czwartek, 8 listopada 2012

Zabawa językiem... obcym

Dostaliśmy radę (czemu ja ciągle piszę w liczbie mnogiej? o_O) by zapisać dziecko na zajęcia intelektualne jakieś, dopasowane do wieku of course. Młody kontaktowy ale oporowy, różnie reaguje na polecenia, trzeba go adoptować do grupy, uczyć że pewne rzeczy robi się na hasło, że to nie jest rozkaz ani walka ale forma współpracy, zabawa, tak wygląda życie po prostu.
Neurologopedka wrzuciła nam namiar - szkoła językowa Filomata. Poszukałam, poczytałam, zadzwoniłam.
Grupa dla 2-3 latków, angielski w zabawie. Pani przez tel. zapewniła mnie, że się bawimy, oswajamy, nie uczymy języka, to nie są lekcje.
Super, bo ja nie szukam "szkoły" sensu stricto, nie chcę "lekcji", ani "uczyć" języka obcego.
Szukam zajęć w grupie, adaptacyjnych, uspołeczniających, wspólnej zabawy z innymi dziećmi, albo dziećmi i ich rodzicami. Zajęć zorganizowanych, nie w typie hulaj dusza, piekła nie ma, jak na placu zabaw...
Zapewniono mnie, że takie znalazłam.
Bosko :)

Cena słaba, coś koło 1400 na rok szkolny wychodzi, ale system ratalny, więc coś wymyślimy...

Pojechałam. Tzn. pojechaliśmy.
Wczoraj.

Sala malutka, na środku dywanik, pod ścianą dwa rzędy ławek i małe krzesełka. Biurko, tablica. Koniec.
Na zajęciach były 4 pary rodzic - dziecko. Tak mi też powiedziano przez tel. Fajnie.
No to jedziemy...

Albo raczej lecimy, do Anglii. Dzieciom się podobało furganie po sali z rozpostartymi łapkami. Doleciały, usiadły. Dziewczyna prowadząca coś zaczęła gulgać... Nagle jedna z mam mówi, że jej syn chciał coś spytać. Chłopczyk chciał wiedzieć jak jest koparka po angielsku. Pani zrobiła minę, jakby pierwszy raz słyszała to słowo, pomyślała, pomyślała (podejrzanie długo), po czym rzekła: "truck".
No nie powiem, zdziwiona byłam... :)
Chłopczyk chyba też.
Potem zrozumiałam, że miał prawo, bo na zajęciach były już samochody osobowe i ciężarówki, czyli "car" i "truck". