piątek, 19 lipca 2013

Nowe hipo...

Po naszym pierwszym hipo wrażenia miałam mieszane. Jak już pisałam - siedzieliśmy pół godziny na koniu. Koniec.
Nie bardzo wiedziałam jak ma wyglądać ta terapia, ale wiedziałam, że chyba nie bardzo chcę żeby tak...

Szukałam więc dalej.
Szukałam i nic nie znalazłam, więc w końcu odezwałam się do znajomej, która się hipo (wraz ze swym lubym) zajmuje w szkołach specjalnych mojego miasta.
Do szkoły szans nie było, (bo to tylko dla ich dzieci, nasze WWR tam hipo nie obejmuje) ale pomyślałam, że skoro mają konie i papiery, to może zrobią dla nas hipo u siebie... 20-30 minut drogi jak nic, ale... Zapytałam. Zaprosiła.

Wczoraj byliśmy drugi raz.

Nie wiem już w sumie czy to jest hipo-terapia, czy może jednak bardziej masculine-terapia, ale na pewno terapia. :D I niech się schowa praca z terapeutą/psychologiem/pedagogiem w ośrodku jakimkolwiek.

Pojechaliśmy na 17tą. Ciotka była zajęta, bo miała czworonożnych klientów, wujek wychynął w szlafroku spod prysznica. :D Pan hipoterapeuta był po dwóch dobach przygotowywania swojej posiadłości to zlotu fascynatów i hodowców Konika Polskiego, z dwiema nocami zarwanymi na polowanie, więc wyglądał jakby z martwych wstał przed chwilą. :D
Wrócił do żywych przy kawie, którą i nam zaproponował.
/Miło tym bardziej, że wiem, iż za chiny ludowe nie miał czasu./

Pogadał z dzieckiem. Zabrał je na oglądanie nowych maskotek - krówek rasy szkockiej.
Takie puchate coś o nazwie Hihgland Cattle - szkockie bydło górskie.

A wygląda tak:


Te dwa to byczki, młode. Zarąbiste. Szkoda, że dzikie i mają rogi, bo normalnie bym to ukochała, takie słodkie. :D

Potem poszli zwiedzać dom. o_O
Poszli i przepadli.
Jak się potem dowiedziałam co robili, to padłam.
Wujek łapał wskazaną przez Daniela muchę, tzn. pacał ją taką packą na muchy, potem dawał mu ją do ręki za skrzydełko, a później Daniel podawał tę muchę kosowi, który mieszkał sobie w klatce na kuchennym stole. o_O Tak im zeszło dobre dziesięć minut...

Kiedyś zrobiłam bulwersa, jak się dowiedziałam, że mężczyzna (ojciec w domyśle) uczy dziecko czego innego niż matka, że ona jest od tych słodkopierdzących spraw, a on od tych męskich, od odwagi, ćwiczenia charakteru itd. itp.
Zbulwersowałam się, bo sporo kobiet, które znam ma jaja większe od swoich mężów...
Ale wczoraj tak patrzyłam co oni wyprawiają we dwóch i doszłam do smutnego wniosku, że jednak to prawda, że facet jest od innych rzeczy... Może nie od tego, by ratować syna przed matką, która tylko tiutia do ucha, memla po włosach i tulasi, ale od innych.
Ja bym nie wpadła na to, by łapać dla 3latka muchy i dawać mu je, by karmił kosa.

Nie wiem czy Danielowi to potrzebne, ale na pewno się podobało, więc...
No terapię facetem mamy, cóż innego mam na to powiedzieć. ;)
I do tego jeszcze gratis. :P 

Potem płeć męska poszła na oględziny terenu, do piesków, kotków, na koniec do koni.
I tu pojawił się problem.
Konie są fajne, ale nie po to, by na nich siedzieć.
Daniel najpierw chciał ze mną, potem wcale.
Na koniec zgodził się na karmienie konia chlebem, po czym został złapany wargami i smyrnięty zębami, i zrobił nie mały dramat. Wystraszył się po prostu. Konio-terapię trzeba było skończyć.

