poniedziałek, 30 lipca 2012

Bunt i kara

Od paru dni mam meksyk w ciapki. Ledwie żyję.
Nie wiem co to jest, wina pogody, dziura ozonowa? Nagle wszystkie chłopy z mojego otoczenia dostały jakiejś korby. Najpierw zaczął foszyć jeden u mnie w pracy, potem inny zabił mnie tekstem, po którym jeszcze się zbieram, do tego sfiksował mi ojciec, a na koniec pokręciło mi syna, który daje popisy od czterech już dni.

I weź tu Smarka pochwal. Nie wolno. Przeczyta jakimś siódmym zmysłem i da czadu jak rzadko.

Pierwsze harce z górnej półki zaczęły się w sobotę. Z ulgą przerwałam ten cykl, wyskrobałam ostatnie pieniądze z portfela i pojechałam na SI. Uff, minęło.
W niedzielę akcja już od rana. On chce na spacer z rowerem. Kucnęłam i tłumaczę, że zaraz się zmęczy, że nie będzie chciał jechać, że rowerek trzeba będzie nieść, a ja nie mogę nieść i jego i rowerka itp. itd. Jak grochem o ścianę.
No to poszliśmy z rowerkiem. Jak to się skończyło wiadomo... On pad na glebę i ryk: weeeeź mnieeeee! Tłumaczę, odwracam uwagę, podnoszę - nic, drze się jak szalony i chce na ręce. Przytulam, obejmuję - nic. Nie o to chodzi. On chce na ręce i w drogę. Stanie w miejscu go nie satysfakcjonuje. :/
I jak takiemu dzikiemu histerykowi wytłumaczyć, że ja nie dam rady nieść go razem z rowerem? Nie wiem czy zrozumiałby to, gdyby słuchał, ale nie słucha, więc na bank nie przyswoi...
Po kwadransie cyrku przerzucam Gada przez ramię i idziemy. Jest zły, bo nie tak niosę. No trudno, inaczej się nie da, chyba że zostawię rower...
W połowie drogi chce zejść. Stawiam. Znowu robi scenę i buczy.
W końcu podaje mi rękę i idzie, całą drogę zawodząc

Po drzemce wstał niezadowolony i taki cyrk odwalił, jak jeszcze nigdy. Już nie starczy wziąć za rękę i podnieść... Nowy pomysł to podnoszenie dziecka z leżenia. Nie sadzając, nie ciągnąc za ręce do przodu. Tak wymyślił i koniec. I jak mu wytłumaczyć, że ja go tak nie podniosę? Że mi na to kręgosłup nie pozwoli, zwyczajnie?
Próbowałam pertraktować i nic.
W końcu mnie się krew w żyłach zagotowała, wyszłam z pokoju i poszłam wziąć procha obniżającego tętno. Po drodze sypnęłam kocurze karmy. Wróciłam do sypialni i zamarłam w progu. Nadal leżał na łóżku, ale już w innym miejscu. A tam gdzie był wcześniej - mokra plama. Dla lepszego efektu kilka śladów kupala na prześcieradle... Pielucha zdjęta i rzucona daleko od łóżka. Czyli musiał jednak wstać... Z tym, że potem ułożył się na suchym miejscu i krzyczał dalej.

Wyszłam, żeby  nie rozszarpać. Wyryczałam się, zeżarłam coś na uspokojenie i poszłam go Smarka, po czym wrzuciłam go do wanny. Potem było pranie pościeli i suszenie łóżka. On w tym czasie demonstrował swoją obecność gryząc się po rękach i krzycząc "ała". W końcu ciśnienie mi zeszło i zaczęłam dziko ryczeć... I zabił mnie po raz drugi, bo powtarzając "mama" zaczął zaglądać mi w twarz, śmiejąc się przy tym... :(

Uratowała mnie koleżanka, która wpadła na kawę. Daniel się rozbawił, humor miał wyśmienity, zabrałyśmy się więc na zakupy do CH Arena, gdzie zanabyłam Smarkowi kilka rzeczy, korzystając z wyprzy (chwała niech będzie kartom kredytowym! dzięki którym można kupować, gdy jest okazja cenowa, a nie wtedy gdy jest kasa) takich trochę na wyrost, jesiennych i wiosennych, a on mi na to pozwolił bez jednego mruknięcia. o_O

Sprawa wróciła wczoraj... Dziecko odmieniło się zaraz po moim powrocie z pracy. Najpierw było: "maaaamaaa", wskoczył mi na ręce, dał buziaka i zaczął coś tam pokazywać. Problem pojawił się, gdy zaczęłam coś mówić do mojej matki... Nie spodobało mu się, że z kimś rozmawiam i zaczął cyrkować. Akcja wybuchła, gdy weszłam do łazienki w celu wiadomym. Nie miałam prawa! Zaczął mnie wyciągać z WC, szarpać, rzucać dupskiem na podłogę i ryczeć. Potem poszedł do sypialni i tak jak dzień wcześniej, wykonał pad na łóżko i zaczął wyć domagając się podniesienia tą samą metodą. Podałam mu ręce - nie. Podniosłam za ręce, przytuliłam - wyrwał się i znowu legł na plecy.

Po paru minutach takiej nierównej walki, w której przegrywałam z minuty na minutę, wykonałam tel. do ojca Daniela. Mieszka pół minuty drogi od nas. Przyszedł łaskawie gdzieś po 10 min, gdy młody był już  mocno rozkręcony, a ja miałam za sobą kilka kolejnych prób podniesienia go z łóżka. Bez skutku, bo on chciał konkretnego podniesienia, z poziomu, a ja Pudzianem nie jestem, niestety.

Oczywiście próbowała tu coś pomóc babcia, ale Daniel na jej widok robił jeszcze większą scenę i darł się, że ma wyjść i rzucał na materacu jakby się wściekł.

Tatuś poszedł do dziecka, a ja poszłam na wycieczkę schodami w dół (z 7go piętra), do auta po obciążenie wodą w butlach 5L i z powrotem schodami w górę. W międzyczasie zeszło mi trochę powietrze...
Nie wiem ile mi ta wycieczka zajęła, powiedzmy, że z marginesem mogło to być jakieś 5 minut.

Gdy wchodziłam do bloku usłyszałam kolejną fazę ryku. Otworzyłam drzwi i szok - dziecko wisi na babci. o_O Od razu wyciągnął do mnie ręce, więc wzięłam. Weszłam z nim do pokoju, tatuś za nami. I nagle patrzę, a młody odwraca głowę w jego stronę i krzyczy: nieeee. (Znaczy ma nie wchodzić do pokoju.)
Przez minutę nie kumałam sytuacji. W końcu mnie jednak natchnęło...

Tatuś nie sprostał sytuacji przez pięć minut! Widuje syna raz w tygodniu przez chwilę, czasem dwa razy. Wpada wieczorem, bo czym gna do swej pani. Nie ma czasu na syna...
I jeszcze mu te pięć minut było za dużo! Miał tylko odwrócić uwagę młodego, czymkolwiek, huśtaniem, gilaniem, wszystkim tym, co robi z Danielem i co Daniel lubi.
Zamiast tego... postanowił wychować dziecko, w ciągu tych paru  minut, stosując kary.
A w progu pouczył mnie, że podnoszę głos i on słyszał mnie na klatce...
No fakt, on głosu  nie podniósł.

Koniec końców zaczęłam się na niego drzeć. Skończyło się zawieszeniem pokoju między nami i trzaskaniem drzwi. Kazałam mu wyjść.
Nim wyszedł objaśnił mnie, że teraz trzeba Daniela karać... przeze mnie, bo to moja wina. Bo dziecko ma mnie w dupie, bo go rozpieściłam, pozwoliłam sobie wejść na głowę. A w ogóle to mam iść do psychologa i zobaczyć wreszcie "co z nim zrobiłam przez te dwa lata"... O_o

Szkoda tylko, że nie zadał sobie pytania gdzie on sam był przez ten czas...

Nagle facet tłuczony przez swoją matkę w dzieciństwie, karany biciem, zamykaniem w pokoju i nakazem głośnego czytania w kiblu, który musiał uciekać z domu, z którym własna matka nie chce dziś rozmawiać... stał się mega specjalistą od wychowywania dzieci. Z którymi nawet nie przebywa.

Czy to jest taki absurd jak mnie się wydaje, czy ja po prostu zwariowałam??? :((((

Ja chcę na bezludną wyspę
:(((((((( 







środa, 25 lipca 2012

Coś dla siebie

Cholera, czemu to jest takie trudne. :(

Wieki nie robiłam nic dla siebie, nic bez syna. Wczoraj to zmieniłam. Wyszłam na kawę. Dla odmiany z facetem już odpieluchowanym. ;) Miło było.

Wróciłam do domu, dziecko szczęśliwe, widać że miało dobry dzień. Humor dopisywał, zostałam ładnie przywitana, ale bez histerii, bez wskakiwania na ręce i nawet dostałam buziaka. :)
Bez wydziwiania poszedł ze mną do sypialni, sam się uwalił i wziął flachę. Zamknęłam drzwi, położyłam się obok niego i zasypialiśmy... Trochę się tulił, ale zaraz na powrót padł na poduchę i zasnął.

Noc też była super. (A ostatnio mamy kiepsko w tym temacie. :( Przedwczoraj to już masakra była, godzina płaczu.) Jedna mała pobudka na papu i chrap chrap z powrotem. Rano wstał z humorem, z uśmiechem, nie chciał się nosić, dał mi wyjść do kibelka, ubrać się itp.

Ale wyraźnie mu mnie brakowało wczoraj, bo gdy chciałam wyjść... zaczęło się. :( Na ręce i "mama nie". Gdy w końcu drzwi otworzyłam wyszedł boso za mną i na ręce. :(
"Bawiliśmy się tak do 7:10... W końcu musiałam wyjść, bo już byłam spóźniona.
Jeszcze w windzie słyszałam płacz... :(

I zrób tu człowieku coś dla siebie. I nie miej wyrzutów sumienia. :((((((((


wtorek, 24 lipca 2012

Gryzienie

Nie wiem co to jest, przypuszczam że niedosyt bodźców jakichś. Ale równie dobrze może to być kwestia psychiki dziecka. Nie mogę rozróżnić...
Pojawiło się parę tygodni temu. Trochę ewoluowało, a teraz ma formę przygryzania palców, nadgarstków itp. Mam wrażenie, że nasila się gdy Smark się nudzi.

Wczoraj byliśmy na działce.
Na dzień dobry dostałam reprymendę, że coś tam nie tak wygląda. Heh... Ja rozumiem, że ludzie się nudzą i całe dnie siedzą na trawie i ręcznie skubią każde źdźbło wystające powyżej określonej wysokości, co by było idealnie, ale bez przesady. Za płotem mam takie dwie rodzinki, które nie tylko tam siedzą non stop, ale nawet śpią. (Dodam, że na naszych działkach nie ma prądu!) Nie wiem co ich obchodzi mój teren, ale we wszystko się wtrącają, a to nie tak posiane, a to za blisko płotu, a to "czemu pani wycina piwonie, to takie ładne kwiaty", a to znowu "tamta pani sadziła tu pomidorki, tu pani ma super ziemię" itp. :?
Tak miałam rok temu. Liczyłam, że od wiosny trochę się przymkną. No i przymknęli. Ale są chyba mocno niezadowoleni, że nie uprawiam działki wedle ich cennych rad i z nimi nie gadam, bo donoszą na mnie gdzie się da. Wczoraj usłyszałam, że skarżą się do prezesowej, że działka nie jest zadbana. o_O
Co lepsze, to jest inny R.O.D. Mam tylko pecha dzielić z nimi płot, bo kolejny R.O.D. znajduje się za moimi plecami.

Wczoraj nie wytrzymałam i powiedziałam pani niby prezes, że mam chore dziecko. Nie będę skakać wokół 12cm trawy bo komuś coś nie pasuje. To nie są jakieś gąszcze. Nie zostawię Daniela na cały dzień z babcią, żeby kosić co tydzień trawę dla czyjejś fanaberii. Poza tym w tygodniu jesteśmy zajęci, w soboty mamy SI, więc zostaje niedziela. Jeszcze mi księdza przyślą na odczynianie uroków, bo koszę w niedzielę?!
Poza tym ja nic kosić z młodym nie mogę, bo on się boi kosiarek.
No to się dowiedziałam, że ona też ma dziecko niepełnosprawne...
Szkoda tylko, że go nigdy nie widziałam przy niej. Nie jest więc chyba ani takie małe, ani domagające się ciągłej opieki.

Niektórym to się wydaje, że jak dziecko niepełnosprawne, to w wózku jeździ i sadza się je z kocykiem na słoneczku i ono sobie grzecznie siedzi i czeka na cud. :/ No cóż, Daniel taki nie jest. A ja naszych problemów obcym ludziom tłumaczyć nie mam ochoty.

