środa, 8 lipca 2015

Czasu, czasu, nie ma czasu

Sorki wielkie za milczenie, ale naprawdę czasu brak.

Jedna wielka masakra.
A to do mechanika sprawdzić czy bum uszkodziło belkę tylną, a to znowu kombinacja z fotelikiem samochodowym nowym (żaden nie pasuje do mojej, jak się okazuje krzywej, kanapy), a to zebranie w zerówce, zakup lampy tylnej i znowu mechanik co by to ustrojstwo założyć... I tak ciągle coś.

A wakacji nawet nie widać na horyzoncie.

***

Z tematów szkolnych...

Było zebranie.
Słaba sprawa.
Bardzo młode panie, bez doświadczenia szkolnego. Tzn. jedna pani ma rok doświadczenia w szkole, druga nic. Jakaś muzykoterapeutka z wczesnoszkolnym.
No słabo, słabo...

W drugiej grupie jest doświadczona kobieta.
Niestety Daniel trafił gdzie indziej.
A obie grupy integracyjne.
Nie wiem skąd taki przydział pań. Szczerze mówiąc nie rozumiem jak można na 20 dzieci z 3 czy 4 integracyjnych przydzielić dwie nowe i młode pracownice.

No ale, co zrobię? Nic nie zrobię.
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jeszcze im się chce i że nie będą się bały odstąpić od paru zasad, bo inaczej leżymy.
Póki co udało się nam uzyskać odroczenie powitania do 3 września.
Tak więc omija nas młyn zapoznawczy i ryk pierwszego dnia.
3 września zapoznamy się z małą grupą dzieci, bo przyjdziemy po południu, gdy większość już jest w domu.

Nie wiem jak długo będziemy tak kombinować, ale wyjścia nie mamy.
Oby dało to efekt.
Trzymajcie za to.

Dostaliśmy też caaaałą listę zakupów do zrobienia i kompletujemy wyprawkę.
Zaczęłam od plecaczka na śniadanko, stroju na wf i takich tam rzeczy.

Mamy też trochę kredek od Cioci Basi. Piórnik, worek na buty.
Powoli się jakoś zbierzemy.
Najgorszy wydatek został na potem - książki.
Mała porażka cenowa. Box Tropiciele na roczne przygotowanie przedszkolne.
Cena w promocji Arosa 105 złotych.
Masakra.

Ot, darmowa edukacja. :)
No nic, damy radę. Wyjścia nie ma.

***

Co do samochodu -  nie klepię go.
Wygląda nieszczególnie, ale stwierdziłam, że nie mam na to ani kasy, ani zdrowia.
No i plus taki, że teraz nikt mi go nie ukradnie. :D

Zbieram na benzynę...
Obliczyłam, że moje wcześniejsze kalkulacje były zbyt optymistyczne. :)
Jakimś cudem wyszło mi niewiele ponad 250km miesięcznie do zrobienia.
Tymczasem wzięłam pod uwagę drogę do zerówki i z zerówki, nie wpadając na to, że po zawiezieniu dziecka rano muszę jakoś wrócić, a potem nie tylko go odebrać i przywieźć do domu, ale też po niego pojechać.
Tak więc z ponad 250km na miesiąc zrobiło się ponad 500km.
Obawiam się, że mój zdechlak nastoletni nie przeżyje do końca podstawówki.
W zasadzie to jestem tego nawet pewna.
Zonk...

***

Jeszcze tylko dodam, że mam w domu nastolatka.
Pyskuje jakby mu gimnazjum odchlastało co najmniej.
Ustawia babcię, wali fochy, trzaska drzwiami, nie mówi a krzyczy.
Jeden wielki cyrk.
Rozglądam się za jakąś bezludną wyspą.
Macie jakieś namiary?
Podzielcie się!

Hołk

1 komentarz: