środa, 27 czerwca 2012

My dzisiaj, trochę nowości

Ponieważ ostatnio nie ma różowo, mamy nasilony do granic bunt dwulatka i wrzucam w zasadzie tylko same ciężkie klimaty, dla odmiany dziś będą też postępy...

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu dodam tylko, że od ostatniego szczepienia minęło już 8 miesięcy. Zmiany w stanie zdrowia ogromne. Od pół roku poza małymi problemami jelitowymi cisza, żadnych sensacji zdrowotnych. Mimo jedzenia figi z makiem, żadnego przeziębienia, spadku odporności, nawet kataru, nic. Nie złapał też niczego ode mnie, a od lutego borykałam się z przewlekłym, powikłanym zapaleniem zatok i gardła, leczenie kończąc dopiero w maju. Dziecko zdrowe jak ryba. To pierwszy tak długi czas, gdy Danielowi nic nie ma.

Ponieważ od wczoraj robię w sieci nie lada karierę ;) za sprawą podlinkowania na "ryju", a statystyki gotują się i idą w setki, dostaję masę rad, zaleceń i pytań w temacie szczepień, odpowiem zbiorczo - NIE SZCZEPIĘ DZIECKA na zaległe Hib i nie wiem co zrobię, w wieku 6 lat.
Tymczasem Daniel robi postępy i jest to dla mnie wystarczający argument na nie. Kolejnego regresu nie zafunduję synowi, wiedząc dziś to co wiem. A wiem nie mało.
Teraz stoi za mną murem moja mama. Wcześniej była tylko przerażona ilością szczepień, jakie dziś są obowiązkowe. Ale już zmieniła stanowisko i po lekturze starych notatek i paru debatach o tym co kiedy Daniel robił, a czego nie, doszła do wniosku, że szczepienia mu szkodziły. 

Ale do rzeczy:

 - W chwili obecnej stymulacje nasze są rzadkie. I nigdy nie są wyłączeniowe. Pojawiają się sporadycznie: chodzenie na palcach, machanie ręką w koło jakby kreślił jakiś wzór w powietrzu (to nowe!), bieganie bez celu, kręcenie w koło. Nieco częściej mamy wirowanie zabawkami. Sporo skakania.

- Problem mamy nadal z niejedzeniem. Ja naprawdę nie wiem czym on żyje i jakim cudem ma tyle siły i wigoru. Wczoraj ugryzł dwa razy truskawkę, dwa razy kanapkę rano, a wieczorem zrobił jednego kęsa, którego wypluł. Wszystko.

- Nie mamy żadnych problemów z motoryką dużą. Wspinamy się na zjeżdżalnie, z obu stron, zaliczamy wszystkie górki, słupki, skosy (uwielbia chodzić po podjazdach), od prawie roku podskakujemy odrywając obie nogi, skaczemy z górek, materaca, złożonej pościeli, schodów. Genialnie robimy przewrót w przód, ze stania! Wchodzimy na drabinki, biegamy, jeździmy na czterokołowym rowerku biegowym. Skaczemy na gumowym ośle, wspinamy się po meblach, na parapety (dwa ostatnie od 16 miesięcy) itp.

- Mamy problemy z motoryką małą. Nie umiemy samodzielnie jeść i nawet nie próbujemy. Czasem pojawiają się próby picia z kubka, ale niezbyt chętnie i zawsze kończą się wylaniem zawartości za dekolt, jeśli płynu jest nie mało. Dziwnie trzymamy kredki, długopisy, łyżeczki, niechętnie rysujemy. Nie wiem co z precyzją, bo nie starcza cierpliwości na ćwiczenie, jak coś nie wychodzi, to jest dup i pozamiatane.

- Zaczęliśmy komunikować potrzebę fizjologiczną, ale w specyficzny sposób. Otóż meldujemy, że EE. Przy czym nie dotyczy to wcale tego co przychodzi na myśl. EE to także siku. I to nie tylko siku zrobione, ale też to, którego się chce. Jakby to przystępniej objaśnić... dziecko coś tam robi i nagle krzyczy EE. i ciągnie mnie do przewinięcia. No to przewijam, a pielucha sucha. I tak czasem x razy w ciągu dnia. Jakby mówił nim zrobi, czując parcie na pęcherz lub jelita, ale niekoniecznie rozumiejąc, że to jeszcze nie oznacza efektu. Przy czym na wc czy  nocnik siadać nie chce. Wczoraj wieczorem pięć razy biegałam za tym EE, a pielucha była zaledwie brudna. Mam obawy, czy on sobie w ten sposób nie wyrobi zaparć nawykowych, bo tym biegiem od razu do przewijania, powoduje zatrzymanie całej akcji i w rezulaltacie robi to EE na raty.

- Mamy problemy z zakresu SI. W niedzielę zabrałam dziecko na zieloną trawkę. Fajnie było, ale za chiny ludowe nie dało się zdjąć mu butów, ani też wsadzić do piaskownicy. Piasek pacał rękoma (to nowość, od paru dni raptem), ale stopami nie chciał go dotknąć. Trawy zresztą też. Gdy podstępem zdjęłam sandałki, kazał je sobie założyć, gdy tylko się zorientował co jest grane. Piasek na rękach przeszkadza, zwłaszcza gdy mokry i przylepia się. Od razu podaje mi ręce do otrzepania. To samo robi, gdy się przewróci, biegnie wtedy z otwartymi dłońmi i każe otrzepać.
Nienawidzi ponadto wszystkich zmian na ciele, zadrapań, strupków, otarć. Dotyka ich z uporem maniaka i każe mi zabrać, a potem płacze, bo boli. Przedwczoraj otarł łokieć i ciągle przerabiamy cyrki z tego powodu.
Nie ma też opcji zawijania dziecka w cokolwiek. Można go omotać w kocyk, ale tylko wtedy gdy stoi. Na leżąco ręce muszą być wolne, a głowa odkryta. Inaczej panika i ucieczka.
Nie przeszkadza obcinanie paznokci, mycie ciała czy zębów. Na zęby jest bunt, ale to rodzaj focha, nie zaburzenia SI. Z głową jest problem, bo nie lubi płukania przodu, ale to nic nadzwyczajnego u dzieci. Trzeba kupić rondo kąpielowe i tyle.
Od dwóch tygodni zjeżdża ze zjeżdżalni, sam. Najpierw była panika w oczach, ale ciekawość zwyciężyła, ja łapałam na dole, więc się przestawił i zjeżdża chętnie. Tylko po oczach widać, że w połowie drogi miałby ochotę zawrócić. Wraca jednak do tej zabawy, więc kontynuujemy. Huśtawki są ok, tyle że krótko. I niezbyt wysoko.

- Pojawiło się za to nowe dziwactwo. Daniel najchętniej posprzątałby cały świat. Podnosi każdy papier, nakrętkę, pudełko po fajkach, co tam znajdzie i wręcza mi do rąk. (Fuj!) Tłumaczę mu, że gdy jest kosz na widoku można to tam wrzucić, ale jeśli nie, to nie podnosimy. Idzie opornie.
Gdy trafimy na spacer w gorszym nastroju, potrafi stać kwadrans przy kartce papieru i płakać, że BA zrobiła. I nie przestanie póki jej nie podniosę i nie wyrzucę. Nie umiem tego przeskoczyć, a męczące to strasznie.
Reszta dziwactwo to: picie z flachy, na leżąco, w łóżku. Zamykanie drzwi, przez które przechodzimy. Otwieranie drzwi posiadających klamkę, on chce AM i koniec. Koniecznie musi sobie sam otworzyć flaszkę z mlekiem, jeśli ja otworzę - kosmos. Przesadnie reaguje na każdą kapkę wody na skórze. Jeśli mu chlapnie, przychodzi, żeby wytrzeć. Nawet jedną kropelkę zauważy. Niestety wypatruje też małych zwierząt na chodniku, np. mrówek i wszystkie skutecznie morduje palcem.
No jest tego trochę - chyba mały Monk mi rośnie. :(

- Na placu zabaw bardziej olewa inne dzieci. Ale nie wejdzie na ślizgawkę, gdy inne tam są. Ostatnio stał chyba pół godziny przed schodkami i puszczał po kolei różne dzieci, a że przerwy nie było za bardzo, to stał tak jak sierotka i czekał, czekał, aż w końcu zrezygnował... Nadal reaguje osłupieniem na krzyki i dzikie bieganie innych dzieci. Gdyby był dalej ode mnie, ucieknie.

- Za to mamy postęp w mówieniu. Sam z siebie zaczyna coraz więcej słów powtarzać, niektóre nawet dość trafnie. I tak mamy kolejne:
* ISI - czyli wisi (to z wczoraj)
* KAKO - to światło, wcześniej na światło mówił TI, podobnie jak na wszystko co się włącza;
* TIKA - wydumka od "tik tak", czyli zegarek
* - czyli chodź
* GUKA - główka
* CIACIA - ciocia
* SIECI - świeci
* GOGHKIKI  - chyba, bo napisać tego nie umiem, jakieś skandynawskie pewnie :D W każdym razie znaczy "dowidzenia" :D Najlepsze jest to, że młody mówi to słowo po mnie, sam z siebie, np. gdy wychodzimy ze sklepu i ja mówię "dowidzenia". A że mam taki głupi zwyczaj, że nadużywam tego słowa, to ciągle powtarza. Nie proszę by to robił, po prostu naśladuje. :)
I słowo, którego nigdy nie było, podobnie jak ruchu ręki, który powinien mu towarzyszyć: 
* PAPA - poryczałam się, gdy pierwszy raz zobaczyłam, jakieś dwa tygodni temu. Jednorazowa sprawa, ale ostatnio do niej wraca, w sobotę i niedzielę zrobił papa obu ciotkom. Wykonał gest i wypowiedział zwrot. (Nawet teraz mi się ryczy, gdy to piszę.)

