czwartek, 30 sierpnia 2012

Cuda, cuda...

Cud? Chłód? Koniec buntu dwulatka?
No po prostu klękajcie narody... Moje dziecko jest ideałem. :)

Nie, nie wyzdrowiał cudem. Nadal pije tylko w łóżku przykryty kołdrą po szyję. Nadal je w nocy. Nadal śpi tylko na jednej poduszce, po jednej stronie łóżka i przewija się tylko w sypialni. Nadal kręci kółka ręką, bywa zły, niewyspany - wtedy stroi fochy, krzyczy i płacze, oraz pada na dupę. Nadal nie daje się odpieluchować. Nadal słabo je.
Itd. itd.

Ale jest kochany. Nienawidzę tego słowa w takim ogólnym znaczeniu, ale tak, jest grzeczny. Daje sobie wytłumaczyć, że teraz idziemy w inną stronę. Jeśli nie chce jeść, mówi NIE i odwraca głowę, nie pluje (co doprowadzało mnie do pasji) jedzeniem. Ładnie zasypia. Czasem przychodzi na kolana, ale nie wyje, że chce wyjść z sypialni i nie robi przy tym padów na dupsko. Rano ostatnio wstaje bez krzyku i nie biega z zamkniętymi oczami, dziś nawet położył się na powrót i dojrzewał, aż ponownie zasnął. :)
Potrafi pokazać palcem i powiedzieć AM. Wczoraj poinformował babcię, że nie chce zupy, chce parówkę. Pokazał palcem na półkę w lodówce, a ona mu ją zgrzała i zjadł całą. :)
Bywają chwile, że ni stąd ni zowąd przychodzi przytulić się do nóg. Na spacerze spuszcza mnie z oczu, od czasu do czasu rzucając do mnie uśmiechy, jak wczoraj w piaskownicy, gdy bawił się parę metrów ode mnie i nagle uniósł łepek, spojrzał na mnie i uśmiech taki rzucił, że roztopiłam się jak wosk. :)

Nie ma problemu z ubieraniem, rozbieraniem, kąpaniem, drzemką, piciem, uciekaniem. Nie cyrkuje  przy myciu zębów, głowy, przy strzyżeniu (sama to robię), obcinaniu pazurków, dał sobie pięknie zrobić fotkę do dowodu i był bardzo zainteresowany i grzeczny u fotografa. Jeździ autem na trasach po 1,5h i nie wyje jak dziki. (Ostatnio raz mu się zdarzyło, bo zasnął i nie dospał, dziadek go obudził gadaniem po 35 min.) Nawet nie wyrywa się, siedzi grzecznie, ogląda świat, gada...

Nawet kot ma jakieś święto i nie słucha ciągłego pisku.
A wczoraj zobaczył ciotkę z kotem przed blokiem i szybko obczaił, że od ciotki wyżej sięgnie i dopadnie tego kota na dachu auta, i poszedł do niej na ręce, tak sam z siebie. :)

Gdyby trochę więcej jadł i nie robił problemów z dolnymi sprawami (nadal EE jest przeżyciem i wymaga dużo zachodu i gadki mojej) byłoby chyba aż nadto idealnie. :)

Chwilo trwaj!

foto: to my w żywieckim parku









Proszę o ignorowanie jakości zdjęć. Nie moje dzieło, nie miałam wpływu . ;)



wtorek, 28 sierpnia 2012

Czegoś brak

Czegoś ..., ale w sumie to "kogoś" powinnam napisać.
Mojemu dziecku brakuje faceta w otoczeniu. Trudno udawać, że jest inaczej.

Ulicą idzie PAM, nigdy pani.
Wszystkie auta na mieście są PAMA, nigdy pani.
W piaskownicy mój syn widzi tylko innych tatusiów.
Przedwczoraj upatrzył sobie takiego jednego, który z córą przychodzi i nosił mu foremki. Facet bystry, chyba zajarzył, bo zaczął do Daniela mówić, pytać co ma zrobić, zbudować, brał od niego te foremki, autka i budował, jeździł... A mnie rosła kulka w gardle. Myślałam, że się uduszę... :(
Ślinę przełykałam, żeby się nie poryczeć tam. I tak mi było głupio przed żoną tego faceta, bo i ona na placu była. Mam nadzieję, że nie pomyślała, że dzieckiem poluję na jej męża...
Głupia sytuacja.

I ciężki temat. Kurewnie ciężki. Jak zasrany wyrzut sumienia.
Tylko tak sobie myślę, że mieszkając razem (nie nazwałabym tego "byciem") wcale tego problemu nie załatwialiśmy. Tatuś wychodził rano, wracał wieczorem. Nawet w weekendy nie miał czasu, bo praca, fotografia itp. bzdety. Wiec w sumie co za różnica?
Ale może jakaś jest? Może ta godzina rano, to więcej niż nic?

