wtorek, 12 czerwca 2012

Program Son-Rise, Metoda Opcji - part 1

Długo dumałam jak o tym napisać i co napisać. Szczerze mówiąc nie bardzo chce mi się wrzucać tu różne sieciowe formułki, a sama nie potrafię ująć całości tej metody w kilku zdaniach, skonkretyzować.

Spróbuję napisać o tym, co jest w tej metodzie ważne, co zwróciło moją uwagę i o tym co nie jest w niej dopuszczalne.

Pierwsza i najważniejsza rzecz w Programie Terapeutycznym Son - Rise, to bezwarunkowa akceptacja dziecka takiego, jakim ono jest. Akceptujemy chorobę, upośledzenie, wszystko z czym przyszło się nam mierzyć. Akceptujemy wszystkie zachowania dziecka, także wyłączenie ze świata i stymulacje. Nie próbujemy dziecka stamtąd wyrwać, nie zmuszamy go do niczego, nie namawiamy do pracy, nie karzemy i nie nagradzamy. Traktujemy świat dziecka jak obcą kulturę. Gdy jedziemy do Japonii, to nie próbujemy zmusić Japończyków do mówienia po polsku, nie namawiamy ich na dzień dobry do wstania z kolan, nie zmieniamy im wnętrz, nie obcinamy koczków, nie przebieramy i nie wciągamy ich w swój świat. To my wchodzimy w ich świat. Jeśli nas przyjmą, zauważą, zaakceptują, wtedy mogą zechcieć nam się przyjrzeć, poznać nas bliżej i może nawet wyjść z nami do naszego świata, a nawet nauczyć się naszego języka. Ale póki co musimy się jakoś porozumieć, a że jesteśmy w Japonii to my musimy mówić po japońsku. Tak właśnie traktuje tę rzecz Metoda Opcji.

Jak to zrobić?
Metoda zakłada, że wchodzimy w świat dziecka i robimy to co ono. Jeśli dziecko siada w kącie i kiwa się, siadamy obok niego i też się kiwamy. Nie, nie robimy z siebie idiotów, nie przerysowujemy sytuacji, staramy się robić to samo co dziecko, wczuć w jego świat. Doświadczenia terapeutów mówią, że każde dziecko, prędzej lub później dostrzega rodzica/terapeutę, który do tego świata wszedł i robi to samo co dziecko. W ten sposób osiągamy pierwszy sukces - dziecko nas widzi i powoli zaczyna nas włączać w swoją przestrzeń.

Jeśli po wielu takich próbach zostajemy włączeni do dziecięcego świata, wprowadzamy drugą część. Zachęcamy dziecko do różnych zabaw i zajęć, które lubi. Ten etap nazywamy Motywacją. Znajdujemy taką motywację, która się sprawdzi, w którą dziecko się zaangażuje, musi to być coś fascynującego i akceptowanego przez dziecko. Może to być bieganie, zapasy, cokolwiek.
Kiedy już mamy zaangażowanie i widzimy, że dziecko weszło w nasz pomysł, możemy wejść w etap trzeci. Na tym etapie, bawiąc się tak długo jak długo dajemy radę i jak długo dziecko zechce, powoli zaczynamy włączać różne obce elementy, mogą to być słowa, próby łapania kontaktu wzrokowego, może to być nauka czegoś, np. jedzenia.

(Raun Kaufman podał jako przykład chłopca, który uwielbiał schody. Jego mama wykorzystała ten element do nauki czynności fizjologicznych. Zakupiła odpowiedni stopień i wprowadziła go do zabawy. Z początku dziecko wchodziło na ten stopień, schodziło, wskakiwało itd. Później zabawka została przeniesiona bliżej wc, w końcu do samego wc. Na ostatnim etapie stopień przystawiono do kibelka. W efekcie chłopiec sam postanowił skorzystać z toalety stojąc na tym swoim ulubionym gadżecie. Oczywiście nie trwało to ani kwadrans ani dwa dni. Ale nie czas tu jest najważniejszy.)