I meeega szooookk - pierwsze zdania Daniela:

UJE NIE MA -  nie ma wójka
NIE MA KAKA - nie pali się światło
IDZIE APCIA - powtórzone po babci, że babcia idzie
TATA NIU NIU - (z wczoraj) chyba nie trzeba tłumaczyć :D 

I to wszytko z ostatniego tygodnia! Jakaż jestem dumna! Jak paw. :D

- Pochwalę się jeszcze jednym postępem. Ogroooomnym. Ostatnio Daniel (jak ma humor oczywiście) potrafi bez oporu podać rękę na cześć. Na niedzielnej trawce przywitał się z ciotką, podając jej rękę, a gdy się nachyliła, dostała jeszcze buzi, nie proszona. o_O Potem cześć dostał wujek. Koleżanka Martynka już nie, ale za to została posmyrana po włosach... (serce mnie zapikało, bo nie robił tego chyba rok, nie dotykał innych dzieci). Z żegnaniem było gorzej, bo ciocia już nie zasłużyła, ale wujek został pożegnany.
Dzień wcześniej buziaka dostała na powitanie ciotka nie widziana chyba trzy miesiące. Nie wiem czym sobie zasłużyła, ale widać powód był. :) Co lepsze Daniel dał jej się włożyć do wanny, a potem wyjąć. Ciekawostka...
Kilka razy zdarzyło się też, że podał rękę jakiejś sąsiadce, albo pani w sklepie, poproszony przez nią, albo komuś komu ja rękę podałam, w ramach małpowania mojego zachowania.
Naprawdę z szoku wyjść nie mogę ostatnio, niemal każdego dnia.

Jak coś mi się przypomni, to jeszcze dopiszę...

Jak tak patrzę na te wszystkie zmiany, na kierunek w którym idzie, to wydaje mi się, że podążamy w kierunku Zespołu Aspergera...

Foto. Mój łysolek rok temu zajęty  nową zabawą w przesypywanie ryżu prażonego.



piątek, 22 czerwca 2012

Hanna Olechnowicz - lektura obowiązkowa

Na razie nie będę nic pisać, na razie polecę.

To już mam, prawie zjadłam na stojąco.
Generalnie nie mam czasu czytać, dziecko mi nie pozwala. A wieczorem padam na dziób, kładę go i jest 21:30 albo i 22ga. Ogarniam chatę i padam. W tym tygodniu olałam wszystko, brałam prysznic i siu do sypialni, lampka, ołówek i do dzieła... Lekturę kończyłam z musu, gdy młody zaczynał wierzgać i światło mu przeszkadzało. /Znowu ma taką fazę, ostatnio w dwie godziny po zaśnięciu, że się kręci, popłakuje, śpi nerwowo./
Genialna pozycja!


A to właśnie dostałam. /Dzięki Aga!/
Już nie mogę się doczekać, przebieram kopytami, żeby wrócić do domu i zacząć czytać... :)
Spis treści wygląda obiecująco.


A tu sobie można poczytać o tej pani:   Hanna Olechnowicz 

Notabene... Ja nie wiem jak można książki pisać w wieku 92 lat? Ja już mam mózg jak gąbka i mocno zaawansowaną sklerozę. W tym wieku (jeśli jakimś cudem dożyję) będę siku robiła w wielkiego pampersa, a jedzenie będzie mi podawane przez rurkę, bo na pewno zapomnę do czego mam usta... 
Z szoku wyjść nie mogę. Jestem pełna podziwu.



Agresja wobec rodzica

Wymiękam. Cholery dostaję. W efekcie podnoszę głos i koło się zamyka. Złość na złość. Tylko jak nie dostać wścieku, kiedy dwulatek wali Cię w pysk? Ja nie wiem.
Liczyć do stu, wypić szklankę wody zamiast?
Powyżej kokardy  mam już tych ciągłych dylematów. Psychologię przyjdzie mi skończyć chyba, przy tym dziecku. A potem się od razu scertyfikuję (tak, wymyśliłam nowe słowo) i będą baaaardzo mądra... na temat obcych dzieci. :D

Od paru dni zarzucam innych (mądrzejszych od siebie) pytaniami w tej sprawie. Różne koncepcje padły. A ja dalej dumam.
Wiem, że to złość na mnie wywołuje takie reakcje Daniela. Wiem, że robię coś nie tak, jak on sobie założył, jak chciał, albo w ogóle nie tak jak jego umysł dopuszcza w danej chwili. Tylko jak to zrobić inaczej?

Przykłady: 
Dziecko buja się na moich kolanach. Nagle stwierdza, że bujanie nie przebiega tak, jak chce. Odsuwa się i uderza mnie w twarz.

Dziecko fochuje na rękach u babci, bo coś chciało i nie dostało. Zalecam odstawić Stwora na podłogę. Babcia wykonuje moje zalecenie, a Stwór podchodzi do mnie i rypie mnie w pysk z całej siły.

Wchodzimy po schodach, nagle Młody wymyśla, że on będzie szedł po podjeździe dla wózków. Idziemy, ja trzymam, a on staje w połowie i chce, żeby go puścić. Próbuję wytłumaczyć, że nie można, bo... ale nawet zacząć mi się nie udaje, bo on już jest zły i robi cyrk, rzuca się, skacze. Nie mam wyjścia, unoszę w górę i stawiam na płaskim terenie wyżej. I dostaję pięściami po udach.

Pomijam rzucanie rzeczami, bo to osobny temat i pewnie osobny elaborat o tym napiszę, bo materiału mam na drugiego Pana Tadeusza.

Czy on słucha, gdy o nim mówię negatywnie? Czy rozumie? Czy dlatego jest "zły" bo słyszy, że jest zły? Tylko jak nie mówić o dziecku na foteliku u psychologa? Każda wizyta na tym polega przecież. Czy on to wszystko rozumie? Czy stąd ciągnie swój obraz siebie? /Może wyjaśnię, że wyżej zastosowałam pomysł na myślenie dziecka, nie mówię do syna, że jest zły, ani o nim, że jest zły. Nie mówię też, że jest niedobry czy  niegrzeczny. Opisuję zaistniałe sytuacje. To tylko moja kombinacja co on z tego wyciąga i ile może rozumieć, a nie moje przytoczone słowa./

A może jest tylko i zwyczajnie zły na mnie, bo nie spełniam jego oczekiwań? Bo chce i próbuje kontrolować sytuację, a ja mu nie pozwalam?

A może walczy ze mną, bo widzi w moim zachowaniu próbę uzyskania przewagi siłą? Na zasadzie "agresja rodzi agresję"? Ja jestem zła, gdy on mi cyrkuje na środku ulicy albo na schodach, boję się, że spadnie albo coś go przejedzie, jestem zdenerwowana, nie mam czasu ani możliwości tłumaczyć mu spokojnie, próbować wyciszyć i dotrzeć, muszę działać. Może to dla niego przegrana? Może widzi to tak: mama robi to siłą, nie słucha mnie, nie rozumie, stosuje przewagę, ja jestem zły, a ona ma to w nosie?!
Nie wiem. Naprawdę za cholerę nie wiem. :(

Ale dlaczego uderza, gdy  np. źle go bujam na kolanach? Wymierza mi karę? Czy tylko tak odreagowuje emocje, bo jest zły, zmęczony, śpiący?

Żeby było jeszcze dziwniej to już trzy razy dostałam na dzień dobry. Budzi się, podnosi, patrzy na mnie i pac mnie w ryło. o_O Śniło mu się coś, czy ten żal do mnie jest już tak egzystencjonalny, że go nie opuszcza 24h?

Za dużo mam tych pytań i "ale" i coraz głupsza jestem z tym wszystkim.

Wg pani Hanny Olechnowicz agresja wobec matki oznacza zaburzenie relacji w diadzie matka-dziecko, złość i rozczarowanie dziecka. Żebym ja tylko wiedziała o co ta złość i rozczarowanie i co robić w takich razach? A może ja za dużo dumam? Może odpowiedź jest prosta? Może jest zły po prostu, bo nie tak bujam, bo chciał sam, bo kazałam go zdjąć z rąk, bo chciał stanąć na schodach, a wszystko "bo tak"?
I może uderza, bo taka forma jest w danym momencie dostępna, najbliższa, nie wymaga szukania w otoczeniu, jest na miejscu?

Może, dużo tego może...
Osobiście wątpię. Myślę, że problem jest głębiej. Że gdzieś jest coś nie tak w naszych relacjach, tylko za cholerę nie wiem co. :(
Gdzieś mi tam z tyłu głowy krąży słowo "swoboda", wielokrotnie wyciągane przez panią Olechnowicz. Dzieci autystyczne kochają swobodę, kochają przedszkola Montessori, kochają jej Klub. Kochają to, że im tam dużo wolno. Kochają to, że same decydują o wielu rzeczach. Kochają swobodę działania.
Daniel jej nie ma. W sytuacjach, gdy występuje agresja, zawsze chodzi o ustanowienie jakiejś granicy jego swobody, zawsze on czegoś nie może, albo coś musi, albo coś nie jest tak, jakby chciał. A takich ograniczeń on nie jest w stanie zaakceptować w większości przypadków. Czy tu leży ten pies pogrzebany? Dobrze by było, gdybym go w końcu wykopała, bo zaczyna woniać i robi się coraz mniej przyjemnie. :/

Nie wiem czy dobrym torem idę, może nie, może zaraz wpadnę na jakąś latarnię i rozwalę sobie łeb?!

Jakieś pomysły?






czwartek, 21 czerwca 2012

Nic nowego chyba

Zostałam wywołana do odpowiedzi. :) I co ja tu mam napisać? :)

U nas bez większych zmian. Dni mijają, szału nie ma.
A z tych mniejszych zmian, mamy co następuje:

Daniel znowu nie je.
Zaczynam myśleć czy to nie wina cynku, trzeci raz robię mu cynkową sesję i trzeci raz nie je. Przypadek?
Najpierw zmieniłam preparat. Teraz próbuję odstawić. Zobaczymy.

Spać idziemy coraz później. Najpierw było przed 20tą. Teraz doszło już do 21:30. A przed zaśnięciem cuda i wianki są wyprawiane w łóżku. W nocy znowu się kręci, je... No ale głodny jest, to trudno, żeby spał jak kamień. Rano też budzi się zły i głodny, a do tego bardzo wcześnie, nawet po 5ej, po czym wciąga mleko. I jest to jedyny posiłek do wieczornej kaszy. Porażka.

Znowu mamy problem z piciem wody. Co mu włączę witaminy to robi się problem. Potem łazi i mędzi, bo nie chce samej wody, chce witaminek. Ciągnie do kuchni i buczy, żeby mu nalać. A potem jeszcze foszy, bo... coś tam. Jak tak dalej pójdzie, to mu kroplówkę załączę, bo nie wyrabiam. Wczoraj tak piznął butelką, że z szoku wyjść nie mogłam jakim cudem ona jest cała jeszcze. A poszło o to, że nalałam witaminę, zakręciłam i... pomieszałam. A on chciał. :/ Potem ryczał pół godziny i zmuszał mnie do noszenia. Przytulałam, ale nie podnosiłam, więc ciągnął mnie w inny kąt chałupy i znowu się wspinał. A ja znowu na kolana, znowu przytulanie... Nie pasowało, odpychał mnie i mędził do oporu. W końcu poszliśmy do łazienki kąpiel szykować i zapomniał. Ech, te fanaberie...

Za to na spacery chodzimy ostatnio na nogach. Sam wychodzi, więc wózka nie zabieram. Chce zabrać rowerek, ale bez kasku, więc nie pozwalam. Czasem mamy więc wyjście z dzikim rykiem. A potem rozłazi się i jest ok. Po drodze zaliczamy wszystkie murki, dotykamy wszystkich mrówek i innych robaków, zbieramy wszelkie osrane, gołębie pióra... Same atrakcje. Na szczęście nic z tych rzeczy nie jemy.
Ostatnio w ogóle jakby mniej fiksacji oralnych. Palce w paszczy często (chyba idą piątki), ale mało lizania mebli, zabawek, na dworze już w ogóle luz w tym względzie. Póki co.
Czasami w drodze powrotnej chce na ręce, ale staram się go czymś zająć, coś pokazać, zainteresować, żeby jednak chodził sam. Nie mam już sił na godzinne noszenie dziecka na dworze. Wiosną to każdy spacer tak się kończył, a niektóre nawet tak się zaczynały. Każdy powrót z działki np. Półgodzinna wycieczka, pod górkę. Sam miód.

Zaobserwowałam też nową cechę. Mała Gadzina robi się przekorna, a do tego uśmiecha się cynicznie, jak diabeł. Przykład z wczoraj. Sięga do doniczki na parapecie, mówię więc, że donica jest ciężka, jest w niej dużo ziemi i spory krzak pomidora, i że spadnie mu na głowę. Odchodzi, po czym wraca i znowu sięga. Za trzecim razem już warknęłam. Patrzę, a Skunks odwraca głowę w bok, pochyla i robi diabelski uśmieszek. o_O I tak nas maca od paru dni, a mnie się krew w żyłach gotuje. Wyraźnie sprawdza na ile może sobie pozwolić i co z tego wyniknie.

Ale też częściej nas atakuje, głównie mnie. Szkoda, że nie mogę zapytać pani Olechnowicz, co ona na to. :( Przedwczoraj była taka sytuacja, w sam raz do analizy terapeutycznej. Daniel fiksował na rękach u babci, coś chciał, ale nie wiedzieliśmy co. Miałam wrażenie, że chodziło mu o znaczek polsatu na ekranie TV, ale że zniknął nim został dotknięty, zaczęły się cyrki. Po chwili rzucania, widzę że foch przybiera na sile, mówię więc do mamy, żeby go postawiła, bo już ledwie go utrzymuje, a ten dalej wierzga. /Jestem przeciwniczką noszenia dziecka w czasie takich akcji./ Mama Gada postawiła, a ten podszedł do mnie i walnął mnie w pysk. o_O Tak zaskoczona to dawno nie byłam. Myślałam, że wyjdę z siebie... Wycedziłam przez zęby, że ma tak nie robić, wstałam i wyszłam do drugiego pokoju. A ten przyszedł za mną. Już nie buczał, podszedł, spojrzał mi w twarz i przytulił się. Powiedziałam, że tak jest nieładnie, tak się nie robi, nie wolno bić i że mnie boli, więc powinien mnie przeprosić. I szok... bo zaczął krzyczeć NIEEEEE i wyleciał z pokoju jak oparzony. o_O
I co to miało być? Kolejny foch? Demonstracja? Próba pokazania, że on górą, że nie posłucha?
Akcje tego typu mamy coraz częściej. Dziś w nocy wlazł mi na kolana (miał przerwę, pierwszą od paru tygodni, krzyczał, płakał i siadał mi na udach) i kazał się bujać. Coś nie tak bujałam, albo nie tak trzymałam (na to też jest jeden schemat i broń Cię panie Boże, by go zmienić!), odsunął się więc ode mnie i strzelił w twarz. 
Nie ogarniam tego dziecka czasem.

Inna rzecz, że we wszystkim musi uczestniczyć. Mama przynosi mi ogórka pokazać, z pytaniem czy taki już dobry (kiszone przeze mnie w domu), po czym odchodzi. A ten krzyk, bo on też chciał go pod nos dostać. I tak o wszystko. Jak próbuję gorący sos, czy dobry, muszę podmuchać drugą porcję i jemu podać. A żeby to chociaż jadł potem... To już nie.

Poza tym mamy parę nowych słów. Doszły nam ostatnio:
- KOGA, czyli krowa
- UCHI, to uszy
- IDA, znaczy winda
- OKO
- DEJ, chyba po "naszemu" tylko skąd? Tu nikt nie mówi po śląsku. :) Co znaczy "daj" oczywiście.
- KO to kot
- powtarza też (nie dopasowane do sytuacji, nie rozróżnia) IDZIE albo JEDZIE
A dotychczasowe NIMA zmieniło się już na stałe w NIE MA.

A naszą ulubioną zabawą ostatnio jest NIE MA i EŚT. Dzień nam mija na pokazywaniu czego nie ma, a co jest. Zaczynamy od tego, że nie ma wujka, gdy wstajemy (był przez tydzień i pojechał), a kończymy na tym, że nie ma włączonego tv, gdy idziemy spać, albo że światło się nie pali. Wszystko co mogłoby wyglądać inaczej, a nie wygląda, określane jest słowem "nie ma". ;)

Na koniec Gad z przedwczoraj. Prawie Aniołek. Tylko że prawie... robi mega różnicę.







poniedziałek, 18 czerwca 2012

Program Son-Rise, Metoda Opcji - part 2

Było o autostymulacjach, teraz będzie o tym co stymulacjami nie jest.

Wcześniej wrzucałam do jednego worka większość zachowań dziecka, które są powtarzalne. I nie bardzo rozumiałam jak do takich zachowań mogę się dołączyć. To mnie wstępnie od tej metody odsunęło. Na szczęście już uzupełniłam swoją wiedzę na ten temat i wiem, że moje myślenie było błędne. Zresztą nie tylko moje, jak widzę w sieci sporo mam ma takie dylematy, gdy dziecko np. rzuca się na ziemię.
No więc koniec dylematów. :) A oto konkrety:

Zachowania agresywne, autoagresywne, krzyki, rzucanie się na ziemię, dodatkowe gratisy, jak tupanie czy walenie pięściami w podłogę, walenie głową w przedmioty, podłogę itp, rzucanie przedmiotami czy dziki płacz z podskakiwaniem, machaniem rękoma, bez powodu, nie są stymulacjami.To przeciwieństwo stymulacji!
Do takich zachowań nie dołączamy się. Nie naśladujemy wtedy dziecka, nie wchodzimy w te zachowania. To nie jest moment, w którym dziecko wchodzi w swój świat, wyłącza się, więc nie ma sensu byśmy za nim podążali.

Takie zachowania to komunikat. Jaki? Tego zwykle nie wiemy. Czasem domyślamy się, że dziecko czegoś chce, niekiedy wiemy czego, czasem się domyślamy, ale często nie mamy pojęcia. Kto ma dziecko ze spektrum wie, że bywają takie dni, kiedy wiele razy dzieje się tak, że wszystko jest super pięknie i nagle bum. I konia z rzędem temu, kto nam objaśni o co poszło.
Nie zmienia to jednak faktu, że dziecko coś nam komunikuje. Często to jedyny język jaki zna, często nie mówi, nie pokazuje niczego gestem. Taki sposób komunikacji jest jedynym jaki dziecko potrafi stosować samo, niejako z automatu. W swoim mniemaniu ono do nas mówi, mówi swoim językiem. To czy będzie tak robiło nadal zależy od nas.

I tu ciekawe pytanie... Dlaczego dzieci tak do nas mówią? Dlaczego robią to ciągle i ciągle, tygodniami, miesiącami, albo i latami? Wyjaśnienie Rauna rozbawiło mnie i swoją logiką i samym faktem, że jest tak banalne, a tak mało osób zdaje sobie z tego sprawę. Najciemniej jednak pod latarnią. :)
Otóż mówią tak do nas, bo je rozumiemy. :) 
Oczywiście zaraz 100% mam powie, że przecież nie. :) Tymczasem mimo że uważamy coś innego, między sobą mówimy coś innego, na blogach piszemy coś innego, dziecku odpowiadamy: tak, rozumiem Cię. Jak to robimy? Przede wszystkim lecąc natychmiast i próbując zgadnąć czego dziecko chciało. Na tej półce? Czekoladkę? Króliczka? Książeczkę? Dwoimy się i troimy, zgadujemy, biegamy po domu jak ostatnie głąby (moja interpretacja, nie Rauna), a nasze dziecko leży i krzyczy, i macha gdzieś ręką w nieokreślonym kierunku, że nie, nie to, i krzyczy jeszcze mocniej, a my jeszcze bardziej próbujemy zgadnąć co też ono chce, żeby wreszcie mu to dać i żeby ucichło.
Drugi komunikat: "rozumiem Cię", okazujemy natychmiastową uwagą. Biegniemy do dziecka, bo tupie, bo krzyczy, bo rzuca się na ziemię. Pół biedy, gdy jesteśmy w domu, wtedy naszym głównym błędem jest założenie, że dziecko coś sobie zrobi. Uderza głową w podłogę np. Jednak zamiast podłożyć mu poduszkę i dalej robić swoje, my staramy się je odwieść od tego zajęcia. Albo inny przykład - wyśmienity moim zdaniem - dziecko gryzie się w rękę. Mama biegnie w podskokach i robi cuda, żeby młode gryźć przestało. Na warsztatach takich mam było kilka. Raun uparcie pytał każdą z nich: dlaczego. Odpowiedzi padały różne, a po nich kolejne: dlaczego. Ostatnia odpowiedź mamy była zawsze taka sama: nie wiem. :) Parę mam dopowiedziało jeszcze: teraz wiem, że to bez sensu. :) O dziwo nie wiemy tego sami z siebie, trzeba nam to podpowiedzieć. Na koniec Raun przekazał nam pewne pocieszenie. Otóż przez 30 lat pracy specjalistów wg Programu Son-Rise ani razu nie zdarzyło się, by jakieś dziecko zjadło własną rękę! 
Czy to nie jest genialny argument? :D


Całą sytuację można przyrównać do dwóch języków. Dziecko mówi po chińsku, my po polsku. Chcemy nauczyć dziecko mówić po naszemu. Tymczasem, gdy ono mówi po chińsku, my na tę jego mowę odpowiadamy tak jak ono chce, a więc jego językiem. Biegając i próbując spełnić widzimisię dziecka, albo zatrzymując jego negatywne zachowanie, dajemy mu sygnał, że rozumiemy jego język. Musimy rozumieć, skoro działamy, prawda? Jaki będzie efekt łatwo przewidzieć - dziecko nigdy nie nauczy się naszego języka, jeśli my będziemy mówić po ichniemu.
Tak więc nasza postawa musi mówić - "nie rozumiem Twojego języka!" 
I tu ważna rzecz - nie ignorujemy dziecka, nie udajemy, że go nie ma, nie okazujemy mu braku szacunku, nie wściekamy się, nie krzyczymy, nie robimy grymasów, jesteśmy oazą spokoju i próbujemy mu powiedzieć: "nie rozumiem Cię!"
Np. nie rozumiem, kiedy tak robisz, nie rozumiem co chcesz, powiedz mi, nie rozumiem, bo krzyczysz, itd. itp. Komunikat trzeba dopasować do sytuacji. Ale musi on być jasny i krótki, i wynikać z niego musi zawsze, że nie rozumiemy. W końcu mówimy po polsku, skąd mamy wiedzieć co mówi nasze dziecko, jeśli mówi po chińsku.

Jak tę piękną teorię wprowadzić w życie?
Nie jest to wcale takie skomplikowane. Przede wszystkim staramy się aby nasza twarz była niekontaktowa. Nie zła czy poirytowana, ale niekontaktowa. Minimalizujemy nasze reakcje. Jeśli dziecko domaga się czegoś z szafki, udajemy że nie rozumiemy czego chce, poruszamy się wolno i spokojnie, próbujemy niby odgadnąć o co mu chodzi, ale robimy to tak, by niczego nie odgadnąć, np. sięgamy po różne przedmioty, które leżą we wskazanym kierunku, zaczynając od tego, o który na pewno dziecku nie chodzi i tak krok po kroku przekazujemy komunikat: "nie rozumiem, kiedy tak do mnie mówisz". Wiele dzieci autystycznych nie mówi i nie rozumie naszych słów, musimy więc całą sytuację przekazać nie tylko werbalnie, ale i całą swoją postawą. Jeśli dziecko reaguje agresją i kieruje ją do nas, nie udajemy, że nie czujemy gryzienia, ani też nie dajemy walić się w twarz udając głupich, że nie jesteśmy bici. Nadal komunikujemy, że nie wiemy o co mu chodzi, ale nie dajemy się okładać, odsuwamy się, zasłaniamy poduszką, cokolwiek byle spokojnie i z komunikatem: "tego nie akceptujemy, to nie jest rozmowa, tak nie robimy". Niebezpieczne przedmioty, którymi dziecko rzuca zastępujemy czymś innym, poduszkami, czy miękkimi klockami.
Podstawą jest siła spokoju! 

Kolejnym problemem takiej komunikacji jest jej intensywność. Uczymy dziecko, że lepiej rozumiemy jego krzyki i bicie, niż zachowania pozytywne, np. moment użycia przez dziecko łyżeczki. Dzieje się to w banalnie prosty sposób. Na zachowania negatywne odpowiadamy: ostro, natychmiast, często histerycznie, poświęcając przy tym dziecku 100% uwagi. Dziecko daje silny komunikat i taką samą otrzymuje odpowiedź. Tymczasem, gdy uda mu się coś pozytywnego,  np. napije się samo z kubka i nie wyleje wszystkiego za bluzkę, w najlepszym razie mama powie: ale ładnie się napiłeś. Koniec. Żadnego krzyku, skakania, żadnego hura, jakiejś wyraźnie innej mimiki, ot zdarzyło się, szału nie ma.
Taka komunikacja utrwala w dziecku negatywne zachowania, bo właśnie za nie dziecko otrzymuje maksimum uwagi. Jakim więc cudem dziecko ma samo z siebie przestać zachowywać się w sposób, który daje mu odpowiedź i uwagę bliskiej osoby? Nie ma takiej opcji.

Metodą na to jest odwrócenie uwagi. Na zachowania pozytywne reagujemy mocno, jeśli trzeba to nawet przesadnie, na zachowania negatywne reagujemy jak (nie chce mi to porównanie zejść z głowy)... Andrzej Poniedzielski. :D Ale reagujemy, nie udajemy ślepych, nie odwracamy głowy, informujemy dziecko, że nie dogadamy się w taki sposób. W końcu zrozumie.

Po swoim dziecku widzę, że przy spektrum ignorowanie dziecka nie bardzo daje efekt. Próbowałam tej metody, jak i wielu innych. I nic. Może działa to na dzieci zdrowe... U Daniela brak reakcji i kompletna ignorancja z mojej strony powoduje, że jego zachowanie nasila się. Jeśli rzecz dotyczy rzucania rzeczami, a ja udaję, że nie widzę i np. dalej rozmawiam z mamą, on rzuca nadal, za każdym razem próbując rzucić mocniej. Nie wiem jak by to wyglądało z rzucaniem się, bo jeśli dziecko rzuca się na glebę, jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy odejść w milczeniu, zawsze mu wtedy komunikowałam, że nie rozumiem o co mu chodzi, czasem stałam i czekałam aż się podniesie (np. przy ulicy), czasem odchodziłam (w domu). I takie zachowania zawsze trwały krótko. Z rzucaniem problem jest ogromny.

Ale tu zrobiłam jeszcze jeden błąd.
Moja reakcja przez długi czas była taka sama. Ciągle powtarzałam: nie rzucaj! nie rzucaj! nie rzucaj!
No i co? I rzuca dalej.
Dlaczego? Kolejna banalnie prosta sprawa. I znowu trzeba mi to było łopatologicznie przełożyć, bo nie wpadłam na to sama. Podobnie wiele innych mam. Raun nam to przedstawił tak: nie myśl o bananie, nie myśl o bananie, nie myśl o.... O czym teraz myślicie? :) No jak to o czym, wszyscy jak jeden mąż myślimy o... bananie. :D
Tak oto właśnie działa moje: nie rzucaj, nie rzucaj...
Człowiek stary, a głupi. ;)

To chyba tyle o przeciwieństwach stymulacji.

____________


Pamiętajmy - dołączamy się, gdy dziecko powtarza swoje zachowania autostymulacyjne, ale tylko wtedy, gdy są one wyłączeniowe, gdy wchodzi w swój świat.
Zachowania negatywne, agresywne, nie są stymulacjami i wtedy nie dołączamy się do dziecka! To czas na wyciszenie emocji i udawanie Greka: nie rozumiem co do mnie mówisz!



/Chciałam jeszcze zaznaczyć, że to co piszę na temat Son-Rise to nie są cytaty, ani z żadnej strony, książki, ani z wykładu. To moje przełożenie tego, co wiem z warsztatów, moje słowa./




czwartek, 14 czerwca 2012

Fochy, fochy, fochy

Miało być o Son-Rise, ale będzie o czym innym, bo na gorąco.

Mój syn na drugie powinien mieć Foch. Co prawna drugie ma po tatusiu, a to generalnie znaczy to samo... :D A może na trzecie (jakim cudem, jak nie chrzczony? hmm... może ma ktoś jakiś pomysł?) tak mu dam?

W każdym razie foszy równo.

Foch nr 1. Nie bawię się. Nie chcę czytać, nie chcę układać, nie chcę puzzli, klocków, rysowania, plasteliny, nie chcę, nie, nie, nie. Wszystko na dwie minuty, potem dup tym wszystkim i idzie. Nie wiem co to znaczy i z czego wynika, zaczęło się miesiąc temu i trwa w najlepsze.
Klocki rozrzuca, plastelinę wcisnął w stolik, rozsmarował jak masło, rowerek jak mu się znudzi przewraca, książki mi zabiera i wyrzuca na środek chałupy, itd. itd. itd.
A ja, no cóż, dla mnie mega lekcja cierpliwości. Zgrzytam zębolami, aż mi szkliwo pęka i milczę.
Do niedawna mówiłam: nie rzucaj! Czasem powtarzałam po n razy, czasem krzyczałam. Efekt równy zero. Dwie minuty później kolejny rzut. Stan podłogi żałosny. A ma biedna raptem 1,5 roku dopiero. Na nową mnie nie stać, więc będziemy łazić po dziurach, aż się w końcu zapadniemy do sąsiadów. A jest gdzie się zapadać, bo w wieżowcu mieszkamy. ;)
To rzucanie to nasz foch nr 2. 

Foch nr 3 - chodzenie za rękę.

Daniel od jakiegoś czasu nie chce chodzić za rękę. Tzn. nigdy nie chciał, ale teraz fochuje już mocno, zwłaszcza na pasach. On chce AM. Wiadoma rzecz, że choćby skały s... to na pasach sam mi nie pójdzie, bo niebezpiecznie. No więc trzymam. Pierwsze kroki są w miarę, a potem ... Mniej więcej na środku przejścia zaczyna się szarpać i podskakiwać. Ostatni kawałek zwykle nie idzie wcale, więc jest przeze mnie podnoszony i niemalże wrzucany na chodnik. Pół biedy, jak mam wolne ręce. Gorzej, gdy w drugiej mam zakupy, a na tej, którą go trzymam jeszcze torbę. Wtedy nie ma wyjścia, gada za rękę do góry i bieg do chodnika. W takich chwilach nie ma gadki żadnej, tłumaczenia, uspokajania, nic nie działa, szarpie się i drze paszczę jakbym go z dżungli jakiejś ukradła.
Wczoraj dodał do tego nowy akcent. Gdy już doszliśmy do chodnika, wyrwał mi się, podskoczył, zarzucił ciałem i padł na dupsko na mokry bruk. o_O Oczy innych przechodniów i kierowców samochodów przemierzających skrzyżowanie wypaliły mi dziurę w plecach. Uszami wyobraźni słyszałam te wszystkie komentarze...
Klasycznie zazgrzytałam zębami z resztkami szkliwa, wzięłam dwa głębokie oddechy świeżego, gliwickiego powietrza i wyciągnęłam rękę do Gada. Gad wstał, jeszcze trochę potupał i bucząc podał mi rękę. Wolał na ręce, ale zarządziłam dalszą wycieczkę i ruszyliśmy. 10m dalej kolejne skrzyżowanie, pokazałam czerwone światło, po raz stutysięczny powtórzyłam, że czekamy, bo... a pójdziemy, gdy... i zapomniał. o_O
Zapaliło się zielone, jak zwykle pokazał na nie rączką, ruszyliśmy po raz stutysięczny meldując, że jak zielone, to szybciutko i takie tam, i tym razem dostosował się jakby nigdy nie robił nic innego. o_O

Foch nr 4 - nie chcę do wanny, nie chcę myć zębów. Już któraś taka faza, pojawiają się i mijają. Liczę że i ta szybko minie, bo tłumaczenie nie pomaga, prośby nie pomagają. Zostaje siła, albo podstęp.

Kolejny foch nr 5 dotyczy sytuacji, gdy śmiem robić coś, co nie skupia się na dziecku. Biorę ulotkę, czytam, on podchodzi i zabiera mi. Jak nie pozwalam, szuka oczami czym by tu piznąć i przechodzi do focha nr 2. To samo dotyczy wszystkich innych czynności, które pomijają dziecko, nie ma czytania, nie ma oglądania tv, nie ma jedzenia (ile razy może odciąga mnie od jedzenia, od dawna), gotowania, sprzątania... Męczące okrutnie.

Poza tym jest oczywiście mnóstwo małych foszków w między czasie. A to zamknęłam drzwi, a to odebrałam tel. (on chce! nowość taka, męcząca bardzo, bo odbieram, a on wydziera facjatę, bo odebrałam), a to znowu usiadłam (jak śmiem!), a to chcę zjeść jak człowiek, a nie łazić w trakcie, a to nie pozwalam dotykać obcego psa, a to znowu nie wyrażam zgody  na wkładanie rąk do kosza na śmieci.... itd. itd.

Wczoraj zaprezentował nowego foszka u logopedy. Powtarzał kolejne słowa i nazywał przedmioty (po swojemu oczywiście) dopiero wtedy, gdy ja powiedziałam: "a powiedz x". Logopedka udawała, że nie zauważa i słowem nie skomentowała. Ciekawe co pomyślała... :)

Nasze życie ostatnio składa się z fochów...

Padam.


środa, 13 czerwca 2012

Wczesne wspomaganie

Czasem się czegoś szuka, szuka i figę znajduje, a potem przypadkiem można się o to coś zabić. :)

Grzebiąc w książce telefonicznej (taki stary wynalazek, książka z numerami telefonów, papierowa - dodam) szukałam przedszkoli integracyjnych w moim mieście. Chciałam podzwonić, popytać, co, jak, jakie warunki, czy  może wcześniej by się można dostać itd.

I tak sobie zadzwoniłam do Przedszkola Miejskiego nr 40 z Oddziałem Integracyjnym w Gliwicach przy ul. Sienkiewicza 9 i bum! Oni mają wczesne wspomaganie! I to wcale nie dla dzieci przedszkolnych, czyli od 3 lat. Nie wiem czy nas przyjmą, mam przyjść z opinią o potrzebie WW do pani dyrektor i ona sprawdzi jakie tam są zalecenia i co ona może, ale jest cień szansy. Może dość spory nawet, bo Daniel w końcu kontaktowy jest dosyć, niewycofany i coś tam nawet już werbalizuje. Huha! Ale się cieszę! :)
Gdyby się udało, mielibyśmy tam zajęcia od IX 2012. Kilka godzin na tydzień. 

Oby tylko nie zapeszać. Puk puk w niemalowaną klawiaturę. :)

Notabene to przedszkole ma Grupę Montessori. To wiedziałam już, ale niestety  nie dla takich maluchów, więc nie zajmowałam się tym. Teraz tylko dopytałam czy za rok, albo dwa... Ale nie, grupa jest zamknięta, dzieci w niej dorastają i przebywają, aż pójdą do szkoły. Czyli za dwa lata będzie nowa zakładana. Wątpię czy da się do niej dziecko przepisać, zwłaszcza takie, które rok było na oddziale integracyjnym. :(

Poszłam za ciosem. Kolejne Przedszkole Miejskie nr 21 z Oddziałami Integracyjnymi przy Górnych Wałów 19. Okazuje się, że dzieci tam ogrom, w tej chwili 30, od września 33. I wszystkie oddziały tam są już integracyjne, bo taka była potrzeba.
Wczesnego Wspomagania dla dzieci przed ukończeniem 3r.ż. nie realizują z braku możliwości, czyli miejsc.
Do przedszkola owszem, ale od IX 2013, dokumenty można przynieść już przed naborem, czyli zaraz na początku roku, w tym celu trzeba mieć orzeczenie o niepełnosprawności oraz orzeczenie o potrzebie kształcenia integracyjnego lub specjalnego.

Zdaniem pani dyrektor wcześniej WW powinna mi zapewnić PPP. Ciekawostka. :)

No i trzecia placówka - Przedszkole Miejskie nr 31 z Oddziałami Integracyjnymi w Gliwicach, przy ul. Mickiewicza 65. Do tej pory ta opcja była mi najbliższa, tak odległością jak i klimatem, miejscem położenia, otoczeniem. Ale po rozmowie z panią dyr. mam problem. Heh...
Oddziały tam są 3, ale w każdym tylko 5 dzieci z orzeczeniem. Kosmos jakiś. Zgłoszenia osobiste, w okolicy III 2013. Z ww. papierami. Wczesne Wspomaganie mają tylko dla swoich dzieci, zakres różny, o tym decyduje ich komisja, ale czas na to WW to jakiś kolejny kosmos - do 2h tygodniowo max! o_O

I tyle mądrości.

Czyli dalej nic nie wiem. Nie zostaje mi nic innego jak iść z opinią na Sienkiewicza i czekać...



wtorek, 12 czerwca 2012

Program Son-Rise, Metoda Opcji - part 1

Długo dumałam jak o tym napisać i co napisać. Szczerze mówiąc nie bardzo chce mi się wrzucać tu różne sieciowe formułki, a sama nie potrafię ująć całości tej metody w kilku zdaniach, skonkretyzować.

Spróbuję napisać o tym, co jest w tej metodzie ważne, co zwróciło moją uwagę i o tym co nie jest w niej dopuszczalne.

Pierwsza i najważniejsza rzecz w Programie Terapeutycznym Son - Rise, to bezwarunkowa akceptacja dziecka takiego, jakim ono jest. Akceptujemy chorobę, upośledzenie, wszystko z czym przyszło się nam mierzyć. Akceptujemy wszystkie zachowania dziecka, także wyłączenie ze świata i stymulacje. Nie próbujemy dziecka stamtąd wyrwać, nie zmuszamy go do niczego, nie namawiamy do pracy, nie karzemy i nie nagradzamy. Traktujemy świat dziecka jak obcą kulturę. Gdy jedziemy do Japonii, to nie próbujemy zmusić Japończyków do mówienia po polsku, nie namawiamy ich na dzień dobry do wstania z kolan, nie zmieniamy im wnętrz, nie obcinamy koczków, nie przebieramy i nie wciągamy ich w swój świat. To my wchodzimy w ich świat. Jeśli nas przyjmą, zauważą, zaakceptują, wtedy mogą zechcieć nam się przyjrzeć, poznać nas bliżej i może nawet wyjść z nami do naszego świata, a nawet nauczyć się naszego języka. Ale póki co musimy się jakoś porozumieć, a że jesteśmy w Japonii to my musimy mówić po japońsku. Tak właśnie traktuje tę rzecz Metoda Opcji.

Jak to zrobić?
Metoda zakłada, że wchodzimy w świat dziecka i robimy to co ono. Jeśli dziecko siada w kącie i kiwa się, siadamy obok niego i też się kiwamy. Nie, nie robimy z siebie idiotów, nie przerysowujemy sytuacji, staramy się robić to samo co dziecko, wczuć w jego świat. Doświadczenia terapeutów mówią, że każde dziecko, prędzej lub później dostrzega rodzica/terapeutę, który do tego świata wszedł i robi to samo co dziecko. W ten sposób osiągamy pierwszy sukces - dziecko nas widzi i powoli zaczyna nas włączać w swoją przestrzeń.

Jeśli po wielu takich próbach zostajemy włączeni do dziecięcego świata, wprowadzamy drugą część. Zachęcamy dziecko do różnych zabaw i zajęć, które lubi. Ten etap nazywamy Motywacją. Znajdujemy taką motywację, która się sprawdzi, w którą dziecko się zaangażuje, musi to być coś fascynującego i akceptowanego przez dziecko. Może to być bieganie, zapasy, cokolwiek.
Kiedy już mamy zaangażowanie i widzimy, że dziecko weszło w nasz pomysł, możemy wejść w etap trzeci. Na tym etapie, bawiąc się tak długo jak długo dajemy radę i jak długo dziecko zechce, powoli zaczynamy włączać różne obce elementy, mogą to być słowa, próby łapania kontaktu wzrokowego, może to być nauka czegoś, np. jedzenia.

