środa, 26 września 2012

Takie różne

Po 1 i najświeższe nasz wypad stoi pod mega znakiem zapytania.
Odkąd urodził się Danio nigdzie na dłużej nie byłam, jeden dzień to maks, z nim dwa, a potem szalony powrót na sygnale... Teraz kroił nam się wypad na 4 dni. Szczawnica, załatwione tanie noclegi, wyżywienie fundowane przez mojego tatę, przygotowana hydroksyzyna dla młodego, wszystko dopięte na ostatni guzik, tylko... auto. Zdechło w niedzielę.
Miałam jechać do mechanika, ale nie miałam jak się spod domu wydostać.
Ex zaoferował mi, że go jakoś ściągnie do siebie na warsztat. Ściągnął, naładował i zaczął szukać. Sprawdził pobór prądu - dobry. Zadzwonił.
Powiedziałam mu, że wg mnie to wina wilgoci, tylko nie wiem gdzie się dostaje i którędy, bo auto zawsze szybciej pada po deszczu, a zimą to dzień w dzień zdychało i prawie nie jeździłam.
Popryskał wodą pod maską, zmierzył - pobór dobry, zadzwonił, objaśnił mnie, że nic się nie stało i tyle... O 17ej (w pon.) odstawił mi auto pod dom. Naładowane.
Ja wracałam po 19ej z przychodni i zauważyłam, że alarm nie działa, ale pomyślałam, że nie podpięli jak grzebali. Olałam. Jakoś nie wpadłam na to, że woda w końcu dotarła tam, gdzie dotrzeć miała i prąd został zjedzony w 2 godziny do zera!  Dowiedziałam się tego wczoraj rano, próbując otworzyć drzwi auta. Nic, ani drgnienia. Nawet kontrolki się nie świeciły.
Auto stało do dziś...
Dziś rano Ex przyjechał, by mnie odpalić i ... załamka kompletna. Silnik rusza po samym podpięciu kabli rozruchowych, bez kluczyka! Jest zwarcie. Szlag mnie trafił... W nocy jest zimno i wilgotno, w dzień za mało grzeje, by to osuszyć. Nie wiem co robić, ale wszystko wskazuje na to, że nigdzie nie pojedziemy jednak...
I tyle z pomocy przy diagnostyce. K... jego mać i odrosty. :/ 

A takie ładne kable sobie kupiłam, 900A i 6m długości. :/ Psu na budę.

Po 2 porażka z podaniem mleka na noc. Mleka, nie preparatu mlekozastępczego. Dostaliśmy kaszę szwabską. Fajna ogólnie. Taka:



No... z cukrem niestety, bo bananowa, tzn. z fruktozą, ale postanowiłam spróbować wczoraj wieczorem. Najwyżej byłaby jedzona na śniadanie.
A teraz nie wiem czy w ogóle ją podać, czy rano, czy wcale.
Młody zjadł kaszę po 20ej i całą noc brykał. Rzucał się, wierzgał, kopał, popłakiwał, stękał. Matko i córko! Czuję się jak zombie. Nie przespał ciągiem nawet pół godziny. Normalnie poczułam się jakby mnie ktoś teleportował o rok wstecz. Padam na twarz.
I teraz nie wiem co to robi. Czy mleko samo w sobie, czy gluten, czy jedno i drugie.
Kosmos jakiś. :(

Naprawdę przyjdzie mi kupować preparat mlekozastępczy na 100% i wydać 250 zeta na samo "mleko". Z kaszą to wyjdzie prawie 350zł. :/ Zdechnę. Będę lizać tynk ze ścian.

Po 3 młody skarży się na ucho. Myślałam, że to od piątek, ale jednak nie do końca. Byłam u pediatry. Ucho jest zaczerwienione. Lewe bardziej niż prawe. Kij wie z czego, bo nie ma typowego stanu zapalnego ani wysięku. I pozwala sobie tam grzebać, a nawet chce, by grzebać. o_O
Ja obstawiam, że ma tę samą bakterię, którą ja sobie w nosie wyhodowałam, ale bez wymazu tego nie potwierdzę. Ona nie jest uszna, nie powoduje typowych stanów zapalnych. Ja miałam tylko gorączkę. On też jest ciepławy, no i ten kolor w uchu... Na razie mamy maść, której inaczej niż na śpiocha młody  nie daje sobie do ucha podać. :/

I chyba tyle na ten moment. Dużo różnych rzeczy mi po głowie biega, ale nie umiem sprecyzować... To chyba zmęczenie.

Aaaaa Jednak pozytywna rzecz.
I to po 4 będzie. Dwutygodniowe szukanie wyciągu z aleesu, bez benzoesanu i innej chemii zakończone sukcesem. Mam.
Aloe Vera Medicura. Flaszka 330ml. Bez konserwantów, więc trzeba trzymać w lodówce. Młody będzie szamał w okresie jesiennym, zamiast Biostyminy, bo pójdę z torbami do wiosny na niej. :)
Wygląda to tak:


A co lepsze, kosztuje 15zł a nie 150zł jak chciała ode mnie pewna pani na allegro, dowodząc, że to co czym handluje to jedyny  naturalny Aloe Vera. :) Otóż nie jedyny. Próbowałam - smaczny. :)

Firma ta robi też inne wyciągi, m.in. z Noni i Mangostanu.

Pa!

wtorek, 25 września 2012

Sorbitol i inne witaminy

Specyficzne dzieci. Nadwrażliwe na grzyby, bakterie, wszelkie stany zapalne, cukier w diecie, leki, szczepionki i tysiąc pięćset sto dziewięćset innych rzeczy.

Często suplementowane. Często na diecie bc, bm, bg (bez cukru, bez mleka, bez glutenu).
Ma być mało obciążająco, zdrowo i bogato w witaminy, sole mineralne, pierwiastki, dobre bakterie itd.

Tymczasem:

- miękki chleb bezglutenowy, wiejski - zawiera sorbitol i substancje trzymające wilgoć;

- większość tabletek w słodkiej, białej otoczce - stearynian magnezu, talk, dwutlenek tytanu, sorbitol
- piękne żółte witaminki - dwutlenek tytanu i żółcień chinolinowa
- syropy na odporność, syropy witaminowe, trany - benzoesan sodu


Im dłużej suplementuję dziecko, tym więcej widzę dziwnych zbiegów okoliczności, związanych z jego zachowaniem. I tym bardziej mi kapcie opadają po lekturze składu leków...

Np. po Cynku Walmarku młody źle spał, rzucał się w nocy, wiercił, jakby miał problemy z brzuchem. Nawet tu pisałam, że cynk odstawiam. Tymczasem po przerwie (poprawa zdecydowana) zastąpiłam ten innym i cud. Nie ma nawrotu problemów. Brzuch ok, nie rzuca się, nie kopie, nie wierci. Nowy Zn też ma śmieci, ale ograniczamy ich ilość poprzez wysypanie zawartości kapsułki do mleka, a samą otoczkę wyrzucamy. To samo robimy z Mg.

Tran mamy w kapsułkach, jedynie z glicerolem.

Ostatnio przez tydzień podawałam młodemu rutinoscorbin, bo ja przeziębiona, na kolejnym antybiotyku i przed operacją, więc podatna, to niech choć dziecko nic nie łapie. Do tego dołożyłam witaminy w syropie. Młody nerwowy, pobudzony, zły jak osa. Wróciłam ze szpitala i zaczęłam dumać. Dziecko spokojne, w lepszym humorze. A tu nagle babcia mówi, że nie podała ww. bo zapomniała.
Nie podaję od powrotu i nic, normalny dzieciak. Fochowaty czasem, ale nie przesadnie nerwowy. Wykopałam opakowanie i czytam... No tak, oczywiście talk, stearynian magnezu, a w otoczce dwutlenek tytanu, talk i żółcień chinolinowa czyli E104.
No dajcie spokój!
W syropie witaminowym Multisanostol benzoesan sodu. /Córa znajomej, alergiczna, miała na niego uczulenie - czemu mnie to nie dziwi?/ 
Chciałam zastąpić to Bioaronem C - benzoesan sodu. o_O
Aloesem w płynie - benzoesan sodu. o_O 

No Chryste!
Ja szukam suplementu, leku, nie trucizny. Czy ten świat już do końca zwariował?
Ja nawet jarzynkę do zup mam bez benzoesanu (a szukałam ponad miesiąc), to gdzie jak gdzie, ale w lekach go nie potrzebuję.

Ja chcę znowu lat 80tych. Niech się te leki w proszku sprzedaje, będę je wydłubywać widelcem, tłuc nimi o podłogę, gdy się zbrylą albo łykać w sekundę z zatkanym nosem przez ich gorzki smak. Byle nie miały tego syfu! I o ile rozumiem zamysł z takim np. stearynianem magnezu (substancja przeciwzbrylająca) to za ciula nie ogarniam po co trucizna w postaci barwnika do otoczki. Gówno mnie obchodzi czy ten R jest żółty, zielony czy sraczkowaty. Ma być suplementem, pomóc mnie czy mojemu dziecku. Jego kolor mam w ... tamtych spodniach. :/

Do tego jajka śmierdzące mączką rybną, piękne łososiowe rybki w marketach faszerowane barwnikiem, żeby były bardziej łososiowe, inne norweskie, hodowlane naszpikowane antybiotykiem, żeby szybkiej rosły... Papryka hodowana na gąbce, podlewana miksem chemicznym, żeby była piękna, czerwona i bez plam. Sałata rosnąca w wodzie jak rzęsa, pijąca wyciąg z całej tablicy Mendelejewa...
Gdzie ja żyję? Co to za świat?

Jestem zła.
Nie podoba mi się ten świat, ta cywilizacja, kierunek w którym idziemy. Za cholerę mi się nie podoba.

