piątek, 29 maja 2015

Jak pech to pech

No... to już nie mam problemu z dojazdem dokądkolwiek, z tankowaniem i innymi takimi.

Siedzę sobie spokojnie przy biurku i tworzę jakiś dokument, gdy nagle za oknem rozbrzmiewa tępe bum.
Wiedziałam!
Przysięgam - po prostu wiedziałam, że to moje auto!

Bieg do okna i widoczek taki:
Mój samochód stoi kilka metrów dalej, bokiem, z dupą w płocie, z przodem na ulicy, zupełnie blokując przejście przez chodnik i trawnik obok.
A w lewym tylnym rogu siedzi mu jakiś szary Ford.

Zbiegłam na dół i zastałam za kółkiem pana w ciężkim szoku, z tępym wzrokiem, krwawiącego, nie wiedzącego gdzie jest i co się dzieje, próbującego wyrwać się z pasów.

Reszta zlała mi się w jeden wielki harmider, jakaś kobieta biegnąca z przystanku żeby pomóc facetowi za kierownicą, jacyś ludzie ciekawi co się stało, karetka, straż pożarna (i to dwa samochody), policja.
Jedna wielka kołomyja.

Skracając historię do minimum...
Pana zabrali do szpitala, a ja stałam się posiadaczką jeszcze bardziej felernego Fiata, z walniętą dupą, potłuczonymi kloszami, rozwalonym zderzakiem z tyłu i z boku.
W gratisie - coś stuka lekko w tylnych drzwiach po lewej.
No i bonus dodatkowy - fotelik dziecięcy, który po zderzeniu formalnie nie nadaje się do użytku, bo nie spełnia już swoich funkcji.
I to jest już załamka zupełna dla mnie. :(

No i tyle "dobrego" mam dla Was.
Takie wieści ciekawe z przedwczoraj.

A nie, mam jeszcze jedną z wczoraj...
Młody pod wieczór zagorączkował. Nagle i mocno.
Więc pewnie wirusowo...
A ja jeszcze nie skończyłam leczenia. Jestem właśnie na trzecim antybiotyku.

Składam broń...
Poddaję się.
Mam dość.

2 komentarze: