czwartek, 23 lutego 2012

Slow parenting

Ech, ach i och... tak sobie wzdycham, gdy wspominam czasy moje dzieciństwa. Trawa, kamienie, kapsle, piasek, patyki, takie zabawki mieliśmy na co dzień. A mimo to jakie kolorowe było wtedy życie. :) A może nie mimo to, a właśnie dlatego?
Do dziś pamiętam jakie świetne były zabawy w wykopie przed blokiem, gdy kładli nową sieć cieplną. Cała okolica tam się bawiła. /I jakoś nie przypominam sobie taśm ochronnych wokół i zakazu wchodzenia. Hmm... A nikt nie zginął./ Ogród mojej babci był nieodkrytą i nieskończoną przestrzenią, całe dnie tam ganiałam, ciągle wynajdując nowe zabawy.

Foto: Wrocławski ogród japoński

Wyczynem było ściągnięcie mnie na obiad czy kolację. Podobnie na osiedlu, wieczorem niemal każda matka musiała swoje z okna wywisieć, pociechę oczami dopaść i jeszcze głosem doścignąć, żeby toto do domu zgarnąć na czas. :) Łatwo nie było.

A dziś smycz (komórka - znaczy), laptopy, palmtopy, sropy, gry jakieś durne na komputer, na playstation i inne bzdury. I potem taki dwunastolatek przyjeżdża do ojca na weekend i po godzinie, zamiast iść na dwór marudzi: nudzę się! W końcu wygoniony  na świeże powietrze (środek lata, w domu 30 stopni) znajduje kolegę, mija kwadrans i domofon: tato, czy kolega może do mnie przyjść pograć na PS3?
Ręce i nogi opadają po prostu.

Kto by mnie ściągnął do domu i jaką siłą, w letni, piękny dzień? Nawet żadnej matce do głowy to nie przychodziło, bo wiadomo, że było nie do zrealizowania. Gdy lekcje były do odrobienia, trzeba było od razu po szkole robić, inaczej zostawało tłuczenie się po nocy, albo odrabianie bladym świtem. Dla wybitniejszych było jeszcze kolano na korytarzu, albo muszla klozetowa w szkolnej łazience. :)

Już dobre kilka lat mnie to nurtuje, a ostatnio w głowę zachodzę, jak ja nauczę czegoś sensownego to moje dziecko, gdy wokół takie wariactwo? Jedna znajoma już posyła swoją pociechę na zajęcia przedszkolne (dziecko nie chodzi do przedszkola w normalnym trybie, matka nie pracuje), bo mała tam uczy się: rytmiki, języków, tańca, śpiewu i Bóg wie czego jeszcze. Inna zmieniła etat na 1/2 i sama w domu uczy synka liczenia, pisania i dwóch obcych języków. Do tego dziecko zalicza: basen, rytmikę, taniec i zajęcia muzyczne (nie wiem na czym ma grać, ale ma) oraz tenis.

Czy my  nie zwariowaliśmy przypadkiem? Czy nie przesadzamy? Zabieramy dzieciom nie tylko dzieciństwo, ale i wyobraźnię. Zajęcia są gotowe, podane na tacy i toczą się wg programu. W domu praca, praca, praca. Poza domem maluchy nie odstępują rodziców (bo niebezpiecznie) i mogą sobie co najwyżej na zjeżdżalni pojeździć, albo w piasku chwilę posiedzieć. Nie za długo, bo matkę goni obiad, zakupy, sprzątanie, czy co tam jeszcze. Nawet w drodze ze szkoły nie można się uroczo uświnić, parku jakiegoś zaliczyć, czy poganiać po trawie, bo nie dość, że samych dzieci nikt nie puści (chyba do 3 klasy podstawówki włącznie) już, to jeszcze nie ma czasu, bo rodzic goni jak wściekły.

I potem oglądam takie obrazki... Idzie pięciolatek z dziadkiem przez park. Pokazuje na plac zabaw. "Zobacz, dziadek jakie fajne huśtawki." "Chodź." "Ale dziadek zobacz!" "Widzę, chodź." "Dziadek, a Ty lubisz takie karuzele? Bo ja lubię..." "No chodź wreszcie!"
Dziecko spuściło głowę, zrobiło podkówkę i poszło za dziadkiem, który żeby słowom mocy nadać, nawet się nie zatrzymał przy płocie placu i odszedł na dobre naście metrów już.

Foto: Plac zabaw przy GOK w Wiązownie.
 
Smutno mi się zrobiło. Tak zwyczajnie żal dziecka. Dziadek lat miał z 70 na karku, do pracy raczej nie gonił, miał wolne, ładną pogodę i zdrowego, fajnego wnuka pod opieką. I nawet nie chciało mu się łba odwrócić za dzieckiem i chwilę posłuchać, co mały między wierszami mu zapodał.

 W dzisiejszym świecie jestem dziwadłem. Nie zastanawiam się na czym będzie grał mój syn, ani gdzie go na języki zapisać w tej chwili. Czy będzie tańczył i co zrobić, żeby miał słuch czy głos. Ani też ile języków będzie znał. W tej chwili zajmuje mnie tylko to, czy w klasie integracyjnej (do takiej zawsze chciałam go zapisać) będzie tym dzieckiem "zdrowym" czy tym wymagającym dodatkowej opieki.
A nie, jeszcze jedna rzecz mnie zajmuje. Żeby nie spędzał dnia przed komputerem. Na razie w tym celu mamy w domu weekendy bez komputera. Tzn. ja mam, bo on za mały jeszcze. Ale od kogo zacząć, jak nie od siebie? Bardzo żałuję, że nie mam lasu w okolicy, ale na szczęście mam znajomych niedaleko, na wsi lub w mniejszych miastach, więc dziecko zobaczy co to jest ten las. :) Chciałabym zarazić go przyrodą, nauczyć tego, czego mnie nauczył mój dziadek. Chciałabym, żeby liczyło się dla niego coś więcej niż metka na spodniach. Żeby był szczęśliwym dzieckiem, a potem szczęśliwym młodym facetem, samodzielnie myślącym i zadowolonym z życia. Takim, który nie załamie się, gdy padnie internet i który nie będzie robił cyrku, bo matka nie ma na Big Stara.

Jakoś inne strachy mnie zajmują, niż większość matek. Taki defekt w wyniku wychowywania w małej mieścinie, w dużej mierze przez dziadków, którzy nie pokazywali mi nowego centrum handlowego tylko uczyli jak pszczoły zbierają miód. Dziadek nie odziewał mnie w markowe szmatki, tylko w biały kubrak z siatką na twarz, w którym mogłam się pogapić do otwartego ula. Z babcią nie biegałam po firmowych sklepach, tylko po ogrodzie, gdzie rwałam marchewki, sadziłam pomidory czy zbierałam śliwki na sok, który potem razem robiłyśmy. Ach te czasy...

Mam w głowie mega mętlik dzisiaj. Koleżanka zapytała mnie czy zapisałam już Daniela do przedszkola i czym się będę kierować je wybierając. Odpowiedziałam, że niczego nie wybieram, mam przedszkole na trasie dom - praca i nie, jeszcze nie zapisałam. Oczy, które na mnie patrzyły robiły się coraz większe ze zdziwienia. :) Jak to, to nawet nie wiem czego tam uczą, jakie są zajęcia, czy będzie angielski, czy rytmika, czy muzyka, czy inne jakieś i tak od razu wiem, że tam? Czemu nie szukam najlepszego? Ona już swoje dziecko zapisała, do prywatnego koniecznie, inaczej to w ogóle w grę nie wchodzi. Musi tam być... i tu cała lista zajęć, od której mnie się w głowie zakręciło od razu, a co dopiero takiemu dziecku, które to wszystko musi przerobić w 8 godzin każdego dnia.