(Raun Kaufman podał jako przykład chłopca, który uwielbiał schody. Jego mama wykorzystała ten element do nauki czynności fizjologicznych. Zakupiła odpowiedni stopień i wprowadziła go do zabawy. Z początku dziecko wchodziło na ten stopień, schodziło, wskakiwało itd. Później zabawka została przeniesiona bliżej wc, w końcu do samego wc. Na ostatnim etapie stopień przystawiono do kibelka. W efekcie chłopiec sam postanowił skorzystać z toalety stojąc na tym swoim ulubionym gadżecie. Oczywiście nie trwało to ani kwadrans ani dwa dni. Ale nie czas tu jest najważniejszy.)

Takim oto sposobem zachęciliśmy dziecko do wyjścia z jego zamkniętego świata i odwiedzenia naszego. I tak krok po kroku, dzień po dniu włączamy do życia dziecka inne elementy i delikatnie zapraszamy do pozostania w tym naszym świecie jak najdłużej. Ważne jest, żebyśmy go siłą nie trzymali, żeby ono samo zechciało tu zostać. A zechce, gdy będzie miało motywację i gdy w tym świecie mu się spodoba.

I tutaj pojawia się kolejna ważna w Metodzie rzecz. Spokój! Każde nasze zdenerwowanie, krzyk, złość uczy nasze dziecko, że jego świat jest lepszy, bezpieczniejszy. W jego świecie nie ma złości, nerwów, nikt nie krzyczy, nie bije, nie stosuje kar itd. Gdy pominiemy też ważny element terapii, dziecko nie zechce zostać w naszym groźnym, niebezpiecznym świecie. Oczywiste, prawda? Niestety dość trudne. Ale w tym już nasza rola, żeby sprawie podołać. To taka terapia dla rodzica również. Niestety wymaga dużo pracy i sporą część rodziców przerasta, dlatego tak łatwo z niej rezygnują. Prościej jest siedzieć za drzwiami gabinetu czytając gazetę, niż pracować  nad sobą i z własnym dzieckiem. Niestety.

Metoda Opcji nie zakłada wizyt na zajęciach i zamknięciu tematu po wyjściu z sali terapeutycznej. To program dla rodziny, na całą dobę. Rodzaj ideologii. Coś jak joga.

Program Son-Rise opiera się na szacunku do dziecka. Nie traktujemy dziecka, jak chorej istoty, którą trzeba naprawić. Traktujemy jak partnera. Jego zachowania nie są złe, nie próbujemy ich wyeliminować, nie próbujemy dziecka zmienić, skorygować.
W kilku miejscach w sieci przeczytałam, że ta metoda polega na takim przerysowaniu dziecięcych zachowań, by dziecko zrozumiało, że są one złe. Ups. Nie wiem jak doszło do takiej interpretacji i jaką drogą ona się rozeszła, ale jest mocno błędna!

W Programie S-R wszystkie zachowania dziecka są dobre!! Mało tego - służą czemuś bardzo ważnemu. 
To ucieczka do bezpiecznego świata. Dziecko, które kręci godzinami talerze, jak Raun, nie robi tego z musu, na złość komuś czy dlatego, że jest upośledzone. Robi to, bo takie działanie pozwala mu wyłączyć zmysły, odciąć natłok wrażeń, dźwięki, światła, głosy, szumy, wszytko to co wali mu się na głowę i przytłacza. Dzięki takiemu wyłączeniu wycisza się, odgradza od niebezpiecznego świata i regeneruje swój układ nerwowy.

Wyobraźmy sobie, że stoimy na środku ulicy i rozmawiamy z kimś. Nasz umysł słyszy rozmówcę i nasze myśli, reszta jest w tle. Zwrócimy uwagę na klakson tuż za plecami, ale nie kodujemy każdego przejeżdżającego samochodu, jego świateł, nie rejestrujemy dalszych dźwięków. Jeśli ktoś nam każe skupić się na nich, np. na dźwięku wiertarki, 50m dalej, usłyszymy go, ale normalnie jest on gdzieś dalej, z tyłu, jak lekki szum. Dzieci autystyczne (tak ogólnie ujmując całość spektrum) słyszą wszystkie te dźwięki na raz! Wyobraźmy sobie, że słyszymy teraz koleżankę obok tak samo jak każde auto, jak radio w sklepie za nami, jak wiertarkę 50m dalej, że każdy reflektor wali nas po oczach, każda latarnia nas oślepia i nawet drapiący się przy naszej nodze pies robi to tak głośno, że przymykamy oczy z nadmiaru wrażeń. Można by zwariować, prawda? To teraz jeszcze sobie wyobraźmy, że odczuwamy otoczenie także wszystkimi innymi zmysłami. Rejestrujemy to czego dotykają nasze palce rąk, stopy, wszystko czujemy, nawet bluzkę na plecach, a na dokładkę jeszcze nadmiar smaków i wszystkie zapachy w powietrzu!
Idę o zakład, że gdybyśmy tak odbierali świat, prędzej niż później sami byśmy uciekli w jakiś kąt, wzięli talerz i kręcili, kręcili, kręcili, aż przestalibyśmy słyszeć cokolwiek.

Dlaczego więc ta forma dziecięcej autoterapii miałaby być zła? I dlaczego mielibyśmy uparcie pragnąć ją wyeliminować?
Metoda nie polega też na zastępowaniu złych zachowań dobrymi, nie wchodzimy w zabawę dziecka po to, by ją wyłączyć i zaproponować własną. Wchodzimy, by być z dzieckiem, by złapać z nim kontakt, jakąś nić relacji, by dać się zauważyć. Nie proponujemy własnej zabawy, by wykluczyć tę powtarzaną przez dziecko czynność. Proponujemy, by rozszerzyć świat naszego dziecka, by otworzyć jego oczy na to, co na zewnątrz, na nas. 
I kolejna błędna interpretacja - w Programie Son-Rise nie ma wymagań, żądań, siłowej nauki, wymuszania. Wszystko co osiągamy, osiągamy przez tworzenie relacji z dzieckiem i przez zabawę. Nie ma siedzenia przy stoliku i uczenia od godziny A do godziny B jak przekładać zielone kulki do zielonej puszki. Nic z tych rzeczy!

Jeśli więc gdzieś przeczytaliście coś podobnego jak wyżej, odrzućcie to założenie terapii, bo nie ma ono nic wspólnego z prawdą.

To tyle korekt. (Może jeszcze sama siebie skoryguję, gdy coś mi się przypomni. ;) )

Inna ważna rzecz, to to o czym wyżej wspomniałam - relacje! Metoda skupia się na tworzeniu relacji! To jest jej cel  nr 1. Nie na zmianie zachowań, jak inne metody. Tu niczego nie zmieniamy. Tu budujemy relacje z dzieckiem. Nie zmuszamy dziecka, by akceptowały świat, którego nie znają i nie rozumieją. Nie zmuszamy, by robiły coś, czego nie rozumieją i nie chcą. Wszytko co robimy to budowanie relacji między nami a naszymi dziećmi.

Model rozwoju dziecka autystycznego, wg S-R skupia się na uspołecznianiu.
Uspołecznianie zawiera 4 elementy:
- kontakt wzrokowy i komunikację niewerbalną
- komunikacją werbalną
- "interakcyjną  rozpiętość uwagi" czyli długość uwagi, częstotliwość oraz interakcje z innymi ludźmi, np. rówieśnikami
- elastyczność, czyli wyjście poza sztywność zachowań i kontrolę

Cała reszta jest potem i niejako przy okazji. Wyróżniamy tutaj:
- różne samoobsługowe czynności, jak ubieranie się, jedzenie
- umiejętności poznawcze: liczenie, czytanie
- motorykę małą i dużą

Skąd taki podział? Z prostego założenia: co nam po tym, że dziecko umie liczyć, jeśli nie łapie kontaktu wzrokowego z nauczycielem? Co nam po nauce czytania, jeśli dziecko czyta tylko siedząc na jednym krześle, tyłem do okna i do tego jeszcze nie myśli co czyta?

Raun na szkoleniu zadał fajne pytanie: O czym myślimy, gdy wyobrażamy sobie nasze dziecko za x lat? Czego chcemy? Czy tego, by było świetne w matematyce? Czy by miało kontakt z ludźmi, przyjaciół i pracę w fajnym gronie, gdzie będzie lubiane i akceptowane z wzajemnością?
Nie muszę chyba pisać, jakie były nasze odpowiedzi... :)

To tyle na początek. Chyba skupiłam tu większość rzeczy ważnych i wyróżniłam najważniejsze punkty, których w tej metodzie nie ma. Jak coś pominęłam, można mnie trąfnąć, a jak sama sobie przypomnę, dopiszę.

C.d.n. 

_____________
Edit. 13.06.2012
Znalazłam przed chwilą przypadkiem ciekawy wpis o stymulacjach (izmach) na stronie Fundacji "Być bliżej siebie". Polecam:
http://bycblizejsiebie.pl/listy/mama-bartka/znaczenie-izmow-i-joiningu/

Jak można pomóc - nasza strona w Fundacji


Z góry dziękuję wszystkim, którzy zechcą nam pomóc i przekazać na leczenie Dania 1% swojego podatku za rok 2012 i kolejne, oraz tym, którzy będą tak dobrzy i dokonają darowizny.

Korzystając z okazji chciałabym dodać, że wpłacane kwoty nie muszą być duże. Takie zbieranie działa na zasadzie: ziarnko do ziarnka. Dlatego dziękujemy za każdą wpłatę, za każdą symboliczną złotówkę.
Suma tych złotówek będzie dla nas nieocenioną pomocą!  :*

Posiadamy subkonto w Fundacji ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ.
Tu linka do naszej stronki:




Aby dokonać wpłaty, korzystamy z nw. danych:


Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"



Bank BPH S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615 

Tytułem:
21027 - Sobczyk Daniel Gliwice - darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

 







poniedziałek, 11 czerwca 2012

Matczyna intuicja

Ten wpis będzie efektem mojego bicia się z myślami. Będzie (mam nadzieję) krótki. :)

Od dwóch lat zastanawiam się czy wszystko ze mną ok, czy nie szukam dziecku choroby na siłę, zwłaszcza atakowana przez różne osoby kilka razy poddawałam w wątpliwość zdanie swoje i kilkunastu specjalistów, z którymi się zetknęłam. Tłukąc się z myślami doszłam do momentu, w którym jestem dziś.