Ściąga:
- żółcień chinolinowa - E104 - może powodować astmę, wysypkę, stany zapalne skóry, pokrzywki, nadpobudliwość i jest kancerogenna!!!
- benzoesan sodu - E211 - podrażnia żołądek; w zestawie z witaminą C w sprzyjających warunkach (temperatura, słońce) tworzy benzen - kolejny środek kancerogenny;
- dwutlenek tytanu - E171 - w spożywce jako biały barwnik; szkodliwy;
- węglan wapnia - E170 - popularny składnik witaminowych tabletek; powoduje bóle brzucha i zaparcia;
- sorbitol - E420 - substancja słodząca, zdrowa podobnie jak aspartam (osa po jego spożyciu żyje aż 3 minuty)
- stearynian magnezu - przeciwzbrylający szajs
- dwutlenek krzemu - jak wyżej
- błękit brylantowy - E133 - zielonkawy barwnik, rakotwórczy; składnik groszku w puszcze, kosmetyków, kremów do ciast i deserów; wywołuje reakcje alergiczne: katar, pokrzywka, swędzenie;
- tartrazyna - E102 - żółty barwnik barwnik, składnik sosów i zup w proszku, dżemów, musztard i wielu innych; uwalnia histaminę, powoduje skurcze macicy (może się przyczynić do poronienia), w reakcji z beznoesanami daje u dzieci objawy ADHD, wywołuje pokrzywkę, bóle głowy, bezsenność, depresję, katar sienny i inne reakcje alergiczne itp.

itd. itd.

I tak sobie myślę... Są normy. Tyle a tyle ktoś dopuścił do spożycia. A czy pomyślał, że 4 tabletki A plus 2 tabletki B, do tego 2 tabletki C, syrop X i Y, oraz kapsułki Z, dają  razem już całkiem inne stężenia?

Czemu moje dziecko po podaniu Zn, Mg, Rutinoscorbinu i Multisanostolu razem w jednym dniu, jest złe i ciągle marudzi? Czemu następnego dnia, po podaniu połowy kapsułki Zn do mleka rano, oraz połowy kapsułki Mg wieczorem (bez samej kapsułki) i wyłączeniu pozostałych, marudzi mniej?
Pół roku już się z tym bujam i widzę różnice...
Cud?
Przypadek?

Ja chcę epoki kamienia łupanego. :/ 

poniedziałek, 24 września 2012

Jak to było

No więc tak...

14go rano miałam stawić się w Klinice Św. Łukasza w Częstochowie, na operację udrażniania zatok metodą Fess. Dzień wcześniej przygotowywałam na to dziecka. Mówiłam, że jutro będzie z babcią, że będzie z nią wieczorkiem i będą razem spać. A mama wróci następnego jak wstaną rano i zjedzą śniadanko.
Trochę tam było "NIE APCIA NIE", ale bez cyrków, powtarzałam raz jeszcze i jeszcze raz, z uporem maniaka. W końcu przyjął do wiadomości.

14go rano wyszłam z domu po 6ej, gdy młody jeszcze spał. Szanowny Ex zawiózł mnie do Częstochowy i tam zostawił na izbie przyjęć. Robiłam w majciory ze strachu. O dziecko, o to jak zareaguje i o to, że może się nie obudzę... Operacja w znieczuleniu ogólnym, z intubacją, a ja mam głupie serce, które nie lubi narkozy i mocno przegina z tętnem. Mając w pamięci przypadek babci Exa, która poszła do szpitala na prosty zabieg i już nigdy nie wróciła, oraz teściowej koleżanki, której zdarzyła się taka sama "przygoda" z operacją, przed wyjazdem ustaliłam pewne sprawy z mamą, powołałam na świadków parę bliskich mi osób i nabazgrałam na kartce parę zdań.
Tyle że trudno zapisać komuś dziecko...
W drodze do szpitala szanowny Ex objaśnił mnie, że jakby coś nie teges, to on bierze Misia. Tętno skoczyło mi natychmiast, już na parę godzin przed operacją... Jakby nie to, że prowadził, to chyba walnęłabym go w pysk... Policzyłam do stu, przedstawiłam swoje stanowisko i postanowiłam nie dyskutować. Szczęściem on też zamilkł w końcu.
Ech... Ciężkie klimaty.

Operować raczyli mnie dopiero po 16ej, więc trochę się nastresowałam. W międzyczasie dostałam x esemesów o treści "czy już?", "już po?", albo "nie strasz mnie, daj znać". :) Ale doczekałam w końcu tej przyjemności i jak widać, obudziłam się. :)

Wieści od mamy ograniczone. Generalnie dawała tylko znak, że wszystko jest ok i mam dochodzić do siebie. Dopiero potem przyznała się, że też robiła w gacie ze strachu. I cwanie sobie to wszystko obmyśliła... Otóż, umówiła się z koleżanką, sąsiadką swoją, którą notabene Daniel bardzo lubi i zaprosiła do nas. Ciotka Ala przyjechała ze swoim mężem i przytachała po drodze mojego ojca. I tak oto dziecko miało atrakcje popołudniowo - wieczorne i o mamę nawet nie pytało. Tylko objaśniało dziecka, gdy macał mój sprzęt fotograficzny, że to MAMI. :)
Chłopy pojechały, a Ciocia Ala została na noc. Tak więc do poduszki Danio miał ciotkę i babcię, a rano gdy wstał, nie zdążył jeszcze o mnie zapytać, bo znowu zaskoczył go widok ciotki. Noc też była ok, miał przygotowaną hydroksyzynę, ale odmówił mleka do poduszki i jej nie wypił... Spał do 7 rano, bez wspomagaczy. I bez mamy. Za to mocno wkręcał się w babcię.
Dopiero w drodze na spacer wystraszył je obie do nieprzytomności, bo na widok sąsiadki, którą lubi i która go zawsze zagaduje, powiedział z trzęsącą brodą: NIE MA MAMI.