Takim oto sposobem zachęciliśmy dziecko do wyjścia z jego zamkniętego świata i odwiedzenia naszego. I tak krok po kroku, dzień po dniu włączamy do życia dziecka inne elementy i delikatnie zapraszamy do pozostania w tym naszym świecie jak najdłużej. Ważne jest, żebyśmy go siłą nie trzymali, żeby ono samo zechciało tu zostać. A zechce, gdy będzie miało motywację i gdy w tym świecie mu się spodoba.

I tutaj pojawia się kolejna ważna w Metodzie rzecz. Spokój! Każde nasze zdenerwowanie, krzyk, złość uczy nasze dziecko, że jego świat jest lepszy, bezpieczniejszy. W jego świecie nie ma złości, nerwów, nikt nie krzyczy, nie bije, nie stosuje kar itd. Gdy pominiemy też ważny element terapii, dziecko nie zechce zostać w naszym groźnym, niebezpiecznym świecie. Oczywiste, prawda? Niestety dość trudne. Ale w tym już nasza rola, żeby sprawie podołać. To taka terapia dla rodzica również. Niestety wymaga dużo pracy i sporą część rodziców przerasta, dlatego tak łatwo z niej rezygnują. Prościej jest siedzieć za drzwiami gabinetu czytając gazetę, niż pracować  nad sobą i z własnym dzieckiem. Niestety.

Metoda Opcji nie zakłada wizyt na zajęciach i zamknięciu tematu po wyjściu z sali terapeutycznej. To program dla rodziny, na całą dobę. Rodzaj ideologii. Coś jak joga.

Program Son-Rise opiera się na szacunku do dziecka. Nie traktujemy dziecka, jak chorej istoty, którą trzeba naprawić. Traktujemy jak partnera. Jego zachowania nie są złe, nie próbujemy ich wyeliminować, nie próbujemy dziecka zmienić, skorygować.
W kilku miejscach w sieci przeczytałam, że ta metoda polega na takim przerysowaniu dziecięcych zachowań, by dziecko zrozumiało, że są one złe. Ups. Nie wiem jak doszło do takiej interpretacji i jaką drogą ona się rozeszła, ale jest mocno błędna!

W Programie S-R wszystkie zachowania dziecka są dobre!! Mało tego - służą czemuś bardzo ważnemu. 
To ucieczka do bezpiecznego świata. Dziecko, które kręci godzinami talerze, jak Raun, nie robi tego z musu, na złość komuś czy dlatego, że jest upośledzone. Robi to, bo takie działanie pozwala mu wyłączyć zmysły, odciąć natłok wrażeń, dźwięki, światła, głosy, szumy, wszytko to co wali mu się na głowę i przytłacza. Dzięki takiemu wyłączeniu wycisza się, odgradza od niebezpiecznego świata i regeneruje swój układ nerwowy.

Wyobraźmy sobie, że stoimy na środku ulicy i rozmawiamy z kimś. Nasz umysł słyszy rozmówcę i nasze myśli, reszta jest w tle. Zwrócimy uwagę na klakson tuż za plecami, ale nie kodujemy każdego przejeżdżającego samochodu, jego świateł, nie rejestrujemy dalszych dźwięków. Jeśli ktoś nam każe skupić się na nich, np. na dźwięku wiertarki, 50m dalej, usłyszymy go, ale normalnie jest on gdzieś dalej, z tyłu, jak lekki szum. Dzieci autystyczne (tak ogólnie ujmując całość spektrum) słyszą wszystkie te dźwięki na raz! Wyobraźmy sobie, że słyszymy teraz koleżankę obok tak samo jak każde auto, jak radio w sklepie za nami, jak wiertarkę 50m dalej, że każdy reflektor wali nas po oczach, każda latarnia nas oślepia i nawet drapiący się przy naszej nodze pies robi to tak głośno, że przymykamy oczy z nadmiaru wrażeń. Można by zwariować, prawda? To teraz jeszcze sobie wyobraźmy, że odczuwamy otoczenie także wszystkimi innymi zmysłami. Rejestrujemy to czego dotykają nasze palce rąk, stopy, wszystko czujemy, nawet bluzkę na plecach, a na dokładkę jeszcze nadmiar smaków i wszystkie zapachy w powietrzu!
Idę o zakład, że gdybyśmy tak odbierali świat, prędzej niż później sami byśmy uciekli w jakiś kąt, wzięli talerz i kręcili, kręcili, kręcili, aż przestalibyśmy słyszeć cokolwiek.

