie ma okazji za bardzo jeść z dzieckiem ostatnio, to nie ma okazji i słyszeć w innym kontekście.
W odpowiedzi na moje głupie pytanie dziecko odpowiedziało: "am". I tyle. :)
A nasz chlebek brzmi mniej więcej jak:
- ebe

Foto. Wylegujący się tygrys :)

Poza tym mamy  na tapecie jeszcze:
- gaga
Słowo wszechobecne. Gaga jest wszystko, herbata, garnek, salaterka z kisielem, wszystko co kiedykolwiek, gdziekolwiek było gorące, nawet sto lat temu. :) Jak mówię, że gorące, Danio natychmiast powtarza: "gaga", po czym to gaga zostaje już później jak przyszyte do tego czegoś.
No i trzeba to sprawdzić jeszcze, wiec najpierw dotykamy, a później mówimy, że gaga. :/ Nie umiem tego wyplenić tymczasem.

Jest jeszcze:
- si
- ee
W bardzo ciekawych konfiguracjach używane. Dziecko każe się posadzić na nakładce, siada jak jest, czyli w ubraniu i melduje: "ee" pięknie się przy tym uśmiechając. Odpowiadam na ten uśmiech słowami: "robisz ee?", a ten mi odpowiada, że jeszcze "si" i znowu uśmiech.
Dodam, że żadnego si ani ee tam nie ma w danej chwili, ale jest prezentacja. Na sucho. :D

I tyle nowości. :)

Opinia psychologiczna

Tymczasem powrót do naszej diagnostyki, tej pierwotnej.

Mamy opinię psychologiczną. Wygląda ona jak niżej:

Morfologia i takie tam

Ze względu na dość niski poziom Fe we krwi, przyszedł czas na morfologię. Wyszła jak wyszła...


Poziom hemoglobiny zaskakująco dobry, jak na dziecko, które nic nie je. Ilość erytrocytów - wow. Leukocytoza w normie. Wynik fajny w sumie, gdyby nie... rozmaz.
Limfocyty tragiczne, wynik z kosmosu.
W głowie burza i dumanie, co to jest. Trzymanie zeszytów z analityki medycznej nie jest dobrym pomysłem, jak się okazało, bo wyczytałam wszystko co było do wyczytania, poczynając od banalnej choroby wirusowej (jakiejś - przeziębienie zwykłe, grypa it. - tyle że objawów brak), poprzez różne inne, jak toksoplazmoza czy cytomegalia, a kończąc na chłoniakach i białaczkach szpikowych.

Wiele tu zrobić nie mogę na chwilę obecną. Sprawdziliśmy tymczasem to, co się dało, w dodatku bezinwazyjnie, poszukaliśmy CMV (wirusa cytomegalii) w moczu. Sik pojechał kurierem do Centrum Zdrowia Dziecka i wrócił w takiej postaci...

A więc to nie to.

A co to, nie wiemy. Obstawiamy toksoplazmozę, bo dziecko jak to dziecko wszystko zjada, patyki na dworze rok temu szamał na potęgę. Niestety potwierdzenie wymaga utoczenia krwi i wydania ładnych paru stówek. A że to kolejne stówki, jakie byłyby do wydania, czekamy na inne wyniki i inne diagnozy. Toxo musi poczekać.

Tymczasem pani pediatra stwierdziła, że może (?) to być przechorowana jesienią choroba jakaś tam, która zakończyła się serią zastrzyków, z powodu nie przyswajania antybiotyku w postaci płynnej, doustnej.
Jestem skłonna mieć taką nadzieję. Jednakże szybka reakcja na tamten antybiotyk, tak na logikę, wyklucza chorobę wirusową...

Nic to, czekamy.
Będziemy się martwić, gdy powtórzona za jakiś czas morfologia da taki sam wynik, czyli wysoką limfocytozę.

czwartek, 8 marca 2012

Zabawy plastyczne part 2

Kredki wodne dawno zużyte, zepsute albo leżą gdzieś za wanną, a nawet za ścianą, bo dziecko szybko wykorzystało brak jednej kafelki po awarii rury i wrzuciło kilka skarbów za karton-gips. No i przepadło.

Weszliśmy w fazę mazaków tymczasem. Różne firmy to produkują, dostępność też różna. My swoje, takie jak niżej kupiliśmy akurat w Auchan.


