poniedziałek, 17 marca 2014

Schody, schody....

Opadłam z sił.

4roletnie dziecko dostaje termin spotkania z psychologiem na godzinę 19tą, tuż po godzinnym spotkaniu z pedagogiem. Czyli wychodzimy z ośrodka 20:15.
Coś mi się zdaje, że 4rolatek o tej porze powinien spać? Zwłaszcza po dniu w przedszkolu. Już nie mówię, że w tak trudnym okresie.
Inna godzina jest oblegana, więc możemy się na nią dostać dopiero w maju. Trzeciej opcji brak.
Ręce mi opadły.

Znowu, kolejny raz, nasza psycholog ratuje nas po godzinach, za free.

***

Do tematu trzymania moczu doszedł temat upartego negowania, że się chce, a w ślad za nim popuszczanie, albo wprost - sikanie w majtki.

***

Przy okazji dziecko poinformowało mnie o jeszcze jednej rzeczy... że ktoś mu każe jeść prawą ręką.
A dumam czemu on nie je ostatnio. A jak je, to zmienia ręce.
W końcu złapałam go na tym, że zaczął jeść prawą i zmienił na lewą. Pytam czy mu tak wygodnie, a on mi odpowiada, że pani w przedszkolu mówi mu, że lepiej się je prawą.
No i wszystko jasne.

Tyle razy mówiłam, prosiłam, wyjaśniałam, że Daniel jest przekorny i uparty, że zrobi na złość i im i sobie, jeśli będą go przestawiać uparcie na coś. Żeby dać spokój z takimi pierdołami.
No i masz...

Jakbym miała mało kłopotu, to jeszcze młody cały czas duma teraz nad tym co mu nakazują i robi odwrotnie.

***

Zdwajamy spotkania z psychologiem. Zdwajamy terapię SI.
I czekamy na szóstkę w totka...

***
A na domiar złego jutro zaczynamy diagnostykę.
Po dwóch latach w końcu doczekaliśmy się terminu.
Latem pani dr Gorczyca bardzo się cieszyła z postępów Daniela i dumała czy nam nie wypadnie ze spektrum.
Jutro chyba dostanie zawału po testach...
Ja też.


poniedziałek, 10 marca 2014

Parę słów o nas teraz

Jest słabo.
Przedszkole nas zabija. Młody więcej nie chodzi, niż chodzi. W marcu poszedł dopiero dziś. W lutym był 3 dni. W styczniu połowę.
Jest słabo.
Przynosi do domu te syfy, zaraża mnie i potem zdychamy oboje.
Ja mam przewlekłe zatoki, więc łapię wszystko, co przyniesie.
Nie miewam grypy, wirusy mnie najwyżej osłabiają, ale jak ktoś ma jakiegoś bakcyla, który może pójść na zatoki, to ja go na pewno złapię.
W sumie to nie jest jakaś straszna choroba, ale zatyka mi nos, włączam krople, a potem się od nich uzależniam. Nim z tego wyjdę, dopada mnie nowe...
Boję się, że jak tak dalej pójdzie, to ja wrócę na operację zatok, a młody będzie miał przypadłość przewlekłą po mnie. Ileż można smarkać na Boga... 

Na domiar złego ostatni bakcyl dobił moją mamę. Szpital w domu od 3 tyg. Broniła się długo, ale w końcu poszło i jej na zatoki, a stamtąd przeszło na ucho.
Prawdopodobnie nie będzie słyszała na to ucho jak przedtem. :/
Co gorsza antybiotyk źle dobrany i sprawa się ciągnie jak guma w majtach.

Problem mieszka ciągle w domu, więc jesteśmy podatni na każdy kich i smark w otoczeniu.
W piątek znowu ja coś przyniosłam, niegroźnego pozornie, ale że jesteśmy ciągle zasmarkani, ciągle czymś nowym osłabieni, to mnie rozłożyło.

***

Choroba, smarkanie, przeziębienie, choroba, bakteria, antybiotyk, wirus... w efekcie młody znowu nie je, znowu spadł z wagi, znowu jest mega męczący, marudny.
A już była dzika radość, że przekroczył 13kg. 
Teraz ponownie wlazł mi na ręce, nawet zjeść nie mogę bez niego, bo włazi na kolana, albo wyje gdy próbuję mu wytłumaczyć, że nie teraz.
Nie tyje, nie rośnie. Stoi na 98cm. Zważyć już się boję.
Wypadł z siatki centylowej! 

Tymczasem w przedszkolu ciągle ktoś chory, bo matki mają w dupie, że dziecko smarka i innych zarazi. Już tak kombinują, że wysmarkują dzieci w szatni, podają rano nurofen, a jak dziecko zarzyga chodnik przed wejściem (akcja z dziś!) to szybko prowadzą dziecko do środka, wycierają i wypychają do sali, a same uciekają.
Była już epidemia jelitówki, różne wirusy, angina ropna, a ostatnio to już nawet opryszczka, bo matka wmówiła wychowawczyni grupy, że to "pryszczyk".
Połowa dzieci przeszła już zapalenie oskrzeli, większość zaliczyło kilka antybiotyków. 
Zabić to mało...

A dla pań to norma.
Gdy zapytałam w pt. jak wygląda sprawa (chciałam się dowiedzieć co znowu panuje, nim młodego puszczę), to dowiedziałam się od jednej z pań opiekunek, że "nie można tak na dziecko chuchać i dmuchać". o_O

Kufa, no!
Młody od IX zaliczył 7 ciągów chorobowych, a ta mi mówi, że przesadzam i chucham na dziecko.
Chyba śnię...

***

Zaliczyliśmy też skok rozwojowy.
Po miesiącu ryku, wycia, masakry po prostu, nagle bum... Zmieniła się mowa, zdwoiła przekorność i upartość.

Teraz mam teksty:
- Cekaj, zobace coś na moim telefonie!
- To jest akurat mój telefon, przyjacielu!
- To moze udawajmy, ze to jest mój telefon, co?

:)

Do tego doszła faza: chcę / nie chcę.
Chce mleko, idę robić, podaję, już nie chce.
Chce rower, wychodzimy, już w windzie nie chce.
Chce by pani w kasie podała mu coś tam, pani podaje, on nie chce.
Chce by mu coś kupić, kupię, wychodzi i słyszę: ja chce to wyzucić do kosa!

:/

Do tego jakieś fatalistyczne teksty:
- ja chcę to zepsuć
- ja chcę być choly
- ja chcę zeby mnie bolał bzuch

:/

Zwariować idzie.
Nie da się dogadać, zupełnie.

***

Z innej beczki...

Pojawił się problem pomocy dla mnie. Pomocy ze strony mamy.
Padło jej kolano.
Ma mieć operację. Pilną. Na 2020 rok.
Nie żartuję, taki dostała termin. :)
Ale mniejsza...

Recz w tym, że ona nie daje rady jeździć 12km dwa razy dziennie. Dwoma autobusami dodam, bo moi rodzice nie mają prawa jazdy i samochodu.
Ja po nią jechać o 6 nie mogę, bo nie mam z kim zostawić młodego. Odwieźć jej też nie mogę co dzień, bo to czas i paliwo, a tych rzeczy nie mamy w nadmiarze.
Nie wiadomo co będzie dalej... Pewnie tylko gorzej.

Stanęłam przed dylematem co z młodym, przedszkolem, szkołą potem.
I wpadłam na pomysł, że idealnie byłoby, gdyby moi rodzice przeprowadzili się do mojego miasta.
Mama by szła po młodego, zaprowadziła do domu, nakarmiła (nadal je bardziej z nią niż ze mną), odrobiła jakieś lekcje i akurat ja bym wróciła z pracy. Do mnie należałyby zajęcia młodego różne, terapie, ogarnięcie chaty, jedzenia na następny dzień itp.

I tu pojawił się problem.
Problem jest spory, ma ponad 60 lat, jest uparty jak osioł i ma postać mojego ojca.
Argumentacja: nie, bo nie.
Najpierw coś tam absurdalnie argumentował, a potem się zaparł. 
Nie wiem czy on ma świadomość co to dla mnie znaczy i jak mnie tą swoją upartością upupia, czy nie. Zresztą nie tylko mnie, ale też Daniela i babcię. To jej głównie robi kłopot, ona nie ma już 40 lat. A bardzo chce mi pomóc. Poryczała się kobieta, westchnęła i dalej ciągnie do nas 15km, żeby mi pomóc, przesiadając się po drodze dwa razy...
A może on po prostu nie chce mieć tej świadomości? Nie wiem.

Głuchy jest na każdą  logikę.
Co będzie jak przestanie chodzić i utknie na 4 piętrze bez windy? (Ojciec ma nadwagę, nadciśnienie, cukrzycę i jest po zawale. W gratisie problemy z kolanami i biodrami.)
Ale on jeszcze żyje, on jeszcze chodzi. 
Jak się nim zajmę z dzieckiem na karku, przy odległości 12km, gdy wrócę z pracy o 16ej, a na 18 np. będziemy mieli SI?
Nie muszę się nim przejmować, bo on pójdzie do domu opieki. 
Trudno dyskutować z takimi argumentami, prawda?

W każdym razie opcje mam trzy:
- przeprowadzić się do ich miasta, czego bardzo nie chcę robić, bo to ucina Danielowi bardzo dużo możliwości; nie wspominając o tym, że wtedy ja mam 15km do pracy!
- przenieść młodego na cały dzień do przedszkola, a potem zostawiać na szkolnej świetlicy; nie wiem tylko czy będzie mnie stać na zdwojenie terapii, bo jemu taki nadmiar wrażeń na bank dobrze nie zrobi; pomijam już opłatę za przedszkole...
- pracować na pół etatu, samodzielnie odbierać dziecko z przedszkola, ze szkoły i zabierać do domu; nie wiem tylko kto mnie wtedy utrzyma, bo ja sama na pewno nie...

Ale co to obchodzi dziadka. To nie jego problem.
Rozwalił mi serce po prostu.
Wiedziałam, że jest uparty, ale że tak egoistyczny to nie wiedziałam.

Z rodziną to na zdjęciu... tak to jakoś leci?

***

Tyle atrakcji u nas.
Aktualnie mamy pod górę.
Już mnie wszystko boli od tego wspinania się...

Pozdrawiam.

czwartek, 6 marca 2014

Wiadomość

Nie odzywam się ostatnio i poważnie myślę nad likwidacją bloga.

Nastąpiła jakaś eskalacja głupio-mądrych czytelników, albo raczej podczytywaczy, mających gówniane pojęcie o temacie, nadgorliwych przeciwników szczepień węszących podstęp na każdym kroku, poczynając od takich wizji jak rzekome próby zabicia nas przez lobby szczepionkowe, a kończąc na spisku firm farmaceutycznych uzależniających nas od leków i robiących wszystko, byśmy chorowali i zostawiali wypłaty w aptekach.

Co parę dni dostaję uroczy wpis pod jakimś starym postem, głównie chodzi o posty szczepionkowe. Dostaję maile na skrzynkę, dostaję pw na facebooku.
Tematyka ta sama. Jestem najgłupszą matką świata, a dziecko jest chore przeze mnie, bo je szczepiłam.

Od tej pory wpisy czytelników będą moderowane, a do uroczych autorów mam jedno zdanie:
zajmijcie się swoim życiem i życiem swoich dzieci! I uważajcie, byście czegoś nie przeoczyli, bo kiedyś ktoś Wam też powie, jakimi debilami jesteście i jak do dupy zajmujecie się swoim dzieckiem. Czego Wam serdecznie życie!

Nie wiem jakim trzeba być kretynem, by pisać obraźliwe wiadomości do obcej osoby na temat jej decyzji rodzicielskich, ale obawiam się, że jest to coś czego zmierzyć nie sposób, z racji wymiaru problemu.

Ktoś mądry kiedyś stwierdził, że głupota ludzka nie zna granic. Miał rację.

I do Waszej wiadomości ignoranci - szczepionka nie wywołuje autyzmu! A mój syn nie ma autyzmu!
Nawet takich podstawowych informacji nie macie, w tej całej swojej mądrości!

***

A do rodziców innych dzieci, którzy mnie czytają mam prośbę - jeśli Wasze dzieci mają problemy z zakresu ASD, czy podobne, a Wy zabieracie się za pisanie w sieci, nie piszcie o tym, że nadal je szczepicie. Oszczędźcie sobie nerwów i zdrowia!
Wierzcie mi - nie chcecie czytać tego, co ja czytam po kilka razy w tygodniu.

Pozdrawiam Was.