środa, 12 grudnia 2012

Wrrrr

Pewna bardzo mądra dziewczyna napisała kiedyś na swoim blogu, po paru niemiłych spotkaniach z niemyślącymi ludźmi: "Dziś Was głupie ludzie nie lubię!"
Była to Joanna Sałyga (Chustka).

Ja też dziś paru takich nie lubię...
Spotkanie było wirtualne, ale złość jest żywa i realna.
A rzeczy dotyczy metod wychowawczych. Ciężki temat.
Tym cięższy, im bardziej rodzic żyje w przekonaniu, że metodą na płacz czy krzyk dziecka jest odstawienie go na schody. (Notabene zaskoczony jest potem, że dziecko się schodów boi. Eureka po prostu!) Albo gdy psycholog radzi takiemu, by rozwrzeszczaną istotę zamknąć w pokoju, co też skrzętnie czyni! (Tu mi już wszystko opadło, nawet to, co się jeszcze jako tako trzyma.)
Albo gdy rodzic taki wali w twarz swoją dwulatkę, bo ta bojąc się mycia głowy siłą, próbuje się bronić, wierzga i krzyczy.
Inne przykłady:
Matka odstawia dziecko 11miesięczne do drugiego pokoju, bo pijąc mleko z piersi ugryzło ją. Zarządza więc odstawienie od piersi i wyprowadzkę.
Matka oznajmia, że próbowała rozmów! (z dwulatką) ale nic nie dały, więc stosuje karne schody.
Matka straszy dziecko schodami, gdy to rzuci zabawką.
11miesieczne dziecko po trzech próbach usypiania zostało zostawione samo w pokoju. Buntowało się, aż przestało i zaczęło zasypiać samo. Matka uznała to za wychowawczy sukces.
Matka zostawia niespełna dwuletnie dziecko z przepukliną samo, aż się wykrzyczy. Po 20 min dziecko zaczyna dostawać spazmów, zanosi się i trzęsie. Matka czeka...
Tatuś określa swoje płaczące dziecko jako "potworka", bo to nie daje się układać siłą.
Dwulatka upuszcza swoje emocje masturbując się, a rodzice toczą boje o to, kto ją bardziej rozpuszcza i nakładają kolejne kary w celu rzekomo wychowawczym.

Mój komentarz będzie kolokwialny, żeby nie powiedzieć brukowy:
rzygać mi się chce!

***

Posłużę się cytatem, który będzie najlepszą odpowiedzią na podobne kretynizmy wychowawcze. Chociaż sądząc po tym co przeczytałam od dwóch miłych pań, lepszą nauką mógłby się okazać strzał patelnią w pusty łeb.

"Na różnych etapach życia dzieci mają różne sposoby wyrażania trudnych emocji. Żeby je zrozumieć, trzeba zawsze uwzględnić wiek dziecka i jego indywidualność. Malutkie dzieci wykorzystują do radzenia sobie z trudnymi sytuacjami takie metody, która są im znane i dostępne. Na początku płaczą, krzyczą, protestują, Potem uczą się nowych sposobów wyrażania tego, co dla nich trudne. Biją, kopią, drapią. Wrzeszczą, wyzywają. Tupią, rzucają przedmiotami, rzucają się na ziemię. Każdy z tych sposobów w pewnym wieku jest zupełnie naturalną i typową reakcją.
Pytanie więc nie brzmi: jak oduczyć moje dziecko szczypania, bicia, gryzienia, a raczej: jak nauczyć moje dziecko innych, bardziej przyjaznych dla otoczenia i bardziej dojrzałych sposobów wyrażania emocji.
(...)
Warto przy tym pamiętać, że małe dziecko musi energię płynącą z silnych emocji jakoś spożytkować. Dziecko żyje bardziej w ciele niż dorosły i reaguje na trudne sytuacje za pomocą ciała. (...)
Tak jak zając, który się przestraszy, musi się przebiec, bo inaczej umarłby na atak serca, tak i dziecko, które się zezłości, musi jakoś poradzić sobie z mobilizacją swojego organizmu.
(...)
Złość jest niezbędna do przetrwania. Przeciwieństwem złości nie jest miłość i radość, tylko depresja!
(...)
Kara powoduje trudne uczucia: złość, bunt, wstyd, smutek. Choć stanie w kącie jest uważane za dobrą metodę, czasem trafia się na egzemplarz, którzy trzeba tam zaciągać siłą. Nie dlatego, że z dzieckiem jest coś nie tak, tylko dlatego, że czytelnie pokazuje, że nie jest to skuteczna droga do dobrowolnej współpracy.
(...)
Dziecko, które przyjmuje karę ze spokojem, raczej nie nauczyło się współpracować. Prędzej nauczyło się kłamać albo się bać!
(...)
Właściwie większość "tradycyjnych" metod wychowawczych oparta jest na strachu, wstydzie i poczuciu winy.
Na strachu przed złością okazywaną przez rodzica, albo izolacją od niego wtedy, kiedy dziecko najbardziej potrzebuje wsparcia.

Przykład:
zachowanie małych rezusów w badaniach Harlova, które przytulały się do pluszowej matki tym mocniej, im bardziej przerażające dźwięki ona wydawała. Kiedy ich poczucie bezpieczeństwa było zachwiane, szukały pomocy tam, gdzie prowadził je instynkt.
Natura niestety nie przewidziała sytuacji, w której to rodzic jest źródłem zagrożenia dla dziecka."


Autor:
Agnieszka Stein
Źródło:
"Dziecko z bliska"

Tyle moich wrażeń  na dziś.

23 komentarze:

  1. Nie dodałaś, że tatuś "klepie" dziecko w twarz gdy to histeryzuje przy myciu włosów... Dziecko niespełna 2letnie.

    Rzygać to za mało.

    Nie jestem, nie byłam i zapewne nie będę mamą idealną. Ale do jasnej cholery, przynajmniej staram się myśleć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do myślenia potrzeba mieć szare komórki, a to jest, mam wrażenie, towar deficytowy obecnie.

      Usuń
  2. Skąd to wzięłaś?Te osoby w sensie?

    Brzmi jak z horroru:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monia niestety są takie "egzemplarze":( znam kilka...:(

      Usuń
  3. Niestety znam osoby, które mają takie podejście...Wyznają zasadę "dzieci i ryby głosu nie mają"...nie raz słyszałam "dobre rady", gdy Ania była mała:) Wiesz gdzie je miałam?:)
    Ania spała ze mną do 4 roku życia. Nie wyobrażam sobie zostawić płaczącego dziecka w pokoju i czekać. No jasne, że w końcu przestanie. Bo przywyknie do takiego stanu rzeczy. Sukces to wątpliwy...
    Nie jestem za bezstresowym wychowywaniem dzieci, ale tez nie jestem za bezmyślnym tresowaniem:( Pewnie, ze w którymś momencie trzeba zacząć konsekwentnie wymagać od dziecka określonych zachowań, ale na pewno nie za pomocą "klepania" czy zamykania w pokoju. Tak na marginesie mój tato karał mnie taki sposób, że zamykał mnie w ciemnej toalecie. Cierpię na klaustrofobię...Czasami za karę sadzał mnie na bardzo wysokiej szafie...panicznie boje się dużych wysokości...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewna znana mi pani karała swojego syna każąc mu siedzieć w kiblu i czytać na głos.
      Jak sądzisz, jak bardzo lubi dziś czytać?

      Niektóre metody mnie porażają. Wyobraźnia rodzica czasem przekracza wszelkie normy.

      Usuń
  4. U nas karne schody zarządza córka - i biedna mama musi iść na piąte piętro. Dziecko trzeba zrozumieć, to podstawa. U nas zasada jest jedna - Julka płaczem nic nie wymusi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wierzyć się nie chce, że ludzie tak potrafią traktować własne dziecko :/ Nie umiem tego skomentować, strasznie mi smutno, jak takie coś czytam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też było smutno.
      Dopóki jedna z tych pań nie zaczęła oburzać się na matki próbujące jej coś doradzić. W końcu przyszła z problemem...
      Były fochy, obraza majestatu, wycieczki osobiste, co tylko bądź.

      Smutno mi z powodu dziecka.
      A ją to bym chętnie walnęła dla oprzytomnienia.

      Nie mam w sobie tolerancji dla głupoty.

      Usuń
  6. O matko, skąd to masz?.. Az się wierzyc nie chce że istnieja tacy "rodzice"..:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że nie mało, skoro dwie się napatoczyły jednego dnia na jednym forum, broniąc się wzajemnie.

      Usuń
    2. Ja się zastanawiam czy to nie jedna i ta sama osoba, wiesz?

      Usuń
  7. Moim zdaniem, temat poruszony przez Ciebie jest trochę grząski. Oczywiście przykłady, które przytoczyłaś są przerażające, takie zachowanie i takie metody - straszne. Z drugiej strony, nadmiernie pobłażając również można skrzywdzić dziecko. Szczerze mówiąc, mam z tym ogromny problem, bo mój Jasio po prostu owinął mnie sobie wokół palca. Mam wrażenie, że tylko rodzic potrafi wyczuć pewne granice swojego dziecka(granicę między wymuszaniem a histerią, histerią a strachem). Ale jeśli rodzic zaślepiony gniewem nie jest w stanie myśleć...Jest wielu ludzi, którzy nie powinni mieć dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bardzo wiem jak można pobłażać dziecku w wieku 11mcy, powiem szczerze.
      Daniel ma 2,5 roku i też nie bardzo sobie to pobłażanie nadmierne wyobrażam.
      On może naprawdę dużo. W zasadzie wszystko co typowe w tym wieku. I nie mam chyba większych problemów wychowawczych. W zasadzie to po takich rozmowach jak wyżej dochodzę do wniosku, że żadnych nie mam.

      Usuń
    2. Może się źle wyraziłam. Pobłażanie rozumiem jako niewyznaczanie pewnych granic, których każde dziecko przecież potrzebuje. Mój synek bardzo wyraźnie mnie testuje, na co mu pozwolę i w jaki sposób może to osiągnąć. A ja nie zawsze w wyznaczaniu tych granic jestem konsekwentna, to miałam na myśli pisząc, że mam z tym problem.

      Usuń
    3. Ja wiem co miałaś na myśli.
      Ja to po prostu inaczej widzę. Nie wyznaczam sztywnych granic, nie opieram się na konsekwencji.
      Nie uważam też, by Daniel mnie testował.

      Ot inne spojrzenie, na te same zapewne, rzeczy. :)

      Usuń
  8. Myślę, że trzeba dużej pracy w sobie, żeby oddzielić we własnym umyśle "pozwalanie na emocje" od "pozwalania na wszystko".
    Jako dziecko miałam dwa domy. U jednej babci niezbyt ostra, ale jednak w zamyśle tresura, u drugiej całkowita "wolność" i spełnianie zachcianek. Z pierwszego domu wyniosłam liczne przymusy i wstyd, z drugiego "obowiązek radości". W żadnym nie miałam prawa do tzw. "złych" emocji - do złości, smutku, tęsknoty. W pierwszym załatwiano to krytyką (jak będziesz taka odęta to cię nikt nie będzie lubił), w drugim przyjemnościami i brakiem granic (w domyśle: dam ci wszystko, tylko już się uśmiechnij). Z obu domów wyniosłam cholerne poczucie winy i bunt. W obu brakło kontaktu.
    Myślę, że to częste doświadczenie. Obserwuję osoby stosujące to "naprzemiennie". Skądś im się wzięło. Trudno znieść demonstrację emocji dziecka, kiedy się własnych uczuć nie zna, nie rozumie, nie przyjmuje, nie radzi sobie z nimi. Jeszcze trudniej pozwolić publicznie, pod ostrzałem spojrzeń i komentarzy. No i dochodzi nadmiar decybeli w ciasnym mieszkaniu - być może pierwotne matki w jakimś lesie miały łatwiej.
    Jednorazowe trzaśnięcie delikwentki patelnią raczej nie pomoże, ale mały pojedynek na patelnie, kto wie - może by poczuła pierwotną przyjemność wyrażania swojej agresji i potem dziecku pozwoliła? Oraz nabyła worek treningowy? Słyszałam o pewnym klasztorku, gdzie siostrzyczki na strychu taki mają i podobno nieźle sobie radzą z konfliktami :-)
    Coś mi przydługo wyszło, wybacz.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło.
      Skądś to znam. Mam znajomego, który dużo dostawał jako dziecko od dziadków. Od rodziców nawet uczuć. Emocje nie były akceptowalne. Dziś ma 40 lat i jak mu ciśnienie skacze to rozwala dom.
      Potrafi uciec z chaty i wracać o północy, bo żona zła, albo sprawił jej przykrość.
      Ucieka od każdych emocji "negatywnych", nie rozumie ich i nie potrafi przyjąć. Ani u siebie, ani u innych.
      Koszmar zupełny.

      Przydługo ale twórczo. :)
      Miło mi. :)
      I dzięki za odwiedziny!

      Usuń