Niestety mój brat wyjechał do pracy tysiące km stąd.
Dupa w szafie... :/


foto: Park w Żywcu 

Na deser dwie foteczki, żeby nie było tak dołująco.

Na drugiej widać, że w Żywcu już miejscami jesień. Sporo liści spadło. Podobno szybko zima będzie.
A sam park polecam, jest piękny. Stary Zamek i pałac Habsburgów też. Jest gdzie oczy zaczepić.





czwartek, 23 sierpnia 2012

Obecny zasób słów

Od jakiegoś czasu wypisuję i nie bardzo mam jak i kiedy wrzucić całą listę, bo co dzień jakieś słowo dochodzi, niektóre nadal ewoluują i zaczynam się gubić.

Spróbuję coś wyskrobać, z pamięci, bo listę już zdążyłam zgubić. A skoro tak tzn. że czas na spis, bo zaraz wszystko ucieknie...

- MAMA, MAMI - mama, mamy
- TATA
- APCIA, APCIU, APCI - babcia, babciu, babci
- JA
- BAM
- AM
- HAM - sam
- KO - kot
- OSIO / OSIOŁ - wczoraj pierwszy raz usłyszałam to Ł
- ISIU - misiu 
- NIE
- NIE MA
- ATIO - auto
- SIECI - świeci
- KAKO - światło
- GUKA - główka
- KEŃCI - kręci
- KUKO - kółko 
- DAJ
- UJI - wujek
- PAN
- DAŁA - tu brak odmiany, nie ma opcji "dał"
- TU, TUTIAJ 
- PIJES
- KAKA - kaczka
- PIPA - piłka i ryba (nie odróżniam) 
- JAJO
- IDZIE
- JEDZIE
- KIPI 
- KAFKA - kawka
- MEKO - mleko
- TJOTJA - ciocia
- SIOŚ, SIOSIU - sos, sosu
- USZI - uszy
- ECIE - jeszcze
- SIPIE - sypie
- SIEJE - sieje, np. piasek :)
- ŁAFKA - ławka
- OKO - soli 
- PUŁO - zepsuło
- TLIAKLIO - traktor (nowość)
- KAP KAP - gdy kapie woda, deszcz 
- CIUCIA / CIUCHCIA - ciuchcia, pociąg
- SIOLI - soli 
- MOKE - mokre
- CIUCIA - ciuchcia
- SIUPEL - super :) 
- ŚIME - zimne 
- SIUCHE / CHUCHE
-
- MOJE - nie jestem pewna czy rozumie co mówi
- DZI - drzwi
- PUPKA 
- KUPKA 
- INDA - winda
- JAPKO - sprzed paru dni, brzmi cudnie :) przy czym mango to też "japko" :)
- LALA
- LALA - jako imię bohatera bajki "Rara"
- ELMO - postać z ulicy Sezamkowej, ulubiony program ostatnio "Świat Elmo"


foto: własne, Ojców, OPN


Zdania jakie układamy są dość nieskomplikowane, ale posiadają już i podmiot i orzeczenie, więc jestem pełna zachwytu. :D

A brzmią tak:

- APCIA DAŁA - niestety tak samo to brzmi, gdy on daje coś babci, nie rozróżnia
- PAN IDZIE - nie ma opcji, że pani idzie, koryguję, może w końcu zobaczy różnicę
- ATIO JEDZIE
- OJ APCIU, APCIU :D
- NIE, SIOLI NIE - nie chciał soli do nosa :D
- MAMA DAJ
- KO OĆ - kot chodź
- NIE MA EE
- AM NIE
- PIJES EE - gdy na dworze znajdzie 
- MAMA TU - gdy mam gdzieś przyjść i pokazuje palcem
- TU IDZIE - z pokazaniem, gdy chce iść w konkretną stronę 
- NIE SIECI - nie świeci; do niedawna było NIE MA SIECI :)


foto: jak wyżej, OPN, ruiny zamku


W większości zdania są dwu, trzy wyrazowe. Ale co dzień coś się rodzi nowego. :)
Podobno teraz dotarliśmy już do normy i mieścimy się w poziomie odpowiednim dla wieku. 
Hip hip! :)



środa, 22 sierpnia 2012

Ludzie powariowali

Czy my żyjemy w jakimś kosmosie? Skąd tyle zawiści i złości w ludziach, ręce mi opadają?

Raz na jakiś czas dostaję maila: dlaczego piszesz, że "w świecie autyzmu" skoro Twój syn nie ma autyzmu? Czasem pytają łagodnie, porównując moje dziecko ze swoim. Czasem dostaję sugestię źle postawionej diagnozy.
Wtedy tłumaczę, że spektrum, że cechy, że "świat autyzmu" nie oznacza autyzmu, tylko ogólnie jego okolice, że idę tu po skali diagnostycznej, traktując całość tych przypadłości jako autystyczne, nie po nazwie samej choroby. Że diagnoza to mniejsza, robiłam ją, by mieć możliwość przynależenia do ośrodka i jakby co, posiadania jakiejś opieki, pomocy, porady. Nie przywiązuję do niej uwagi. Skupiam się na rozwoju dziecka i jego postępach.
Czasem ktoś to rozumie, czasem nie.

W końcu postanowiłam zmienić tytuł bloga.

Wczoraj weszłam na pewne forum, gdzie pisałam coś w wątku o integracji przedszkolnej. Napisałam tam, że nie mamy autyzmu a CZR i po krytyce przedszkoli tego typu nie bardzo wiem co robić za rok, bo Daniel naśladuje i źle by było, gdyby naśladował np. agresję czy autoagresję itp. zachowania innych, bardziej chorych dzieci z grupy. I posypało się...

Zostałam zarzucona hasłami, że spektrum autystyczne to jak autyzm, że CZR to spektrum, że w klasyfikacji to to samo. Że uciekam od oczywistości, że jestem ślepa i głucha. Że neguję chorobę dziecka. Że się bronię rękami i nogami przed autyzmem. A  na koniec zaczęto do mnie pisać jak to inne dzieci w wieku Daniela miały i jak wszystko się pogorszyło rok później. I że na pewno u  nas będzie tak samo, a na zdania o tym jak jest i jakie są postępy, pojawiły się odpowiedzi typu "do czasu" albo "na razie".

Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, by ktoś mnie napadał za to, że oceniam chorobę mojego dziecka łagodnie i widzę postępy, uznając je za jakiś tam rodzaj wychodzenia z choroby... Że na nich się skupiam, zamiast na formułce i nazwie problemu i nimi żyję.

I tak się zastanawiam czy już się ludziom całkiem we łbach pokręciło?
Ściągają mnie w dół, bo mój syn ma się lepiej niż ich dzieci? Bo nie ma prawa tak być, skoro to spektrum? Bo na pewno będą kolejne regresy i znowu utraci nabyte ostatnio umiejętności? Bo musi? Bo tak miał ktoś inny? Bo jak są cechy, to jest autyzm i trzeba to głośno przyznać, a najlepiej pięć razy powtórzyć, bo inaczej to negowanie?

Czy ja zwariowałam do końca już?? Nie wierzę w to co czytam...

A takie padły do mnie teksty między innymi: 

"Jakieś tam CZR to zaburzenia ze spektrum autyzmu. Radzę poczytać skale diagnostyczne."

"Porownujesz swoje dziecko z innymi autystami i usilujesz samej sobie udowodnic, ze on ma `tylko` czr i problem masz minimalny. Otoz wyobraz sobie, ze on ma dopiero 2 lata, a juz jakas diagnoze ma. Moj w wieku 2 lat w ogole nie wygladal na `innego` , garnal sie do dzieci, byl radosnym i bystrym chlopcem. Probemu w ogole nie bylo. Pojawily sie hurtem miedzy rowiesnikami w przedszkolu i w ieku 5 lat mlody dostal niepodwazalna diagnoze klasycznego autyzmu o najwiekszym nasileniu zaburzen."

I to jest dowód na to, że mam klapki na oczach, bo dziecko wcześniej pokazało problem, więc będzie potem u nas dużo gorzej niż w przypadku powyższym. 

"Owszem. diagnoza CZR nie jest jednoznaczna, ale smiem twierdzic, ze nawet jesli dziecku nic nie jest , to wyjdzie to zapewne za pare lat, w tym momencie najwyrazniej odbiega od "normy", bo nie wierze, ze ktos mu postawil diagnoze "za ladne oczy";) mozna negowac problem, ale sama doskonale wiesz, ze jesli faktycznie cos jest nie tak, to czas odgrywa ogromna role."

Kolejna pewność, że wyjdzie jeszcze tyle, że ho ho. A ja oczywiście nic nie robię tylko neguję problem. 

"a mój syn w wieku 2 lat zachowywał się tak jak twój i cała masa cech autystycznych zaczęła wychodzić później do 2 lat nie miał stymulacji a jak 2,5 wszystkie oprócz chodzenia na palcach a problemy wychodzą później łącznie z mową jak miał ponad 2 mówił a jako 3-latek w ogóle i do tego jeszcze kilka regresów .W wieku 2 lat twierdzono -zdrowe dziecko a jako 3 latek diagnozę autyzm .Jako 2 latek bawił się z rówieśnikami a jako 3 latek już ich nie akceptował ...itd."

Więc tylko czekać, aż znowu przestanie mówić. Dziecko ze spektrum nie ma prawa się rozwijać. Jeśli tak jest to tylko na chwilę. 

"kropka, cala dyskusja rozbija sie o to, ze bronisz sie rekami i pazurami, twierdzac, ze twoje dziecko nie ma autyzmu. A to, co piszesz, to sa wrecz klasyczne objawy i na pewno powod do niepokoju. to, ze inni maja gorzej nie znaczy, ze twoj syn nie ma autyzmu."

Tyle że nie napisałam nic o dziecku i jego objawach... Telepatia? 

"Ech, widze, ze dyskusja w ogole nie ma sensu. Zacznij najpierw od czytania ze zrozumieniem. a potem mozesz mi wyjasnic, po co ZDROWEMU dziecku (jak twierdzisz) tylu specjalistow???"

I znowu zagadka, bo nigdzie nie pisałam, że jest zdrowy. A specjalistów ma, bo o nich zabiegałam i to sama. 

"chyba się nie pomylę jak dodam iż każdy ,który pisze w tym wątku ma rację a Ty negujesz -ale to normalny objaw chyba każdy rodzic przez to przechodzi ;-)"

Kolejna osoba, komentująca ten sam mój wpis...

Chyba śnię. o_O 



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Swoboda

Swoboda - hasło przewodnie terapii wg pani Hanny Olechnowicz.
Z przymrużeniem oka traktowałam, ale... ona jednak ma rację. W sumie nie powinno mnie to dziwić, w końcu to świetny terapeuta. A jednak dziwi. Głównie dlatego, że wszyscy tak mocno narzucają dzieciom ze spektrum tresurę. Siedzieć, rysować, tu iść, tam patrzeć. Niech płacze, aż zrozumie. Tak wygląda terapia wszędzie wokół, gdzie zaglądam.

I tak sobie myślę... po co to komu? Żeby dziecko było grzeczne w szkole? Żeby pani X nie miała problemu? Autyzm to zaburzenia relacji społecznych. Siedzenie przy stoliku  nie uczy relacji. Uczy posłuszeństwa. Stanowi nakaz. Nawet jeśli dziecko się nauczy, rok odpłacze, ale nauczy. Co z tego?
Nauka siedzenia przy stole nie zapewni mu szczęścia w dorosłym życiu, nie da przyjaciół, partnera, świetnej pracy, która będzie go fascynować. Jakie więc to ma znaczenie? I po co się to robi?

Jakoś tak sobie myślę, że te metody, to nie są dla dzieci, a dla dorosłych, którzy będą się potem z tymi dziećmi w przedszkolu czy szkole użerać. Tak, tak to chyba traktują. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt przytrzymywania dziecka za nogę, w celu przymuszenia do pozostania przy stoliku?

Odpuściłam...
Na wszystkich frontach odpuściłam.
Odpuściłam zabawy, rysowanie, nawet nie dotykam kredek. Odpuściłam klocki i budowanie wież. Odpuściłam książeczki. Nie to nie...

I oto cud.
W sobotę przybywa do nas ciocia, która ma zostać do niedzieli. Wracamy ze spaceru, a dziecko zasiada do stolika i ciągnie ciotkę obok. Wręcza jej kredkę i każe rysować kółko. Potem ona oddaje tę kredkę i proponuje, by młody narysował swoje... A on rysuje. Potem wymiana kolorów i dalej...
Tydzień temu taka zabawa trwała godzinę. A on siedział i rysował, albo dawał jej rysować. Wstawał, brał inne kredki, temperówkę, kazał odrysowywać sobie dłonie i tak się bawili, podczas gdy ja mogłam wyjść i zrobić kolację. Nawet za mną nie poszedł...

Spacery też odpuściłam.
Jeśli musimy gdzieś iść, w konkretne miejsce, biorę na ręce i gadam. Czasem ma jakiś plan, że tam. Tłumaczę, że teraz robimy to i to... Zwykle pomaga.
Jeśli idzie na nogach, czasem próbuje ten kierunek narzucić, ale wtedy pomagają ręce i opowiadanie czegoś.
Gdy  nie mamy konkretnego celu, idziemy przed siebie. I nigdy za rękę, chyba że sam mnie złapie. To też odpuściłam. Nie mam siły walczyć miesiącami. Ani ochoty. Kontroluję sytuację i daję swobodę. Na pomnik? Dobrze. Na plac zabaw? Ok. Ja się dostosowuję. I jest lepiej. Im mniej granic, im mniej narzuconego planu, tym lepiej.

Ubieranie.
Nie chce teraz, to poczekam.
Jeśli trzeba gdzieś wyjść i nie można się bawić do jutra, przygotowuję do wyjścia ze sporym marginesem. Niech biega pod przychodnią po krzakach, byle byśmy byli już na miejscu. Z domu wychodzimy za wcześnie. Inaczej klapa, albo ryk do ubierania i wychodzenia. Unikam.
Podobnie z kąpielą. Nie ganiam go, nie zmuszam. Delikatnie kieruję do wanny, ale gdy uparcie ucieka, zostawiam. Najwyżej będzie się mył w zimnej wodzie i krócej. Trudno.

Próbowałam przed spaniem zmienić rytm. Najpierw kasza, potem zęby. Nie udaje się. Po kaszy Daniel przytula się do poduszek, nie chce już wychodzić z sypialni. Wracamy do starego zwyczaju. Tak, wiem, niezdrowe dla zębów. Trudno.

Odpuściłam z jedzeniem. Nie daję łyżeczki ani widelca do ręki. Leży sobie i czeka na lepszy czas. Nie chodzę z jedzeniem za nim. Nie chce, to nie chce. Oczywiście próbuję karmić, ale na nie, odkładam sztućce i zlewam. Od paru dni widzę, że próbuje sam... Podchodzi, bierze widelec i próbuje coś tam nadziać. Głównie rzeczy o zwartej konsystencji, parówkę, ogórka. Od święta potrafi powiedzieć, że AM i pokazać, co znaczy, że chce, czasem tylko spróbować, ale ważne, że chce i sygnalizuje...

Dużo odpuszczam. Nie jest to łatwe, ale działa.
Pani Olechnowicz ma rację. Swoboda jest bardzo ważna w kształtowaniu charakteru dzieci ze spektrum. One muszą ją mieć. To wspomaga ich rozwój.
Z jej doświadczeń wynika, że nawet dzieci upośledzone dobrze z tej swobody korzystają i idą w dobrym kierunku. Natura nie jest wcale taka głupia... Trzeba tylko dać jej szansę.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Krok w przód

Idziemy... 
Nadal idziemy w konkretnym kierunku. A przynajmniej tak nam się wydaje, że jest konkretny. Czasem robimy krok w tył, czasem stoimy w miejscu, zawsze jednak ruszamy do przodu i ogólna droga jest stała. Nieco kręta czasami, ale nie zbaczamy z niej. Idziemy przed siebie, zgodnie z intuicją. Czasem stajemy na rozdrożu i głupiejemy. Nieraz wybieramy nie tą trasę, a potem musimy wrócić w tamto miejsce, gdzie źle wybraliśmy i wybrać inaczej.

Po 10 miesiącach takiej drogi z przeszkodami, dochodzimy do momentu, w którym stwierdzamy, że do tej pory wybieraliśmy dobrze i poszliśmy najlepszą z możliwych dróg.

A oto dlaczego:

1. Zaczynamy mówić; wiele rzeczy brzmi dziwnie, sporo słów nie da się nawet powiązać z tym czego dotyczą, ale też sporo jest wyraźnych i konkretnych. Mamy też parę dwuwyrazowych zwrotów. Oto niektóre z nich:
- PIJES - pies oczywiście
- MEKO - mleko
- PICIE
- JEDZIE
- IDZIE
- MAMA DAŁA
- APCIA NIE - gdy babcia ma czegoś nie robić
- ATIO AM - auto też je z nami posiłki, podobnie ISIU, czyli misiu
- TIUTIAJ - tutaj
- MAMA TU - mam przyjść, gdzie pokazuje
- KIPI
- KAPIE

To takie najnowsze. Bardzo konkretne. My je rozumiemy i on wie co mówi i co chce.

2. Znowu traci nam się parę rzeczy, które do niedawna mocno utrudniały nam życie. Traci się ot tak. Pewnie w to miejsce przyjdzie coś innego, ale póki co robi się nieźle. Wczoraj się zorientowałam właściwie, że paru przypadłości w tej chwili nie ma. Np. nie ma:
- zamykania wszystkich drzwi, przez które przechodzimy; wychodzi z klatki i idzie przed siebie; Czasem zauważy, że drzwi się zamknęły, a czasem w ogóle nie zwróci na nie uwagi;
- wychodzenia do drugiego pomieszczenia po to, by tam pacnąć na dupę, bym musiała do niego przyjść i go podnieść; jeśli fochuje to tu i teraz, nie szuka miejsca by sprawdzić czy tam też podejdę, czy zauważę, zareaguję; ogólnie padów jest mało w tej chwili;
- biorę na ręce, gdy w drodze jest problem i skończyły się pady  na chodniku, bo... miał wizję; podnoszę, mówię gdzie idziemy i po co, zmieniam kierunek i idę... a on zapomina, że chciał inaczej;

3. Zaczyna się komunikacja. Mocno utrudniona jeszcze, ale gdy chce pić, idzie do sypialni po flachę wody, albo sięga po kubek z herbatą, czy też podaje mi flaszkę. Wcześniej wył z pragnienia, ale nie łączył tego z butelką, która stała obok. Teraz bierze i pije. Potrafi nawet podać mi flachę i powiedzieć: PICIE. Potrafi się też domagać, by do wody coś dodać, np. witaminki, idąc do kuchni pokazując na syrop.
Zdarza się, że odpowiada mi na pytanie co chce, czy wodę czy mleko. Niedawno brał pierwsze z brzegu albo wył, bo nie umiał wybrać, a potem wył drugi raz, bo dałam nie to. Teraz wybiera to co chce, lub też powie że MEKO. Albo że MEKO NIE. Nie potrafi powiedzieć "woda", więc mówi co umie, a czego nie chce i zaprzecza.
Zdarza się też czasem, że pokazuje na talerz i mówi, że AM. Czasem skubnie, czasem zje więcej, ale zaczyna kojarzyć jedzenie z głodem i smakiem - tak mi się wydaje. Wcześniej buczał z głodu, a jedzenie mogło stać. Teraz jakby rozumiał, że to może mu ten głód zaspokoić. Bardzo ładnie kojarzy AM w sklepach, pokazując na półki z batonami, czekoladami - chociaż nie bardzo wiem skąd to skojarzenie, bo ja nie kupuję takich rzeczy.

4. Zaczyna się skupiać. W tej chwili na bajkach głównie, ale to zawsze coś... Potrafi patrzeć pięć minut na bajkę i zaznajamiać mnie z nią, mówiąc np. ISIU AM albo ISIU JEDZIE. I pokazuje wtedy  na tv.
Włączam mu czasem tv rano, gdy wstanie niedojrzały. Czasem w ciągu dnia. Dość szybko się nimi nudzi, nie potrafi siedzieć pół godziny i oglądać, ale ma już swoje ulubione klimaty, głównie są to czołówki bajek.

To chyba tyle. Może mało dla kogoś. Na pewno dla matki zdrowego dziecka. :) Dla mnie kosmos.

Oczywiście nadal są problemy z EE (nadal nie chce robić i trzyma ile może, ratujemy się laktulozą, colon C, czopkami glicerynowymi), nadal pieluchujemy, nadal się złości już, teraz i natychmiast, rzuca rzeczami, paca mnie i siebie (chociaż mniej), krzyczy na kota (też mniej - dużo mniej piszczy odkąd lepiej mówi) i goni go, ma swoje wizje kto ma podnieść zabawkę, albo gdzie mam usiąść itd. Nadal jest do mnie mocno przywiązany i robi sceny, gdy wychodzę, nadal nie chce zasypiać na noc beze mnie (i nie wiem co zrobić 14 września, gdy pójdę na operację, na jego ojca już nie liczę... ) i nadal jestem na pozycji nr 1, gdy wracam do domu i nikt inny się wtedy  nie liczy. Nadal chce się nosić...

Ale jest lepiej. No dużo lepiej jest. :)




poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Małe, duże przeszkody

Weekend pod znakiem deszczu, nicnierobienia i ogólnego marudzenia.

Nie byliśmy  na SI, nie byliśmy na basenie, nie byliśmy nigdzie, nawet na zwykłym fiku miku w Centrum Handlowym nie byliśmy, bo grat odmówił posłuszeństwa, a pan Tata - mechanik i Pomoc Drogowa  w jednym, walnął focha i nie pomógł.
Nie odebraliśmy też babci w ulewnym deszczu z domu, ani nawet z przystanku. Generalnie uziemienie na amen. Trzy piętra niżej ojciec Daniela, a pod blokiem samochód z Pomocy Drogowej.

Nie mam słów.
Nie mam komentarza.
Pióra mi opadły, kokarda oklapła, poryczałam się i tyle... Dziecko pobrodziło w kałużach. Babcia zmokła i dotarła przed nocą, SI przepadło, inne zajęcia integrujące też.

Dupa w szafie.

______________

Za chwilę jadę do mechanika elektronika.
Nie wiem co prawda czy będzie mnie stać na jego interwencję, ale... coś muszę zrobić. Może to jakaś pierdoła. Oby. Ślę modły do opatrzności...
W przeciwnym razie nie mamy terapii, nie mamy opcji skorzystać z basenu czy fikolandu. No i mamy trochę za daleko na komisję 20go lipca w sprawie wczesnego wspomagania... 

I tyle wieści na ten tydzień. 


Takie kółeczko sobie pożyczyłam od Chustki na tę okoliczność:


Fane nie?


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Akumulatory naładowane

Siła naprawdę pochodzi z gór. :)

Nasza sobota miała się tak:

9:35 wyjazd z domu
11:05 w Bielsku - Białej
wyciąg pod Szyndzielnię
z wyciągu obraliśmy kierunek na Klimczok - szczyt
powrót przez Klimczok - schronisko
stamtąd na Szyndzielnię - schronisko
powrót do wyciągu
wyjazd 17:10
w domu przed 19

Trasa wyszła przypadkiem i okazała się być strzałem w 10kę. Pierwotnie mieliśmy robić kółko w drugą stronę. Droga na szczyt Klimczoka była najcięższa i najbardziej stroma, na koniec mogłaby się okazać za trudna z dzieckiem na plecach. Zwłaszcza na tamtym podłożu z piasku i kamieni różnego gabarytu. Na trasie trochę cienia i sporo słońca. Ze szczytu Klimczoka szło się miło i bez wysiłku, najpierw dość stromo w dół (na Siodło) potem w górę, ale już łagodnie. Tyle że cały czas na słońcu. Za to kawałek od Szyndzielni do wyciągu krótki i spokojny. W sam raz na zmęczone nogi. :)

Cała trasa zajęła nam 6 godzin, z czego około godziny spędziliśmy stacjonarnie, w schroniskach, jedząc, czekając na kawę albo po prostu siedząc na trawce.
Polecam!

A teraz konkretny...
W tamtą stronę w aucie dziecko grzecznie siedziało, gadało, śpiewało. Zjadło ogórka kiszonego i jedno ciastko. Żadnego cyrku, wyrywania z fotelika, nic. Jak nie Daniel. :)

Kolejka podobała się bardzo. Mnie też. Trasa krótka, około 2-3 minut. Małe gondolki, na 6 osób.
Na pierwszym odcinku młody sporo szedł. Nie wiem czy  nie przeszedł połowy trasy na szczyt Klimczoka.... Potem trochę na rękach, trochę pieszo. Twardy był do Klimczoka i na miejscu. Tam ciut zjadł pseudo fasolki po bretońsku i ruszyliśmy na Szyndzielnię. Zasnął w drodze. Była 15ta godzina. Niestety spał tylko 10-15 minut. Obudził się w humorze fatalnym (albo raczej został obudzony przez dzikie krzyki pewnego rodzeństwa bardzo się kochającego, które kłóciło się całą drogę, w końcu ich zgubiliśmy) ale rzecz uratowały bańki mydlane z takiej długiej tuby puszczane przez jedną dziewczynkę pod Szyndzielnią. Po kwadransie zrobiło się o niebo lepiej... Ale że nie bardzo było tam czego szukać (schronisko ogromne, terenu wokół jak na lekarstwo) ruszyliśmy w dół. Tu już większość na rękach. Dopiero po zjeździe kolejką spory kawał szedł, na parking.

O dziwo droga powrotna podobna. Byłam pewna, że padnie, a on nic. Nawet oka nie zmrużył. Trochę marudził, ale dał się opanować, nie zrobił żadnego cyrku, nie było dzikiego płaczu. Wracaliśmy dość długo, bo nawi poprowadziła nas przez jakieś wiochy spory kawał, ale daliśmy radę.

W domu chwila marudy, ze zmęczenia.
Potem pomęczyło EE. Ale jak już ten temat opanowaliśmy, w dziecko wstąpiły niezmordowane siły i brykał do 21:30 zadowolony jak gwizdek. :)

Generalnie wycieczka nad wyraz udana. Nie spodziewałam się, że tak dobrze pójdzie. Było super!

A oto dowody naszej wspinaczki:

foto: droga ze szczytu Klimczoka do schroniska

foto: oznakowania pod schroniskiem - Klimczok

foto: przerwa na papu

foto: i na całusy...   

foto: polowanie na bańki pod Szyndzielnią (jak widać dziecko ma zwykle inny kierunek niż ja)

foto: źródełko przy stacji kolejki

Noc pełna wrażeń, chyba odreagowywał, bo kręcił się mocno, kilka razy, w końcu dolałam 2ml hydroksyzyny do nocnej kaszy, wypił i spał już ładnie do 7:30. Wstał w świetnym humorze.

W niedzielę trochę sobie pofolgował po tym miłym dniu sobotnim, ale dość lajtowo na to co potrafi. :)

Heh... chciałoby się jeszcze. Żeby tylko ktoś te wypady sponsorował... ;)
Pomyślimy nad Równicą, tylko tam nie bardzo jest gdzie iść, cała trasa zbyt długa, a sama końcówka (po wjechaniu autem) banalna i krótka.
Jakieś inne pomysły? Chętnie przyjmę... :)


piątek, 3 sierpnia 2012

Odpuść!

Już nie wiem który raz strzelił mi system. Wysiadł zwyczajnie. Nowe zachowanie dziecka budzi we mnie problem, kolejne rozłożenie rąk i wielkie rozdziawienie gęby. I wszystko wisi. ISI jak mówi mój syn. :)
No i jak już tak ISI, to włącza mnie się tryb awaryjny. Wracam do jakichś tam metod na ułożenie, naprawienie czy wyprostowanie dziecka, zgodnych z założeniami Spektrum A.

One nie działają, dodam. Nigdy nie działały. To czemu do nich wracam? Czemu nie mogę do nowego problemu zastosować starej zasady, tylko staję jak jeleń na środku drogi i durnieję? A potem ruszam do akcji tak głupiej, że aż żal bierze, bo wydaje mnie się, że tym co robię nie daję się rozjechać i znowu  naprawiam działające.

Jak mucha w latarce. Od dwóch lat.
Potem system robi dup, idzie dym uszami i wszystko się rozpada. I dopiero wtedy zasiadam i stopuję. Najpierw przychodzi żal, rozczarowanie, że poszło jak poszło. Potem refleksja, że przecież mogłam tak albo siak, albo spróbować tędy, owędy. I myśl - czemu tego nie zrobiłam? Czemu emocje wzięły górę? Czemu znowu poszłam wg systemu: MUSISZ,  a dziecko NIE MOŻE?

Czasem przerzucę temat przez Dzikie Dzieci, czasem przez Sebastiana (Ojca Karmiącego) i powoli, powoli nastaje czas wyrzutów sumienia, bo dociera znowu, że metody mam przecież. Już je przepracowałam, przerobiłam, przetrawiłam i sprawdziłam ich skuteczność. A w zasadzie metodę. Nazywa się: ODPUŚĆ.
Metoda oparta na intuicji i przeczuciach. Która już parę razy wyprowadziła nas na prostą. To dzięki niej zniknęły wszystkie męczące stymulacje, unikanie kontaktu wzrokowego, bunt na polecania, niechęć do ludzi. Czemu więc o niej zapominam, do jasnej, ciasnej, niespodziewanej... ?

Co lepsze wiem już, że to "nowe" w końcu i tak mija. A im większa uwaga skupiona na dziecku, im mniej wymagań i oczekiwań, tym szybciej mija. A mimo to daję się w to wkręcić jak ostatnia idiotka. Jestem wściekła na siebie. Mogłabym się sama udusić, gdyby się dało... 

Dziś znowu obudził mnie Sebastian. Tym razem tym:


Najlepszy sposób na ułożenie dziecka

A na deser żółta karteczka od pani Beaty Pawlikowskiej. Szkoda, że nie można jej zjeść i przyjąć tą drogą to wszystko co na niej stoi, od razu i na zawsze, bez kolejnych chwil wahania.



Odpuść Babo, cholera, odpuść!


Ps. Nie, nic się nie urodziło znowu od przedwczoraj. To oczywiście w kontekście ostatniego tygodnia i nowego buntu pt. "będę tu leżał i ryczał, podnieś mnie tak jak sobie wymyśliłem, albo tu zostanę i zaryczę się na śmierć".

czwartek, 2 sierpnia 2012

Bo siła pochodzi z ...

Łapię coś czego nienawidzę...

Czuję, że brak mi tchu, że coś mnie dopada, chwyta za flaki od środka, ściska i nie daje złapać powietrza w płuca. Że mi się wali wszystko na głowę, że jest źle, do dupy i będzie jeszcze gorzej. Że nie dam rady... Nienawidzę tego uczucia bezsiły i niemocy, tej słabości własnego wnętrza.

Nie mam wbudowanej opcji autodestrukcji, więc muszę coś z tym zrobić. Nie umiem tak funkcjonować. Siedzę i szukam ratunku...

Myślę, kombinuję, niemoc przychodzi, puka do drzwi i czeka aż ją wpuszczę do środka, by mnie pożreć na śniadanie, a potem wypluć i jeszcze raz pożreć na kolację.
A gówno! Nie dam się!
Przypominam sobie, jak mnie psychiatra zapytała:
- Czy ma pani destrukcyjne myśli?
I moją odpowiedź:
- Nie mam czasu  na takie pierdoły, mam dziecko...

I jest... objawienie!  GÓRY!
To jest to!
Jeśli coś może mnie uratować, to uczucie jakie ma się siadając na szczycie. Przestrzeń, bezkres, poczucie wolności, wrażenie, że czas stoi w miejscu i że nic nie jest ważne, nic nie istnieje, tylko JA / MY tu i teraz. I że jestem panem świata i mogę wszyyystkooo!

Jadę w góry. Jutro. Z młodym oczywiście. Do Bielska. Potem Szyndzielnia i Klimczok. 
Do zobaczenia później...

:*