Z tym rysowaniem to różnie jest. Czasem mama dostaje mazak i ma paćkać wannę, a czasem dziecko dopada i życzy sobie, by go do wanny włożyć już i natychmiast, bo chce rysować. No to niech rysuje, wkładam jak stoi, w ubraniu, do suchej (no tak prawie) wanny. Potem dziecko całe do prania of course, ale trudno. Kwadrans spokoju jest wart tego, zdecydowanie. :) Zwłaszcza, że jak nie może w wannie to duma gdzie by tu indziej... Parę dni temu pomalował krzesło komputerowe. :/

A tak to wygląda:


Poza wanną też rysujemy, oczywiście. Kredkami głównie. Niestety Daniel sporo nimi rzuca, więc żywot mają trudny i krótki. W końcu znaleźliśmy kredki niemal niezniszczalne. Można rzucać, nawet jak końcówka rysika odpadnie, kredka nie łamie się cała w środku. Po zatemperowaniu znowu mamy sprawny sprzęt.
Polecamy, o takie:


Dostaliśmy też inną zabawkę - farby do malowania palcami. Najpierw myślałam, że Ciocię Agę za to uduszę :D ale okazało się, że są tak mocno zabezpieczone folią, że nie tylko Daniel ich nie otworzy (tzn. każdej pojedynczej farbki, nie pudełka) ale i ja. A przynajmniej nie bez użycia noża. :)

Takie jak niżej. Też polecamy. Jakiś gorzki aromat jest do nich dodany, są niesmaczne, więc nawet Daniel ich nie je, choć lubi wszystko kosztować. :)


A oto fotorelacja z naszego bazgrania.
Kredkami robimy głównie różne mazy. Także koliste, przy czym nie są to klasyczne, zamknięte koła, raczej takie ślimaki. Farbek używamy także z pędzelkiem. Nawet nie wiem jak to się stało, ale nie uczyłam tego syna. Dostał kilka pędzelków, otworzyłam farbkę, położyłam na stolik i nim otworzyłam i ustawiłam aparat dziecko już tworzyło swoje dzieło sztuki... Wiedza wrodzona? :) Nie po mnie. Ja zdolności plastycznych nie posiadam. Danielowy tatuś również nie.



środa, 7 marca 2012

Zabawy plastyczne part 1

Do najbardziej interesujących zabaw dziecięcych należy taplanie w wodzie. Nic odkrywczego, prawda?
Dzieci wodę kochają. Nawet zimną, nawet Bałtyk.
A jak jeszcze do tego dorzucimy parę zabawek to już w ogóle jest super.

Do ulubionych zabaw wannowych w naszym domu, od ponad roku, należą: malowanie wanny i kafelek kredkami, nabieranie wody do różnych pojemników, zwłaszcza nie przeznaczonych do kąpieli, jak np. miski czy plastikowe butelki.
Na wypadek wszelki miskę zmieniłam na sito. Utopienie łazienki nie byłoby pożądane.

Foto: Daniel we wrześniu 2011

Gadżetem bardzo lubianym są też kolorowe ośmiornice widoczne na brzegu wanny.
Zwłaszcza odkąd dziecko nauczyło się je przyklejać do podłoża. A jak fajnie pryskają, gdy nabrać w nie wody... :) 

Ośmiorniczki do kupienia w sklepach internetowych, na allegro, w dobrych sklepach z zabawkami. Kredki w każdym dzieciowym chyba.  
Ośmiorniczki wyprodukowała firma Tomy. Osiem sztuk z różnymi minkami, na plecach posiadają cyferki. Do tego kubas z dziurkami i podłoże, na którym siedzą i pływają po wodzie. 
Zestaw wygląda tak:  


Kredki produkuje kilka firm.M.in. Aqua Studio. Zestawy po 6 i 10 kolorów. Wyglądają jak świecowe, łatwo się zmywają. Niby przeznaczone od 3 lat. Ale wystarczy pilnować, by dziecko ich nie zjadło i można rysować dużo wcześniej.
Poniżej przykładowy zestaw:

czwartek, 1 marca 2012

Logopeda, part 2

Kolejne wizyty u logopedy wiele nowego nie przyniosły. Mamy pochwałę za dźwięki samogłoskowe (a, e, i, o) których Daniel dużo ostatnio wymawia i za krótkie sylaby (ma, ba, eś, aś, ja, ał, am). Pani logopedka stwierdziła, że są prawidłowe, tylko późno.
No cóż, wcześniej też były, ale wiosną, po zakichanym szczepieniu Priorixem, zniknęły.

Dużo w ostatnim czasie beblamy, większość po chińsku, ale mamy też nowe zwroty:
- ja
- am
W tym drugim przypadku wiemy co mówimy, w tym pierwszym mówimy ot tak sobie.

Poza tym mamy takie oto zwierzątka, a w zasadzie ich dźwięki:
- au (kot)
- au (pies)   :)
- ehehe (koń)
- uhu (sowa)
- uuu (krowa)
- chrrr - nie słowo, a typowe chrumknięcie (świnka)

Wyraźnie nie chcemy mówić Miau, Mu, Me, Be. Za cholerę nie wiem dlaczego. "Ma" mówimy, więc nie chodzi o samo "M". "Ba" też mówimy, więc czemu nie "Be"? Nie mam pojęcia.
No nic, pracujemy dalej.