Jakby było mało w tej chwili 3 Program Polskiego Radia nadaje audycję na ten temat. Dokładnie na temat zdolności i szkół muzycznych. Dzwoni matka i mówi, że ona swoje dziecko "motywuje" do tego czy owego, bo ją rodzice za mało (i tu się wysypała wybierając właściwe słowo) zmuszali (!) do grania na instrumencie x i ona zaprzestała. W związku z powyższym ona swoje popycha ku temu, mimo że ono nie chce i mówi, że nie chce, bo w jej odczuciu jak już pójdzie i wróci to nie jest niezadowolone, a nawet odwrotnie. A może ono się cieszy, że już swoje na ten tydzień odbębniło? A dlaczego nie zapyta co to dziecko zamiast chciałoby robić? Może chciałoby grać na flecie, zamiast na pianinie? A może bardziej kręci go siatkówka? Nic o tym. Ona zdecydowała, że zajęcia X i teraz popycha, bo ją rodzice....
Dorośli podzielili się na dwie grupy. Jedna mówi, żeby nie zmuszać. Druga, że owszem, rodzic ma wybrać i pilnować, żeby syn czy córka realizowali to zadanie, bo rodzic decyduje, wybiera, kieruje, wychowuje. Wybrałabym raczej słowo: rządzi. Idę wyłączyć radio... 


Świat zwariował.
Ale w tym zwariowanym świecie ktoś w końcu usiadł i pomyślał jak ja. Że może jakiś rower, trawa, woda, przyroda, może czas z rodzicem, z dziadkiem, bez tv i innych  nowoczesności. Że może by tak wolniej, bez tysiąca ćwiczeń, zajęć i bez tej ciągłej nauki przez 24h od pierwszego roku życia.
Usiadł i wymyślił termin "slow parenting". Amerykanie już to połknęli. My dopiero zaczynamy trawić.
I choć moje pokolenia znają inne życie, inne dzieciństwo, inny rytm, trawimy to cholernie ciężko.

A może warto pomyśleć czy nasze dzieciństwo nie było lepsze? Czy na pewno chcemy dla dzieci czegoś innego? Tego szaleństwa i pędu do wielkości, do mega biznesów, do sławy?
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, proponuję smaczną herbatkę zrobić i zasiąść z własnym dzieckiem na podłodze, bez tv i komputera, bez telefonu obok i przyjrzeć się, czy może nie brak czegoś temu  małemu/młodemu człowiekowi, czy nie brak mu luzu, zabawy, nas? Czy na pewno to czego mu trzeba to cała batalia zajęć sportowych i językowych? Czy nie tęskni on zwyczajnie za czymś innym, za weekendem tylko z rodzicami, gdzieś w dzikiej głuszy np?

Myślę, że możemy się zdziwić mocno. Większość z nas, rodziców może się zdziwić.
Jak w programach Super Niani, gdy Dorota Zawadzka pyta dziecko czego by chciało, tak w cztery oczy. 99% odpowiedzi mówi o BYCIU z rodzicem, o spędzeniu z nim czasu, wspólnym wyjściu, pograniu w chińczyka, spacerze, basenie (ale razem). Dzieci werbalizują oczywistą oczywistość, a matka patrzy  na tę wypowiedź w tv i płacze na kanapie, jakby z księżyca spadła. Zawsze mnie to zadziwia. 

Polecam:
http://dziecisawazne.pl/slow-parenting-czyli-rodzicielstwo-powoli/

wtorek, 14 lutego 2012

Pępowina nam odrosła

Takie duże mam już dziecko, a takie malutkie. Nie wiem co to za faza, ale wróciło przyszycie, odrosła nam pępowina. Jest gorzej (w sensie trudnej) niż kiedykolwiek. Dziecko wstaje rano, włazi na mnie i schodzi do kąpieli. Koszmar jakiś. Moje plecy aż piszczą, kolana wysiadają (prawe już wysiadło), ramiona bolą, nadgarstki już się poddały i nawet te cysty, które mam już na nadgarstkach, nie rosną. :) O dziwo nawet już boleć przestały. Chyba i one mają dość. :)

Nasze dni ostatnio wyglądają tak:

Ręce na moich plecach, albo na szyi, a stopy obejmują moje biodra, żebym przypadkiem nie chciała postawić.

I znowu słyszę rady, żeby to przerwać, uciąć, że MUSZĘ coś z tym zrobić. No cóż. Nie robię. Obstawiam, że to ostatnia faza mamusiowania, przed odpadnięciem ode mnie. Ostatnie MY złączone w jedno, nim dziecko odkryje, że ja to ja, a mama to ktoś drugi. Może się mylę, ale nie znam kobiety, która nosiłaby 18tolatka, więc nie jest to stan chroniczny - tego jestem pewna. ;)

Herbatę robię z synem na rękach lub na blacie kuchennym, maluję się z synem na rękach, ubieram z synem na rękach, chodzę po domu głównie z synem na rękach, tak samo myję zęby, rozmawiam przez tel, a nawet jem. /Jedzenie to inny temat i dużo gorszy od tego./ Siusiać też muszę iść z nim, albo zaraz za mną przyleci, z rykiem oczywiście. Nawet już ktoś drugi na ręce wziąć nie może, czy z auta wysiadamy, czy gdzieś razem idziemy. Muszę radzić sobie sama, bo dziecko wyciąga ręce tylko do mnie. Nawet babcia poszła w odstawkę. Danielowi jest z nią dobrze, ale gdy ją rano widzi, od razu koduje, że ja wyjdę. W efekcie jest bek i już nic nie mogę, bo dziecko wczepia się we mnie i puścić nie chce. Wychodzę podstępem, lub po prostu oddaję rykuna babci i uciekam, przełykając jakąś mega gulę, która siedzi w gardle każdego ranka od nowa. I tak dzień za dniem.

Tylko noce inne. Chyba już się nauczył, że jestem gdy zasypia i jestem, gdy się budzi, bo nie śpi już na mnie, a nawet nie szuka mnie przez sen, nie musi czuć mnie tuż przy sobie, czasem nawet na drugi koniec wyrka zawędruje.
Może z dniami też by tak było, gdyby nie rzeczywistość, która zmusza mnie do wyjścia do pracy. Ale na to ja już nic nie poradzę. Szóstki w totka nie przeczuwam, więc zostać musi jak jest.

Ale jestem zmęczona. Bardzo. Liczę na kolejny etap. Mógłby już nadchodzić... Niech się nie spieszy, ale nich choć zamacha do mnie z horyzontu, dając znak, że jest w drodze...

piątek, 10 lutego 2012

Laryngolog dziecięcy

W końcu przyszedł czas kolejnej wizyty - zaliczyliśmy laryngologa. Wizyta w Przychodni Laryngologicznej przy ul. Ziemowita 6. Dr Jaros - Mikusińska.

Wizyta przebiegła ciekawie. Najpierw pani dr przyszła godzinę później, a potem jeszcze musieliśmy kolejne pół godz. odczekać. W efekcie dziecko było zmęczone (jak na złość późno wczoraj poszedł spać, a rano wcześnie wstał), znudzone i chciało wyjść. Wszystkie książeczki i inne duperele, które ze sobą zabrałam, natychmiast lądowały na podłodze.

W gabinecie nie było lepiej. Od pierwszej minuty obraza. Obca baba będzie mu gdzieś tam zaglądać i jeszcze na siłę, bo przytrzymać przecież trzeba. Nie i koniec, od razu wrzask i próba wymuszenia wyjścia. A co do tego najlepsze? Zanoszenie się. O matko i córko!
Ale jakoś zajrzała w uszy, w nos, obejrzała gardło, migdały, węzły chłonne pomacała. I przeszła do testów słuchowych. Najpierw jednak trzeba było dziecko uspokoić, bo cyrkował szalenie. W końcu ucichł, ale musiałam wstać i na rękach go trzymać, najlepiej z drugiej strony biurka pani dr, żeby nie miała do niego dostępu.

Musiałam Gada odwrócić, a pani dr zaczęła stukanie. Różne nasilenie dźwięku, różnymi przedmiotami, o różnej skali, w szkło, w biurko, patyczkiem, czymś metalowym itp. I szok. Dziecko odwrócone do niej tyłem, zareagowało fochem. Nie odwróci się za nic. Zmroziło mnie. Ale zerkam na pysek, a Gad oczy w bok kieruje, gdy stuka. Aha - myślę sobie, mamy fanaberię. Po dziesięciu chyba razach, ciekawość zwyciężyła, powoli, żeby sobie lekarka nie pomyślała, że on broń Boże zainteresowany jest, bardzo powoli zaczął się odwracać. Sprawdził, że nic nie ma do obserwacji (serie stuków trwały krótko i zanikały na ruch głowy od razu) i znów w moją stronę patrzył. Kolejne dźwięki, a on znów tak powoli, jakby go to w ogóle nie obchodziło. I tak kilka razy. Potem stuk coraz cichszy, efekt ten sam. Żadnego gwałtownego zwrotu, żadnej ciekawości na twarzy.
Na koniec postanowił przechytrzyć kobietę i nie odwracał się już tyłem, a bokiem. Patrzył niby na mnie, ale oczy w dół skierowane i na bok, zezowały na biurko. :D

Ja już nie mogłam ze śmiechu, w końcu i doktorka się roześmiała. Pokręciła tylko głową, stwierdziła, że ona widzi małego cwaniaka i niezłego ancymonka, a nie problemy ze słuchem. Ale dla spokoju naszego i naszych lekarzy, którzy nas tak ganiają po tych badaniach dała skierowanie do Poradni Audiologicznej dla dzieci w Chorzowie.

Coraz bardziej boję się tego charakterku. I coraz pewniejsza jestem, że wychowanie tego dziecka może przeskoczyć moje wszelkie wyobrażenia. Diablątko mam w domu, po prostu.
Ale kto mówił, że będzie łatwo?



Prawda, że nawet podobny? :D

środa, 8 lutego 2012

Rozwój psychofizyczny dwulatka

Za trzy miesiące kończymy dwa lata. Powoli zaczynam się przyglądać temu jak wygląda rozwój psychofizyczny mojego dziecka. Z racji podejrzeń co do autyzmu i z racji tego, by wiedzieć i znać odpowiedź na pytania pediatry na bilansie dwulatka. 


Do wczoraj  np. nie wiedziałam czy mój syn umie budować z klocków wieże. Do tej pory mieliśmy tylko klocki, które się składają. Zakupiliśmy takie małe, drewniane zwyklaki, żeby sprawdzić i to. I teraz wiemy. Do maja przygotujemy się na wszystkie pytania i sprawdzimy wszystkie opcje. 




A oto co powinniśmy umieć, znać, robić:

Rozwój społeczny i emocjonalny

•    Bardzo silne jest przywiązany do opiekunów /nad wyraz, ostatnio dziecko ze mnie nie schodzi/
•    Okazuje uczucia, lubi się przytulać, pocieszyć /uczucia owszem, jak się cieszy to cały, jak złości to też cały; przytula się chętnie, ale sam; nie pociesza/
•    Wstydzi się nieznajomych /nie zauważyłam/
•    Wykonuje proste polecenia /owszem/
•    Lubi zabawy tematyczne i naśladuje dorosłych /nawet bardzo/ 
•    Nadal bawi się obok dzieci (ok.2,5 r. czasem włącza się do wspólnych zabaw z dziećmi) /obok, ale jest zainteresowany co robią, najchętniej bawiłby się dokładnie tym samym; zabiera lub podaje im zabawki/
•    Zaczyna postrzegać swoją odrębność /nie wiem jak to się sprawdza/
•    Chce niezależności /zwłaszcza, gdy się wspina, albo łazi po meblach, a ja próbuję trzymać/
•    Dominują komunikaty – nie oraz moje /nie ma żadnych komunikatów/
•    Potrafi być mało elastyczny i uparty /oj tak/
•    Pojawiają się skrajne reakcje =emocje poza kontrolą /oj tak/
•    Jest zazdrosny o uwagę, pragnie być w jej centrum /nie wiem/
•    Ma kłopot z dzieleniem się, potrafi pożyczyć zabawkę dziecku, ale natychmiast żąda jej zwrotu /czasem poda i nie żąda zwrotu/ 
•    Nadal nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji działań  i nie potrafi ocenić ryzyka /oj tak/
•    Pojawia się poczucie humoru /od dawna/
•    Może się kontrolować przez chwilę w zamian za obietnicę nagrody, ew. kary /nie obiecują nagród ani nie grożę karami/
•    Ważne stają się rytuały /zwłaszcza wieczorem, do spania/
•    Chce samodzielnie wykonywać różne czynności, np.: założyć ubranko, odebrać telefon, samodzielnie jeść, itp. /niektóre tak/
•    Rzuca i niszczy zabawki, kiedy się złości /rzuca, nie niszczy specjalnie/
•    W skrajnych emocjach może - drapać, uderzyć, uszczypnąć , ugryźć /nie ma takich zachowań; były dwa miesiące machania rękoma blisko czyjejś twarzy, z próbami trafienia, ale nauczył się, że nie wolno i przestał/
•    Bawi się samodzielnie przez kilka minut /owszem/
•    Miewa koszmary senne /czasami; największa faza minęła/
•    Lubi być w centrum uwagi, wygłupiać się i rozśmieszać ewentualną „widownię” /tak/

Rozwój fizyczny i motoryczny

•    Wzrost: ok.86 cm. /84cm/
•    Waga: ok.13 kg. /w trzech mokrych pieluchach chyba/
•    Wchodzi i schodzi ze schodów /owszem/
•    Kopie i rzuca piłkę /tak/
•    Skacze /jak szalony, od kilku miesięcy/
•    Szybko biega /jak szatan/
•    Umie chodzić do tyłu /niestety tak/
•    Lepiej panuje nad swoją fizjologią /nic z tych rzeczy/
•    Sporo dzieci uczy się w tym wieku korzystać z nocnika /mój nie, tzn. siada na nakładkę sedesową, ale nic nie robi/
•    Na 3 kołowym rowerku odpycha się nogami /tak jest, w obie strony: przód i tył/
•    Trzyma i pije samodzielnie z kubeczka /trzyma i coś tam pije, ale wkłada język do środka, więc większość na siebie wylewa/ 
•    Potrafi jeść łyżeczką /no powiedzmy, trafia do buzi, ale często odwraca łyżeczkę w drodze do ust; no i nie chce jeść sam/
•    Potrafi otworzyć drzwi zamknięte na klamkę /tak; na dolny zamek też, tylko czekam kiedy mi z domu wyjdzie/
•    Buduje wieżę z 7 klocków /wczoraj sprawdzaliśmy - z 11/
•    Rysuje z dużym zacięciem długopisami, kredkami, flamastrami /rysuje, bez zacięcia/