Na ale do rzeczy...
Zabrałam się za usunięcie paru chwastów, które zaczęły pojawiać się na ścieżce, bo pewnie i to ich boli. Po nastu minutach moje dziecko zaczęło się nudzić. Najpierw marudził. A potem zaczął buczeć, że ała. Raz, drugi, a potem ja się przyglądam, a on to ała to sobie sam robi, przygryzając palec.
I to tak, że miał biały kawałek skóry. :/ Kolejny kwadrans doprowadził mnie do pasji szewskiej, zebrałam bety i poszliśmy do domu.

I nie wiem teraz, czy to znowu wraca, bo coś próbuję zrobić (jak dwa tygodnie temu z weekendowym obiadem, kiedy zaczął się gryźć i przytrzaskiwać palce), czy to brak jakichś bodźców jest. Zeszłego weekendu się nie gryzł. Ale nie odstępował mnie na minutę nawet.
Czy to przychodzi falami? Czy takie zaburzenia odbioru bodźców raz są, a raz nie? Raz potrzeba więcej wrażeń, innym razem mniej? Jak to działa?
I czego dotyczy? Zębów, jamy ustnej, czy skóry?

Jeśli to kwestia mojego nie zajmowania się nim, to przekopane, bo tu się wiele zrobić teraz nie da. Oczywiście poza rzuceniem wszystkiego i bieganiem za dzieckiem. Ale to nie jest wyjście na całe życie, bo ja muszę też coś wyprać, zjeść, przygotować, ubrać, nakarmić kota czy co tam jeszcze... Już nie mówię o takich luksusach jak czytanie czy nauka. :/ Nawet przestałam o tym marzyć. :(



Jeśli macie jakieś pomysły na masaże albo lepiej - zabawy z masowaniem i pobudzanie zmysłów, to bardzo proszę.
Na początek spróbujemy pomasować dziób w środku i trochę go postymulować smakami różnymi. Zobaczymy co wyjdzie. Ale tu też proszę o rady. Czego mogę użyć? Cytryna - kwaśne, kakao - gorzkie, lody - zimne. Ciepłego Daniel nie chce i nigdy nie chciał. Co jeszcze?


Edit.
Szaja mi podrzuciła, więc przeklejam. Źródło: pedagogika.com


Masaż logopedyczny


  1. Masaż twarzy i zewnętrznych narządów artykulacyjnych.

-         zaczynamy od czoła i ruchami okrężnymi masujemy w kierunku skroni

-         masujemy policzki pod oczami ruchami okrężnymi w kierunku skroni aż do stawów żuchwowych

-         masujemy pod nosem w kierunku stawów żuchwowych, na końcu lekko je uciskając

-         masujemy brodę ruchami okrężnymi w kierunku stawów żuchwowych

-         kości żuchwy rozciągamy w kierunku uszy

-         wykonujemy łezki od kącika oka spadające w kierunku brody

-         wargi masujemy podpierając brodę kciukiem, palce wskazujące ściągają  i rozciągają wargi

-         obszczypujemy wargi układając je do cmokania

-         uciskamy trzy punkty Moralesa- kciuk układamy pod brodą, trzy palce uciskają miejsce nad górna warga, a następnie pod dolną warga

-         masaż zewnętrzny kończymy masażem płatków uszu, od góry ku dołowi ruchami okrężnymi


                Wykonujemy go przy okazji kąpieli. 


  1. Masaż wewnętrzny narządów artykulacyjnych

-         masaż języka rozpoczynamy od podziału języka na dwie części( według bruzdy anatomicznej), rozpoczynamy od strony prawej masując najmniejszym palcem ruchami okrężnymi od czubka języka w kierunku gardła

-         masujemy powierzchnię podjęzykowa prowokując czubek języka do podnoszenia

-         masujemy ruchami okrężnymi podniebienie twarde

-         dziąsła masujemy w odwrotnym kierunku do wyrastania zębów- dolne obciągamy od góry ku dołowi, a górne od dołu ku górze.


               Wykonujemy go przed każdym posiłkiem.




piątek, 20 lipca 2012

O 2-3 latkach

Żeby sobie choć trochę spuścić ciśnienie, czytam ciekawe artykuły.
A że akurat coś na zamówienie poszło, to wrzucam. Fajny tekst z Dzikich Dzieci. Autorstwa Agnieszki Stein of course.

Miłej lektury :)

"Już wszyscy pewnie czekają więc będzie dalej...
Jak poradzić sobie z 2-3 latkiem (starszym też się może przydać). Z ostrzeżeniem: to nie jest tekst o tym co się powinno tylko o tym co DZIAŁA.
Po pierwsze darować sobie wychowywanie, uczenie dobrych manier itp. - dzieci w tym wieku które są uczone na przykład dzielenia się są wściekłe dużo częściej.
Zamiast tego skupić się głównie na zapewnieniu dziecku bezpieczeństwa. (oraz otaczającym je osobom i sprzętom).
Nie frustrować się jeśli nauka, którą przekazuje się dziecku stacza na pięć minut bo w tym wieku po prostu tak jest.
Ograniczyć wymagane zasady do minimum. Nie warto też samemu wprowadzać nowych rytuałów bo w połączeniu z pomysłami dziecka może się ich zrobić nieznośnie dużo.
Nie traktować dziecka jako "dużego" w sensie oczekiwań, co to dzieci w tym wieku powinny, bo dzieci rzadko się do tych życzeń dostosowują.
Dawać dziecku dużo bliskości, kontaktu fizycznego, dotyku, przytulenia.
Drugą rzeczą ważną dla dziecka oprócz tego, żeby było bezpieczne (przeżyło ;) jest to, żeby ktoś pomagał mu radzić sobie z emocjami.
Troszcząc się o bezpieczeństwo dziecka i o to, żeby koić jego emocje można najmniej stresowo przejść ten wiek.
Chciałam też pocieszyć rodziców, że te trudności, które przechodzi dziecko są NIEZBĘDNĄ fazą rozwoju. Każde dziecko musi kiedyś wyodrębnić się od rodziców i nauczyć mówienia nie. Każde też musi nauczyć się wykorzystywać swoje emocje i regulować je. Jak nie zrobi tego po trochu na raty to zrobi to kiedyś hurtem.
Pomoc w radzeniu sobie z emocjami zaczyna się od uspokojenia siebie (można poszukać starszych wpisów).
Jak już to się uda ( wiem, wiem) to można: być przy dziecku, przytulić je jeśli tego chce, nazwać to, co się stało, nazwać emocje dziecka, powiedzieć dziecku że jesteśmy przy nim.
Ostatnio przeczytałam fajną poradę: powiedz do dziecka coś na co ono na pewno odpowie "tak".
O tym, co się stało i co można było inaczej można rozmawiać jak i rodzic i dziecko są spokojni.
Jak dzieci się biją.
Zadbać o bezpieczeństwo. (czasem jak siły są równe to warto się zastanowić czy interwencja jest w ogóle potrzebna).
Niemowlę plus 2-3 latek to mieszanka wybuchowa, której nie zostawiałabym sama.
Zadbać o emocje KONIECZNIE obydwojga dzieci.
Jak dziecko "jest agresywne" przyjrzeć się bardzo uważnie, bo nie każde bicie to agresja. Czasem to zaproszenie do kontaktu. Czasem próba rozładowania napięcia lub dostarczenia sobie stymulacji.
Dziecko może też uderzyć, ugryźć itp. dlatego, że jest podekscytowane i sobie z tym nie radzi.
(jutro będzie o rodzeństwie i zazdrości)." 



"Na zakończenie serii o 2-3 latkach i trudnych sytuacjach do rozważenia.
Chciałabym jeszcze raz zaproponować rodzicom, którym trudno jest z zachowaniem ich dzieci, żeby rozważyli to, co wiadomo o funkcjonowaniu i możliwościach dzieci w tym wieku.
Dziecko trzyletnie ma małą kontrolę nad swoim zachowaniem i małą możliwość powstrzymywania impulsów. W chwilach gdy jest rozregulowane ta kontrola spada niemal do zera.
Kłopot nie polega na tym, że dziecko jest niegrzeczne, nie współpracuje, nie wie co dobre a co złe itp.
Kłopot polega na tym, że dziecko jest MAŁE i żeby skutecznie sobie poradzić ze sobą potrzebuje naszej pomocy.
Dlatego myślenie o zachowaniu dziecka w kategoriach intencjonalności, woli, celowego działania najczęściej nie poprawia jego zachowania a bardzo wiele jest sytuacji gdy to zachowanie się pogarsza. Czemu tak jest? Bo kiedy rodzic myśli, że dziecko robi coś niefajnego celowo budzi się w nim złość. A kiedy rodzic się złości dziecięce emocje nie cichną tylko robią się coraz trudniejsze. Wtedy rodzic już naprawdę jest przekonany, że to na złość a dziecko... zachowuje się coraz gorzej. Tak dzieje się najczęściej do momentu jakiegoś wybuchu i dziecko uspokaja się bo działa strach. I niestety wniosek jest taki, że na TO dziecko działa tylko krzyk, kara itp.
Kiedy taka sytuacja się utrwala to niestety krzyk i kara są "skuteczne", ale dziecięca zdolność radzenia sobie z emocjami rozwija się bardzo słabo, dużo słabiej niż gdyby rodzice rozumieli i wspierali dziecko (piszę o tym co się dzieje, gdy takie działanie jest zasadą a nie gdy zdarza się incydentalnie).
Na koniec jeszcze jedna historia o tym, jak "prosto" są skonstruowane dzieci:
W przedszkolu z którym współpracuję panie nauczycielki zawsze wiedzą, kiedy w życiu dziecka dzieje się jakaś zmiana, szykuje się rodzeństwo, albo jest inna trudna sytuacja. Wiedzą, bo dziecku jest wtedy trudniej. Można też rozpoznać dzieci, które są bardzo grzeczne w domu, bo czasem im też jest trudniej w przedszkolu, bo żaden kilkuletni człowiek nie jest w stanie kontrolować swojego zachowania przez całą dobę (i bardzo dobrze).
Jak sobie radzimy w takich sytuacjach? Tłumaczymy? Wyciągamy konsekwencje? Karzemy? Chwalimy? Przypominamy o zasadach? Bardzo często żadna z tych rzeczy, bo niektóre nie działają a innych nie chcemy robić.
Zamiast tego masujemy dziecko, któremu jest trudno. Gnieciemy je. Przytrzymujemy w mocnym uścisku. Zawijamy w koc. Kołyszemy. Zachęcamy do robienia kanapek - kładzenia się jedno na drugim. Turlamy się z nim.
Dajemy przestrzeń na proste powtarzalne czynności, u nas jest to kąpanie lalki. Dajemy przestrzeń na złość, smutek, płacz. Rozumiemy, kiedy dziecko nie chce się angażować w bycie w grupie, chowa się do ciasnego konta.
Akceptujemy i wspieramy terapeutyczne działania jakie dzieci same konstruują, żeby sobie pomóc. Widzimy je jako autoterapię a nie niegrzeczność. Pomagamy znaleźć dla nich przestrzeń, w której działanie dziecka nie krzywdzi i nie przeszkadza innym. (dlatego zdarza mi się bawić z dziećmi w to, że jestem dla nich niedobra i że się nie lubimy)
Rozmawiamy z rodzicami, bo chcemy, żeby wszyscy, którzy mają do czynienia z dzieckiem mieli podobne rozumienie tego, że jest mu trudno, dlaczego i jak mu pomagać i żeby tak samo byli gotowi je wspierać."


Pod górkę z biurokracją

Heh...
Miałam jechać na SI jutro. Nie pojadę. Pewnie nie pojadę też za tydzień.
Nie pojadę bo nie mam środków.

Tydzień temu wysłałam do Fundacji pierwszy zestaw papierów do refundacji. Faktury opisane z tyłu (jakby nie było z przodu tekstu!), do tego zestawienie kwot. Pierdoły, zakupy suplementów w aptece, ale na kwotę zapewniającą nam miesiąc SI. Pewnie zbierałabym te dokumenty dalej i kiedyś tam zrobiła jedno, zbiorcze zestawienie, gdyby nie fakt, że środki  na SI już się nam skończyły, a nadal tam jeździmy.
I gówno. Nie dostanę zwrotu dopóki nie udokumentuję, że zapłaciłam za te rzeczy.

Spadłam z krzesła.

Porozumienie z Fundacją mówi, że: "Jeżeli faktura opłacona jest gotówka wystarczy wpisać ją do "Zestawienia..."
Jeżeli opłacono za usługę/towar przelewem lub prywatną karta kredytową - do faktury należy dodatkowo podpiąć dowód dokonania płatności za przesyłany dokument do refundacji (dotyczy to zarówno formy płatności przelew i karta)."


Zapłaciłam kartą do rachunku ROR, tzw. debetową, nie kredytową. Czyli własnymi środkami, z własnego rachunku bankowego.
Księgowo to to samo co gotówka, natychmiastowa wpłata, potwierdzona tekstem na fakturze: zapłacono! kartą. Zapłacono!

Ale nie, Fundacja uznała, że to to samo co kredyt i zatrzymano mi refundację. Teraz muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem i że zapłata została dokonana, choć na fakturze wyraźnie to stoi jak byk.