Właśnie leci ósmy miesiąc odkąd zaczęliśmy  naszą przygodę z autyzmem. Tak, przygodę, świadomie użyłam tego słowa. Dziś już wiem, że Całościowe Zaburzenia Rozwoju u Dania zagwarantowały nam przygodę na całe życie. Będziemy się wzajemnie odkrywać tak długo, jak tylko starczy nam sił. I być może nigdy się do końca nie odkryjemy.

Ale co chciałam...

To gdzie teraz jesteśmy jest wynikiem wielu poszukiwań, wielu prób i wielu błędów. Podjęliśmy kilka prób pracy w różnych miejscach, jeszcze więcej opcji odrzuciliśmy. A wszystko co wybraliśmy, cała ta selekcja, droga którą idziemy, opiera się na jednym, na mojej intuicji.

Cały czas zastanawiałam się: czy to dobrze?
Czemu nie mogę jak inni rodzice, zdecydować się na pomoc psychologa A wg metody B, tylko biegam i szukam? Skoro mam jedyną w tym mieście opcję w postaci terapii behawioralnej, dlaczego jeszcze nie zrobiłam tam programu dla Daniela, nie zebrałam wytycznych i nie pracuję wg tej metody? Dlaczego nie zrealizowałam jeszcze większości poleceń psychologów klinicznych, np. nie odcięłam dziecka kategorycznie od własnych rąk? Dlaczego nie umiem wdrożyć metod opartych na konsekwencji i kategorycznym Nie oraz Nie Wolno?

Przyczyna była banalna. Intuicja mi nie pozwalała. Dzisiaj wiem dlaczego.

Wczoraj byłam na szkoleniu z metody, o której jeszcze napiszę. Chodzi tu o Program Son-Rise, w Polsce znany jako "Metoda Opcji". Nie jest to nic innego jak ogólne założenia Rodzicielstwa Bliskości, z tą tylko różnicą, że obejmuje dzieci z Całościowymi Zaburzeniami Rozwoju, a nie dzieci zdrowe.

Po prawie 8h zrozumiałam, że droga jaką obraliśmy była jedną słuszną i jedyną dla nas właściwą. Jedyną, która uwzględnia moją intuicję i odczucia dziecka. Jedyną, która skupia się na samym dziecku, a nie na efektach jakie mamy do uzyskania.

Przykład.
Nigdy nie obchodziło mnie, że Daniel nie robi innym ludziom papa. Ludzi to interesowało, obcych często złościło, bo jak to tak, oni machają, a ten nie, matka nie nauczyła!?, często uznawali za stosowne namawiać go po sto razy, prawić wykłady typu "moja wnuczka to już macha". Zwykle na stos pytań odpowiadałam, że nie robi, bo nie chce. I tyle.
Mnie interesowało raczej czy on z tym swoim upartym charakterkiem będzie w życiu szczęśliwy, czy będzie miał znajomych, przyjaciół, fajne życie, pełne pasji i bliskich mu osób. A czy będzie umiał ułożyć puzzle z 30 elementów? Jakie to ma znaczenie?

Wczoraj prowadzący wykład, Raun Kaufman zadał nam pytanie: która matka chce aby jej dziecko kiedyś tam, w przyszłości, potrafiło świetnie liczyć w pamięci, rozpoznawać x kolorów itp? Która o tym myśli dzisiaj, gdy dziecko jest małe? Oczywiście, że żadna.
A o czym myślimy, gdy zastanawiamy się nad dorosłym życiem swoich pociech?
Właśnie nad tym czy będzie miało szczęśliwe życie, znajomych, a może rodzinę!?

Już w połowie tego pytania wiedziałam, że moja intuicja mnie nie zawiodła, a droga, którą idziemy jest dobra. Może nie da takich mierzalnych efektów jak terapia skupiająca się na wyuczeniu dziecka różnych zachowań i reakcji? Może Daniel nigdy nie wrzuci wszystkich czerwonych kuleczek do wybranej czerwonej miseczki i obleje przez to nie jeden test? Ale też wcale nie o to nam chodzi.

Idziemy więc nadal swoją drogą, korzystając z intuicji, założeń programu Son-Rise i paru innych mu bliskich, które dopiero badam, oraz z dobrych rad ludzi, którzy są sporo dalej od nas i idą w podobnym kierunku. Idziemy i mamy nadzieję, że nie upadniemy w tej wędrówce na twarz. :) 

_______________


Wczoraj trafiłam na bloga Moniki, mamy małej Roksanki, która podobnie jak ja pukała do wielu drzwi i jak do tej pory większość z nich sama, z trzaśnięciem zamknęła. Ona też kieruje się intuicją i podobnie jak ja do tej pory, nie jest pewna swojego działania, mając wrażenie uciekającego, zmarnowanego czasu, w którym nic konkretnego w zakresie terapii się nie dzieje. Jeszcze niedawno miałam to samo...

Lektura Roksankowej Krainy natchnęła mnie do zrobienia tego wpisu.
Pozdrawiam Cię, Moniko. :)

środa, 6 czerwca 2012

PPP

Czeski film, jak Babcię kocham. Nikt nic nie wie.

Odwiedziłam dziś Poradnię Psychologiczno - Pedagogiczną. Poradnia twierdzi, że wydaje opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju, ale jej nie realizuje. o_O Zaproponowano mi się zwrócić z tą opinią do GOARu.
Hę? Przecież GOAR mnie wysłał do nich właśnie? O_o

Nic nie rozumiem.
Zadzwoniłam po informacje do Urzędu Miasta, który się tym zajmuje i za to płaci. I co wiem? Jeszcze mniej niż przed telefonem. Jedna pani powiedziała, że wczesne wspomaganie jest ustawowo od 3 roku życia i że coś miało być robione dla mniejszych dzieci, ale ona nie wie co i gdzie. Przełączyła mnie, gdzie inna pani raczyła mnie wysłać po wczesne wspomaganie do PPP na Warszawską właśnie! Gdy jej powiedziałam co dziś tam usłyszałam, zaprzeczyła temu. Tam jest i już. Powtarzam kobiecie, że byłam tam dziś, że zaproponowano nam tam neurologopedę, psychologa, czyli to samo co GOAR, ale nie wczesne wspomaganie.
I tu padłam, bo pani stwierdziła, że to jest właśnie wczesne wspomaganie. o_O Czyli oba ośrodki robią wczesne wspomaganie i nie wiedzą o tym?!. :E

Spytałam panią dlaczego więc PPP i GOAR nie dostają pieniędzy na wczesne wspomaganie z UM, skoro to jest to właśnie? Pani nie odpowiedziała.
Stwierdziła, że mam napisać pismo do Urzędu z pytaniem, gdzie mam się udać po wczesne wspomaganie i dostanę odp. na piśmie. :)
Urocze. :)



__________________

Z innej bajki...

W PPP mamy psychologa, miłą panią z działu przedszkolnego, mgr Monikę Łuczak. Pani będzie widywać Daniela, po czym wyda opinię o potrzebie wczesnego wspomagania. Potem może wydać też opinię dla potrzeb przedszkola integracyjnego. Ale do tego jest ho ho czasu, bo przed 2,5 rokiem życia nie ma opcji. A Daniel we wrześniu będzie miał 2 lata i 4mce.
Czyli w styczniu przyszłego roku trzeba otrzymać papier, wziąć go w łapę i do Urzędu Miasta. Liczy się kolejność rzekomo.

Druga rzecz to neurologopeda. Pani Łuczak zaproponowała ichniego neurologopedę, bo jest na etacie i w przeciwieństwie do naszej pani z GOAR przyjmować nas może nawet co tydzień, a nie raz na dwa miesiące.

I trzecia rzecz, najważniejsza.
PPP ma zajęcia dla dzieci z problemami logopedycznymi. Jedne grupowe, dla dzieci z zaburzeniami rozwoju mowy. Dla małych dzieci właśnie. A drugie zajęcia to tzw. logorytmika.
Oba pomysły mi się podobają, ale trzeba na nie poczekać do września, bo to placówka oświatowa i działają w systemie szkolnym.
Na pewno z czegoś tam skorzystamy.


wtorek, 5 czerwca 2012

Raun Kaufman w Pl

Może ktoś chce, może szukał, może nie dotarło do niego, ja sama też trafiłam przypadkiem, więc wklejam informację.

Raun Kaufman 9 i 10 czerwca jest w Polsce. Najpierw w Warszawie, potem w Katowicach.

Ja jadę.
Przez Himalaje koła nie zrobię, ale z Gliwic lub z Zabrza mogę kogoś zabrać, jeśli chętny.
Tylko najpierw trzeba się zgłosić korzystając z formularza na stronie, a potem zadzwonić z potwierdzeniem i zapłacić - co też trzeba potwierdzić wysłaniem potwierdzenia bankowego.


http://bycblizejsiebie.pl/program-son-rise/raun-kaufman-w-polsce-czerwiec-2012-r/



Terapia behawioralna

Obijałam się o ten temat i obijałam. Trochę czytałam, trochę pytałam. Ciągle mi coś dzwoniło w uszach i zgrzytało w zębach.
Ostatnio poczytałam nie tylko o efektach, ale i o samej metodzie, o jej założeniach, o przypadkach, gdy poszło nie tak i efekt okazał się być gorszy niż kiedykolwiek zakładano, o dzieciach które w tej metodzie zaprzepaściły efekty wcześniejszej pracy.

Nie zakładam najgorszego. Od tego jestem daleka. Natomiast uświadomiłam sobie, że metody behawioralne już stosowałam. Pierwszy raz na początku, gdy Daniel był malutki, a pediatra objaśniła mnie, że popełniam ogromny błąd nosząc dziecko i dlatego ono ciągle się domaga, a ja chodzę po ścianach. Drugi raz, gdy Daniel mając półtora roku wszedł na mnie i nie schodził z rąk przez parę tygodni. Za namową dobrych znajomych (co to już wszystko wiedzą bo swoje wychowali) i specjalistów z mojej poradni D, próbowałam zdjąć Daniela z rąk metodami behawioralnymi. Czyli za pomocą: konsekwencji, magii słowa "nie", "nie wolno" itp. metod.

