środa, 5 czerwca 2013

Zamykając kwestię...

Ponieważ dostałam blisko 20 maili z pytaniami, nie będę odpowiadać każdemu z osobna, a skrócę sprawę tutaj.

O co chodzi?
Ano o to...


Kiedyś napisałam, że największą pomoc uzyskałam od ludzi, których wcale nie znam. Mieszkają daleko i nigdy ich nie widziałam, albo i blisko, ale znaleźli mnie gdzieś w sieci i chcieli pomóc...
Takich osób było trzy.

Pisałam tu o nich i dziękowałam im.

Po jakimś czasie życie zweryfikowało moje myślenie.
Dlaczego?
Dlatego, że każda z tych osób w pewnym momencie naszej "znajomości" zaczęła rościć sobie prawa do komentowania mojego życia, moich decyzji, krytykowanie moich znajomych, naprawiania moich problemów i mnie, i każda jest dziś obrażona, że mnie się to nie podoba.

***

Sprawa jest tymczasem prosta i banalna.

Czytaliście "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus"?  :)
Otóż ja jestem z Marsa!

Jeśli o czymś z kimś rozmawiam, to rozmawiam.
Nie oczekuję:
- rady na każde moje zdanie
- negowania tego o czym mówię
- banalizowania mojego problemu i przypisywania mu statusu "z dupy"
- nietaktownej i niepohamowanej krytyki na temat podjętych przeze mnie decyzji życiowych
- wyciągania na forum publicznym tego co powiedziałam po cichu
- gotowego rozwiązania dla każdej sprawy, którą werbalnie przedstawiam

Nie ma w tym drugiego dna, ukrytej prośby, oczekiwania czegokolwiek.
Nie ma w tym nic, co trzeba wyczytać między wierszami. NIC.
Jest prosty komunikat.
Koniec.

Jeśli nie wiesz co powiedzieć nie mów NIC.

A jak już bardzo chcesz coś powiedzieć - spytaj jak możesz pomoc i czy w ogóle tego chcę i potrzebuję! Po prostu. :)

Jak będę szukała pomocy, rady, rozwiązania problemu, to poproszę, spytam, napiszę, powiem.
Jak zbierałam 1% podatku, to mówiłam, pisałam, linkowałam - niczego nie trzeba się było domyślać ani szukać po świecie.
To samo dotyczy każdej innej mojej sprawy.

Naprawdę - to jest proste jak budowa cepa.

***

I jeszcze jedno. Bo to jest klucz całej sprawy.

Ja nie mam czasu zajmować się czyimiś poważnymi, lub też nie, problemami. Tak wiem, to taki standard - gdy ktoś ma problem ze sobą lub w swoim domu i za chiny nie wie jak się do niego zabrać, albo wręcz nie chce się za to zabrać, od razu rzuca się na pomoc innym i nawet nie patrzy czy tego chcą!
Znam to. Sama tak robiłam.
Nie mam też czasu analizować jaka sprawa kryje się za tą "pomocą" z którą ktoś się na mnie rzuca. A zwykle się kryje. Jeśli nie zawsze.

Parę lat temu pewnie przywdziałabym maskę "matki Teresy dla ubogich" i w ramach wzajemności weszła w tę kwestię, ratując wszystkich i każdego na miarę swoich sił, albo i po ich przekroczeniu.
Robiłam tak przez długi czas, przez wiele lat.
Nabawiłam się nerwicy i nikt się tym nie przejmował. Miałam problemy i nikt się nimi nie przejmował.
Za to mój dom był pełen ludzi. Każdy do mnie biegł z problemem, po pomoc, wypłakać się.
Koleżanki uciekały z domu i przylatywały do mnie.
Uciekały ze szkoły i przylatywały do mnie. Kłóciły się ze swoimi  matkami i przylatywały do mojej. Spały u mnie albo koczowały przez kilka dni, nosząc moje ubrania. Wyjeżdżały na wycieczki albo weekendy na mój koszt. Pożyczały pieniądze i rzeczy. Zostawiały mi wiadomości na skrzynce, a ja oddzwaniałam i nabijałam rodzicom rachunek, na który potem musiałam zarobić. (Dobrze, że nie było jeszcze komórek - pewnie do dziś płaciłabym komornika za tamte rachunki!)
Długo by pisać...

Dziś jestem na to za stara.
Nie mam czasu i ochoty.
Dziś już nie odbieram telefonów w nocy i nie ratuję nikogo do rana, zarywając sen. Dziś wyłączam na noc telefon.
Dziś nie ciągnę nikogo za język. Albo powie z czym przychodzi, albo nie zaczynam kwestii.
Wyrosłam.

Przed rokiem, po raz już nie wiem który, nieźle dostałam w dupę ratując bliską mi osobę. Tzn. mnie się wydawało, że ją ratuję, gdy o ratunek prosiła. Ale nie ratowałam, bo jak się okazało okłamała mnie, żeby uzyskać tę moją pomoc. Zostawiłam wszystko, nawet dziecko i poleciałam... Oczywiście dostałam za to w łeb. Zostałam obrażona, zwyzywana, zmieszana z błotem przez osoby z jej otoczenia za to co dla niej zrobiłam.
Obudziłam się.
Powiedziałam DOŚĆ.

Jeśli więc w ostatnim czasie ktoś wieszał mi się na szyi z dobrymi radami, w oczekiwaniu na to, że zajmę się jego problemem - przepraszam. Naprawdę nie mam na to czasu. Ani siły. Ani ochoty.
A jeśli rozwiązywał mój "problem" po to, by nie zająć się swoim rzeczywistym, to faktycznie ma PROBLEM i bardzo mi z tego powodu przykro.

Życie życiem innych ludzi i ich problemami nie wyszło mi na zdrowie.
Weszłam w to bardzo daleko, do tego stopnia, że przez kilka lat należałam do pewnej grupy wsparcia.
Wyniosłam z niej dwie znajomości, które przetrwały już ponad 10 lat. Reszta to koszty. Strata czasu i zdrowia.
Teraz mam dziecko. Dziecko, które wymaga od mnie mnóstwo zaangażowania, czasu, siły i cierpliwości, których mi brakuje. Nie mam więcej życia. Moja doba też ma tylko 24h.
Chcę je spędzić najlepiej i najprzyjemniej jak mogę. Dla siebie i syna.
Egoistycznie?
Być może.

W końcu przyszedł czas i na egoizm.
Nikt nigdy (poza najbliższą rodziną) nie myślał i nie dbał o mnie. To teraz ja o sobie pomyślę i o siebie zadbam.

***

Na tym koniec o mnie.
Reszta będzie o Daniu.
Raczej mało i skrótowo. Informacyjnie głównie.

Pozdrawiam tych, którzy czytają ze względu na mojego syna, nie czekając sensacji. :)

***

Aha...

Ktoś wczoraj słusznie zauważył, że mocno zmniejsza się liczba moich znajomych na różnych portalach. To prawda. Zdałam sobie sprawę, że spora grupa ludzi, których "mam w znajomych" to żadni znajomi. Ot ludzie, których gdzieś tam trafiłam na drodze i którzy "mnie zaprosili". W niektórych przypadkach nie umiałam sobie nawet przypomnieć kim są, ani skąd ich niby znam.
Część z nich po prostu skądś tam trochę znam. Dzień dobry, bla bla i tyle.
Też to pewnie macie?
Otóż przestało mi się to podobać. (A poza tym, jak już wiecie, pocztą pantoflową dotarło do mnie kilka spraw.)
Stąd to zmniejszenie.
Teraz w gronie moich znajomych będą moi znajomi. Po prostu.




8 komentarzy:

  1. Oszsz... ale Ci zaleźli za skórę... :/

    OdpowiedzUsuń
  2. :-) przypominasz mi moja przyjaciółkę -nie owijacie w bawełnę :-) uwielbiam Was ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. To co piszesz i Twój tok myślenia jest mi bardzo znajomy, tylko że ja na razie jeszcze jestem na etapie robienia sobie wyrzutów z powodu bycia zbytnią "egoistką" i skupiania się na swoich problemach i swojej rodzinie. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że wszyscy to mamy.
      My w sensie rodzice chorych/zaburzonych dzieci, którzy o tym piszą/mówią.
      A ci co nie mają, będą mieli.

      I chyba każdego z nas w pierwszej razie dopada wyrzut sumienia, że ktoś dla nas taaaaaki dobry, a nam to stoi w gardle. Nim dotrze, że to żadna dobroć, trochę czasu mija.
      Podobnie z czasem dla innych. Niektórzy ciągle wymagają, by się nimi zajmować. A jak nie, to foch. Nasze dzieci nie są tak ważne, jak ich fanaberie.
      A my mówimy "nie" i mamy wyrzuty sumienia.
      Ale to minie... pocieszam. :)

      Ja właśnie doszłam do momentu, że wolę mieć 20zł mniej na koncie niż jednego fałszywego "przyjaciela" w okolicy i zajmować się sobą i swoimi sprawami niż wszystkimi wokół.

      Usuń
  4. Tez jestem z Marsa.
    Masz wiadomosc na Wizażu.

    Jak w ustawach dot. stowarzyszeń itp. coś jest dla Ciebie niejasne , pytaj, spróbuje pomóc.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cholera, jaki kaliber, ciotka.
    I miałam już nadzieję, ze coś napiszę, ale dzieć wrócił ze szkoły i do garów trza.
    Przemyślę i napiszę.

    OdpowiedzUsuń
  6. http://dzieciologia.blogspot.com/2013/06/nominacja-i-zabawa.html ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Poparzyłaś się chyba mocno! Ściskam! Dziękuję za komentarz - odpisałam;)

    OdpowiedzUsuń