Ręce mi opadły... :(

__________________

Nie tak dawno Fundacja przesłała mi wiadomość, że z moich środków potrąca mi opłatę za wpływ środków z zagranicznych kont. Bagatelka 25zł od sztuki. W porozumieniu nic o tym nie ma, a jednak potrącili.

Teraz nic nie ma o zapłacie z rachunku ROR i zatrzymali.

Kolejne państwo w państwie?
__________________

No i taka pomoc w leczeniu dziecka...  :(
 

środa, 18 lipca 2012

Działa! Nie naprawiać!

Tak sobie przeglądałam sieć wczoraj i rzucił mi się w oczy tytuł na Dzikich Dzieciach. Tytuł wpisu brzmi: "nie naprawiaj tego co się nie zepsuło". I od razu pomyślałam o buncie dwulatka i normalnych zachowaniach dzieci w tym wieku.

Cytuję z Dzikich:
"Natura zaplanowała drogi rozwoju Twojego dziecka od samego początku do dorosłości. Ma w tym dużo więcej doświadczenia niż Ty. Jeżeli wszystkie dzieci zachowują się w podobny sposób, to jest to mądrość natury, a nie jej błąd. Nie walcz z tym, bo przegracie oboje."

albo tu:
"Każde zachowanie dziecka można odczytywać jako komunikat o jego potrzebach. Uważna obserwacja i próba zrozumienia jest dużo lepszym sposobem bycia z dzieckiem niż chęć zmieniania go i kształtowania według własnych wizji."

I cóż tu dodać, cóż ująć? Przeca wszytko jasne... 

I tak sobie myślę, że chyba trzeba nauczyć się przymykać oko na wszechobecne NIE, na pacanie dupą i inne padalcowate zachowania, na krzyki dzikie, gdy mama nie kupi X, na tupanie, fochy, a nawet szczypanie czy próby bicia. A jeśli umiemy to nawet nie przymykać, a uśmiechać się na to wszystko w myślach. Bo przecież działa! A o to nam w końcu chodzi, czyż nie? 

Nie wygramy z naturą. Nie przeskoczymy pewnych oczywistych etapów. Nie ma sensu z nimi walczyć, bo i po co? Tak, są trudne, ale ... są! Czy to nie powód, żeby się cieszyć, że nasze dzieci też tak mają? Czy to nie objaw mniejszego lub większego zdrowia? Czy nie dowód rozwoju? 

Czemu więc nie krzyczymy: Huuurraaaa mój syn też robi scenę na ulicy?! :) Kiedy daliśmy sobie wkręcić, że to jest złe i trzeba naprawić? Niby wiemy, że taki wiek, że bunt, że jakiś objaw jakichś potrzeb, a mimo to robimy dramat, bo jest problem. Jakim cudem wpadamy na te tory, skoro wiemy, że to nie tędy, nie nasz kierunek? Sama się na tym łapię. Niby tyle wiem, rozumiem, przeczytałam, a nie potrafię bronić swojego dziecka i jego naturalnych zachowań przez opinią "mądrzejszych". Daję sobie robić pranie mózgu i o dziwo, nie jarzę tego na pierwszym etapie naprawiania "błędów". Dopiero diametralne pogorszenie zachowań Daniela daje mi do myślenia i zatrzymuje na tej durnej drodze donikąd.  

Dziękuję Ci Synku! Dziękuję Ci, że mnie pilnujesz i nie pozwalasz się układać metodami sprzed wieku pt. "dziecko ma być widać, ale nie słychać". Dziękuję Ci za Twój bunt i za to jak skutecznie wyprowadzasz mnie z błędnych dróg, na które wpadam pod wpływem różnych ludzi i zdarzeń. Dziękuję! Jesteś mądrym chłopczykiem! 

A na koniec tego krótkiego wpisu mój ulubiony cytat: 
"Zdolność obserwacji i naśladowania jest u malutkich dzieci wprost niezwykła. Dzieci dużo łatwiej robią to, co widzą, że robią ich rodzice niż to, co rodzice mówią im, że powinni robić. Jeśli dziecko ma do wyboru dostosowanie się do Twoich słów lub czynów, zawsze wybierze to drugie."

O tak, mój syn zawsze mnie naśladuje, ale niemal nigdy mnie nie słucha i nie wypełnia moich poleceń. A im mocniejszy ton tego polecenia, tym mniejsza szansa na jego wykonanie. Co nie znaczy, że nie umie. Umie. Tylko nie chce. Albo chce inaczej. Jak ten kot... 

 A to z Ojca Karmiącego, na deser:

"to podciąganie wszystkiego pod spektrum A staje się ogromnym problemem gdy rodzice zaczynają tak traktować wszystkie tzw "trudne zachowania" - bo jak wiadomo buntu dwulatka zdrowe dzieci nie przechodzą;) Warto się wstrzymywać z podciąganiem wszystkiego pod zaburzenia - czasem trudne rzeczy powinny wręcz cieszyć, jako objaw normy..."

Miłego dnia!

Edit.
Jaka ja jestem mądra cytując innych ludzi. :D

wtorek, 17 lipca 2012

Bezproblemowo

Jako że mamy ostatnio czas atrakcji i ciągle nam się coś wali na łeb postanowiłam post o czym innym. O tym czego nie ma dziś będzie. Czyli o zachowaniach bezproblemowych. :) Na przekór.

____________________

A tak dla ciekawych, przykład jak ostatnio wygląda nasze życie. Akcja: wczoraj, godzina 10:00. Spieszymy się do PPP na wizytę u pediatry, która ma nam przyklepać wczesne wspomaganie.
Wychodzimy z domu, a na parkingu jakiś gość walczy ze szlabanem. Ojacie, myślę sobie, zaczyna się. Podchodzę, mój pilot też nie działa. No to Gada pod pachę i lecę jak ten baran do Spółdzielni. Panowie, którym nie udało się wyjechać stoją sobie i konferują, więc co mi zostaje... Dobiegłam, zgłosiłam, kobieta powiadomiła serwis, kazali czekać, zaraz ktoś podejdzie. (Na szczęście blisko mają, 100m może.)
No to pakuję dziecko do auta, a tu dup - grat nie odpala. Nie jeździłam parę dni i padł gnój. Wyjmuję sprzęt odpalający - nic, sprzęt pusty, nie ma prądu, wyładował się gdzieś po drodze.
Już mnie szlag jasny trafił, 10:20 jest, a ja mam 10 minut na dojazd. Dzwonię do Exa, w końcu pomoc drogowa jest i mieszka na tym samym osiedlu. I znowu dupa, bo samochodem odpalającym akurat wybył jego zmiennik, a on jest w domu autem służbowym, owszem, ale lawetą. :/

Nie było wyjścia, zamówiłam taksówkę i wydałam ostatnie 20zł w gotówce jakie miałam, na dojazd do PPP. A tam szok - nie ma pediatry. o_O Ma dziś wolne. Akurat dziś. o_O
Pytam panią w sekretariacie jakim cudem i czemu ja nic o tym nie wiem, a ona grzebie w zeszycie, grzebie, po czym informuje mnie radośnie: " tu jest napisane, że powiadomiono panią pocztą głosową o zmianie terminu". Czym mnie kur... powiadomiono??? Jaką pocztą głosową? Ja nie mam poczty głosowej, do jasnej cholery?!?!

Czy w tym kraju nikt niczego nie potrafi zrobić dobrze od początku do końca??? o_O

Wróciłam do domu z dzieckiem na rękach. Droga zajęła mi godzinę z małym hakiem. Ręce miałam do kolan. Daniel nie chciał iść, bo i daleko, i zmęczony był, bo to pora jego zasypiania. 

____________________

Foto. Danio na niedzielnym spacerku.


No dobra, to będzie o pozytywach. Czego to nie mamy, nigdy nie mamy, albo ostatnio nie mamy. 
No więc: 

- Nie mamy problemu z wyjściem z domu. Nawet gdy się maluch zabawi, rozbiega i wygłupia, bo nie chce iść, ot tak na przekór, nie robi scen, nie wyje, nie buntuje się na spacer. Można go ujarzmić i ubrać bez problemu. Najwyżej się śmieje jak dziki i wygina jak szalony. Ale i to rzadko.

- Jeszcze mniejszy problem jest z rozbieraniem. Zwykle Daniel rozbiera się sam. Jeśli ma dobry humor i nie pada ze zmęczenia, lub z głodu, zdejmuje buty, spodnie i chowa je od razu do szafki. :D Z górą trzeba mu pomóc, bo nie bardzo wie co zrobić z rękoma. :)

- Ostatnio nie ma problemu z jazdą samochodem, tak do 20-30 minut jest luzik. Wyjec chwilowo się wyłączył.

- Nie mamy i jakoś nigdy nie mieliśmy problemu z myciem głowy. Z początku, gdy nie bardzo lubił by ta głowa była mokra, nie spłukiwałam mu jej żadnym pojemnikiem, a tym bardziej prysznicem, którego się bał i nadal nie chce używać. Brałam gąbkę, moczyłam ją i przecierałam łepek. A że łepek był długo niemalże łysy, nie było problemu. Spłukujemy głowę od pół roku może, najpierw dłuuugo, kapaliśmy wodę z gąbki, potem z małych pojemniczków, teraz takim większym kubaskiem którym się dozuje proszek. Danio ładnie przechyla główkę do tyłu i po sprawie.

- Nie ma i też nigdy nie było problemu z przycinaniem włosów. Zawsze robiłam to sama, w wannie. Problem jest tylko ze znalezieniem dziecku nowego zajęcia na ten czas, żeby  nie brykał i nie kombinował. Niestety, gdy ja mam nożyczki, on chce nożyczki, więc muszę się nieźle nawysilać, żeby go ściąć i żeby to było dla niego bezpieczne. Ale udaje się.

- Nie ma problemu z przewijaniem. Był taki, gdy Daniel skończył 8 miesięcy, pojawił się nagle i trwał z pół roku, a potem miał jeszcze drugą fazę. Gadzina nie dała się przewinąć na leżąco, nie i koniec. Zanosił się, krzyczał jak dziki, kopał, uciekał, cuda robił. W końcu nauczyłam się przewijać na chodząco... Z czasem samo mu przeszło. Teraz jak mu ciężko leci do sypialni i od razu robi pad, czekając aż przewinie się mokry zad. :)

- Mycie zębów ok. Początkowo nie chciał, był czas że myłam na siłę. Nie żebym go musiała jakoś obezwładniać, po prostu brałam brodę w jedną rękę, a drugą myłam, a on jęczał i złościł się, że nie chce. Po paru dniach dał spokój. Potem była jeszcze jedna faza i pewnie byłby z niej mega bunt, bo młodemu wydumało się, że on będzie mył, ale moją szczotką. O dziwo elektryczną - nie boi się. No więc kupiłam mu taką jak moja, tylko w innym kolorze. Teraz, gdy nie chce myć, albo chce moją, zmieniam nakładki i ma inną, i wtedy myje. Ogólnie nie ma z tym problemu. Niedawno wydumał, że nie chce w wannie, to teraz myjemy zęby po wyjściu i znowu jest spokój.

- Z obcinaniem pazurów problem był krótki, parę dni trwał i spokój. Czasem marudzi, że nie ta ręka, nie ten palec, ale taki problem to nie problem.

- Praktycznie nie zdarzają nam się cyrki na dworze. No chyba, że chodzi (tzn. chodziło) o przejście na pasach za rękę. Czasem młody wybierze inny kierunek, ale nie jest to problem, bo biorę na ręce i z głowy. Była chwila mniej spokojna, gdy sam chodził, przez te 3-4 tygodnie trudno go było zawrócić z drogi, bo jeśli ręce odpadały, od razu odchodziła nam najprostsza opcja i trzeba było mocno negocjować.

- Ostatnio (od paru miesięcy) nie mamy problemu z takimi pobudkami w nocy, które całkiem wybudzałyby dziecko i trzeba by je było na nowo usypiać. Jest tylko kręcenie, wiercenie, szukanie pozycji i miejsca. Nie łazimy po domu, nie bawimy się, nie próbujemy wyjść z sypialni.

- Nie ma większych problemów z powrotem do domu. Czasem trzeba urwać zabawę, bo np. jest po deszczu i mokry piasek z kałużami, albo mokra zjeżdżalnia, lub też dziecko oleje matki uwagi i wlezie w tenisówkach w bajoro podeszczowe, ale to jest naprawdę mega light i takie rzeczy to ja załatwiam w naście sekund. Bywa, że smerf postanowi zwiedzać klatkę schodową zamiast wracać do domu, ale daję mu chwilę, zaglądamy na klatkowy balkon, schodzimy i wchodzimy po schodach, po czym na ręce i wio do domu.

- Z kąpielą też nie ma akcji. Bywa że trzeba malucha złapać i do tej wanny wsadzić, ale zmieniamy to w zabawę, bo kąpiel histeryka nie należy do przyjemności. Wrzucam mu wtedy do wanny coś nowego i po temacie.

- W sklepie kochane dziecko. Gdyby nie fakt, że każe mi kupować wszystkie piłki i ciągle coś wrzuca do koszyka, byłoby idealnie. Ale nie dyskutuję, próbuję wyjaśnić, a gdy nie działa, zlewam, po czym potajemnie wyjmuję przed kasą. :) (Czasem mam zadziwiające rzeczy w koszyku.) Ostatnio Daniel lubi jeździć wózkiem, więc zakupy skracają się do minimum. A w Biedronce np. chętnie ciągnie koszyk, więc też lajcik.

No i chyba tyle z codziennej obsługi dziecka. Niestety  nie mogę tu dopisać ani EE (jest kosmos) ani jedzenia. Wielu rzeczy, takich jak nie wykonywanie poleceń na już, albo siedzenia przy stoliku godzinami, nie liczę, bo na razie nie uważam ich za problem. Podobnie za problem nie uważam usypiania do dziennej drzemki na rękach, w końcu ta drzemka kiedyś się skończy...

Pozdrawiamy po trzech super dniach weekendowych. :) Pomijając dramat z EE było cudnie. :)




piątek, 13 lipca 2012

Cuda czy efekty niewychowania?

No więc mamy cudów dzień piąty. Aż jestem w szoku, że to możliwe w ogóle.
Generalnie marudzi, na dupę paca, próbuje coś tam wymuszać, krzyczy, rzuca, ale to wszystko takie jakiś zminimalizowane i niegroźne.
Noce przesypia, pobudkę zalicza tylko na jedzenie. Dziś zaliczył dwie, w okolicy 3ej robiłam mleko na szybko, bo leżał z zamkniętymi oczami i pokazywał na flaszkę: TU. :) 

I tak:

Wczoraj mieliśmy mały dramat i do teraz nie wiem o co. Wróciliśmy z działki, a ten fochuje. W końcu jak stał, tak się rozpłakał dziko. Kwadrans się nosił, przytulał, marudził, krzyczał. W końcu sam przestał, zainteresował się co babcia w kuchni robi i przeszło... Potem zjadł 4 leniwe pierogi (wynalazek: do ziemniaków i sera dodaliśmy szpinaku - super) i humor wrócił jak zaczarowany. Może to z głodu ta akcja? Nie wiem.

Na działce wydumał, że na ręce. Oj, ciężko się porzeczki zrywa z dzieckiem na rękach, ale jakoś dałam radę, z pomocą babci przytachaliśmy do domu dwa Daniowe wiaderka porzeczek, jedno wiśni i jedno agrestu. Babcia miała zadanie na wieczór, robiła słoiki. ;)

Przy zasypianiu chciał na ręce, ale nie musiałam stać. Trochę się potuliliśmy, pobujaliśmy i sam zszedł, zasypiając w drodze do materaca. :)

Dziś rano nie chciał mnie wypuścić. Przeczekałam. Wyszłam z domu 7:06, ale przynajmniej spokój był, sam drzwi otworzył i dał mi wyjść bez krzyku. No ale spóźnienie zaliczyłam pięknie. :/
M.in. to jest jedna z tych rzeczy, które przyszywają mnie do samochodu. Na autobus muszę wyjść o 6:45 choćby nie wiem co się działo. W efekcie dziecko zwykle zalicza dziki ryk w drzwiach. A samochód jest cholernie nieekonomiczny na moim odcinku. :/

Przedwczoraj była też akcja pacania na dworze, nie wiem o co, coś nie poszło tak jak chciał. Ale wróciłam, podniosłam, chciał na ręce i... przeszło.

Za to szok wczoraj rano. Na moich rękach dojrzewał po pobudce i nagle coś mu nie spasowało i zamierzył się na babcię. Pierwszy raz. o_O Obie zdurniałyśmy. A potem oczywiście musiałam tulać i nosić, bo nie umiał sobie sam ze sobą poradzić z nadmiaru emocji, bo oczywiście babcia nie pozwoliła się zdzielić.

Dziś rano próbował zdzielić mnie.
I tak mi nagle przyszło do głowy, skąd ten pomysł...
Daniel czasem tak zmęczy kota, że ten ucieka. Ma swoje miejsce, za kanapą. To Daniela zwykle wkurza i leci za tym kotem tam. Ja zabraniam, bo kot to jednak kot i nie wiadomo co wyduma. I dziś ta sama akcja, młody kuca przy rogu kanapy, ja powtarzam, że nie wolno i nagle paaach, łapa wyleciała zza kanapy. Dziecko duże oczy, potem podkówka i ryk. /Nie wiem czy ona to robi na pokaz tylko, czy za daleko ma, w każdym razie nie trafiła jeszcze nigdy./ Chciałam przytulić i musiałam zrobić unik, bo jak tylko zbliżyłam się do niego na odległość ręki, to ta ręka do mnie wyleciała...
I pomyślałam sobie, że on to wziął od kotki, to pacanie... Możliwe to?

No i chyba tyle na dziś.
Ogólnie rzecz biorąc, mam całkiem fajne dziecko ostatnio. Tzn. całkiem... Inaczej powiem - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby takie zostało. Niech paca, krzyczy, wyje, póki to się da ujarzmić i mija bez scen i zanoszenia, jest fajnie. :)

foto. Mój wytwór z zeszłej niedzieli. Obróbka w pixlr.com.

A wczoraj policzyłam nasze słowa. Mamy ich już (już?) trzy dychy. :) Zaczęłam spisywać, jak skompletuję to wrzucę. :)

Edit.
Uprzedzę pytania. :) Tak, Daniel ma na tym zdjęciu pomalowane duże paznokcie u nóg. :D
Mama ma, więc on też chciał. Negocjacje nic nie dały, no to ma. Nie będę się z dzieckiem szarpać o takie pierdoły. :)




środa, 11 lipca 2012

Niewychowawczo

Bunt, przemyślałam i zbuntowałam się. Ja. A co, dziecko może to ja też.

Oto lista naszych niewychowawczych działań, na dziś.

1. Śpimy razem. I będziemy, bo ja tak lubię i on tak lubi.
Oczywiście często słucham uwag na ten temat, ale gdzie to mam, większość ludzi już wie... Najostrzej i nie zakładając sprzeciwu wyraziła się kiedyś moja koleżanka, ujmując to w słowa: "ma dwa lata, już najwyższy czas, żebyś go oduczyła". Co to za magiczna liczba, dwa lata? Dwulatki zjadają matki przez sen? Nie oduczam i nie dlatego, że mi się nie chce. Nie oduczam, bo nie widzę powodu.
/Ciekawe czemu w innych sprawach nie umiem być taka stanowcza?/

2. Flacha. Jest i ... będzie, bo w ten sposób tankujemy dwa posiłki, których bez flachy nie byłoby. Jasne, mógłby wypić kaszę z kubka, ale nie wypije, bo nie lubi, to raz. A dwa - pijąc do poduszki wycisza się i lepiej zasypia. I znowu nie rozumiem czemu to komuś przeszkadza? Bo dwulatek "powinien"?

3. Noszenie. No cóż, poddałam się. Jakiś czas Daniel więcej chodził. Przy tym gorzej się zachowywał, więcej buczał, marudził. Mam konkretne zalecenia: nie nosić. Terapeuta SI to nawet raczy mnie upominać wprost, ciągle słyszę: "czemu pani nosi dziecko?", albo "proszę nie nosić dziecka".
Złapałam się na tym, że odstawiłam Daniela na podłogę po kolejnej reprymendzie. o_O Aż się sama potem zdziwiłam tym faktem.
Wczoraj pojechałam do CH i wzięłam Gada na ręce. Zadowolony był jak gwizdek. Dał mi znaleźć parę rzeczy, których szukałam, a odstawiony w CCC zaczął mierzyć buty.
Damskie. :D Zrobiłam mu nawet fotkę z tel bo widok był przedni. Pozwolił sobie zmierzyć chyba z 10 par, w rezultacie kupiliśmy sandały i buty na jesień, z jakiejś przeceny - więc fuks.


Ale do rzeczy... Spróbuję po raz kolejny uwierzyć w intuicję swoją i dziecka, i jeszcze go trochę ponoszę. W ramach sił i rozsądku. (Rozsądek oznacza, że wniosę go do przychodni zamiast iść trzy godziny i spóźnić się na wizytę, albo że pójdziemy tak na działkę, bo nam tak będzie pasowało, ale nie będziemy się nosić trzy godziny, będąc na spacerze, bo nie na tym spacer ma polegać.) Co prawda nie wiem co zrobię we wrześniu, po operacji udrażniania zatok, kiedy nie będzie mi wolno unieść nawet 2l wody butelkowanej, ale...

4. Cyrki histeryczne z rzucaniem na ziemię tłumimy niewychowawczo, czyli nie ignorując i nie wychodząc, nie oddalając się też od młodego, a podając mu rękę jeśli zechce, albo będąc obok, gdy nie będzie chciał wstać. Ewentualnie (na ulicy) biorąc niewychowawczo na ręce. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Na razie w ciągu dwóch dni trzy akcje, zakończone ww. metodą w dwie sekundy.

5. Przez ulicę przechodzimy osobno. Tu już jakiś czas temu się poddałam. Daniel idzie sam, przede mną, idzie szybko i mamrocze pod nosem: ATIO, ATIO :) jakby się bał, że go przejedzie, jeśli się nie pospieszy. To działa. Nie było cyrku od tygodnia. Ja tylko zatrzymuję przed przejściem i trzymam go, póki coś jedzie i przejść nie możemy, ale wtedy się nie burzy.

6. Nie odpieluchowuję. Za dużo na raz się dzieje, żeby jeszcze walczyć z pieluchą. A że teraz mamy fazę anty EE, to już w ogóle. Daniel wie kiedy ma mokro, czuje to i w ciepły dzień ewidentnie mu przeszkadza, co uważam za sukces. Chce wtedy by go przebrać. Miewa też fazy, że chce czegoś przewiewnego na tyłku, a wtedy wyciąga z szafki tygrysa (majty wielorazowe w pluszowego tygrysa) i każe sobie ubrać. Uważam więc, że nie jest źle. A z resztą poczekamy... Wiem, że lato to dobry czas, ale nie dla nas, nie teraz.

7. Nadal nie namawiam do jedzenia samodzielnie. Powód jest prosty, a wręcz banalny. Daniel je bardzo mało. Zmuszany do jedzenia samodzielnie nie tylko nie zje, bo nie chce, nie lubi tego robić i nie umie, ale jeszcze będzie bardziej głodny i więcej spadnie na wadze. Niech zacznie jeść, to będzie sens go uczyć jeść.

8. Agresję opanowujemy metodą na idiotę, jakby to co robi, było czymś innym, bez znaczenia, czyli udajemy durnia, konkretnie rzecz ujmując. Beznamiętny ton głosu, ręce zaciśnięte w kieszeniach i uparte powtarzanie bez nadmiernej ekspresji, że tak nie robimy, bo to nie jest ładnie itp. O dziwo to działa dużo szybciej niż ostry ton głosu i kategoryczne zakazy, nie mówiąc już o przytrzymywaniu rąk na siłę. Po jednym pacnięciu Daniel jakby zawstydza się, spuszcza głowę, uśmiecha półgębkiem i zaprzestaje czynności. /Tu mówię o biciu  na pokaz, nie w dzikiej złości, bo nie mieliśmy takiej akcji z biciem od trzech dni, wiec nie miałam jeszcze okazji zaobserwować co by było, gdyby./

9. I będziemy dalej zauważać różne zachowania syna, takie jak pokazywanie światła, kolejnego samochodu, czy czegoś co IDZIE albo JEDZIE, oraz inne fiksacje, bo na razie tylko tak wygląda nasz dialog.
Że tak sobie znowu zacytuję Agnieszkę Stein: "większość zdrowych dzieci tak robi, że pokazuje i oczekuje reakcji - ty nagradzasz to, że on inicjuje kontakt a więc coś co powinien robić".

10. Niewychowawczo postanowiłam też "ratować" przytrzaskiwane palce, odgryzane ręce i inne kończyny. Nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie, ale spróbujemy tą drogą, skoro inna nie działa.
I jeszcze jeden cytat, a propos nieudanych testów i niesprawdzających się metod:
"A z próbowaniem to jest tak, że może pięknie by było jakbyś od razu wiedziała jak on zareaguje, jak coś zadziała a co będzie porażką. Ale to nie jest możliwe, więc lepiej się wycofać jak widzisz że coś nie działa niż w to brnąć w imię konsekwencji. Czasem z dzieckiem które ma jakieś kłopoty trzeba się bardzo szybko wycofywać jak mu coś nie podpasuje, żeby nie było dramatu." 

Zaczynam się zastanawiać czy większość naszych "dramatów" nie wynika właśnie z pewnych konsekwencji w moim zachowaniu, podyktowanych radami "mądrzejszych" czyli specjalistów od zachowań autystycznych...

I to chyba tyle akcji naszych wszystkich problematycznych, gdzie zdaniem większości popełniamy kardynalne błędy wychowawcze.
Niniejszym oznajmiam, że sobie przy nich zostaniemy... bo tak.




Na deser wariacja na temat fotografii Daniusia sprzed paru dni.

wtorek, 10 lipca 2012

Dzień cudów i parę przemyśleń

Wczoraj mieliśmy dzień cudów. Zdarza się taki raz na dwa, trzy miesiące. Dziecko jest spokojne, ma dobry humor i generalnie nie robi scen o co tylko może. Szkoda że tak mało tych dni, ale dają jakiś tam oddech i pozwalają łapać mały dystans do tematu.

Po powrocie do domu zostałam przywitana zamkniętymi drzwiami sypialni. Dziecko spało długo i wstało z dobrym humorem. Na rękach był może 10 minut, po czym przestawił się na zabawę. Trochę mnie "kosztował" próbując wjechać rowerem na łóżko, ale nie zrobił sceny, gdy go z tego łóżka zdjęłam po kwadransie tłumaczenia co i dlaczego.
Natomiast - ciekawostka - pięknie wyłapał z mojego gadania to co najistotniejsze. Dla niego. Otóż, powiedziałam, że do łóżeczka nie wjeżdżamy rowerkiem, tak samo jak nie wchodzimy bucikami, bo rowerek i buciki jeżdżą/chodzą po dworze i są brudne.
Następnym razem gdy zobaczyłam jak podąża na rowerze do sypialni, poszłam za nim i ... zlokalizowałam na jego nogach ... Buty! :D
I niech mi ktoś powie, że to nie jest mega przekorne dziecko?!

Odbyliśmy wycieczkę do sklepu, bardzo miłą i spokojną. /Daniel chyba lubi sklepy. Nigdy nie robi tam scen większego kalibru./ A po powrocie na osiedle młody zaczął wołać pod oknami swojego tatę. Ten był w domu i zszedł, po czym udaliśmy się na pobliski stawik, na kaczki. Tata, mama i kaczki - dziecko przeszczęśliwe było. :) Oboje dostaliśmy po dwa buziaki! Wow, święto! :D

W domu też super, nawet dał nam zjeść kolację. /Szkoda, że sam jadł tylko ogórka kiszonego... i to było wszystko wczoraj./ Fajny był też wieczór, kąpiel, nie było problemu z myciem zębów, ani zasypianiem. Trochę się kręcił, rzucał, ale bez krzyku było, bez płaczu. Próbował mnie pacnąć co prawda, ale dość lekko, a ja nie zareagowałam niewerbalnie w żaden sposób, tylko powiedziałam, że tak nie ładnie jest i nie klepiemy, a on o dziwo przestał.

Noc marzenie! Spał pięknie z przerwą na mleko koło 3ej. A potem jeszcze raz zaliczył pobudkę, bo tak się wiercił, że skończył mu się materac. Ale przyszedł do mnie, przytulił się, po czym położył znowu i zasnął. Wstaliśmy 6:40 z dobrym humorem.

Tak wyglądają u nas dni cudów! Prosimy o więcej!

________________

Trawię sobie ostatnio parę rzeczy. Naszą wizytę u psychologa, ostatnie zajęcia na SI i parę moich pisanek z autorką "Dzikich Dzieci", Agnieszką Stein.
I mam trzy światy. A może i cztery, bo jeszcze mój. :) Próbuję znaleźć w tym siebie, nas i miejsce na jakąś ogólnie przyjętą, naszą normalność, ale mam problem.

W sumie to cholernie się cieszę, że ta nasza psycholog z Goaru jest jaka jest, bo już bym dostała do głowy całkiem. Rozmawiałyśmy trochę o tym pacaniu zadem na ulicy. Ona nie widzi powodu, żeby się z dzieckiem siłować w tej materii. Chce żeby podać mu rękę? Podać. Jeśli to kończy scenę?!
Generalnie mgr Bogacz nie jest  nastawiona na "tresurę" odpowiednich zachowań, raczej patrzy pod kątem tego, co należałoby lekko wytracać, minimalizować, omijać. Jak np. ciągłe zamykanie drzwi za każdym razem, gdy przez nie przechodzimy. Poza tym objaśniła mnie, że jestem rodzicem, ja decyduję i ja rządzę, to jasne i oczywiste, i naprawdę nie ma sensu na każdym kroku udowadniać tego dziecku, tocząc różnego rodzaju walki, bo nie tędy droga. Dość nietypowe podejście psychologiczne, ale bardzo mi się podoba. :) Parę razy zaznaczyła mi jak ważna jest moja przewidywalność dla Dziecka, bo to daje mu poczucie bezpieczeństwa. Cóż, obawiam się, że tutaj mam dużo do zrobienia, bo ja raczej mało przewidywalna jestem, nawet sama dla siebie. :(

Nie spotkałam się natomiast z aprobatą moich metod na SI. I tu zonk. Nie wiem czy pan Bernatek patrzy na nas jak na typowy autyzm, czy reprezentuje typową psychologię kliniczną starej daty? W każdym razie nie spodobało mu się nasze komunikowanie typu:
- mama sieci
- tak świeci
- nie ma
- tak, nie świeci, zgasiłeś...
Wg niego należałoby nie umacniać w dziecku takich zachowań i nie reagować. Puściłam mimo uszu...
Kolejna sprawa to reakcja na bunt, krzyk, płacz, nerwowe zachowania. Dziecko wkurzyło się na niego, gdy czegoś nie dał i przyleciało do mnie się przytulić. Przytuliłam, objaśniłam, że pan nie dał, bo już kończymy zabawę i jedziemy do domu. Dość szybko akcja minęła, ale pan Grzegorz zachwycony nie był. Spytał mnie nawet czy zawsze tak robię i dlaczego? Wyjaśniłam, że tak zamykam temat, inaczej Daniel się rozkręca. Nie wiem czy to przyjął, czy po prostu dał spokój... Nasłuchałam się natomiast o konsekwencji, przewidywalności (w którą wierzę akurat) i sytuacjach, kiedy to dziecko "wygrywa" ze mną.

Pożaliłam się Agnieszce Stein.
Oto co mi napisała. Zacytuję, mam nadzieję, że się nie obrazi: 
"zastanawia mnie dlaczego te rzeczy, które są dowodem, że w twoim synu jest dużo "zdrowych" rzeczy są równocześnie dla ciebie najtrudniejsze - to, że jest niezadowolony jak wychodzisz, że sygnalizuje ci potrzebę uwagi z twojej strony, to że wynajduje różne strategie na kontakt z tobą i spodziewa się że ty się w to włączysz - to są rzeczy, które świadczą o tym, że jemu nie jest daleko do zdrowych dzieci i mogą być powodem do radości a ty je wszystkie traktujesz z obawą i z kluczem "autyzm" - mam wrażenie, że ktoś cię przekonał do takiego spojrzenia, które powoduje, że masz obawy a nie radość z takich sytuacji, bo one są sprzeczne ze stereotypem grzecznego i dobrze ułożonego dziecka".

Muszę nad tym dłużej pomyśleć, bo taki zalew mądrych zdań, to dla mnie za dużo, na jedną minutę czytania, nie dotarło do szarych komórek.
Ale pytanie z gatunku trudnych. Dlaczego? Bo chcę grzecznego, ułożonego dziecka? O Boże! Nigdy w życiu! Za nic na świecie! To dlaczego te zachowania są dla mnie trudne? Dlaczego mnie nie cieszą?
Nie wiem.
Bo nie są powszechne? Bo tylko ja tak mam? (Tzn. nie znam ludzi, którzy tak mają.) Bo mi je różni specjaliści każą naprostować? Bo są dla niektórych dowodem na to, że dziecko mną rządzi? Bo ich nie rozumiem i boję się, bo nie wiem jak reagować? Bo nie wiem, że są normalne w pewnych sytuacjach? Bo nie wiem co znaczą?
Naprawdę nie wiem. Ale wydaje mi się, że wszystko po trochę...

Napisałam jej jeszcze o moich obawach, że pewne zachowania się Danielowi utrwalą, np. to trzaskanie palców albo pacanie na dupę - tak mnie ostrzegają spece od spektrum autystycznego! Dla nich każde zachowanie "nie naturalne" w sensie "negatywne" jest tym, co zostanie i z czasem nabierze mocy, więc trzeba z tym walczyć.
Odpowiedziała mi tak:
"jemu sie ma utrwalić, że może cie prosić o pomoc i ty zareagujesz - to jest ten wymiar społeczny,którego jemu brakuje - każdemu dziecku to się musi utrwalić, że może liczyć na opiekuna, na tym polega więź, inaczej by nie mogło normalnie funkcjonować".
Jeszcze nie umiem tego skomentować. Na razie się poryczałam i ... trawię swoją głupotę.



Foto. Moja wariacja na temat Dania parę miesięcy temu, programem http://pixlr.com/o-matic/


Edit.
Za nami drugi dzień cudów i druga rewelacyjna noc, z przerwą na jedno am.
I na tym będzie koniec, bo dziś już pobudka była taka sobie. Tzn. bez płaczu i scen, ale kwadrans potem już nic nie pasowało. Zasnął wczoraj o 22, wstał o 6, więc ma deficyt. I to na tyle naszych cudów. :)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Obecność 24h

Wydaje mi się, że znam przynajmniej część agresji Daniela w stosunku do mnie.

Od jakiegoś czasu tłumaczę mu, że idę do pracy, nie uciekam już, nie kombinuję, mówię że idę oraz że wrócę gdy wstanie ze spanka i takie tam. Jakiś czas temu zaczął to "akceptować" tzn. ja wychodziłam, a on za mną trzaskał (tak, trzaskał! nie zamykał) drzwiami. Bardzo rzadko dawał mi buzi na do widzenia, czasem robił mi papa.
Dziś gdy się ubrałam, wziął mnie za rękę i zaprowadził przed drzwi pokazując że mam wyjść. o_O
Ja wiem, że jemu dobrze z babcią, ale wiem też, kiedy moje dziecko jest radosne, a kiedy nie. Wtedy nie był. Spytałam czy da mi buzi, usłyszałam Nieeeeee. Założyłam buty, a on tylko czekał. Wyszłam, spytałam czy zamknie drzwi i znowu usłyszałam Nieeeee.

I nagle mnie coś walnęło między oczy...
A może on jest na mnie zły, że ja wychodzę? Może w tym jest rzecz, że nie ma mnie w domu? Że go zostawiam? Może stąd te zachowania, bicie mnie (głównie mnie - w sobotę dostałam na dzień dobry, jeszcze nim oczy otworzyłam!; parę razy próbował strzelić swojego ojca), agresja i wymyślanie co tu zrobić, żeby matka zareagowała?

Jeśli jestem w domu on żąda ode mnie uwagi na 100%. Potrafi robić scenę, bo idę do wc. Nienawidzi, gdy jestem w kuchni, nie daje mi spokojnie zrobić śniadania, a ostatnie rewelacje z przytrzaskiwaniem palców były wynikiem próby ugotowania obiadu.
Ja nie mogę nawet zajrzeć do gazety. Nic nie mogę.
Czuję się ubezwłasnowolniona. Gdyby nie moja mama, dawno umarłabym z głodu. On też.
Ostatnio przeczytałam o domowym pieczeniu chleba i jedna z mam uraczyła mnie informacją, że to się da, bo wszystko się da. Boże! Ja nawet nie marzę o pieczeniu chleba. Ja bym chciała tylko normalnie zjeść śniadanie, zrobić kanapki, obrać ziemniaki, zaparzyć kawę i usiąść na chwilę. Nawet przestałam już marzyć o czytaniu... Jeśli mam siły, czytam jak on śpi, nim sama padnę.
Chałupa tonie w syfie, gdy moja mama wyjeżdża.
Wczoraj przyjechała pod wieczór (zamiast w pon. rano) i jak wpadła do kuchni to wyjść nie mogła.

Jeszcze niedawno próbowałam po pracy coś zrobić, gdy mama była. Ale musiałam się poddać. On nie akceptuje mojego "cośrobienia", babcia może, ja nie.

I teraz jeszcze te akcje z przytrzaskiwaniem palców... A wczoraj doszło gryzienie się. Dopiero co byłam u psycholożki, która stwierdziła, żeby nie dawać mu się rozkręcać, podnosić, gdy robi pady na dupę, aż ten pomysł porzuci. Może to taka próba sprawdzenia mnie, a może chęć "zaopiekowania", zauważenia. Długo się tą radą nie pocieszyłam, dwa dni i wymyślił coś nowego. A kolejna wizyta u psychologa za miesiąc...

Tymczasem zamieniłam w sobotę dwa zdania z terapeutą SI i znowu usłyszałam, że gdy dziecko coś sobie wymyśliło, a ja muszę się poddać temu czemuś, nie wiem, np. podnieść gdy ono paca na glebę, albo wrócić po niego gdy nie chce iść i siada na ulicy, to dziecko wygrało, ja przegrałam.
Kurwa jego mać. Czy rodzicielstwo to jest jakaś zasrana wojna? Czemu wszyscy na siłę próbują mi wmówić, że daję sobie srać na głowę i biorę udział w jakiejś przepychance? To jest mój syn do cholery, a nie jakiś wróg!

Homeopatka znowu odesłała mnie do psychologa. Mnie. Bo dziecko rządzi, wymusza, testuje, przesuwa granice, a ja przegrywam i daję sobie wejść na głowę. I mam zasięgać rad, jak sobie z nim "radzić". Dobrze, że nie powiedziała "walczyć". Raczyła natomiast uznać, że on powinien wiedzieć kto "tu rządzi", kto jest "górą".

Tylko czemu ja ciągle mam wrażenie, że im więcej od niego chcę, albo im bardziej walczę o swoją przestrzeń i pięć minut dla siebie (choćby przy robieniu kawy), tym bardziej on podąża ku złym, negatywnym, niszczącym zachowaniom?! Dopóki nie było tematu przechodzenia na pasach za rękę - nie pacał na dupę na ulicy. Dopóki nosiłam, nie robił scen przy spacerach.
Dopóki nie uparłam się robić obiadu, nie szukał co tu sobie zrobić, żeby zostać zauważonym.

Z drugiej strony nie wiem czy to po prostu nie chodzi o zwykłą przewidywalność...
Robi coś, ma jakiś plan i tego planu chce się trzymać. Tak samo ma być z moją reakcją na jego zachowanie. Plan, działanie i... bum, bo matka robi inaczej.
On wiele rzeczy robi wg schematu. Może i mnie chce w taki schemat włożyć?
Mgr Bogacz mówi, że może on sprawdza czy mama tak jak wszystko inne, działa poprawnie. Robi coś i nagle zonk - mama się zepsuła. Stąd bunt i histeria.

Ja sama nie wiem na ile to jest problem ze schematem, a na ile deficyt mojej obecności i brak opieki na 100% przez maksimum czasu...
Nie wiem i zaczyna mnie to przerastać...
Powoli  tracę siły. :(


Konia z rzędem temu, kto mi powie co robić, żeby było dobrze.

sobota, 7 lipca 2012

Na skraju obłędu

Przed chwilą stwierdziłam, że moje dziecko zaczyna tracić swój słynny intelekt, a ja przy nim durnieję do reszty...
To co on dziś wymyślił, to już przeszło moje oczekiwania. Padłam na dziób, wymiękłam, poddałam się, kapitulowałam, nie mam siły... można mnie dobić.

Jeszcze nie uporałam się z rzutami na glebę i z robieniem sajgonu w chałupie za pomocą rzutów wszelakiego rodzaju, głównie za pomocą ciężkich zabawek o ostrych krawędziach. Jeszcze nie zeszło mi ciśnienie wywołane całkiem przecież świeżym pomysłem Daniela pt. "nie będę robił EE". Jeszcze nie doszłam do siebie po paru nieprzespanych nocach, w których ciągle rzucał się na łóżku i albo krzyczał, że EE, albo że NIEEEE. To jeszcze teraz mam nowy problem...

Dziś mój syn wymyślił, że będzie sobie robił krzywdę, w celu zwrócenia mojej uwagi. o_O

Nie wiem na ile ta krzywda jest wymyślona, a na ile realna, ale pewnie niedługo się dowiem.

Zaczęło się rano, bo wydumał sobie, że mam go nosić z pomieszczenia do pomieszczenia, jak kiedyś. /Wnoszę, że z powodu ostatniego maruda spowodowanego niechęcią do EE, babcia przegięła z noszeniem./ I bunt. Matka się zepsuła, bierze na ręce, tuli, ale siada... Jak śmie??!!
Pacanie na dupę przede mną nie dało chyba pożądanego efektu, bo postanowił pacać dalej i wyniósł się z tym zabiegiem pod drzwi sypialni. A dopiero co psycholożka powiedziała mi, żeby bez słów dawać rękę i niech wstaje, jeśli tak to działa, to dobrze, byle krótko, bez gadania i byle nie przedłużać sceny. I dupa. Nie działa. Jak nie chodzi o to, żebym tę rękę podała, to o co? Bo przecież zaczął pacać na drugim końcu mieszania nie bez powodu?!

Szybko wyszliśmy na spacer, bo miałam już po kokardę tych scen. Spacer fajny.
Po powrocie cyrk ze zmęczenia, nie wiedzieć czemu, bo była dopiero 11ta, a ostatnio Daniel śpi od 12-13ej.
Po drzemce nastąpiła seria ciekawostek. Poszłam do kuchni robić obiad. Wiele do zrobienia nie miałam, ale kwadrans był mi potrzebny. Jemu to oczywiście nie spasowało i zaczął podchody.
Najpierw usłyszałam krzyk z pokoju, że AAAŁAAAA. Lecę, a ten stoi przy drzwiach i trzyma palce między drzwiami a framugą. Wyjęłam bez problemu. o_O Co jest do cholery? - myślę sobie.
Wróciłam do kuchni, mija minuta i znowu słyszę AAAŁŁAAA. Tym razem znalazłam go w przedpokoju, w drzwiach od kibla. Akcja ta sama. Za trzeciem razem plastikowy samochód "przytrzasnął mu palce". o_O
/Skąd dwulatek ma takie pomysły??? Nie za wcześnie na udawanie???/

Potem pojechaliśmy na terapię SI, więc była chwila przerwy, a na dobranoc zaczęło się na dobre.
Nie mógł zasnąć i modził. Najpierw rzuty dupskiem na ziemię. Podniosłam, więc szukał dalej... I znalazł. Z początku pad na glebę i walenie głową w podłogę. Za szybko reagowałam i bez wrażenia, więc przeszedł do prób uderzenia mnie w twarz. Potem przyszła kolej na spotkanie jego głowy ze ścianą. A na deser zaczął się szczypać po ciele jedną ręką, a drugą ciągnął mnie za ręce, żebym "coś zrobiła". o_O
Wyszłam z sypialni, poszłam wziąć zimny prysznic, a potem dałam mu Hydroksyzynę.

Któreś z nas ani chybi zwariowało. Albo on wpadł w jakąś fazę cofania w rozwoju, albo ja mam omamy. Jeszcze nie wiem do końca które ma to fiksum, ale obawiam się, że albo oboje, albo jesteśmy na dobrej drodze. Ja w każdym raziem palę się już tylko siłą rozpędu...
Jeszcze kilka takich dni i wyląduję w Toszku.

Ps.
Melatonina działa jakieś 2-3h.
Potem są cyrki jak zwykle. Żeby dospał rano dłużej niż do 5ej, musiałby ją dostać do nocnej kaszy, która ostatnio przesunęła się na godziny 2-4.
Dziś na dobranoc nie zadziałała wcale. Usypianie trwało od 20:30 do 22:15.
A ja mam z głowy do rana. :/

Edit.
Od jutra melatoninę odstawiamy, trochę o niej poczytałam i ... nie był to najlepszy pomysł. Z dotychczasowych badań wynika, że wpływa na produkcję testosteronu, FSH i LH.  Nie wiadomo co robi tak małe stężenie, ale to dwulatek, nie będziemy ryzykować.


czwartek, 5 lipca 2012

Ubezwłasnowolnienie czy zmiany kosmetyczne?

W związku z ostatnimi rewelacjami w sprawie szczepień, zrobiły się dwa obozy. Jedni węszą dramat, inni nie widzą specjalnych różnic w ustawach, przynajmniej dla siebie.

Powstaje pytanie czy ktoś aby nie zapomniał o tych dwóch rzeczach: 


Konstytucja RP


Art. 38.
Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.


Art. 39.
Nikt nie może być poddany eksperymentom naukowym, w tym medycznym, bez dobrowolnie wyrażonej zgody.
Art. 68.
  1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

  2. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.
Art. 72.
Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją.


Karta praw pacjenta na podstawie Deklaracji Praw Pacjenta WHO




Każdy ma prawo do poszanowania swojej osoby jako osoby ludzkiej. 
Każdy ma prawo do samo decydowania.
Każdy ma prawo do poszanowania integralności fizycznej i psychicznej oraz do poczucia bezpieczeństwa swojej osoby.  

Warunkiem wstępnym dla jakichkolwiek działań medycznych jest świadoma zgoda pacjenta. 
Pacjent ma prawo nie zgodzić się lub wstrzymać działanie medyczne. Następne odmowy lub wstrzymania leczenia powinny być starannie objaśniane pacjentowi.


Pacjent ma prawo do wyrażania zgody lub odmowy ich udzielania na badanie lekarskie, badanie diagnostyczne lub inne czynności medyczne i pielęgnacyjne oraz do pełnej informacji o ich celu, charakterze i stopniu ryzyka, a także prawo do wyrażenia zgody lub odmowy jej udzielenia na umieszczenie w szpitalu lub innym zamkniętym zakładzie opieki zdrowotnej.


 _____________________

Tymczasem projekt zmian brzmi nieciekawie.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie chciało mi się porównywać zdania po zdaniu, do ustawy - matki, ale znalazłam parę ciekawostek...


List otwarty autorstwa dr Jerzego Jaśkowskiego.
Nie jestem ślepą wyznawczynią, ale dość dokładnie zanalizował projekt ustawy i odpowiedział na kilka ciekawych kwestii.

List otwarty

Jest jeszcze apel Fundacji Lex Nostra do Senatorów

Apel


Swój apel wystosowało tez Stop NOP.


____________________


Tymczasem interpretacja tych zmian nie wydaje się mocno różnić od pierwowzoru, a w każdym razie nie wydaje się nas trzymać za łeb.


A oto ciekawe cytaty z komisji: 

Senator Beata Gosiewska:
Mam pytanie do senatora sprawozdawcy. Jeżeli pani senator nie będzie w stanie odpowiedzieć, to poproszę o odpowiedź przedstawiciela ministerstwa. Czy państwo… Bo pani senator bardzo ogólnie powiedziała, że pochylaliście się nad tymi licznymi zazwyczaj mailami. No, ja dostałam ich ponad trzysta. Co o tym państwo sądzicie? W tej kadencji jest to chyba pierwsza tak liczna korespondencja dotycząca zmiany ustawy.
Przede wszystkim dla mnie zbyt ogólnie i niejasno sprecyzowane są powody zmiany tej ustawy. Co takiego się wydarzyło, że należy zmienić ustawę? Pytam, bo te stwierdzenia, które pani przytaczała, Pani Senator, były bardzo ogólne. Gdyby mogła pani powiedzieć tak prosto i konkretnie…
Drugie moje pytanie. W tych mailach pojawia się zarzut dotyczący rezygnacji z refundacji w przypadku zgłaszania niepożądanych odczynów poszczepiennych. Czy jest prawdą, że ta zmiana spowoduje, że nie będzie refundacji? Drugi zarzut dotyczy próby ograniczenia dostępu do informacji właśnie o niepożądanych skutkach szczepień. Ja jestem zwolennikiem szczepień, jednak wszyscy wiemy, że mogą one powodować negatywne skutki uboczne, że mogą wywoływać niektóre choroby czy powodować dolegliwości. Uważam, że te negatywne skutki szczepień powinno się bardzo precyzyjnie monitorować, a szczepionki, które powodują niepożądane działania, eliminować, zwłaszcza z listy szczepień obowiązkowych, ochronnych.
I kolejne moje pytanie. Wcześniej wielokrotnie mówiono o rezygnacji z obligatoryjnego szczepienia. Jaki cel i jaki sens ma narzucanie obywatelom obowiązkowych szczepień? Jest niewielka grupa rodziców, którzy są przeciwni szczepieniu ich dzieci. I ja nie mówię tu o rodzinach patologicznych, ja mówię o tych rodzicach, którzy w swojej świadomości – często wynikającej z ich wykształcenia czy z podejścia do życia – są przekonani, że nie chcą zaszczepić swojego dziecka. Dlaczego ich zmuszać, skoro nie chcą tego zrobić? To chyba nie grozi epidemią. Dziękuję bardzo.