Wróciłam koło południa 15go września, z pomocą Exa.
Weszłam do domu, dziecko mnie zobaczyło, uśmiechnęło się i odwróciło do stołu, na którym jeździło motorkiem. Zamarłam...
Rozebrałam się, a on nic. Podeszłam, a on nic. Chciałam przytulić, a on się odsunął i pokazuje mi motor mówiąc CIOCIA ALA DAŁA.
Szczerze mówiąc było mi słabo... Nic, żadnej reakcji, przytulenia, objęcia, radochy takiej jak zwykle, gdy wracam do domu, nic kompletnie. Jak bym wyszła do wc.
Oswojenie ze mną zajęło mu pół godziny. Godzinę później wlazł na mnie i nie zlazł do tej pory.

Taki test dla moich naczyń  krwionośnych w nosie... Miałam dwa tygodnie nie sprzątać, nie nosić dziecka, nie dźwigać nawet butelki z wodą 5l, nie nachylać głowy, nawet do mycia itd. itp. Tymczasem w 18h po operacji już niosłam Gadzinę z pokoju do kibelka, bo nie chciał  zejść nawet na czas wykonywania przeze mnie fizjologicznych czynności...
Ale jest dobrze, jucha z nosa nie poleciała, nie wykrwawiłam się na śmierć i nie musiałam wracać do szpitala na sygnale. Generalnie nie ma źle.

To tyle atrakcji poszpitalnych.

Ostatni tydzień był fajny. Faza upierdliwości przerwana moim szpitalnym pobytem, nie wróciła po powrocie. Bywa różnie, trochę lepiej, gorzej, potem całkiem dobrze, ale nie ma źle. Pady bywają po dwa, trzy na dzień, generalnie o nic, ale też szybko się kończą. Podobnie rzuty przedmiotami. Da się znieść. Krzyków, ryków itp. jakoś nie ma.
Bolą piątki i od paru dni coś jest w uszach. Obstawiam, że to przez zęby, ale ponieważ ja mam bakcyla w nosie i gardle (właśnie go morduję antybiotykiem - siódmym w tym roku) to może i jemu przekazałam... Idziemy więc do pediatry dziś, by to sprawdzić. 

Poza tym auto daje mi w dupę, bo znowu zdechło. Zaczynam wierzyć w winę wilgoci. W sobotę pokropiło i w niedzielę dup, akumulator pusty. Na kolejną wizytę u mechanika mnie nie stać.
Dziś łaskawy Ex zabrał rzęcha do siebie i niestety znowu stwierdził, że w tej chwili pobór prądu jest jak z książki... :/ Szlag. :/
Do tej pory wymieniłam: filtry do gazu (100,00), żarówki ( 90,00), olej (85,00) i filtr powietrza po kosztach u Exa (30,00). Wydoiłam się do zera... i kwiczę.

A do atrakcji finansowych dochodzi mi teraz cena mleka. Zamiast 7,50zł będę bulić 24,00 za puszkę. A młody jak na złość idąc na drzemkę upomina się o flachę. Chyba wyczaił, że na pustym brzuszku źle się śpi... Więc mamy 4 flaszki na dobę.
Idę z torbami... nie wiem tylko dokąd.

Ścisk!

czwartek, 20 września 2012

Słóweczka, słóweczka

Wrażenia pooperacyjne innym razem. Teraz tylko nowe słówka, bo nie chcę by mi uciekły, a są przezabawne. :)

I tak mamy:

- PUŁO - zepsuło
- ŁAPKI
- PUSIA - kotka z bajki
- OGOŃ - ogon
- ALA
- UJIK - ludzik
- KOTKA
- KOPKA - kropka
- BOLI
- GIZIE - gryzie
- NIE USIA - nie rusza
- CIMA - trzyma
- PILOP - pilot
- MUCHA
- KEKYK - księżyc
- USIESIEM - autobusem :)
- BUMA - guma do żucia
- MUSIASIA, MUSIASI - mamusia, mamusi
- KOCHAM, KOCHA
- NIE DAM
- KOK - kot
- CHOŁAŁ, CHOŁAŁA - schował, schowała
- PISIE - pisze
- SIMNO - zimno
- CIOŚ - coś
- BIEGLIE - biegnie 

Z tego powstają zdania typu:
MUSIASI SIMNO
APCIA JEDZIE USIESIEM
MAMA PISIE
CIOS PUŁO
PAPA KOK
IDZIE KOK
MAMA KOCHA
KEKYK SIECI
NIE MAMA USIA
ŁAPKI MA PUSIA
itp. itd.

A do tego mówi w taki słodziakowaty sposób, że rozpływamy się z babcią jak wosk. :)

Na tyle mi sił starczyło, pozdrawiam.
:*

środa, 12 września 2012

Specjaliści od czapy

Mam ochotę zacząć od łaciny... :/
Ja nie wiem, po co to się szkoli, po kiego jakieś przysięgi składa, jak to wszystko jest psu na budę i w dupę można sobie wsadzić. O lekarzach mówię of course.