Krótko rzecz ujmując: nie udało się tak samo, jak nie udało się zmuszenie dziecka do spania w łóżeczku, bez bujania czy jak tam jeszcze można bez rąk i pomocy matki. Mało tego - efekt był gorszy niż założyłam, że być może. Tydzień masakry. Płacz, krzyki, wymuszanie, sinienie co krok, zanoszenie kilka razy na godzinę i jeden wielki kosmos. Może tydzień to za krótko. Wg pediatry i psychologa tak. Wg mnie o tydzień za długo.

Ale na Boga - ja się nie znam na spektrum na tyle, by wiedzieć co jest koniecznością, a co tylko ma być pomocne w naszych działaniach. Tymczasem w trzech gliwickich poradniach, gdzie trafiłam, wysyłano mnie do Centrum Terapii Behawioralnej na terapię, nawet GOAR dał mi ich wizytówkę na dzień dobry. Założyłam, że tak trzeba i innej opcji nie ma.


Ale powoli zmieniam zdanie.
Boję się tej metody. Jeszcze jej nie znam od strony pracy specjalistów, a już jej nie lubię.

Wczoraj szukałam opinii ludzi w sieci, trafiłam na bloga Babci Gosi, która pisała o tej metodzie i o tym, że serce jej pęka, gdy widzi łzy wnuka podczas tej terapii. Pod spodem jest filmik z kawałkiem zajęć. Nie znane mi dziecko, raptem kilka chwil nagrane, a i tak się poryczałam. Terapia? O Panie Boże!

Jeśli tak trzeba, to czemu wszystko we mnie krzyczy? Czemu stroszę się na takich filmach i mam ochotę uciekać, byle dalej?

Nie wiem co robić na chwilę obecną.
Bo jeśli nie behawiorka to co?
Zaczepiłam blogującego Ojca King Konga i okazuje się, że można. King Kong na oczy behawiorki nie widział, a robi ogromnie postępy. Jego rodzice nawet nie próbowali iść tą drogą. Nie było to zgodne z ich postrzeganiem świata. Na moje szczęście, bo już myślałam, że do końca zwariowałam i tylko mnie taka terapia boli...

Chcę spróbować czegoś innego. Więcej napiszę po weekendzie.
A w temacie behawiorki - jeśli jednak wejdziemy w program, spróbuję porozmawiać o metodzie i przedstawić swoje oczekiwania wobec terapii. W chwili obecnej wykluczam łzy, krzyki i histerię dziecka, jako drogę do osiągnięcia celu. Tyle akurat wiem, że tak pracować nie chcę.

Może to nie jest najlepsze określenie, zwłaszcza gdy terapia daje efekty, a rodzice są zadowoleni z postępów dzieci, ale mnie ciśnie się na usta jedno słowo, gdy na te metody patrzę (a jest na co patrzeć, bo filmików w sieci multum) - tresura!
Wiem, że zwykle działa. W większości przypadków.
Ale moje serce mówi jej nie. Nie w tej starej formie, która nie uwzględnia potrzeb i samego dziecka, tylko skupia się na kolejnym przypadku i doprowadzeniu go do ogólnie przyjętej normy.

Wiem, że jest jej wersja soft, dlatego spróbuję porozmawiać o tym w CTB, jeśli jednak tam trafimy.
Inaczej tego nie widzę...


poniedziałek, 4 czerwca 2012

Po trzech wizytach na SI

Pierwsze efekty trzech zajęć są takie, że:

- Daniel mówi "tak". Dokładnie brzmi to KA, ale jak  brzmi to nie jest ważne. Słowo jest, znaczenie jest znane. Nie żeby używał specjalnie jakoś, ale po wielu monologach typu: "co mam z tym zrobić? włożyć tutaj? tak? Daniel, chcesz się pohuśtać? tak?"  i tak przez kilka godzin w sumie, jest efekt i w sobotę padło pierwsze '"tak".

- Daniel dokończy zadanie, przyniesie brakujący przedmiot i wykona inne polecenia, których już wykonywać nie chce, bo w swoim mniemaniu zakończył zajmowanie się nimi, jeśli dokonane zostanie pewne zagranie. A jest to dokładnie zachęcenie dziecka do innej zabawy. Przykład: terapeuta zaczyna się zajmować czymś nowym i fajnym, Daniel podchodzi, terapeuta przypomina, że nie zakończył poprzedniej zabawy i nie przyniósł ostatniego klocka. (Nie przyniósł świadomie, dał mnie zamiast terapeucie i doskonale wie o co chodzi.) Odsunięty delikatnie od nowej zabawy, wie co ma zrobić i jest to dla niego wystarczająca motywacja. O ile cała sytuacja przebiega w spokojnej atmosferze.

- Daniel wykonuje kolejne czynności, mimo tego, że już nie ma ochoty, odpowiednio zachęcony. Ostatnio miał wyjąć tylko pięć skarbów z pudełka pełnego grochu i innych śmieci. Parę razy przerywał, ale w końcu wyjął ich 10. Przy okazji wyszło, że dziecko jest ewidentnie praworęczne. Mimo przypominania ("a druga rączka nie poszukała jeszcze, poszukaj drugą rączką") o użyciu ręki lewej, wraca do prawej ręki. Owszem, szuka lewą, ale po wyjęciu przedmiotu, kolejne szukanie już znowu odbywa się łapką prawą.

- Dziecko wreszcie pokazało pierwszy swój strach. Nie dało się zawinąć w materac i zrobić naleśnika. Przechodziło przez tunel zrobiony z materaca, ale na początku tunel musiał być luźny. Potem przeszedł w ciaśniejszym, ale naleśnika nie było tak czy siak. Od razu się zrywał i odsuwał. /Ja to już wiem, bo w domu też próbowałam go zawinąć w koc czy ręcznik. Zgadza się na to pod warunkiem, że zwijam go na stojąco i omijam głowę. Przy czym musi mieć możliwość natychmiastowego odsupłania się. Jeśli będzie ciasno albo więcej warstw i nie da się wyjść z naleśnika w ciągu paru sekund, jest bunt, krzyk, płacz, histeria./

- Pokazały się pierwsze fanaberie pt. NIE. Jednak co praktyka, to praktyka. Każda z nich była szybko wyłączona.

- Dało się wyjść z sali bez zamykania drzwi. Co prawda potrzebna była uwaga, że drzwi nie zamykamy, że teraz będą otwarte, ale wyszedł nie wracając się i nie krzycząc, że chce zamknąć. Nie przeszkadzały mu też otwarte. /Gorzej z wyjściowymi, tam już jakby się przestawił na poprzedniego siebie - zamknąć chciał i koniec./

- Daliśmy radę 50 min. nie zajmować się naszym bytowaniem syjamskim. Przez tyle czasu Daniel zajmował się zabawą z terapeutą i chociaż próbował mnie w to włączyć i przychodził ciągnąć za rękę, to jednak odpuszczał i wracał do pana Grzegorza, a ja zostawałam na krześle.

- W dniu wczorajszym moje dziecko zainteresowało się innym dzieckiem i przystanęło na spacerze przy wózku, żeby popatrzeć z bliska na 10 miesięczną dziewczynkę w wózku.

- Przy powrocie do domu wczoraj zostaliśmy zaczepieni przez pewną parę z dwójką dzieci, która widuje nas czasem na dworze. Daniel stanął twarzą w twarz  z dziewczynką, której do tej pory unikał. Tym razem okazało się, że mała jest bardziej nieśmiała od niego. Zastrzelił nas wszystkich, bo wyciągnął do niej rękę na "cześć". Niestety ona schowała się za mamę i z integracji wyszła wilka figa z makiem. :(

- Na terapii w sobotę nastąpiło pierwsze wskazanie ruchem ręki. Daniel normalnie wyciąga rękę w miejsce gdzie coś tam jest, gdy czegoś chce, albo chce gdzieś być zaniesiony. Nie wskazuje konkretu, nie wykonuje ruchów pokazujących czynność, o którą mu chodzi. Tym razem pokazał, że terapeuta ma zakręcić piłkę w czymś na kształt trójkątnej ruletki. Wykonał obrotowy ruch dłonią. o_O 

Tak na marginesie znowu zdziwiłam się ile to on rozumie.
Daniel siada różnie, w siadzie prostym, na łydkach, z pupą między piętami. Nie poprawiam go, bo jest różnorodność, poza tym on siedzi parę minut i znowu go nie ma, więc nie widzę potrzeby. Ale terapeuta uznał, że jest. Daniel usiadł w siadzie na nogach i padło hasło "ale popraw nóżki" poparte wyciągniętym palcem i wskazaniem na nogi dziecka. Zdążyło mi przejść przez głowę "bez sensu, przecież on nie wie co to znaczy, nie dość, że nie zna słowa "popraw" to jeszcze nie wie jak się właściwie siada. Nic więcej nie zdążyłam pomyśleć, bo mózg mi się wyłączył. Moje dziecko poprawiło obie nogi wyciągając je do przodu w siadzie prostym. o-O Jak, skąd, jakim cudem? o_O
Spytałam potem babcię, też nie poprawia Daniela i uczy go siadać w tej pozycji. Nie rozumiem! Co nie zmienia faktu, że cieszę się jak dziki osioł. :D


I tyle tymczasem...

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień dziecka

Mój synuś dostał dziś prezent na dzień dziecka, od moich szefów. Wzruszyłam się...

Prezent wygląda tak i jest przepięknie ilustrowany. Jak będę miała chwilę, pokażę wnętrze. Tymczasem foto z telefonu tylko, bo trochę biegania mam.





Wszystkim dzieciaczkom, tym zdrowym i tym mniej - wszystkiego najlepszego, wiele słonka, miłości, uśmiechu, tylko radosnych chwil i dużo, dużo szczęścia w życiu! Buziaki!