Główny Inspektor Sanitarny Przemysław Biliński:
Chcę powiedzieć, że celem nowelizacji jest dostosowanie przepisów ustawy do zmian finansowania działalności Państwowej Inspekcji Sanitarnej, dostosowanie do zmian organizacyjnych w zakresie podległości wojewodzie i staroście.
Chcę też powiedzieć, że wysokie koszty, które musiały zostać poniesione przez stacje sanitarno-epidemiologiczne, począwszy od dnia wejścia w życie nowych przepisów wykonawczych, czyli od roku 2010… W obecnej chwili zrezygnowano z refundacji kosztów zgłoszeń niepożądanych odczynów poszczepiennych. Szanowni Państwo, koszt takiego zgłoszenia jest absurdalnie niski. Jeżeli uznamy, że rocznie w Polsce mamy około tysiąca zgłoszeń odczynów niepożądanych, to wobec około trzech tysięcy osób, które uchylają się od obowiązku szczepienia, skala tego zjawiska jest niezwykle niska. Niektórzy eksperci uważają, że jest to wyjątkowo dobry prognostyk do stosowania programu szczepień ochronnych i do jego rozwoju.
Chcę powiedzieć, że odczyny poszczepienne są cechą osobniczą. Tak jak niektórzy z nas mogą mieć uczulenie na różne pokarmy, tak samo podanie leku, szczepionki może wywoływać osobnicze reakcje. Oczywiście z pełną świadomością należy powiedzieć, że mogą występować ciężkie przypadki niepożądanych odczynów poszczepiennych – takie sytuacje się zdarzały i nadal się zdarzają – ale nie unika się odpowiedzialności za nie. W art. 37 ustawy – Prawo farmaceutyczne mówi się o tym, że odpowiedzialność za niepożądane efekty stosowania leku ponosi podmiot odpowiedzialny, producent, a więc obywatel może bezpośrednio na drodze sądowej, w trybie postępowania cywilnego, wnosić o zadośćuczynienie.
/Czyli Państwo nakłada na mnie obowiązek, a ja mogę na drodze sądowej dochodzić odszkodowania, nie od państwa, a od producenta. Genialne! ./

W art. 24 omawianej dziś ustawy jest informacja o tym, że koszty świadczeń w zakresie naprawy zdrowia, która następuje w związku z takim odczynem, ponosi minister zdrowia bądź płatnik, NFZ. Obywatel może zatem czuć się zabezpieczony także i z tej strony – koszty świadczeń wynikających z konieczności naprawienia szkody, czyli pobytu w szpitalu, rehabilitacji, ponosi system, a więc minister zdrowia i płatnik, jakim jest Narodowy Fundusz Zdrowia.
/To czemu ja płacę za leczenie syna i zajęcia terapeutyczne z własnej kieszeni??/
Dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej w stosunku do producentów, do podmiotów odpowiedzialnych przysługuje każdemu obywatelowi. /Państwo opłaci mi prawnika?/
Niektóre kraje na świecie rozwiązały to w sposób nieco odmienny niż Polska. Powstają tam fundusze, na które podmioty odpowiedzialne wpłacają pieniądze po to, by skrócić okres oczekiwania na wyrok, który w sądzie może zapaść dopiero po wielu latach. Takim krajem jest na przykład Szwecja. Inne kraje nie poszły tą drogą – w Polsce nasz system pokazuje, że… Prawa pacjenta umożliwiają dochodzenie roszczeń bezpośrednio od podmiotu odpowiedzialnego. Oczywiście to nie lekarz odpowiada za produkt. Jeśli lekarz dopełni wszelkich swoich obowiązków i prawidłowo zakwalifikuje dziecko do szczepienia, nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Ma w tym swój udział i lekarz, i pielęgniarka, która dokonuje szczepień. Jeżeli więc szczepienie zostało wykonane prawidłowo i prawidłowo zostało zakwalifikowane dziecko do szczepienia, to wykonujący nie ponoszą odpowiedzialności za to, że powstał odczyn poszczepienny. Wtedy faktycznie obywatel może dochodzić roszczeń bezpośrednio u podmiotu odpowiedzialnego, producenta czy importera. Zatem wydaje się, że system zabezpieczył obywatela polskiego przed tym niebezpieczeństwem.
Państwowa Inspekcja Sanitarna śledzi z czynnym udziałem konsultantów krajowych w dziedzinie mikrobiologii, epidemiologii i chorób zakaźnych najnowsze piśmiennictwo światowe w tym zakresie. Reagujemy na każdą niepokojącą informację naukową. Sami państwo, podobnie jak ja, braliście udział w gorącej dyskusji, która toczyła się w trakcie pandemii grypy. To właśnie rozsądek ministra zdrowia, ekspertów, konsultantów krajowych oraz pracowników Państwowej Inspekcji Sanitarnej doprowadził do tego, że Polska szczepionki nie kupiła. Chcę powiedzieć, że właśnie wtedy podmioty odpowiedzialne wyłączyły swoją odpowiedzialność z tego powodu, że proces jej produkcji był szybki i nie były w stanie przewidzieć jej efektów. Wyczuleni na ten przypadek dokładamy wszelkich starań, żeby nasi obywatele mieli pełne poczucie bezpieczeństwa.

 Jeśli chodzi o zmianę, potrzebę zmiany definicji choroby zakaźnej, to mogę powiedzieć, że obecnie obowiązująca definicja choroby mówi o tym, że to jest choroba, która została wywołana przez biologiczne czynniki chorobotwórcze, które ze względu na swój charakter i sposób szerzenia stanowią zagrożenie dla zdrowia publicznego. Pani senator sprawozdawca bardzo przejrzyście wytłumaczyła, że mówimy tu o chorobach, które zapisane są w załączniku do tej ustawy, a on jest integralną częścią tej ustawy. To ustawodawca ustala listę, katalog chorób zakaźnych, a więc nie ma tu pełnej dowolności ani głównego inspektora sanitarnego, ani ministra zdrowia, jeśli chodzi o dopisywanie, poszerzanie katalogu chorób zakaźnych. Jeśli zaś chodzi o katalog szczepień, to minister zdrowia, władza wykonawcza ma tytuł do wydania rozporządzenia, w którym określa katalog szczepień ochronnych. Zestaw tych szczepień określony jest tylko i wyłącznie w tym załączniku do ustawy.
Zdarzają się sytuacje nadzwyczajne, epidemie, wtedy kiedy szerzy się choroba o wyjątkowo dużej zjadliwości, zakaźności. Państwo musi mieć narzędzie, aby wówczas chronić zdrowie obywateli, zdrowie populacji. W tym celu doprecyzowane zostały przepisy omawiające tak zwany przymus poddania się szczepieniom.
 /Czyli jeśli będzie kolejna pseudo epidemia grypy, moje dziecko będzie zaszczepione siłą, dla dobra obywateli? Nie napiszę, gdzie ja mam takie dobro.../

Chcę powiedzieć, że obowiązek wykonywania szczepień nie równa się przymusowi. W ustawie dzisiaj przedkładanej nie ma przepisów penalizujących, które odnoszą się do uchylania się od obowiązku dokonania szczepień. Nikt uchylającego się od obowiązku poddania się szczepieniom nie przymusza do ich wykonania. Może to mieć miejsce tylko w jednym przypadku, wtedy kiedy zostaje ogłoszony na przykład przez wojewodę lub przez ministra zdrowia stan epidemii na terenie województwa bądź na terenie całego kraju. To jest ten szczególny przypadek, kiedy należy uznać, że przymuszanie do poddania się szczepieniom ma cel, jakim jest ochrona zdrowia publicznego.
Ochronę zdrowia publicznego zrealizować można w szczególny sposób. Chciałbym o tym Wysokiemu Senatowi powiedzieć na przykładzie bakteriiEscherichia coli. Jest to szczep niemiecki, znany państwu, występujący w żywności. Zwykła Escherichia coli, która kiedyś była zwykłą escherichią, powodującą zwykłe objawy dyspeptyczne, niewielkie biegunki, posiadła plazmid, który stworzył z niej bakterię bardzo zjadliwą, łatwo przenoszącą się, wywołującą ciężkie, często bardzo dramatyczne objawy prowadzące do zgonów. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w jaki sposób dojdzie do wymiany materiału genetycznego między bakteriami. I wczoraj bezpieczna, w miarę bezpieczna bakteria dziś wywołuje objawy śmiertelne. A zatem eksperci uznali za konieczne, by w przepisach prawa była wspomniana ewentualność. Chodzi o to, żeby w przypadku epidemii móc reagować w sposób bezpośredni, a nawet sięgać po możliwość przymuszenia do wykonania szczepień.

Przewiduje się między innymi możliwość nałożenia obowiązku szczepień ochronnych na osoby inne niż objęte programem szczepień ochronnych. Co to oznacza? Pojawiły się takie pytania. Podam przykład z życia wzięty. Polscy żołnierze wyjeżdżający na misje do krajów tropikalnych muszą być zaszczepieni. Oni jadą tam z misją, jadą do pracy, są narażeni na czynniki biologiczne. Przed wyjazdem muszą uzyskać odporność swego organizmu na czynniki, z którymi mogą się spotkać w krajach, do których się udają. A więc są to osoby inne niż te, które są wymienione w kalendarzu szczepień, gdzie są przewidziane rutynowe szczepienia obywateli polskich, dzieci. Tak więc omawiana zmiana doprecyzowuje również, że można nałożyć obowiązek szczepień również na inne osoby, spoza katalogu szczepień, i tutaj ustawodawca wskazuje te osoby.

Teraz odpowiem na pytanie pani senator, dlaczego utrzymywany jest obowiązek szczepień ochronnych. Obowiązek szczepień ochronnych w naszym kraju jest realizowany bardzo skrupulatnie. Wyszczepialność przeciwko chorobom zakaźnym, w zależności od choroby, sięga 95–98%, a więc jesteśmy w czołówce światowej, jeśli chodzi o bezpieczeństwo epidemiologiczne w zakresie chorób, na które są prowadzone szczepienia. Mogę powiedzieć, że są kraje, w których nie ma takiego obowiązku i wyszczepialność jest w granicach 60%. Autorytatywnie eksperci potwierdzają, że poziom bezpieczeństwa epidemiologicznego w tamtych krajach jest zdecydowanie niższy niż u nas. Populacja jest zabezpieczona, ale jest to zabezpieczenie płynne.
/Jak się ma poziom bezpieczeństwa epidemiologicznego do faktycznej liczby zachorowań, nie powiedział./ 


Obowiązek szczepień doprowadził do wyeradykowania ciężkich, śmiertelnych chorób. Taką chorobą jest ospa, taką chorobą jest choroba Heinego-Medina, czyli polio. Szczepienie przeciwko polio… Tej choroby w Polsce nie ma, a mimo to dalej przeciwko niej szczepimy. Dlaczego? Bo Światowa Organizacja Zdrowia podjęła decyzję, że – podobnie jak ospy – polio na świecie być nie powinno. Występują pojedyncze przypadki polio w Tadżykistanie. Do Polski przyjeżdżają turyści, przyjeżdżają uchodźcy, mogą tę chorobę ze sobą przywieźć, więc musimy być na to zaszczepieni. Przypuszcza się, że powszechne szczepienia przeciwko polio na całym świecie powinny trwać jeszcze około dziesięciu, dwunastu lat, tak aby w tych krajach, gdzie występują te zjawiska, doprowadzić do całkowitego wygaśnięcia obecności wirusa, tak jak to było w przypadku ospy.

Czy karać za uchylanie się od obowiązku szczepień? Otóż w naszej ustawie nie ma słowa o karaniu. Penalizacja pojawia się w ustawie – Kodeks wykroczeń i Kodeks postępowania administracyjnego. Tak jak jest w przypadku wszystkich innych decyzji, taki obowiązek obywatelski powinien być spełniony. Powiem, jak to wygląda w praktyce. W przypadku, kiedy nadzór epidemiologiczny trafia na osobę chcącą uniknąć szczepienia, przeprowadza z nią rozmowy, są też kontakty z lekarzem, z pielęgniarką środowiskową. Decyzją ostateczną jest przywołanie obywatela na piśmie do poddania się obowiązkowemu szczepieniu. Jeśli do tego nie dochodzi, w wielu przypadkach pozostaje zrobić wywiad środowiskowy i sprawdzić, czy osoby te żyją w środowisku zaszczepionym, bo na przykład takie dziecko, które żyje w środowisku zaszczepionym, wśród zaszczepionych rodziców, dziadków, wśród kolegów i koleżanek, jest w dużym stopniu zabezpieczone. I to ocena ryzyka w takiej rodzinie pokazuje, czy można odstąpić od penalizacji i czy można nie wręczać mandatu w wysokości 500 zł. Ale ta decyzja należy do powiatowego inspektora sanitarnego, który dokonuje właśnie tej oceny ryzyka.

Czy ustawa wprowadza przymus szczepień? Ustawowy obowiązek poddawania się szczepieniom ochronnym absolutnie nie oznacza przymusowego wykonania szczepienia z zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego. Niewykonanie obowiązku szczepienia powoduje, tak jak mówiłem, powstanie konsekwencji prawnych w postaci grzywny. Zgodnie z art. 31 Konstytucji Rzeczypospolitej w demokratycznym państwie konstytucyjne wolności i prawa mogą być ograniczone na drodze ustawy między innymi wtedy, gdy jest to niezbędne dla ochrony zdrowia. Kwestia obowiązku szczepień nie jest określona przepisami ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu chorób zakaźnych, ale reguluje ją ustawa z dnia 17 czerwca 1966 r. o postępowaniu egzekucyjnym w administracji w zakresie, w jakim dotyczy ona obowiązków o charakterze niepieniężnym. Nałożenie przez ustawodawcę powszechnego obowiązku poddawania się szczepieniom ochronnym przeciw wybranym chorobom zakaźnym zapewnia odpowiednio wysoki odsetek osób poddających się szczepieniom i skutecznie zmniejsza ryzyko epidemicznego szerzenia się chorób zakaźnych w populacji. Wprowadzenie obowiązkowych szczepień ochronnych przeciw wybranym chorobom zakaźnym zmniejsza także społeczne skutki związane z ciężkimi zdrowotnymi następstwami chorób zakaźnych, w tym związane z kosztami leczenia tych chorób oraz ich powikłań, co pozwala wykorzystać zaoszczędzone środki lecznicze na leczenie i zapobieganie chorobom niezakaźnym.