Rozwój intelektualny

•    Ogląda książeczki, przewraca strony /tak/
•    Mówi o sobie po imieniu /nic nie mówi/
•    Pokazuje 5 części ciała /hmmm, łaskawie czasem pokaże oko i nos/
•    Słucha krótkich opowiadań /no powiedzmy/
•    Zwierzątka kojarzy z głosem przez nie wydawanym /tak, niektóre kojarzy/ 
•    Pokazuje obrazki i potrafi je nazwać /pokazuje, sam; na polecenie nie chce w większości przypadków/
•    Rozumie zdania /idę o zakład że tak/
•    Tworzy 2/4 wyrazowe zdania /nie/
•    Potrafi powtórzyć parę słów piosenki /nieeee, skąd/
•    Używa ok. 50 słów, (2,5) = 2000 /jeśli chiński się liczy, to tak/
•    Zadaje pytania – co to? /nie/
•    Zabawy tematyczne /tak/
•    Używa słów ja i moje /nie/
•    Pojawia się poczucie humoru /dawno już/
•    Pokazuje emocje / oooo tak/
•    Zaczyna się interesować, w co jest ubierany /od dawna/
•    Bawi się chwilę zabawkami /od dawna/
•    Zaczyna nadawać imiona zabawkom /nie/
•    Powtarza słowa /odgłosy paru zwierząt i krótkie sylaby: be, gaga, si/
•    Używa czasowników /nie/ 
•    Stale mówi /tak, po chińsku/
•    Pcha lub ciągnie zabawki /tak/

Poza komunikacją werbalną nieźle jest. Ale z gadaniem leżymy... :)

High - Need Baby

Pewne małżeństwo, pan dr William Sears (pediatra) i jego żona Martha, autorzy wielu poradników o rodzicielstwie, zostali kiedyś rodzicami po raz kolejny. Szybko okazało się, że mimo tych samych warunków, metod i tej samej sytuacji rodzinnej ich czwarte dziecko rozwija się i zachowuje całkiem inaczej. 

Pojęcie High - Need Baby powstało na podstawie obserwacji tego dziecka i prób odnalezienia skutecznej dla niego metody wychowawczej, po tym jak okazało się, że do tej pory stosowane zasady nie działają zupełnie.

Po Hayden małżonkowie mieli kolejną czwórkę, w sumie posiadają ośmioro dzieci. I tylko ta dziewczynka jest inna. A jaka? O tym niżej...  
Tekst artykułu, który cytuję został upubliczniony na bangla.pl. Autorką jest Chemical, użytkowniczka portalu. 



Przeczytałam wstęp i pomyślałam: Oooooo! Toż to o moim dziecku będzie! No i jest. :)

"Masz wrażenie, że macierzyństwo idzie Ci jak po grudzie? Dziecku wiecznie coś nie pasuje, metody z poradników przynoszą odwrotny efekt, jesteś zmęczona do nieprzytomności i kładziesz się do łóżka tylko po to, by po chwili się z niego zerwać? Czujesz na sobie pełen politowania wzrok koleżanek, dumnych ze swoich odkładalnych, samousypialnych i współpracujących dzieci? Spokojnie, ten typ tak ma. To high-need baby."

Jeszcze dziś pamiętam pierwsze próby usypiania i te pobudki małego z krzykiem, gdy prawie spadałam z kanapy, jeśli udało mi się na sekundę zmrużyć oko po jego zaśnięciu. Koszmar.

Mała Hayden była podobna. Dużo płakała, domagała się noszenia, nie chciała sama spać i ciągle wisiała na piersi.

 "Noworodek zmanipulował rodziców? Został przez nich rozpieszony i zepsuty? Gdy high-need baby jest pierworodnym dzieckiem, rodzic jest gotów wziąć tego typu zarzuty na swoje barki. Na szczęście Hayden nie była pierwszym (ani ostatnim) dzieckiem Searsów. Jako doświadczeni rodzice mieli odwagę założyć, że ta sytuacja nie jest efektem ich niewiedzy czy słabości. Że Hayden wymaga po prostu nieco innego rodzicielstwa, niż ich pozostałe dzieci."

O tak, ciągle słyszę, że dziecko mną manipuluje, dyryguje, rządzi. I że koniecznie MUSZĘ coś z tym zrobić. Obcy ludzie robią mi wykłady na temat moich metod wychowawczych. Na temat samego dziecka zresztą też.

Poniżej typowe cechy małego Gada:

"Intensywne reakcje - high-need baby można rozpoznać już na oddziale położniczym. Podczas gdy inne noworodki większość czasu spędzają na spaniu, dzielnie znosząc nawet całonocne pobyty w zbiorowej sali pod opieką położnych (byle tylko brzuszek był pełny), high-need baby rozszczeniowo domaga się aktywnej, nieustannej opieki mamy. Nie czeka i nie akceptuje kompromisów. Jest zero-jedynkowe. Gdy coś mu nie pasuje, od razu przechodzi do głośnego wrzasku (bez etapu pojękiwania, postękiwania i pochlipywania). Jednocześnie niezwykle trudno się uspokaja. Wszystko to sprawia, że rodzic zaczyna obsesyjnie unikać sytuacji mogących wyprowadzić dziecko z równowagi."
Poza spokojem na sali poporodowej /dziecko było w szoku, rodziło się dobę i kilka godzin spędziło w kanale rodnym, po czym urodziło się niedotlenione i wymagało resuscytacji/ zgadza się nam każdy przykład. Krzyk bez ostrzeżenia, zawsze nagły i bardzo silny. Szybkie uspokojenie niemożliwe. Szybkie uśpienie niewykonalne. Koniecznie na rękach, koniecznie w pionie i najlepiej na matce.

"Hiperaktywność - high-need baby na ogół nie lubi być opatulane w kocyk czy noszone w chuście. Wygina się, pręży i głośno protestuje przeciwko wszelkim próbom ograniczenia ruchów."

A jakże. Daniel nienawidził związania. Niemal tak samo jak pozycji poziomej. Parę razy motany był w kocyk, ale zwykle wywoływało to mega bunt. Mając trzy dni wykopywał się z kołdry, czym wprawiał w osłupienie wszystkie doświadczone matki. Ja do dziś słucham od niektórych, że to niemożliwe, że dziecko do miesiąca czy dwóch życia nie wykopuje się. Jasne. :) Nie dyskutowałam, kupiłam śpiworek i Gad kopał sobie tam w środku. Chusta była ciężkim tematem. Zasypiał w niej, bo: pozycja i bo: mama. Ale nienawidził związania. Dopiero luźnawe nosidło rozwiązało ten problem. Nosidło było cacy.

"Częste karmienia - wymagające niemowlęta mają w głębokim poważaniu wszelkie żywieniowe normy, mówiące np. o 2-godzinnych odstępach między karmieniami. Trudno także znaleźć jakąkolwiek prawidłowość w ich harmonogramie karmień. Bywa, że matka czuje się jak żywy smoczek - zaakceptowanie tego zjawiska jest wyjątkowo trudne w naszym kręgu kulturowym (w odróżnieniu od kultur prymitywnych). Co więcej, high-need baby często domaga się długiego karmienia piersią - trudno się spodziewać "samoodstawienia" w wieku np. 12 miesięcy."

Tu też mieliśmy problem. Było bardzo gorąco, a dziecko ciągle wisiało na piersi. Do tego było spragnione, więc nie tylko wisiało, a piło. W efekcie nabawiło się nadwrażliwości na nadmiar laktozy. Doszły bóle brzucha i nadmiar powietrza w jelitach oraz nadmierna fermentacja. Niestety głupia diagnoza pediatry (nietolerancja laktozy) zakończyła nasze karmienie i rozpoczęła erę Nutramigenu.

"Częste pobudki - high-need baby śpi płytko i łatwo się wybudza, inaugurując klasyczny dla siebie koncert "ile sił w płucach". Powtórne uśpienie może trwać godzinami. Bywa, że skrajnie zmęczeni rodzice, w obawie przed kolejną nocną pobudką (a wymagające dzieci miewają ich mnóstwo) zaczynają unikać spłukiwania wody w toalecie, boją się kichnąć, szeleścić kołdrą i wstrzymują oddech będąc w pokoju dziecka. Często mijają lata, nim high-need baby prześpi bez pobudki całą noc."

Spanie mamy problematyczne do dziś. Dziecko śpi jak mysz pod miotłą. Wystarczy mały stuk, miauk kota, zgrzyt wózka na dworze czy uderzenie piłki o słupek bramki na boisku za blokiem. Koniec spania.
Od dawna gdy mały zasypia, zwłaszcza w dzień, chodzę na palcach, nie szeleszczę nawet książką (obudziłam go parę razy czytając i zaprzestałam procederu), nie spłukuję wody, nie myję naczyń, ledwie oddycham. Najlepiej śpi, gdy ktoś śpi razem z nim.
Pobudki są nagłe i zwykle bez humoru. Rano dziecko wstaje w okolicy szóstej. Kilkanaście razy zdarzyło mu się dospać do 7, ale to zwykle wtedy, gdy w nocy była przerwa w spaniu. Częściej zdarza się pobudka tuż po piątej. Zimą to mega frustrujące, ale cóż robić...

"Niezadowolenie - wymagającym niemowlętom nieustannie coś nie pasuje. High-need baby domaga się wzięcia na ręce, więc wyciągasz ramiona, podnosisz i przytulasz je do siebie, a ono... jest niezadowolone i krzyczy. Bo trzymasz nie tak. I tak dzień w dzień, w dziesiątkach różnych sytuacji. Co gorsze, to co sprawdza się dziś, niekoniecznie sprawdzi sie jutro. Rodzic wkłada mnóstwo energi w zwykłe, codzienne czynności: jest zawsze czujny, przewidujący, kreatywny. Jeden niewłaściwy gest czy nieadekwatna reakcja - i dziecko wpada w nieukojoną rozpacz."

Oooo taaak. :) Nigdy nie wiadomo co teraz wywoła zmianę nastroju. Nigdy! Na rękach chętnie. Ale nie zawsze tak jak trzymam. W pierwszym miesiącu życia syn już wolał pozycję pionową. Trzymanie go poziomo wywoływało dziki ryk. Pion był super. Ale dłuższe stanie w miejscu oznaczało bunt i kolejny cyrk. Długo dochodziliśmy do tego, w czym rzecz. I nie wszystko odkryliśmy, mimo upływu czasu.

"Wrażliwość - high-need baby jest bardzo wrażliwe. Z charakterystycznym dla siebie zdecydowaniem i determinacją sygnalizuje wszelki dyskomfort, tak psychiczny, jak fizyczny. Potrzebuje stałości, której osiągnięcie samo sobie (i rodzicom) utrudnia."

Tu szybko odpadłam. Stałość była awykonalna. Zwłaszcza, gdy próby uśpienia dziecka w dzień kończyły się dramatem. Raz ten dramat trwał godzinę, innym razem trzy, nic stałego więc osiągnąć nie mogłam. Prócz nocy. Spanie po 20ej jakoś nam się udawało. Wtedy dziecko wyciszało się i wchodziło w inny, spokojniejszy rytm. O ile cokolwiek spało w dzień!

"Wymagania - lubi być noszone na rękach i spać z rodzicami - oto typowe high-need baby. Łóżeczko/kojec wymagającego niemowlęcia służy co najwyżej jako pojemnik na zabawki czy świeżo upraną pościel. Szaleństwem jest oczekiwać, że wymagające niemowlę będzie sobie leżało i głużyło do zawieszonej nad łóżkiem karuzelki. High-need baby nie zasypia samo, doprowadzając do szaleństwa rodziców słyszących zewsząd, że "dziecko powinno". Na nic zdają się podręcznikowe techniki i metody - ono po prostu potrzebuje pomocy i fizycznej bliskości, by zasnąć. I mnóstwa czasu, by opanować umiejętność relaksowania się przed snem i samodzielnego zasypiania. O wymagających niemowlętach mówi się też często, że są "nieodkładalne"."

Łóżeczko po czwartym miesiącu zmieniło się w pojemnik na pościel, pieluchy i koce. I jeszcze ewentualnie w kocie legowisko. Dziecko spało z nami. Spało lepiej. Nie idealnie, ale lepiej. Wierciło się, kopało, popłakiwało. Czasem pomagało dotknięcie, czasem pogłaskanie po główce, czasem przytulenie lub wzięcie na ręce. Parę przerw w spaniu -  norma. Ale dzięki spaniu razem, nigdy noce nie były chodzone, nie nosiliśmy dziecka godzinami, nie bujaliśmy, nie było bezsenności itp. dramatów.
Leżenie w dzień i zachwyty karuzelą? A w życiu. Nudy. Pięć minut i wyjąć. Wyjąć natychmiast. Owszem, poleżał gdzie indziej, ale kolejne pięć minut. Na kanapie, potem na macie, potem leżak. I tak cały dzień. Zasypiania w dzień zero. Czasem działał wózek, ale nigdy po południu. Czasem tzw. biały szum - u nas to była suszarka. Czasem nic. Zbawiło nas nosidło. Gdy już było bardzo źle, nadchodziła godzina 17-18, a dziecko nadal nie spało (od południa), zarzucałam nosidło, Gada w środek i ruszałam na miasto. Bywały dni, że spał tak i trzy godziny, a mnie nogi wchodziły.... wiadomo gdzie. Ale spał. Muzyka dla uszu. Ciiiszaaaa.

Dziecko "nieodkładalne" - idealne określenie.
Metody typu 3-5-7 można sobie było włożyć z buty. Wyciszenie na rękach, owszem. Odłożenie - ryk. Wyciszenie po raz kolejny zawsze trwało dłużej. Odłożenie - mega ryk. Wyciszenie po raz trzeci wymagało już specjalnych wyczynów. Póki nie odkryliśmy białego szumu i nosidła, takie próby z każdą minutą wyglądały bardziej dramatycznie i przeradzały się w mega super hiper histerię, zakończoną utratą głosu przez malucha.

Typowe Nigh - Need Baby - intensywne reakcje, niezwykle przejmujący, trudny do ukojenia płacz, wrażliwe, niezadowolone, wymagające, wyczerpujące, nieustępliwe.

Niereformowalne High - Need Baby zmienia się z czasem w High - Need Child - nieustępliwe, wyczerpujące, wymagające, uparte, drażliwe, o silnej woli, energiczne, ruchliwe, niecierpliwe, odważne, ciekawe świata, podejmujące wyzwania, a później w High - Need Adult - dominujący, dążący do celu, zawzięty, rezolutny, pełny entuzjazmu, empatyczny, zaradny, towarzyski, posiadający pasje.