Wtedy dla odmiany pojawiła się ciocia i Danio wyciągnął ją do piesków.
Na tym zajęcia się skończyły.
Miało być pół godziny hipoterapii, były dwie godziny terapii otoczeniem z dodatkiem terapii mężczyzną. :)

Chyba fajnie, bo mój syn nie chciał wracać. ;)
Gospodarze nie mieli jednak więcej czasu, więc wyciągnęłam małego do pobliskiego lasu, gdzie poszamał malin i powdychał wiejskie, zielone powietrze. :)

W domu byliśmy tak późno, że nawet Miś z niebieskiego domu, poszedł już spać. :)

***

Suma sumarum stwierdzono, że dziecko koni się boi i musi się oswoić. Do tego fajnie by było, by całkiem oswoiło się i zaakceptowało gospodarzy. Mamy więc tam wpadać i dupę zawracać, niekoniecznie korzystając z terapii konikiem. Ot, mamy się z konikiem zaznajomić po prostu. Zbliżyć.
Założenie jest takie, że konik przyjdzie z czasem, ale nie ma parcia i nic na siłę, tym bardziej, że tu o bodźce różnorakie chodzi, a nie o to, by na tym koniu siedzieć i się trzepać, bo ani porażenia, ani innych problemów, przy których byłoby to wskazane, u Daniela nie ma.

Wujek - hipoterapeuta chyba minął się z powołaniem i zamiast studiów rolniczych miał się brać za jakąś pedagogikę, bo takiego podejścia do mojego syna, to jeszcze nie widziałam odkąd zaczęliśmy zabawę z CZR.

Mnie już chyba zaczęło drażnić to ciągłe stawianie wymagań. Zwłaszcza to oczekiwanie grzeczności i natychmiastowej reakcji na wydane polecenie. Nie bardzo rozumiem czemu od dzieci z zaburzeniami wymaga się więcej niż od zdrowych?!

Tu mam od tego oddech i czuję ulgę.
Póki co, taka forma terapii podoba mi się bardzo. Danielowi też.
Młody ma zajęcie, dużo wrażeń i bodźców, nowych ludzi i zwierzyniec, jest na dworze.
Nikt nie każe mu wkładać siódmego kółka w siódmą dziurkę, ani dopasowywać kolejnego obrazka do innego obrazka, nikt nie każe mu siedzieć drugi czy trzeci kwadrans na krześle i robić coś wedle wskazań. /Ja uważam, że ma na to jeszcze co najmniej 3 lata, do czasu szkoły, ale chyba tylko ja tak uważam.../
A do tego wujek-terapeuta, to facet i to taki facet przed duże F. Nie jakaś namiastka w spodniach typu rurki i w mokasynach na gołą stopę, zgodnie z najnowszym trendem.
Chyba wyjdzie to Danielowi tylko na zdrowie...

A ja mam zieloną trawkę pod stopami, słońce, niebo nad głową, kawę pod nosem i... odżywam.
Latem męczy mnie miasto.
Lubię Gliwice, nawet bardzo, ale w upalny, letni dzień ten miejski natłok wrażeń bywa irytujący.

/A propos strachu...
Daniel nie znał koni, więc się ich nie bał. Był raczej ciekawy. Pierwszy raz wystraszył go pan powożący bryczką w Ojcowie. Młody chciał głaskać, a pan wykrzyknął, by nie zaskakiwać konia w ten sposób i tak czy srak nie głaskać. Drugi raz był na naszej pierwszej hipo...
Młody chciał ze mną, a pani terapeutka wyskoczyła (powiedziałam jej to przez tel. bez udziału dziecka) z tekstem, że z mamą nie, bo mama się koni boi... 

Jaki to miało efekt wiadomo. 
Przez 30 min. Daniel cały czas chciał zejść z konia (mimo tego, że ze mną), a na kolejne zajęcia nie chciał już jechać.../

3 komentarze:

  1. Opisałaś to tak, że sama bym się takiej terapii poddała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kosa też byś karmiła muchami z ręki? :D

      Usuń
  2. Albo się mam to coś, co pozwala nawiązać kontakt z dzieckiem w czasie terapii albo nie i wtedy nawet studia nie pomogą.

    OdpowiedzUsuń