Dlaczego więc ta forma dziecięcej autoterapii miałaby być zła? I dlaczego mielibyśmy uparcie pragnąć ją wyeliminować?
Metoda nie polega też na zastępowaniu złych zachowań dobrymi, nie wchodzimy w zabawę dziecka po to, by ją wyłączyć i zaproponować własną. Wchodzimy, by być z dzieckiem, by złapać z nim kontakt, jakąś nić relacji, by dać się zauważyć. Nie proponujemy własnej zabawy, by wykluczyć tę powtarzaną przez dziecko czynność. Proponujemy, by rozszerzyć świat naszego dziecka, by otworzyć jego oczy na to, co na zewnątrz, na nas. 
I kolejna błędna interpretacja - w Programie Son-Rise nie ma wymagań, żądań, siłowej nauki, wymuszania. Wszystko co osiągamy, osiągamy przez tworzenie relacji z dzieckiem i przez zabawę. Nie ma siedzenia przy stoliku i uczenia od godziny A do godziny B jak przekładać zielone kulki do zielonej puszki. Nic z tych rzeczy!

Jeśli więc gdzieś przeczytaliście coś podobnego jak wyżej, odrzućcie to założenie terapii, bo nie ma ono nic wspólnego z prawdą.

To tyle korekt. (Może jeszcze sama siebie skoryguję, gdy coś mi się przypomni. ;) )

Inna ważna rzecz, to to o czym wyżej wspomniałam - relacje! Metoda skupia się na tworzeniu relacji! To jest jej cel  nr 1. Nie na zmianie zachowań, jak inne metody. Tu niczego nie zmieniamy. Tu budujemy relacje z dzieckiem. Nie zmuszamy dziecka, by akceptowały świat, którego nie znają i nie rozumieją. Nie zmuszamy, by robiły coś, czego nie rozumieją i nie chcą. Wszytko co robimy to budowanie relacji między nami a naszymi dziećmi.

Model rozwoju dziecka autystycznego, wg S-R skupia się na uspołecznianiu.
Uspołecznianie zawiera 4 elementy:
- kontakt wzrokowy i komunikację niewerbalną
- komunikacją werbalną
- "interakcyjną  rozpiętość uwagi" czyli długość uwagi, częstotliwość oraz interakcje z innymi ludźmi, np. rówieśnikami
- elastyczność, czyli wyjście poza sztywność zachowań i kontrolę

Cała reszta jest potem i niejako przy okazji. Wyróżniamy tutaj:
- różne samoobsługowe czynności, jak ubieranie się, jedzenie
- umiejętności poznawcze: liczenie, czytanie
- motorykę małą i dużą

Skąd taki podział? Z prostego założenia: co nam po tym, że dziecko umie liczyć, jeśli nie łapie kontaktu wzrokowego z nauczycielem? Co nam po nauce czytania, jeśli dziecko czyta tylko siedząc na jednym krześle, tyłem do okna i do tego jeszcze nie myśli co czyta?

Raun na szkoleniu zadał fajne pytanie: O czym myślimy, gdy wyobrażamy sobie nasze dziecko za x lat? Czego chcemy? Czy tego, by było świetne w matematyce? Czy by miało kontakt z ludźmi, przyjaciół i pracę w fajnym gronie, gdzie będzie lubiane i akceptowane z wzajemnością?
Nie muszę chyba pisać, jakie były nasze odpowiedzi... :)

To tyle na początek. Chyba skupiłam tu większość rzeczy ważnych i wyróżniłam najważniejsze punkty, których w tej metodzie nie ma. Jak coś pominęłam, można mnie trąfnąć, a jak sama sobie przypomnę, dopiszę.

C.d.n. 

_____________
Edit. 13.06.2012
Znalazłam przed chwilą przypadkiem ciekawy wpis o stymulacjach (izmach) na stronie Fundacji "Być bliżej siebie". Polecam:
http://bycblizejsiebie.pl/listy/mama-bartka/znaczenie-izmow-i-joiningu/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz