środa, 20 sierpnia 2014

Takie tam różne

Dostaję od Was maile z pytaniami o Dania, o to co u nas, więc pokrótce odpowiadam. :)
Zbiorowo. :)

Nie odzywamy się, bo mamy małe urwanie głowy.
Stało się to, czego od dwóch lat się obawiałam.
Zachorowała moja mama.
Moje jedyne wsparcie i pomoc do syna.
Najpierw myśleliśmy, że to tylko zapalenie ślinianek, bo nagle opuchła. Leczenie jednak dało niewiele, a gdy już zeszła część opuchlizny okazało się (na USG), że samo puchnięcie jest tylko objawem, a w środku, w śliniance mieszka... guz.
Guz kwalifikuje się do wycięcia.
Nie wiemy jaki jest. Wiadomo, że to nie kamień.
Nie da się jednak zrobić punkcji z samego guza, bo jest  na to zbyt twardy. Na szczęście jest otorbiony, więc okoliczne węzły chłonne są czyste.
Czy nie poleciało chłonką dalej... tego nie wiemy.

Na razie podawane są różne leki i wyznaczono termin operacji. Na wrzesień.
Oczywiście lekarze z NFZ (w gliwickiej przychodni na ul. Bojkowskiej) kazali nam się pocałować w dupę. Podobnie Szpital Wielospecjalistyczny w Gliwicach. Mama dostała antybiotyk i wypad do domu. Nawet USG mendy nie zleciły.
A więc wszystko prywatnie - najpierw USG w Knurowie (trzeba było odświeżyć stare znajomości), potem laryngolog w Tarnowskich Górach (znowu pomogła moja lekarka, ta sama która mnie operowała dwa lata temu po felernym leczeniu w Szpitalu Wielospecjalistycznym w Gliwicach), później kolejne USG, już lepsze, na innym sprzęcie, a na koniec biopsja okolicznych tkanek. No i wizyta za wizytą, a stówki lecą....

Póki co czekamy.
Życie poprzeplatane leczeniem, wycieczkami do lekarzy i marudzeniem Daniela, który znowu ma gorszą fazę. Do tego chyba się zagrzybił. Przedwczoraj odkryłam nalot w tyle języka.
Pewnie narobił bałaganu przez ręce, które ciągle pcha do paszczy. Przypuszczam, że idą mu 6ki. Normalnie czasem zachowuje się jak półroczne dziecko. Całe ręce wsadza do paszczy. :)
Od wczoraj pakuję w niego Flukonazol i czekam, co to będzie.
Aha... no i oczywiście przestał jeść. Myślałam, że przez zęby, ale pewnie i grzyb ma tu coś do powiedzenia.

Po przedszkolu szybko odrobił 2kg, ale część z tego ostatnio uciekła.
Może teraz nadrobi, po tym leczeniu...

Słabo jest ogólnie.
Przedszkole zwolniłam, bo sensu to nie miało żadnego.
W styczniu będziemy się starać o przyjęcie do małej szkoły integracyjnej. Do zerówki. Niestety poza moim obszarem pieszym... mam nadzieję, że moje zdechłe auto posłuży jeszcze parę lat i że będzie mnie stać na jego naprawy (w tym miesiącu pękło 300zł), bo na nogach to my tam nie dojdziemy. A jak placówka okaże się być porządna to i szkołę byśmy tam musieli zaliczyć.
Integrację mamy obok siebie, ale liczy sobie aż 7 klas pierwszych! Za Chiny Ludowe Daniel tam nie wytrzyma, nawet jednego dnia. :( Za dużo, za głośno. No i nikt tego miejsca nie poleca...

Co jeszcze...
Nie wiem co dalej.
Nie wiem co będzie, gdy stracę opiekę nad Daniem.
Nie wiem co będzie, gdy choroba mamy okaże się być bardzo poważna. Już teraz nie ogarniam wszystkiego. Dom, dziecko, mama, coś trzeba zarobić, kupić, załatwić. W tym miesiącu znowu zapomniałam o wpłacie raty kredytu na zakichaną pralkę. (Stara raczyła się zwalić kilka miesięcy temu.)
Nie wiem co będzie, gdy Daniel nie dostanie nowego orzeczenia i będzie musiał pójść (zgodnie z rejonem) do największej szkoły w mieście jako zdrowe dziecko.
Jedyne co przychodzi mi do głowy, to emigracja.
Poważnie zaczynam o tym myśleć i rozpoczynam naukę (bardzo mi obcego) języka - niemieckiego.

Aaaaa i jeszcze...
Na razie nie mamy SI.
Przedszkole, które miało nam SI realizować od IX w ramach WWR nie odezwało się do nas jeszcze w tej sprawie.
A na prywatną nie mamy już środków na koncie fundacji.
Zalecono nam basen. Spróbujemy od września.
Tylko żeby młody  nie łaził mi po całym obiekcie (a tak ma niestety) muszą to być zajęcia zorganizowane pt. nauka pływania.
Zapisałam się na takie. Tanie nie są, ale i tak koszt o połowę niższy od SI.
Zobaczymy. Plusem jest mała grupa, od 2 do 5 dzieci w tym samym wieku.
Zawsze to i nowe doświadczenie dla niego i jakaś adaptacja. No i ogólnorozwojowe takie.
Na razie młody wody się boi. Woli piasek. ;) W sensie plaży, jeziora np. Bardziej kręci go płytkie otoczenie i grzebanie w piachu niż sama woda.
Ale myślę, że przyda mu się to na przyszłość.
I mam nadzieję, że się spodoba.
Nie jest to bardzo drogi sport, a przy jego nadruchliwości dobrze by było, gdyby coś robił, ćwiczył, gdzieś pożytkował energię i gdzieś się dobrze zmęczył.

I jeszcze nowa obserwacja...
Myślałam, że to minie z wiekiem, ale widzę, że nie. Po prostu nie dociera.
Czytałam kiedyś na jakimś blogu o dziecku ze spektrum, które zjadało np. robaki.
Młody robaków nie je, ale zupełnie nie kuma, że to co leży na ziemi, to nie jest do jedzenia.
I tak np. potrafi wsadzić palec w loda, który komuś wypadł. I oczywiście poliże...
Albo podniecie okruch, który zdiagnozuje jako kawałek ciasta. I pożre.
Do pasji mnie to ostatnio doprowadza, bo lato, więc zjawisko przybrało na sile. Wszędzie coś się trafi, więc on też wszędzie coś próbuje.
Może i stąd ten grzyb....

To chyba tyle na razie.
Ściskam Was, dziękuję za maile, za pytania, lajki i każdy inny kontakt oraz pamięć o nas.
Trzymajcie kciuki.

:*

6 komentarzy:

  1. Trzymajcie się. I zdrowia dla mamy :*

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurka.. Ależ Ci się zwaliło na głowę, dziewczyno..
    Mam nadzieję, że z mamą będzie wszystko dobrze, że guz będzie łagodny i skończy się na strachu.
    A niemieckiego ucz się, tak czy inaczej, bo to piękny język jest ;-)
    Uściski
    A.

    OdpowiedzUsuń
  3. trzymam kciuki żeby problemy szybko zniknęły! Jest Pani silną kobietą-podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. ehh łatwo nie masz:( Dużo zdrowia dla mamy i dużo siły dla Ciebie <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Dasz sobie z wszyatkim radę!
    Trzymam kciuki za mamę i za małego- oby odkrykł podczas zajęć na basenie swoje powołanie i pasję :)

    OdpowiedzUsuń