Autorka podsumowała charakter dziecka i życie z nim takim oto (niewymagających chyba komentarza) wpisem:

"Przetrwać z high-need baby.
Warto sobie uzmysłowić, że rodzice dziecka łatwego w obsłudze nie są w stanie zrozumieć problemów, z jakimi borykają się rodzice high-need baby. Zwierzanie się im ze swoich smutków wiąże się z koniecznością wysłuchiwania nieadekwatnych porad (co tylko drażni) i narażaniem się na krytykę. Searsowie zalecają wprost: znajdź rodzica wychowującego high-need baby i to z nim rozmawiaj o swoich problemach. Zostaniesz zrozumiana i uzyskasz szczere wsparcie.
Nie myśl o swoim dziecku źle i nie pozwalaj na to, by inni ludzie tak o nim mówili. Wiele zależy od Twojego podejścia. Zamiast dołować się twierdzeniem "ależ on uparty", spróbuj zauważyć: "jest taki wytrwały, potrafi dążyć do celu". Zamiast narzekać na dziecko, które ani chwili nie usiedzi w miejscu, ciesz się że jest tak wspaniale pełne energii. Pełne goryczy "nieustannie chce być na rękach" zastąp pozytywnym "jest taki ciekawy świata". Bo to prawda!
Zauważ, jak wiele cech Twojego dziecka drażni Cię tylko dlatego, że ktoś powiedział lub napisał, że są złe lub nieodpowiednie. Wiele matek walczy ze swoimi dziećmi o samodzielne zasypianie, bo "niemowlę powinno...", podczas gdy same z siebie nie mają absolutnie nic przeciwko towarzyszeniu dziecku przed snem. Może byłoby Ci łatwiej, gdybyś schowała na samo dno pawlacza wszystkie ksiażki zawierające słowa "powinno", "musisz" i "należy"? Może okazałoby się wówczas, że dręczący Cię "problem" wcale nim nie jest? Może tak naprawdę więcej energii odbiera Ci stresowanie się nocnymi pobudkami, niż one same?
Odnajdź metodę wychowawczą która przemawia do Ciebie i odpowiada potrzebom Twojego dziecka. High-need baby często źle znoszą wychowanie autorytarne, wszelkie "proste plany" (wszak z wymagającym niemowlęciem nic nie jest proste) czy metody bazujące na psychologii behawioralnej (np. karny jeżyk). Rodzice wymagających dzieci o wiele łatwiej odnajdują się np. w Rodzicielstwie Bliskości (Attachment Parenting), zostawiającym mnóstwo miejsca na intuicję, indywidualne podejście i aktywne poszukiwanie rozwiązań skrojonych na miarę. Odnalezienie "swojej" metody pozwoli Ci pozbyć się wrażenia, że wszystko robisz źle, a Twoje dziecko jest zupełnie na opak. Ostatecznie to metody są dla Was, a nie Wy dla metod."

poniedziałek, 6 lutego 2012

Goście w podobnym wieku

Do tej pory wizyty innych dzieci były rzadkością. Odległość, brak czasu. Wiadomo. A wyglądało to mniej więcej tak:

Jednym z naszych gości od czasu do czasu bywa ostatnio sześciolatka. Zabawy wspólnej nie ma. Tyle że ochoty  nie wykazuje żadna ze stron. Dziewczynka odkrywa zabawki Daniela i sama się nimi bawi. Daniel patrzy co ona robi i jest zainteresowany, ale komunikacji brak. On jeszcze nie jest na etapie zagadania. Podchodzi, zaczepia. Ona nie widzi wspólnej płaszczyzny do zabawy, chce sama. Kończy się na zabieraniu sobie zabawek i ogólnie klimat jest średni.

Fot. Szypułka 

Inny gość jest młodszy o 7 miesięcy. Jak wiadomo zabawy zero w takim wypadku. Ostatnio akcja była taka, że mój syn szybko zrozumiał różnicę wieku, potraktował kolegę jak kotka lubi pieska i komunikował się piszcząc, czym doprowadził mnie do pasji, bo gość zwyczajnie nie wytrzymał sytuacji i zaczął przeraźliwie płakać. W efekcie stworzenia zostały rozdzielone na dwa pokoje, co niestety nie dało efektu, bo Gad był już mocno mobilny. Szybko  więc przemyciłam złośnika do łazienki i zainicjowałam kąpiel, trochę za wcześnie, ale cóż było robić. W wannie zapomniał i pół godziny później przestał terroryzować kolegę. Za to zaczął zabierać mu wszystkie zabawki, które wcześniej maluchowi oddałam. No cóż, taki wiek.

Kolejny nasz gość to Agatka, córeczka naszej dobrej Ciotki, Agnieszki. Tu komunikacja jest lepsza. Po pierwsze żadna z gadzin nie mówi. Po drugie są w tym samym wieku. /Szalona różnica jednego dnia. :D/ Po trzecie matka Agatki, podobnie jak ja, wiele rzeczy traktuje z przymrużeniem oka, nie ma więc napięcia co też się wydarzy. :)
Stworzenia bawią się obok siebie. Najchętniej tą zabawką, którą akurat w dłoniach dzierży przeciwnik. Norma. Podczas pewnego letniego spotkania, na chorzowskiej plaży, każde z dzieci miało czerwoną łopatkę i każde miało niebieskie wiaderko. Jakimś jednak cudem tylko jedna z tych łopatek była interesująca, akurat ta Agatki. Ciekawe było także jedno wiaderko, to Daniela. :) Dylemat nie lada. Każde tylko patrzyło jak tu gwizdnąć towarzyszowi zabaw to fajne coś. :)
Dzieci interesują się tym, co druga strona robi, przyglądają. To samo chcą, także jeść. Daniel od razu dopada bidon Agatki, ona zafascynowana jest jego butelką. On chce jej kanapkę, ona jego banana. Przy ostatnim spotkaniu na zmianę wyjadali sobie zupę. Co ciekawsze Danielowi bardziej smakowała zupa na kolanach ciotki, Agatka dokończyła jedzenie na moich. Takie cygańskie Gadziny. :D Zabawa obok siebie. Z obserwacją, bez podawania sobie czegoś, bez łączenia sił. Chyba typowo na tym etapie. Plus też taki, że Agatka zupełnie w nosie ma Danielowe piski i jego ostre dźwięki obchodzą ją tyle co zeszłoroczny śnieg.
Ciekawa jestem kolejnego spotkania i zmian, które nastały. Może niedługo...

Fot. dzieci.eu

Wczoraj mieliśmy wizytę dawno nie widzianej koleżanki z córeczką Ewcią. Ewcia jest miesiąc młodsza od Daniela. Zainteresowanie było. Daniel był u siebie, więc na początku interesowała go Ewa, tylko i wyłącznie. Ewa w obcym miejscu była bardziej zainteresowana rzeczami wokół. Potem oboje interesowali się tym, co druga strona w rękach trzyma i co robi. To samo krzesło było fajne w danym momencie, ten sam leżak. Czyli nadal typowo dla dzieci w tym wieku. Zabawa przebiegała równolegle.
Ogólnie moje wrażenia bardzo pozytywne. Daniel nie bawił się odrębnie. Przyglądał się dziewczynce, coś tam jej zabrał, spodobał mu się jej bidon, nawet przeszedł do kontaktu fizycznego i pozwolił sobie na pogłaskanie jej włosów. O dziwo - włożył w to dużo delikatności, nie tak jak przy głaskaniu kotka. :) Zaskoczył mnie jeszcze kilka razy, przynosząc Ewci jakąś zabawkę, kasztana czy orzecha. I nie zabrał tego za moment.
Potem przeszedł do pisków i dzikiego śmiechu, popisywał się tak trochę nad swój wiek, co też mnie mocno zaskoczyło, bo to raczej nietypowe w wieku 20-21 miesięcy. No ale nie jest to zachowanie, którym mogłabym się martwić, nic ze spektrum autyzmu, więc ogólnie moje odczucia super. :) Ewcia także nie przejęła się piskiem ani dzikim śmiechem, ze spokojem potraktowała popisy. Prawdziwa dama, poczekała aż się Daniel wygania na jeździku i gdy zszedł szła korzystać z okazji, demonstrując że sama też potrafi. Żadnych cyrków, przepychanek, wyrywania sobie na siłę i płaczu. Fajne spotkanie.

