czwartek, 22 sierpnia 2013

Powycieczkowo i przedprzedszkolnie

Niespecjalnie mam czas, więc w skrócie...

1. Opinia do przedszkola nie powstała na czas, więc nie bardzo wiem jak to będzie na początku.
Osobiście chciałam młodego puścić do placówki po tygodniu, dwóch, gdy się inne dzieci wypłaczą, żeby mu się nie udzieliło i żeby  nie cierpiał za bardzo z tą swoją nadwrażliwością słuchową, ale panie z przedszkola zachwycone pomysłem nie są.
Pojęcia nie mam dlaczego.
Nie wiem co robić i nie bardzo mi się podoba wsadzenie go w ten rozkrzyczany tłum 2 września.

 foto. Czocha

2. Wizyta u psychiatry owocna. Pani Gorczyca stwierdziła, że przyszło do niej całkiem inne dziecko. :)
Będziemy się przymierzać do nowej diagnozy chyba, bo wg mnie, wg psychologa i wg pani doktor coraz dalej Danielowi do autyzmu, za to bliżej do ZA, choć też nie w całym zakresie.

W sumie to z drącym sercem czekamy na wejście nowej klasyfikacji Spektrum, wtedy  nie będzie problemu z takimi dziećmi jak Daniel, liczyć się będzie tylko nasilenie objawów. Póki co trzeba czekać, podobno do 2015go roku.

foto. Węgliniec - miejsce mojego dzieciństwa; hlip hlip

3. Zaliczyliśmy wypad do rodziny. 5ciodniowy. O dziwo dziecko spało w nocy dobrze. (Z wyjątkiem ostatniej.) Całkiem "nie o dziwo" prawie nic nie jadło. /Standard./ O dziwo przyjmowało dobrze wszystkich nowych ludzi, tylko myliły mu się panie, ciocie i babcie. Za dużo tego było po prostu.
I "nie o dziwo" integracja z prawie-rówieśnikiem nie udała się. Nastąpiło zderzenie charakterów i osobowości i klapa z tego wyszła kompletnie.

Kuzyn Daniela wchodził głównie w kontakt bezpośredni, jeśli zwracał się do Daniela, to albo chciał mu zabrać zabawkę, albo ścisnąć, uszczypnąć, zrobić baranka itp. Młody  nadal akceptuje tylko kontakt na zasadzie komunikatu werbalnego i oczekiwania na reakcję, co ma miejsce zwykle u dzieci starszych, np. dziewczynka w piasku coś mu podaje i czeka aż on to weźmie, albo wyciąga po coś rękę i czeka. Wtedy ładnie się bawi, odgrywa scenki, wciąga w całą historię, która się rozgrywa.
Kuzyn Daniela jest młodszy o 8mcy, więc takie zachowanie nie jest u niego zwyczajem. Jak chce brać, to bierze. Jak coś jest jego, to wyszarpuje. Jak się wygłupia, to skacze, piszczy, ściska itp.
Jak to 2,5 latek.
Efekt - zero wspólnej zabawy. Ciągła wojna, krzyki, piski, ryk, szarpanie - istny dom wariatów.

Może dogadają się, gdy będą starsi. Teraz nie było to nic fajnego. Ani dla niego, ani dla mnie. Zmęczyłam się ciągłą ingerencję w wojny, a i rodzice kuzyna chwilami mieli chyba po dziurki w nosie tego larma.

foto. Świątynia Wang - kościół ewangelicko-augsburski

4. Na koniec zaliczyliśmy wycieczkę. Korzystając z tego, że jestem 80km od Karpacza, postanowiłam tam pojechać. W swoje ukochane, wytęsknione Karkonosze. Padało już od rana, ale pojechałam.
Nie żałuję, ale wymęczyłam się okropnie. Jeszcze nigdy w życiu nie jechałam tyle czasu na takim dystansie. Koszmar. 3 bite godziny! Wąska droga, ciągle zakręty, non stop podwójna ciągła i rząd samochodów. Ograniczenia do 40 to standard na tym odcinku. Kompletne wariactwo.
Gdy wysiadłam w Karpaczu stwierdziłam, że ... byłabym w domu. A tu drugie tyle czasu przede mną w aucie. Przyjemna ta wizja nie była...

Wysiedliśmy przy kościele Wang i poszliśmy szlakiem do Samotni. Piękna trasa, urocze klimaty. Tylko powtarzający się deszczyk utrudniał drogę. Szczęściem nie lało, ot taki  kapuśniak leciał.

W drodze nastąpił cud. Moje dziecko pierwszy raz w życiu zakomunikowało: "mamusiu daj mi chlepka". o_O Wyrzuty sumienia pożarły  mnie natychmiast i do dziś nie opuściły, bo ja żadnego "chlepka" ze sobą nie miałam. Wszak on nigdy  nic nie je... Miałam owoce, ale zostały w aucie.
Jakoś zagadałam temat, wyjaśniłam, że za kwadrans będziemy w schronisku i tam zjemy bigosik. 10 minut później, a moje dziecko mówi: "mamusiu daj mi bigosik".
O żesz... :(
Ale doszliśmy. Wciągnął bigos, jakby tydzień nie jadł. Do tego kroma chleba maczana w sosie. Zapił jakąś chemią z plastikowej butelki i poszliśmy w dół...

W tamtą stronę szedł - 8km!
Z powrotem przeszedł 1,0 - 1,5km i nagle stał się bardzo zmęczony. Wzięty na ręce zaczął odpadać. Próbowałam obudzić, ale bełkotał, a głowa spadała na moje ramię, więc nie było wyjścia, trzeba było tak iść. Niestety zaczęło padać ciut mocniej, ubraliśmy kurtki p.deszczowe, w których mokliśmy od środka z parującego ciała... Szłam z nim tak ponad 1,5 godziny. Po drodze pięć razy umarłam, dziesięć razy odpadły mi ręce, dwa razy prawie upuściłam dziecko i dwa razy o mało nie wyrżnęłam na kamieniu.

Nosidła nie miałam. Zmiennika też nie, bo moja mama nie jest w stanie go nosić już. Ale dałam radę, jakoś. Oczywiście Gadzina obudziła się zaraz, gdy wsadziłam ją do auta... Czarno tę podróż widziałam, ale nie było wyjścia, trzeba było wracać.
Deszcz padał, my cali  mokrzy. Przebraliśmy się i ruszyliśmy do domu. Mnie się oczy kleiły już po kwadransie. Od 7 na nogach, 3h jazdy samochodem w bardzo głupich warunkach, do tego zrobione 13km pieszo, z czego 4-5 z dzieckiem na ręce i w deszczu. A tu już dochodziła 18ta.
Stacja benzynowa, kawa i w długą... Nigdy więcej takiej podróży. Padało, wycieraczki na 2gim stopniu i jeszcze figę widziałam, było buro, ciemno, spod kół ciężarówek leciało białe, mgławe coś, ruch spory, a do tego te buraki w dużych autach jadący 90km/h wyprzedzały się wzajemnie non stop.
50km od domu przestałam ich wyprzedzać, bo białe linie boczne zlewały mi się w jedną na środku drogi... Dotarliśmy o 21ej. Wyglądałam jak półtora nieszczęścia.

O dziwo - dziecko zniosło podróż nieźle. Żadnego cyrku  nie zrobił. Marudził, chciał na ręce, coś tam pokrzyczał czasem, poudawał płacz, ale wszystko trwało do kilku minut i znowu zalegała cisza. Generalnie było nad wyraz dobrze.
A ja jeszcze nie wróciłam do siebie.
Zawilgocone auto też nie. Nie dość, że parują szyby od wewnątrz, to jeszcze śmierdzi. :/
Jak nie urok, to sraczka. :)

foto. Na szlaku, do schroniska Samotnia.

5. Dodam jeszcze, że młody jest dziennie odpieluchowany na 100%. Ani jednej niespodzianki, żadnego popuszczenia, nic. Nawet w samochodzie, na trasie.
W nocy nadal ma pieluchę i już się nie budzi na siku... Budził się pierwsze dwa tygodnie, potem chyba zajarzył, że ma ochronę na tyłku, bo gdy śpi twardo, jest zmęczony itp. to sika i nawet nie drgnie.
Ale i tak bardzo się cieszę, że w dzień jest tak dobrze. Nie zanosiło się na to. A bardzo ładnie poszło.

Tyle na dziś.
Następne wieści będą z frontu przedszkolnego.
Trzymajcie kciuki!

3 komentarze:

  1. O, to Ty z moich okolic pochodzisz!

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja od tyłu tak :)
    Z relacji mam wiem, że nocne odpieluchowanie z reguły następuje później, lecicie więc pięknie książkowo :) jak my :D u nas jakoś 3mce po dziennym wychrzaniłam nocną, ale młoda sika w nocy - jest budzona albo sama się budzi na siuranie. Być może geny, bo ja mam to samo.
    Zmęczyłam się samym czytaniem noszenia... Moja młodsza ma 9kg i ja odpadam, niosąc ją kawałek na rękach.
    Agatka też myli ciocie, panie, wujków przy nadmiarze. Ba, ja też czasem :D
    Za opinię kciuki, za przedszkole również. Widzę, że jakaś rysa się pojawia w przedszkolu? :/

    OdpowiedzUsuń
  3. A propos późniejszego startu w przedszkolu.
    Pamiętaj, że przez pierwsze dwa tygodnie oprócz płaczu dzieci się też poznają, pojawiają się pierwsze sympatie i antypatie. Może faktycznie dobrze, żeby Daniel poszedł od 2 września, potem troszkę trudniej będzie mu "wejść w grupę"?
    Postanowisz, co uważasz za słuszne - najlepiej znasz synka.

    OdpowiedzUsuń