Daniel skończył dwa lata, więc od pediatry nie dostaję już recepty na preparat mlekozastępczy.
Dostałam skierowanie do alergologa. Pomijając już fakt przebywania na diecie bez cukru, bez mleka i bez glutenu, w przypadku dzieci ze spektrum, jako normy... ma objawy skórne. Typowa skaza białkowa.
Po podaniu czegoś z mlekiem krowim wysypuje mu się buzia i ręce. Po podaniu samego mleka sprawa się zaognia, skóra wysusza, robią się takie suche paski na policzkach, które wyglądają jakby miały za chwilę popękać, całość jest podrażniona i zaczerwienia się od czasu do czasu, np. w czasie drzemki, czasem tak do żywego czerwonego, jakby był poparzony...

Dodam, że zdaniem tych myślących, dziecko z zaburzeniami, które czuje się źle, nie będzie się dobrze zachowywało, bo zwyczajnie czuje się źle... Proste. Kluczem jest więc dieta i łagodne z niej wyprowadzanie. Oraz dbałość o to, by dziecko COŚ jadło i by dostawało z tego jedzenia jak najwięcej wartości.

U nas tym COŚ jest Bebilon Pepti.

No więc poszliśmy do alergologa. W końcu doczekaliśmy terminu i... dostałam kurwicy. Pani Anna Madaj (specjalista pediatra, alergolog i pneumonolog) orzekła, że w tym wieku dziecko nie musi już pić mleka. /Coś takiego!? Odkrycie!?/ Że należy małemu podawać preparaty z białkiem krowim, np. biały ser. (To ciekawe, bo pediatra, pani Sokalska krzyczała na mnie, gdy jej powiedziałam, że młody dostaje trochę maślanki i jogurtu naturalnego... Kazała bezwzględnie trzymać dietę.) Że inaczej ze skazy nie wyjdzie. Że w tym wieku powinien nabyć odporność i w tym celu trzeba wprowadzać to białko, koniecznie.

Wyjaśniłam, że młody mleko Bebilon pije, bo lubi i chce. A że często nie chce nic innego to dostaje. Dzięki temu trzyma się powyżej 3 centyla. Że potrafi tydzień być na samym mleku, zagęszczonym kaszą jaglaną, a poza tym raz na dzień skubnie np. ziemniaka (jeden gryz), chleba (jeden gryz) albo jabłko (mikro kęs). Że ma selektywne łaknienie, że inaczej czuje głód, a czasem nie czuje go wcale, że mleko i jego konsystencję akceptuje bezwarunkowo, więc MUSI je pić, dla swojego zdrowia zwyczajnie i by przeżyć.

Usłyszałam, że preparat mlekozastępczy, jeśli już koniecznie chce tej kaszy, mam zastąpić Nestle Sinlac. /Czy im ktoś płaci z tego Nestle? Ciągle to samo słyszę! Niech MI zapłacą, będą miała kasę na wykupienie recepty na Pepti na 100% i też im reklamę Sinlaca zrobię!/
Objaśniłam panią dr, że Sinlac jest posiłkiem pełnowartościowym, jeśli odpowiednio się go wymiesza, po rozbełtaniu 6 miarek w 240ml wody wychodzi sik, nie kasza i trzeba by takiej zjeść z 20 flach, by to miało sens. A gęściejsza przez flachę nie przejdzie! Oczywiście zauważyła radośnie, że młody ma dwa lata, więc może jeść łyżeczką. Wszystko mi opadło...

Szlag... Jakby jadł łyżeczką i nie potrzebował mleka, to nie łaziłabym po alergologach. Sama umiem wyprowadzić dziecko z diety eliminacyjnej i wprowadzić mleko krowie. Łatwiej by mi też było kupić Bebiko w każdej zakichanej Stonce, niż biegać za receptami i zamawiać puszki tego pseudo mleka w aptekach. Czy lekarzom się wydaje, że ja z nudów biegam za tym Pepti?!
Karmienie flachą też nie należy do przyjemności. O ile prościej byłoby wymieszać kaszę w miseczce i wręczyć dziecku łyżkę. Łyżki mam w domu. Wiem też, że dwulatki (zdrowe) w tym wieku jadają już same. Tyle że ja nie mam takiego dwulatka... 

Znowu więc objaśniam, że młody pije flachę kaszy do poduchy, a drugą w nocy. Plus mleko rano. W każdej z tych porcji ma coś: magnez, cynk, probiotyk, acerolę. No i żółtko, którego inaczej nie przyjmie, a które jak dotąd daje mu potrzebne witaminy, sole mineralne, budulcowe białko i zapobiega dalszemu spadkowi wagi. 
I jeszcze raz wysłuchałam mądrości wszelakich, o jedzeniu innych posiłków, o jedzeniu łyżeczką, w dzień itd.
/Szoku doznaję za każdym razem, gdy słyszę, że jak dziecko nie je w dzień, to je w nocy i odwrotnie, gdy je w dzień, nie je już w nocy. Równie dobrze mogliby mi w pysk powiedzieć, że jeść dziecku nie daję w dzień, z lenistwa albo oszczędności, bo do tego to się sprowadza!/

Żeby nie było, objaśniłam panią dr o naszych problemach. Orzekła, że to nie jest problem alergologiczny!!!

Żesz kurwa jego mać... To jaki jest? Od psychiatry mam mieć receptę na mleko bez białka mleka krowiego? Czy od psychologa?
Czy lekarz jest najpierw lekarzem czy najpierw alergologiem? A na domiar złego - kobieta jest też pediatrą, więc już w ogóle nie kumam czemu mi pieprzy o problemach alergologicznych, gdy przedstawiam jej całokształt sytuacji.

Posprzeczałyśmy się. Nie dostałam recepty. Dostałam skierowanie na badanie krwi, na białko mleka krowiego. Jeśli wyjdzie, dostanę zalecenie by podawać Pepti.
Jeśli nie wyjdzie (a często nie wychodzi!) nie dostanę nic... mimo objawów.

Ja mam chyba jakiegoś mega pecha do specjalistów. Co rusz trafiam na jakiegoś głuchego na logikę biurokratę.
Aż mi wstyd, że kiedyś sama przysięgę składałam...
Moja mama to już się nawet nie przyznaje, że jest służba zdrowia.
:/


U psychologa

Wczoraj zaliczyliśmy wizytę w GOARze, u pani mgr Bogacz. Pani psycholog bardzo podobały się postępy małego. Była zachwycona tym jak mówi i kontaktem jaki tworzy.

A Daniel oczywiście miał swoją wizję na tę wizytę. Nie chciał z nią rozmawiać o książce, chciał jakieś pudełko. Potem nie chciał ułożyć klocków, chciał inne pudełko. Itd. itp. Standard.
Nie naciskała (notabene - nigdy, nie ma takiego zwyczaju i chwała jej za to), odczekała focha, delikatnie wracała do tematu, aż w końcu przewertował z nią połowę tej książki, ułożył klocki i zainteresował się puzzlami.

Przy okazji zorientowałam się jak szybko pewne rzeczy mi umykają, przez przebywanie z młodym dzień w dzień.
Młody dostał trzy drewniane klocki w formie puzzli, miał je wyjąć z oczek i włożyć w swoje miejsca. Wyjął i po kolei każdy z nich podał pani psycholog. Ja nawet nie mrugnęłam, ona się zdziwiła i skomentowała głośno ten fakt, mówiąc jak to ładnie dzieli się uwagą... Już zapomniałam, że tego nie robił. I jakoś chyba nawet nie zauważyłam kiedy zaczął. Chyba nie najlepiej to o mnie świadczy...

Moje kolejne zaskoczenie, również spowodowane uwagą pani psycholog:
Młody dostał puzzle. Puzzle dość specyficzne, płaskie, trudne do wyjęcia pozornie. Tymczasem chodzi w nich o inną technikę, niż w tych klasycznych. Posiadają bowiem dziurkę z tyłu, tzn. dziurki, za każdym puzzlem znajduje się okrągłe oczko. Wystarczy puzzla stuknąć palcem od pleców i ten przodem wypada, a potem można sobie układać gdzie pasuje.
Pani Bogacz postawiła przed nim te puzzle pionowo, jak ścianę. Tylną stroną do dziecka. Pyknęła w jeden, a ten od razu spadł na stolik po czym poleciał na podłogę. Podniosła. Przysunęła ścianę do Daniela.
Młody wyciągnął jedną rękę, wysunął palec i przyłożył do dziurki, po czym wyciągnął drugą rękę, przełożył ją na drugą stronę ścianki i podłożył w miejscu, gdzie widniał kolejny puzzel.
Pyknął palcem, a tekturka spadła mu prosto na rękę. Powtórzył to samo z kolejnymi puzzlami.

Chyba nie doceniam inteligencji mojego dziecka, bo nawet nie przyszło mi do głowy się zdziwić. Tymczasem pani Bogacz zrobiła duże oczy i stwierdziła, że pierwszy raz widzi taką technikę, że nikt jej jeszcze nie zaprezentował takiej orientacji przestrzennej, pomijając już nawet wiek dziecka i fakt, że widzi ono te puzzle pierwszy raz.
Hmm... wieczorem aż zaesemesowałam do zaprzyjaźnionej oligofrenopedagog z pytaniem o wiek dla orientacji przestrzennej. Potwierdziła, że faktycznie, to nie bardzo ten wiek.

Potem młody zbadał wszystkie klocki sensoryczne, po kolei odkrywając wszystkie ich funkcje. A gdy już się nasycił, przeszedł do przeglądania kolejnych pudeł, zatrzymując się na zestawie gąbek i myjek (wyraźnie zainteresowała go faktura, niekoniecznie w tym pozytywnym sensie, niektóre z myjek trzymał końcówkami palców, a jedną to ja musiałam wyjąć z pudła, bo sam nie miał ochoty jej dotykać) i takim, gdzie pełno było kuchennych, plastikowych dupsów typu: kubeczek, widelczyk, czajnik. Przyrządził KAFKĘ, spróbował, po czym stwierdził, że APCI KAFKA i zarządził wychodzenie na korytarz, żeby tę babcię poczęstować.
Odmowa trochę wybiła go z rytmu i dobry humor się skończył.
Na koniec jednak grzecznie się pożegnał, dał cześć, zrobił żółwika, przybił piątkę i pomachał rączką mówiąc PAPA. Pani Bogacz była zachwycona. (Ja znowu nie wykazałam zdziwienia, bo obserwuję to już od jakiegoś czasu, przy czym nie jest to standard, Daniel sobie wybiera z kim się pożegna a z kim nie, nie da się go zmusić, ani namówić, jeśli ktoś mu nie pasuje, nie ma siły... ) 

Generalnie bardzo ciekawa godzina, jak się okazało także dla mnie dość odkrywcza. I zaskakująca.