Chyba częściej powinnam fundować synowi takie kontakty.

Niestety Daniel nadal śpi w dzień i trudno utrafić z porą. Po wizycie gości dopadło nas mega zmęczenie i był jeden wielki, dziki ryk. Zasypianie z płaczem i taka sama pobudka. I spanie ważne, i dzieci w podobnym wieku. A tak trudno jedno z drugim pogodzić...

czwartek, 2 lutego 2012

Naśladownictwo

Dzieci autystyczne zwykle nie chcą naśladować. To mnie zmyliło z początku, przyznaję.
Daniel naśladuje pięknie. I tak mi dziś do głowy przyszło, co by było, gdybym ja go prosiła o to naśladowanie. Czy byłby bunt tak samo, jak na prośbę o pokazanie? Czy byłoby to jego "yyyy" i rzut głową oznaczające kategoryczne NIE? Już tego nie sprawdzę, bo nigdy dziecka o naśladowanie nie prosiłam. Zwykle odbywa się to samoistnie.

Rys. z bloga, autor Farbstift


Przykłady:

Sadzam gada w kuchni na blacie i robię herbatę. Mieszam ją, bo słodzę. To on też chce. Gorąca, więc daję inny kubek i łyżeczkę. I on miesza. Tak samo grzebie w mące, w kaszy, czy czym tam się zajmowałam chwilę wcześniej. Gdy posmaruję chleb, on porywa mi nóż i też smaruje. Tzn. smaruje... dziury mi w chlebie robi. :) Ale powiedzmy, że smaruje. Dostaje jedną kromkę, tępy nóż (a takich mam mnóstwo) i smaruje.

Gdy mieszam w garnku on też chce. No to dostaje gar jakiś, drewniane łychy i coś tam modzi. Przedwczoraj gotował dinozaury. :) Poszłam spróbować czy dobre i potem wszyscy musieliśmy próbować, kto się tylko napatoczył. Sam też próbował. Całą akcję następnego dnia zaprezentował babci. Była zachwycona. :)

Wypatrzył jak uruchamiamy różne sprzęty i teraz sam: włącza i wyłącza tv, z pilota i bezpośrednio. Umie włączyć laptopa. Wyłączyć z guzika niestety też. (Laptop już dogorywa.) Potrafi podłączyć do lapka kabel USB, kabel z klawiatury dodatkowej czy myszy. Jak tylko widzi jakieś USB, od razu leci sprawdzić czy da się podpiąć. Tak samo jest z wtyczkami do gniazdek. Od razu trzeba urządzenie podłączyć do prądu, natychmiast i koniecznie.

Niestety potrafi włączyć pralkę. Dopatrzył co i jak, i teraz sypie proszek w kieszeń, zamyka drzwi (wścieka się, jeśli się nie domykają, bo wie, że się uruchomić wtedy nie da), włącza główny guzik i klika w programy. Już parę razy udało mu się zamknąć do końca i pranie poszło. Na pusto na szczęście. Bo włożyć do pralki różne rzeczy też potrafi i niekoniecznie są to tylko ubrania. :)

Rozmawia przez tel. Tzn. udaje, że rozmawia - przykłada tel. do ucha. Od dawna. Przez stacjonarny i przez komórkę. Każdą. I jakimś cudem natychmiast łapie jak się ją uruchamia. Moja komóra rozkłada się w bok - młody opanował to w kwadrans. Mojego brata w dół - trzy próby i było pozamiatane. Gorzej, gdy jakaś franca się nie rozkłada, a włącza się np. przez dłuższe przytrzymanie jakiegoś guzika, wtedy jest nerw. Ekrany dotykowe opanowane - przewijanie zdjęć czy tekstu zajarzył w dwie minuty.

Ostatnio zaciekawiło go gotowanie i bardzo chce wrzucać coś do wody. Najgorzej jest, gdy są to np. warzywa pokrojone w kostkę, które wrzuca się na wrzątek. Ale gdy gotuję ziemniaki np. to leję wodę i jemu daję wrzucić ziemniaki do gara. Wczoraj pod moim nadzorem wrzucił do wrzątku worek ryżu - tak cyrkował przez te parę minut, nim się woda zagotowała, że w końcu go omotałam rękoma, żeby przypadkiem nie wylał nic na siebie i pozwoliłam wrzucić woreczek.

Leje do wanny różne chemikalia. Widział jak to robię i teraz bierze różne psikacze i albo mi każe albo sam próbuje psikać na wannę. Niektóre ciężko idą, więc nie ma pełnego zachwytu. Za to super jest zabawa w mycie kibla. Tylko go z oka spuszczę, a już w ręce jakiś domestos i lejemy po muszli. Na sucho, bo nakrętki mają zabezpieczenie antydzieciowe. Najgorzej, gdy  mu przyjdzie ochota ten kibel wyszorować. Staram się przy nim nie ruszać szczotki, ale gdzieś musiał coś przyuważyć kiedyś, bo co jakiś czas go napada, żeby tam poszurać w tej muszli, wtedy zabieram i tłumaczę, że be, fuj itd. Na chwilę odpuszcza.

Czasem jest faza na wycieranie podłogi. Dopada szafkę z ręcznikami i szmatkami i szoruje panele. Zwykle są to ręczniki kąpielowe, no ale... zgrzytam zębami i chwalę jak ładnie dziecko sprząta, próbując wymienić ręcznik na inny model.

Bawi się w przelewanie z pustego w próżne. Kilka buteleczek jakichś i jest zabawa na pięć minut. Udaje, że z jednej wylewa, a do drugiej wlewa. Kiedyś udawał, że wylewa zawartość swojej butelki. A potem coś mu zaświtało, że butelka bywa czasem pełna i skorzystał z okazji, gdy wody nalałam. Było wykapywanie wody z flachy do wszystkiego, do kawy, do talerza, do różnych pojemników, które mu się napatoczyły.
Bardzo mu się podobają różne kartony, np. po mleku. Te są super i do udawania, że przelewamy i do udawania, że pijemy. 

Jeśli ktoś pije z butelki, Daniel też chce. Woda z 1,5L flachy jest pycha. Krztusi się, wylewa za bluzkę, ale pije. Taka smaczna. Gorzej, gdy w użyciu jest np. cola. Wtedy trzeba podstępu, żeby flachę zabrać.

Jako że moje dziecko spędza ze mną każdą minutę, gdy jestem w domu, mam też widza w czynnościach higienicznych. Tym sposobem moje dziecko wie czym jest np. wkładka higieniczna. :D Dla niego to chyba coś na kształt pieluchy. Próbuje mi ją wklejać do bielizny... Ubaw po pachy. :D Sam też czasem ubiera, tzn. wkłada sobie między uda, tak jak stoi, ubrany. :D

W podobny sposób wykorzystujemy mokre chusteczki. Czasem na golasa, a czasem nawet w ubraniu, jak tylko jakąś dorwie to zaraz jeździ nią sobie po genitaliach i wyciera.

Wyrywa papier toaletowy i udaje, że wyciera nos. Potem najlepsza część zabawy - wyrzucanie tego do kibla. Czasem tak kilkanaście razy. Potem matka łowi tego papierowego gluta, bo zatyka odpływ. :/ No ale moja wina - wycieram nos w papier i faktycznie wyrzucam do wc. :/

Fascynuje go, gdy używam pędzla do makijażu. Każde moje malowanie z jego udziałem kończy się tym, że muszę jemu dać pędzel, wtedy on sobie życzy dostać też róż czy puder, podaję mu, on mazia tam pędzlem i jeździ sobie po policzkach. Głównie po prawym, bo jest jednak bardziej praworęczny. Piękny koloryt ma potem. :D

Używa dezodorantu oraz perfum. :) Ta szczęście głównie tak to tylko wygląda. Jak tylko dopadnie dezodorant, udaje że psika sobie pod pachy. Przez to większość bodziaków ma już dekolt do pępka... Mały podpatrzył, że tata psika przez dekolt i teraz robi to samo, naciąga body i wpycha do środka dezo, po czym robi "śśś". Skądś też wie do czego służą próbki perfum. Bierze taką w łapkę  i przystawia do karku. :D Ktoś postronny pewnie myślałby, że dziecku coś się pomyliło, ale ja tak używam perfum, na kark, więc przyjrzał się dobrze. Czasem uda mu się psiknąć i potem pięknie (albo i nie) pachnie cały dzień. :) Na szczęście jeszcze nie wypsikuje pełnowymiarowych flakonów. 

Chętnie naśladuje też czynności plastyczne. Nie ma co prawda szału w tej zabawie, ale chwila zainteresowania jest. Czy wezmę kredkę czy ostatnio farbkę - robi to co ja. Zastanawiałam się, czy będzie opór przed brudzeniem. Dostaliśmy farby do malowania palcami, otworzyłam jedną i zaczęliśmy ciapranie starego kalendarza. Nie było oporu, malował maluszkiem. Nawet sobie palce u stóp pomalował.

Naśladujemy też kremowanie. Nie wiem co prawda kiedy on to widział, bo ja ręce kremuję tylko na noc, gdy on już śpi, ale jakoś kiedyś musiał obczaić, bo parę dni temu dorwał mój krem, taki z dozownikiem i pięknie wykremował sobie ręce. Dwa tygodnie temu dorwał mój balsam i wysmarował sobie nogi. (Ja balsamuję nogi, oczywiście.) Gdy dopadnie jakąś większą tubę, kojarzy mu się ona z moim kremem do włosów, wtedy wyciska kosmetyk i wsmarowuje w swoje włosy...Ostatnio był to linomag niestety. :D

Od dwóch tygodni jest bunt na mycie zębów zwykłą szczotką, bo mama ma elektryczną. Jako że dawał sobie myć tylko moją w pewnym momencie, dostał szczoteczkę elektryczną w prezencie od taty, taką najzwyklejszą, żeby sprawdzić czy to będzie ok. I jest ok. Ja myję. On myje. :)

Goli nogi. :D Wyczaił mnie kiedyś w akcji i teraz przekichane. Żeby sobie krzywdy nie zrobił jedną maszynkę (nie elektryczną) pozbawiłam ostrza i leży w jego zasięgu. Goli bez nożyków. :)

Uwielbia przyprawiać jedzenie. Jak tylko gdzieś jakiś młynek z pieprzem dorwie, zaraz mam papu na pikantnie. Dobija tym babcię, niestety. :) Ja uwielbiam bazylię do pomidorów i oregano do sera. Obie przyprawy mam w słoiczkach nad kuchenką. Ostatnio gdy ich używam, pozwalam małemu sypać, bo bardzo się rwie do tego. Babcia nie przepada i cierpi. :)

Jak coś mi się przypomni, dopiszę...

Rozumie czy nie rozumie?

Ano cudów nie ma. Dziecko ewidentnie jest uparte i nie daje sobą dyrygować. Prośba nie działa, groźba nie działa. ;) Czasem działa litość, zwłaszcza w wykonaniu babci. "Danielku, babcię tak nóżki bolą...". :) Ja mam z tym gorzej, widać dla matki nie ma litości. ;)

No ale nie o tym chciałam.



Mamy pewne nowości. Małe oczywiście. Ale są.
To po kolei...

Mamy kota, kotkę dokładnie. Stworzenie, które dużo gada, ale nie miauczy jak kot. Jęczy raczej. :) Tłuczemy małemu do głowy jak robi kotek, już chyba rok tłuczemy. Bez efektu. Dwa czy trzy dni temu kota wyjątkowo się rozgadała, chodziła i zawracała mandolinę dobrą godzinę czasu. W końcu i dziecko zaraziła chyba, walnęła się na podłodze z jakąś zabawką, ja wzięłam Gada do niej i mówię: "zobacz co kotek robi" - reakcja na "robi" była automatyczna i usłyszałam w końcu przedziwny skrzek z jego ust. Mało to kocie było, wyszło mu takie "ałł" no ale też nie liczyłam na wiele więcej, bo i mój kot "miau" nie robi, więc... :)
Zdziwiłam się, bo nie prosiłam o wydanie dźwięku, chciałam żeby zobaczył jak kot się bawi, a on wyłapał to "kotek robi" z mojego zdania i odpowiedział, jak robi. Szok przeżyłam! 
Oczywiście na żądanie nie ma nic. Raz na dobę udaje się z niego wyciągnąć jedno "ałł", można pytać do śmierci, nie chce odpowiadać na polecenia i tego "ałł" powtarzać.

Przedwczoraj spodobało mu się, jak wujek, który nas wiózł do homeopatki udawał świnkę. Takie typowo słowne chrum chrum czy łik łik, czy inne jakieś nie robią na nim wrażenia. Dopiero takie prawdziwe chrząkanie, z gardła. :) Wujek udawał prosiaka, a Daniel patrzył mu na usta, układając swoje jakby na wzór, aż w końcu wyszło mu takie "chrrrop". :) Jak mu się uda i tak naprawdę charknie to cieszy się szalenie. Ale oczywiście na prośbę czy żądanie świnki nie ma. Musi być dobry humor i jakaś fajna zabawa, w trakcie której można spróbować zagadać, zrobić świnkę samemu. Wtedy jest dopiero szansa, że powtórzy... Ech...

W książeczce nadal mamy etap lampy i piłki. Pokazujemy inne rzeczy, ale nie na polecenie. Tam sam od siebie pokazuje, a ja mam nazywać. Odwrotnej opcji nie ma.
Wczoraj tak się bawiliśmy w pokazywanie przed snem i Danio zainteresował się miseczką mleka na jednej z kart. Objaśniłam, że to mleczko. Pokazywał różne rzeczy i do tego mleczka parę razy wracał.

Lekarze ciągle nie są pewni, czy on rozumie. Wg nich to, że syn reaguje na "Danielku chodź idziemy się kąpać" nie znaczy, że rozumie, bo może odczytywać całość sytuacji, kierunek w którym idę, porę dnia i całą wypowiedź zbiorczo kojarzyć. No ok, ja się ze specjalistami nie kłócę, a przynajmniej na razie. :)
Sama osobiście twierdzę, że on rozumie, tylko NIE CHCE. No ale to moje, mocno subiektywne odczucie.
Ale wracając do tematu... Po kwadransie opisywania obrazków ja zaczęłam pytać. Najpierw o to co zna i lubi, o lampę i piłkę na kolejnych kartach. Z łaski pokazał dwa razy. Potem spytałam gdzie mleczko. Wskazał miseczkę bezbłędnie.
To rozumie czy nie? Spytam następnym razem jakiegoś speca, bo nie wiem czy to coś znaczy, czy znowu nic, bo... wyczytuje z kontekstu, tembru głosu, czy czegoś tam jeszcze.

Inna rzecz, że to żadne pocieszenie. Postęp. Ale nic w diagnostyce nie znaczy. Dzieci autystyczne rozumieją.