Dlaczego ustawa ogranicza dostęp do informacji o NOP? Takie pytanie pojawia się w mailach, które docierały do państwa senatorów. Ustawa w żadnym miejscu nie ogranicza dostępu do danych o zachorowaniach na choroby zakaźne. Dane te od lat są publikowane na podstawie art. 30 ustawy w obecnym kształcie, w tym również umieszczane są w internecie: na stronach Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i Państwowego Zakładu Higieny. Dostęp do nich jest całkowicie bezpłatny i nie są przewidziane żadne zmiany w tym zakresie. Są to tak zwane dwutygodniówki – co dwa tygodnie otrzymujemy aktualną mapę epidemiologiczną kraju w zakresie wszystkich chorób zakaźnych wymienionych w załączniku do omawianej dziś ustawy.
Przepisy o funkcjonowaniu rejestrów, o których mówiła pani senator, ze względu na vacatio legis wybranych przepisów ustawy właściwie nigdy nie weszły w życie. Faktycznie, nigdy nie zdążyły wejść w życie, a obecnie, ponieważ zrezygnowano z refundacji kosztów zgłoszeń chorób zakaźnych oraz dodatnich wyników badań laboratoryjnych, powinny zostać uchylone jako dodatkowe i niepotrzebne administracyjne obciążenie lekarzy. A zatem usuwamy z ustawy martwy, niedziałający przepis. Istnieją odpowiednie druki i obowiązek raportowania, a zatem ten dodatkowy przepis, który nie wszedł w życie, może zostać usunięty.
Jednym z ważniejszych pytań, które pojawia się w mailach i na które uwagę zwracali państwo senatorowie w trakcie dociekliwych prac na posiedzeniu Komisji Zdrowia… Na pytanie, dlaczego poszerza się wykaz osób, które mogą zastosować przymus bezpośredni przy szczepieniu… Nie poszerzono w tym zakresie katalogu osób. W przepisach określających dopuszczalność i sposób stosowania przymusu bezpośredniego wprowadzono doprecyzowanie, zgodnie z którym przymus będący częścią interwencji medycznej może być stosowany jedynie przez pracowników medycznych pod bezpośrednim nadzorem lekarza lub felczera. Obecnie przepis brzmi tak: „O zastosowaniu bądź zaprzestaniu stosowania środków przymusu bezpośredniego decyduje lekarz lub felczer udzielający pomocy osobie, o której mowa w ust. 1. Każdy przypadek zastosowania przymusu bezpośredniego odnotowuje się w dokumentacji medycznej”. Proponowana zmiana ma z kolei brzmienie następujące: „O zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego decyduje lekarz lub felczer, którzy określają rodzaj zastosowanego środka przymusu oraz osobiście nadzorują jego wykonanie przez osoby wykonujące zawody medyczne. Każdy przypadek zastosowania środka przymusu bezpośredniego odnotowuje się w dokumentacji medycznej”. A więc nie poszerzamy tu ani katalogu osób, ani zakresu…
Jedno z pytań, które wzbudziło duże zainteresowanie w trakcie prac i które pojawiało się w mailach, jakie przychodziły do państwa senatorów, dotyczyło tego, dlaczego w art. 24 nakłada się dodatkowe obowiązki związane z zapobieganiem chorobom zakaźnym, oraz tego, kto je będzie finansował. Otóż przepis art. 24 rozszerza zakres współdziałania między instytucjami państwa. Każda instytucja działa na podstawie prawa i w jego granicach. Instytucje mogą między sobą zawierać porozumienia o współpracy i ten artykuł określa właśnie zakres tej współpracy między instytucjami państwowymi. Nie wpływa to w sposób bezpośredni na obywatela. Należy zauważyć, że obecny uregulowany już w istniejących przepisach zakres działania poszczególnych inspekcji obejmuje nie tylko powiadomienie o zagrożeniach epidemiologicznych, ale również zapobieganie ich występowaniu oraz ich zwalczanie. Współpraca ta dotyczy Państwowej Inspekcji Sanitarnej, Inspekcji Weterynaryjnej, Inspekcji Ochrony Środowiska, ale również Inspekcji Sanitarnej MSWiA i Wojskowej Inspekcji Sanitarnej. Ponieważ państwowy inspektor sanitarny nie może uczestniczyć w kontrolach w obrębie zamkniętych jednostek Wojska Polskiego, należy to do właściwości Wojskowej Inspekcji Sanitarnej. Zatem i tak musimy działać w porozumieniu, bo wystąpienie ogniska epidemicznego na terenie koszar wojskowych może bardzo łatwo przenieść się na zewnątrz tych koszar, czego mamy dowody z lat ubiegłych – mam na myśli przypadki przenoszenia się zakażeń meningokokowych również na dzieci. A zatem to współdziałanie jest niezbędne. Tutaj opisujemy tylko ramy tego współdziałania, nie zmieniając zadań tychże instytucji państwowych.

_________________

A prawda pewnie jak zwykle leży po środku...


poniedziałek, 2 lipca 2012

Dziękujemy za każdą pomoc

Taki sobie wątek dziękczynny, w którym dziękujemy dobrym ludziskom, za wpłaty jakie wpadły nam na konto Fundacji. I nie tylko za to. Chcemy byście wiedzieli, że bardzo to dla nas cenna pomoc i że jesteśmy Wam bardzo wdzięczni! :*

Niestety nie dysponuję danymi kto i co, wiem tyle ile udostępnia mi Fundacja, a więc podstawowe dane z przelewu. Jeśli ktoś chciałby się przyznać, że on to on, to ja bardzo proszę o wiadomość na maila..

Podziękowania gorące za wpłaty na fundacyjne konto dla nw.:

- Daniel i Lucyna S. (Luba :* ) /nazwisko usunięte na prośbę darczyńcy/

- Katarzyna Koszewska - Pandit 

- Dominika Przekop (z mężem)

- M... i E... O. (na prośbę darczyńców  nie umieszczam więcej danych)

- Alicja Kost 

- Magdalena Żejmo

- Wiesława Kowalik

- anonimowy darczyńca 

- Joanna Kostrzewska  

- anonimowy darczyńca

- A. Jaruzelska      


-  



Dziękuję także nw. osobom, które pomogły nam w jakikolwiek inny sposób: 

- Joanna Kostrzewska - za prezenty w postaci bodziaków

- Ania Górczyńska - za podarowanie mega pudła pieluch

- Kasia Kruk - za adidaski i fotelik rowerowy

- Justyna Minuta - za pomoc finansową

- Joanna Grzegorczyk - za tajemniczą wpłatę na paypall :)

- Magdalena Janik - jak wyżej :)

- Ewa Knop - za paczę z pieluchami, kaszami, proszkiem itp. gadżetami 

- Magdalena i Tomasz Majewscy - za regularne fundowanie Daniowi wizyt w fikolandzie i nie tylko

- Teresa Sobczak - za prezenty i nie tylko :)

- Agnieszka Pszonak - za różne prezenty, m.in. taśmę rehabilitacyjną

- Ewa Łuków - za książeczki, piłkę lekarską i inne takie :) 

- Irena Królikowska - za prezenty książkowe

- Izabela Zabawska - Domin - za prezent wrotkowy :)

- Paulina (...) - za pudło klocków, układanek i puzzli ! 








niedziela, 1 lipca 2012

Apetyt, Candida i inne atrakcje

Nie mamy grzyba, wyniki czyste, badanie przeciągane do tygodnia i nadal czyste.
Ale mamy koszmar z jedzeniem i powrót koszmaru ze spaniem. Zaczynam czuć przemęczenie, niemoc mnie przytłacza...

Po miesiącu ładnego jedzenia (maj), przyszedł miesiąc jedzenia słabego. Ostatnie dwa tygodnie to już jechaliśmy na czerwonym świetle, aż w końcu jedzenie zeszło do zera.
Gdy odeszło jedzenie nocne i mleko poranne, zaczęłam rwać włosy z głowy. Waga spada, nerwowość narasta, sen coraz gorszy, a do tego... brzydki zapach z ust ( u dwulatka?!).
Postanowiłam działać. Od dwóch dni Daniel dostaje flukonazol w syropie.

Sobota zeszła na marudzeniu, wczorajszy dzień też. Przedwczoraj krzyczał w nocy, a wczoraj przy zasypianiu. Nagle ni stąd, ni zowąd krzyk. Próbowałam ukoić, nie dało się, nie tak trzymałam, nie tak bujałam... W końcu wstał i wyszedł z wyrka. A potem zaczęło się tresowanie... Tresowanie mnie. On paca na dupę na podłodze, a ja mam wstać i go podnieść. Postanowiłam, że skoro jestem pół  metra dalej, to nic mu się nie dzieje i w końcu wstanie, i wróci do łóżka. Nie wrócił. Przegrałam. W końcu dym mi poszedł uszami i poczułam, że albo stracę go z oczu, albo nie wytrzymam... Wyszłam. Nie ruszył się z miejsca, nawet o milimetr. o_O
Nie chce mi się wierzyć, że choroba może dawać taki efekt. Dziecko nie może być tak uparte, tylko dlatego, że jest chore. A jest coraz gorzej.

Udało mi się uciąć cyrki na dworze. Nie znaczy to, że nie paca na dupsko. Paca. Tyle że wyciąga rękę, ja podaję swoją, on wstaje i idzie dalej... Ale muszę dać mu rękę, inaczej nie wstanie, nawet jakby miał godzinę tak siedzieć i ryczeć.
W takich razach ciągle wtedy myślę: O Panie! Przecież on ma tylko dwa lata! To malutkie dziecko! Jakim cudem może być tak uparte, tak twarde i tak zawzięte?!?!

Co do jedzenia, to znowu nie wiem co działa, czy syrop, czy przypadek, ale dziecko wczoraj zjadło na obiad pięć kęsów ziemniaka. Babcia prawie się popłakała ze szczęścia! Potem nic, do wieczora. Po 20ej zjadł 2/3 kiełbaski wiedeńskiej - kolejny cud. Nie zjadł takiej ilości od ho ho.
No ale coś za coś, nie wypił za to mleka na dobranoc.

Działa flukonazol? A może to wcale nie ma związku? Nie wiem. Podaję dalej. Zobaczymy.

Jutro jedziemy do dr Bross. Jak i tym razem po Medo M. młody zacznie lepiej spać i będzie mniej cyrkował, uznam chcąc nie chcąc, że te kulki działają jednak.

Tymczasem mamy nową fanaberię. Nie chcemy robić EE. Nie, że ciężko idzie, albo jest problem natury trawiennej. Nic z tych rzeczy. On zwyczajnie nie chce, bo nie. W głowie mu się coś poprzestawiało i nie...
Jak czuje parcie to krzyczy, że EE, każe się przebierać od razu, chociaż jeszcze nic tam nie ma. Próbowałam nocnika, nakładki na sedes, wszystkiego, nic nie działa, bo on nie chce... A jak parcie mocne ma, to krzyczy, tupie, piszczy i płacze, taką histerię robi jakby mu ktoś zapałki pod paznokcie wkładał.

I o co idzie? Skąd ten pomysł? Co on znowu wymyślił i dlaczego? Całą sobotę tak marudził, a popołudnie to już była kompletna porażka. Kilkanaście pieluch poszło, w każdej brudna plamka. A jak w końcu wyszło trochę tego, co wyjść miało, to młody tak krzyczał, jakby świat się kończył....
Przerażają mnie jego pomysły coraz bardziej. :(

Wyczytałam w książce o rozwoju dziecka, że fanaberie kupowe i spaniowe to norma u dzieci w wieku 2,5 roku. Czy on musi z takich trudnych rzeczy wszystko robić przed czasem? Może by tak gadał normalnie, w zamian, cholerka jasna?!



___________________________

Z innej bajki.
4 lipca posiedzenie komisji zdrowia. 

Piszcie listy, petycje, apele, cokolwiek. Może w końcu ktoś przeczyta i pomyśli o rodzicach chorych dzieci... 
Rozpatrzenie ustawy o zmianie ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej (druk senacki nr 141, druki sejmowe nr 293 i 416).
http://www.senat.gov.pl/prace/komisje-senackie/plan-posiedzen-komisji/

W skład komisji wchodzą:
biuro@chybicka.senat.pl; 
biuro@senatorczudowska.pl; 
biuro@stanislawgogacz.pl; 
biuro@ryszardgorecki.pl; 
senator@helenahatka.pl; 
s.karczewskibiuro@wp.pl; 
biuro@kraska.home.pl; 
biuro@rafalmuchacki.pl; 
senator@leszekpiechota.pl; 
biuro@smigielski.org; 

Ja napisałam.