wtorek, 16 lipca 2013

Z innej mańki

Jakby mało było atrakcji...

Daniel zawsze się zanosił. Tzn. od 8go miesiąca życia.
Siniał przy tym, zataczał się, przewracał. Ale potrzebował wyjątkowej sytuacji, żeby taki cyrk zrobić, długo wcześniej płakał.

Im dalej w las, tym gorzej...
Z czasem czas histerii się skracał. Nie trzeba mu było ryczeć przez kwadrans, żeby zsinieć.
Ostatnio to już mamy akcję w sekundach.
Zaczyna focha, wydaje z siebie jeden dźwięk, po czym przestaje oddychać.

Powód może być żaden. Np. chciał uderzyć kota i palnął się w stół. Nawet śladu nie ma, ale sam szok i żal wystarczy, żeby wpaść w bezdech.
Pięć sekund później zaczyna sinieć, 10 sekund później próbuje łapać oddech, ale już nie może...
Omdlewa mi na rękach, głowa opada w tył, ręce wiotczeją i zwisają wzdłuż ciała.

Wraca w ostatnich sekundach, łapie płytki łyk powietrza, opada na mnie i cicho zawodzi, a ja składam modły do Boga, czy kto to tam jest nade mną, żeby nic mu się nie stało...
Potem nie ma siły płakać, marudzić, po prostu wisi na mnie z głową opartą na moim ramieniu. Nawet siły mocniej oddychać już nie ma. Roślinka...

Po 10-15 minutach wstaje i zachowuje się normalnie. Tzn. jak na niego nienormalnie. Jest spokojny, jakby był na jakichś prochach, chodzi, biega wolniej, mniej mówi, jąka się trochę. Ktoś z boku mógłby powiedzieć wtedy, że mam idealnie grzeczne, spokojne dziecko.
Tylko ja dumam wtedy co się stało i jakie nowe szkody nam to przynosi...

***

Od trzech tygodni mamy nowość.
Daniel traci dech natychmiast i nawet jak jestem oazą spokoju i od razu go przytulę, mówię do niego spokojnie, nie umie załapać oddechu.
Do fazy omdlewania doszła jeszcze jedna... wydaje mi się, że ostateczna przed utratą przytomności.
Drgawki.
Wygląda to tak, jakby ktoś go dusił. Nogi zaczynają się rzucać w odruchu obronnym, ostatkiem sił.
Coś jakby miał padaczkę, albo jakby się topił - tak to przynajmniej wygląda na filmach - nagłe, nerwowe ruchy nóg.
Potem następuje zwiotczenie całego ciała i ... łapie oddech.

Umieram ze strachu, że kiedyś mi tego oddechu nie złapie i odjedzie...
Nie pomaga spokój. Nie pomaga dmuchanie. Nic nie pomaga.

Mamy skierowanie do kardiologa.
Lekarz przyjeżdża raz na jakiś czas do poradni. Trzeba być rano. Odstać swoje. Zrobić EKG. Znowu odstać swoje czekając na lekarza... Jak zaczynamy o 8 rano, tak impreza trwa do 16-18ej. Cały dzień zabawy. I nikogo nie obchodzi, że dziecko śpi jeszcze w dzień, albo że musi coś zjeść...
Próbowaliśmy. Młody  nie dał rady.

Teraz próbujemy gdzie indziej. Niestety prywatnie.
Nie mamy wyjścia. Ktoś musi brać pod uwagę, że dziecko jest jakie jest, że może nie dać się zbadać, albo że to potrwa. Taką osobą okazała się być dr Więcek - Włodarska.
Mamy więc wizytę w Chorzowie, na Drzymały. Miła pani w rejestracji zanotowała, że dziecko może mieć problem z badaniem... Nie zapłacimy, jeśli się nie uda.
Zapisała nas na echo serca.
Jeśli się uda je zrobić zapłacimy 140zł. Jeśli coś będzie źle, to dojdzie EKG i wskoczy 220zł.
220zł których nie mam w tym miesiącu.
Jest jednak szansa, że nie będzie źle...
Ale jeśli jest dobrze, to czemu sinieje i omdlewa?!

Trudno. Trzeba sprawdzić. Ostatnie trzy razy tak mi dały w dupę, że nie mogę przestać o tym myśleć. A moja mama to już w ogóle umiera ze strachu, że mogłoby to się stać przy niej...

Robimy więc co musimy, jakimś tam innym kosztem, mniej istotnym.
Bez telefonu da się żyć, bez kablówki też, prawda? :) Są rzeczy ważne i ważniejsze. 
Na domiar złego w VIII wpada nam kontrolna wizyta u psychiatry i kolejne 150zł. Trzeba zacząć grać w totka chyba... 

Jest jeszcze morfologia, żelazo i coś tam do zrobienia.
Ale nie mogę tego zrobić teraz, przed wizytą, bo wtedy młody na bank nie da się zbadać i może zrobić cyrk już przed gabinetem... Krew musi więc poczekać.

***

Proszę o kciuki, żeby w badaniu nie wyszło nic strasznego.
I żeby pani dr znalazła mi jakiś sensowny, racjonalny powód takiego stanu rzeczy. Powód nie wymagający nowych sił ode mnie i nie przyprawiający o zawał mojej skromnej osoby...

Godzina prawdy: poniedziałek 22 lipca, 16ta.

4 komentarze:

  1. Sylwia, nie brzmi to dobrze:( A może warto by było zrobić także EEG? Rozmawiałaś z lekarzem o epilepsji?

    Trzymam kciuki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozmawiałam.
      Najpierw trzeba wykluczyć sprawy sercowo-naczyniowe.
      Potem reszta...

      Na raz wszystkiego nie zrobię.
      Za mało czasu i kasy. :(

      Usuń
  2. Mnie to też brzmi jak epilepsja. Dzielny Franek nade mną dobrze prawi - poproś też o skierowanie na EEG.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja kciuki trzymam, z całych sił, niech to nie będzie poważne :*

    OdpowiedzUsuń