Reasumując - pięknie idziemy w kierunku Zespołu Aspergera. Wytracają się niektóre autystyczne zachowania, włączają nowe, bardziej aspergerowe, utrwalają się schematy, rytuały, do tego dochodzą specyficznie, mocno techniczne zainteresowania plus ponadprzeciętne umiejętności. Mam tylko nadzieję, że te rytuały i inne dziwactwa nie utrudnią mu życia zbyt mocno, i że te umiejętności i talenty nie będą zbyt dokuczliwe ani dziwaczne i pomogą w życiu, zamiast zmienić je w pasmo udręk.

I tyle na dziś.
Wieczór taki sobie. Noc koszmarna.
Piątki dają w dupę nieźle. W nocy było noszenie, masowanie, smarowanie. Jeszcze nic się nie przebiło, ale jest koszmarnie. Do tego młody pokaszluje i miewa stany podgorączkowe.
I w tym czasie akurat, na domiar złego, ja mam tę zasraną operację i idę do szpitala.
Szczerze mówiąc robię w gacie na myśl co będzie, gdy  mnie nie będzie i co będzie, gdy wrócę... Słabo mi ze strachu, mam skoki tętna i boli mnie głowa, a żołądek zwija się w kulkę. :/

wtorek, 11 września 2012

Słabo jest

Nic mi się nie chce, ani czytać, ani pisać. Jestem przemęczona, niewyspana, złapałam dupnego doła i jedyne co bym chętnie zrobiła, to pojechała w pizdu. Jak to mówi co dzień mój kolega z pracy. Wychodzi i melduje: idę / jadę w pizdu. A ja potem dumam co powiedzieć szefom, gdy pytają gdzie pojechał J. :D

Bez zmian w sumie.
Weekend ciężki. Dwa dni maruda. W niedzielę to już miałam kuku na muniu od tego ciągłego stękania. Noce nie lepsze, więc nie odpoczęliśmy...
Tak więc nie ma o czym pisać.

Wrzucę tylko nowe słowa, dla potomności:

- ŁAPKA -  małpka
- SIADAJ - nagle usłyszałam SIADAJ ŁAPKA i mocno się zdziwiłam
- JECIE LAS - jeszcze raz
- JECIE NIE - jeszcze nie
- LEF - lew
- DOMEK 
- BOLI 
- SIOŃ
- MAMA IMIE - mama wyjmie
- NIE USIAM - nie ruszam
- PUFTE - puste
- CIPKA - rybka nam tak przedziwnie ewoluowała :D
- ATIO PALI - auto odpali
- PAM EMI - pan Emil z MiniMini
- DŻOCZ - George, małpka z MiniMini
- JUŚ - już
- KUP KUP - puk puk ;D
- MIAU - nagle kot zaczął robić "miau" zamiast "au"
- ISIAHA - a tak teraz robi koń
- KON - koń
- CIEMO - ciemno
- JAŚNO - jasno
- JA UMIE 

Trochę się tego namnożyło.
Powtórzy już chyba wszystko co mówię. Niekoniecznie rozumie, zastosuje, zapamięta, ale powtórzy. Z różnym brzmieniem, ale to mało ważne w tej chwili.

Stwierdzamy wszak jedno - DANIEL MÓWI. :)

czwartek, 6 września 2012

No dobra

Nie ma tak źle.
Wyłażę z dziupli.

Czas focha trwa. Idą niestety obie dolne piątki, nie jedna. W buzi wielka masakra. Smarujemy żelem, masujemy, słuchamy jęków, że BOI i nic więcej nie możemy zrobić. :/
W nocy kręcenie, stękanie, popłakiwanie, dziś nawet włażenie na kolana, a pobudka okraszona dzikim rykiem nie wiadomo z jakiego powodu. Na pewno był to jakiś mega wkurw, bo młode wstało, chwyciło butelkę i tak nią pierdyknęło, że obiła się o drzwi. Obudziłam się w sekundę. o_O

Wczorajszy dzień z gatunku lepszych. Przerobiliśmy  mały cyrk, bo musiałam dotrzeć na rynek, a dzieć nie bardzo miał ochotę na wózek, ale daliśmy radę. Potem powrót i piaskownica. Dotarł Danielowy tato, więc przez chwilę siedziałam na dupie, nie biegając na prawo i lewo, tak by być z obu stron zjeżdżalni jednocześnie. Za to pożarły mnie komary... :/
Potem odmowa jedzenia i takie sobie zasypianie. Ale mogło być gorzej, dużo gorzej.

Gadki jakie były takie są, słów przybywa.

Mamy jeszcze:
- SIPIE - sypie
- TONIEĆ - koniec
- SIEJE
- UMIE / UME - było "JA HAM" a teraz jest "JA UMIE"
- TLJATLIO - traktor oczywiście ;)
- GUMA / GUME
- KIKAKA - lizaka
- NIECIEĆ - niedźwiedź
- PUJE - pluje 
- MIJE - myje

I tyle w sumie.

Aha - zrobiłam młodemu test pani Olechnowicz. Od jakiegoś czasu wręczam puste, czyste kartki, a on bazgroli. (Przeszła faza na nie w temacie rysowania, sam sięga od czasu do czasu.)
No i cieszy mnie to bardzo, bo nie bazgroli na końcach kartek, nie omija centralnego punktu strony, nie skupia się na rogach czy rantach. Rysuje gdzie bądź, na jednej połowie, na środku, na obu.
Co za tym idzie - posiada swoje JA, identyfikuje je, widzi siebie w pierwszej osobie.

Używa też tej formy, mówi np. JA UMIE, JA HAM, JA TU... I wygląda na to, że wie co mówi.

Buziaki czytacze. :)


wtorek, 4 września 2012

Mowa i ... mowa



Daniel dotyka samochodu ojca.
D: atio taty
Ja: tak, to jest auto taty
D (nadal dotykając palcem): atio taty
Ja: tak Danielku, to auto taty
D (jak wyżej): atio taty

Daniel wsiada do samochodu ojca.
D: gugie atio pali
Ex TŻ patrzy na mnie: hę?
Ja: mówi, że drugie auto, czyli Twoje, odpali, bo odpalaliśmy nasze i powiedziałam, że odpaliło
Ex TŻ: aaaa, no to sprawdzimy
D: gugie atio pali
Auto odpalone, uśmiech na buzi, patrzy to na mnie to na Exa i powtarza
D: gugie atio pali, gugie atio pali

Spacer koło stawu
D: kaka nie ma
Ja: tak, nie ma kaczek, poszły spać
D: nie ma kaka
Ja: tak Danielku, nie ma kaczek, bo jest późno, poszły spać
D: pać
Ja: tak
D: nie ma kaka

Idziemy obok sklepu, Daniel zauważa klimatyzację.
D: nie działa
Ja: tak, nie jest włączona, bo sklep już zamknięty
D: nie działa
Ja (żeby zejść na inny tor): to jest klimatyzacja, jak pani przyjdzie do sklepu i będzie jej za ciepło to włączy; jutro;
D: juto
Ja: tak, jutro włączy, jak będzie jej za ciepło
D: ciepo
Ja: właśnie
D (pokazując): nie działa, nie działa, nie działa

Czasem mam wrażenie, że mówię do ściany, a dźwięk się odbija i wraca do mnie. :(

A miałam się cieszyć, że mówi... Rzeczywiście, mówi. Bo na pewno nie rozmawia.

poniedziałek, 3 września 2012

Dobrze żarło i ... zdechło

Gorsze spanie, chociaż bez krzyku. Sporo wiercenia, postękiwania, czasem wchodzenie na kolana.
Gorsze czuwanie. Od soboty znowu pady na tyłek. W sumie to nie bardzo wiem o co. Ot tak.
I pierwsze takie konkretne fochy.
Stukał nogą o koszyk w sklepie. Poprosiłam, by nie stukał. Zaczął mocniej. Postawiłam na ziemię. Zrobił pad, potem drugi, trzeci, rzut na glebę, a potem umaił to krzykiem.
Nie nazwałabym tego objawem ze spektrum, raczej rodzaj histerii i wymuszania w tym widzę. Na złość mamie... albo: jeszcze zobaczysz, że... itd.
Poddałam się z mierzeniem skarpet, tzn. z przykładaniem na długość do stopy, bo nie miało to sensu. Udało mi się natomiast ubrać Gada w kilka bluzek i nawet dwie udało się wybrać. Dobrze, że te najlepsze były też w dobrej cenie i że akurat je udało mu się wcisnąć na korpus.
Spodnie na zimę to już jednak na necie kupię jakieś, używane. 

Jeszcze w piątek mogłam powiedzieć, że mojego dziecko nigdy (ale to nigdy!) nie zrobiło mi prawdziwej sceny w sklepie. Dziś już milczę...

Zawsze znajdywał coś do zajęcia, albo ja mu coś dawałam i było ok. Teraz podałam, rzucił. Coś innego, rzucił. A potem plac i dupa na podłodze.

Zwieńczeniem był cios, który wylądował na mojej twarzy, w dość pechowym miejscu, bo na kości policzkowej. Młode coś tam mówiło, raz, drugi, piąty, na co odpowiedziałam, że rozumiem i proszę, żeby  nie powtarzał sto razy, bo nie trzeba, wystarczy raz. W odpowiedzi dostałam w dziób.

Jakoś nie chce mi się nawet tego komentować...
Chyba sensownie by było kontynuować zaczęte i jechać we wtorek do Dr Bross. Taki mamy termin. Ale z racji mojej operacji odwołany. Dziś wydałam 400zł na żelowy opatrunek do wysmarowania udrożnionych zatok i za cholerę nie stać mnie na wydanie teraz 150 zł na "pamięć wody". :/ 

To tyle, żebyście wiedzieli, że żyjemy i ... nie mamy aż tak bardzo lepiej od Was. ;)
Pozdrawiam

Aha, z ciekawostek jeszcze.
Jako że nie mogę za bardzo nosić Smarka po 14tym września (operacja, moja), próbuję trochę to wygodnictwo zminimalizować jemu i na spacer zabieram wózek. O dziwo Młode więcej idzie, gdy wózek jest w naszym towarzystwie. Takie cwane, skubane...

Poza tym idzie nam piątka. I tyle wieści.

Chociaż nie, jest jeszcze jedna, ale... to już nie dziś. Dziś nie mam siły jeszcze i na to...