czwartek, 11 sierpnia 2016

I koniec wakacji

Jeny, jeny, tak się martwiłam o te wakacje... Że tyyyle czasu, że młody się zanudzi, że będzie mędził itd.
A tu nagle wczoraj dotarło do mnie, że w poniedziałek już 15 sierpnia.
Dla mnie ta data to koniec wakacji.
Odpust w mieścinie, gdzie w szkolnych czasach jeździłam na całe lato. Sygnał do pakowania i powrotu do domu...

Kiedy to zleciało?
I gdzie lato?
Aż dwa razy byłam z synem na miejskim basenie.
Ostatni ciepły czas byłam w szpitalu, więc trzecia wizyta nie doszła do skutku. Ale to i tak ochłapy.
Niby lato, a jakoś go nie poczułam. Nie wyjęłam nawet najcieńszych sukienek.

No i już po zabawie. Znowu zimno.
Kurtka przeciwdeszczowa na topie. Pełne buty na wierzchu.
Które zresztą musiałam kupić na cito parę dni temu, bo wiosenne okazały się być za małe. Mam nadzieję, że dotrwa w nich do zimy, bo z torbami pójdę. ;)
Jeszcze nie skompletowałam wyprawki do szkoły. Nie mam książki, bloków, plasteliny i wielu innych rzeczy. A tu buty jesienne trzeba kupować.

Młody daje radę, nie marudzi, nie pyta o szkołę, a ja nie przypominam.
Stęka tylko o wyjazd, tzn. o swoje "wakacje" w sensie wyjazdu z domu z noclegiem.
Może dlatego jeszcze nie wrócił do tematu szkoły, bo nigdzie nie byliśmy, a to znaczy, że "wakacje" takie, jak on je rozumie, ciągle przed nim. :)

Tymczasem pogoda niespecjalna na takie imprezy.
Oboje tęsknimy do gór, choćby do Wisły. A tu deszcz, buro, zimno.
Może jesień będzie łaskawsza?
Oby...

Tymczasem zostawiamy Wam cynk, że żyjemy i mamy się dobrze. :)
Poza tym, że jestem chora i mam stan zapalny zatok, złapany w ciągu tygodnia po operacji, to jest ok. Szkoda tylko, że aura nie jest milsza, bo deszcz i wiatr to nie jest to, co lubię.
A już na pewno nie jest to nic z tego, co lubią moje zatoki.

Dużo ciepełka i odpoczynku.
Do przeczytania pewnie gdzieś na początku roku szkolnego.

Buziaki