W pokazywaniu większy sukces.
W tej chwili pokazujemy wszystko i to ze szczegółami. Tzn. on pokazuje, a ja mam powiedzieć co to jest. Już go nie satysfakcjonuje pokazanie telewizora. Pokazuje odrębnie różne jego części, a ja mam nazywać. Ekran, guzik, głośnik... Jak tak dalej pójdzie z encyklopedią pod pachą będę chodzić. :)

Z pokazywaniem na życzenie też lepiej. Ale wyraźnie wybieramy sobie ciekawe elementy, a resztę olewamy.
Z książeczki "Dzień Malucha" wybraliśmy sobie i pokazujemy:
- piłkę
- lampę
- lalę
- misia
- kota
- okno
- kapcie
- telewizor
- miseczkę mleka

Z książeczki "Przyroda" wybraliśmy sobie kilka stworów:
- dzik (pierwsza i wielka fascynacja)
- sowa
- żyrafa
- słoń

I ciekawostka. Mało co na życzenie mówimy, za to gdy matka palnęła się w kostkę i w jakimś odruchu nagłym, gryząc się w język wykrzyknęła: "ajajaj" zamiast typowego w takiej chwili (#$*^&#&), dziecko złapało i powtórzyło natychmiast, i bezbłędnie "ajajaj". o_O


foto. Danio w poczekalni u logopedy

Bez problemu pokazujemy gdzie mamy: oko, nos, buzię. Reszta nas nie interesuje.

Mamy też postęp z innej bajki... Otóż próbujemy się ubierać. Bez skutku of course, ale próbujemy. Niezgrabnie wciągamy spodenki (czasem dwie nogi w jedną nogawkę), bardzo sprytnie zdejmujemy pieluchę, a wczoraj próbowaliśmy włożyć Adasiowe rajstopy. :) Niestety ciotka tak je małemu zdjęła, że jedna nogawka była na prawo, a druga na lewo, więc siłą rzeczy nic z tego ubierania nie wyszło. :)

W tej chwili mamy za zadanie poćwiczyć dźwięki twardsze, taki jak: stuk, puk, tru tu tu, bee, meee, pyk, dzyń, kle kle itp. Mamy do tego celu parę wierszyków. Po dwóch dniach postępów brak.

Goście, part 2

Z tym moim dzieckiem to jak z kalejdoskopem. Raz to, raz śmo, raz owo...

Przed tygodniem znowu gościliśmy małego Adasia. Po paru miesiącach, więc Gady się nie pamiętały nawzajem. Po paru minutach nastąpiło oswojenie i zaczęły się zabawy.

O dziwo moje dziecko podawało drugiemu (14 miesięcy) zabawki różne, podchodziło do niego nie po to, by coś zabrać, a by się pobawić obok tym samym lub wspólnie. Było towarzyskie oblizywanie klocków ze śrubami, Adaś moczył w swojej paszczy, po czym podawał Danielowi, a ten uroczo szamał podaną śrubę. :) I odwrotnie. I tak dobry kwadrans. Klocki są drewniane, więc śruby suszyłam do rana. :D

Mój syn był chyba wyjątkowo wyspany, bo widząc jak kolega patrzy na trzymaną przez niego parówkę, zaczął malucha karmić. Przyglądał się czy Adaś ugryzł, a jak nie ugryzł, podawał raz jeszcze, do skutku. Radował tym moje serce, przyznam. I próbami nawiązania kontaktu, i taką dobrą obserwacją i chęcią podzielenia się. Wieczór mocno udany był. Wyjątkowo udany.




Kilka dni później odwiedziła nas Ewcia. Było nieźle, ale już mniej towarzysko. Dzieci bawiły się odrębnie, a jeśli już do siebie podchodziły, to głównie po to, by coś sobie zabrać. Tzn. głównie zabierał Daniel - to muszę przyznać, niestety. :) Na koniec połączyły ich wspólne wygłupy na materacu. Ale że byli już dość zmęczeni to parę razy przydepnęli się w tych dzikich szałach, wzajemnie i buczeli nieco. :)
Na koniec Daniel nie bardzo miał ochotę oddać Ewci sowę, z którą się zaprzyjaźnił. I podarował jej w podziękowaniu za odwiedziny buziaka, w usta. :)

Wczoraj znowu odwiedził nas Adaś. Tym razem w moje dziecko strzelił piorun. Żadnej zabawy. Tylko zabieranie, każdej zabawki, natychmiast po tym jak mały wziął ją w rękę. A jak się nie udało (a parę razy nie udało się, bo mały nie taki ciapciak i nie dawał sobie wszystkiego wytargać) to matkę za rękę i zabieraj mama, to moje. :)
Po dwóch godzinach lekka poprawa, Adaś został nakarmiony chrupką kukurydzianą i pogłaskany po głowie, gdy się rozpłakał. Wow.

Nie przestaje mnie zadziwiać ten mój syn. Raz tak, raz siak. Nie nadążam... :)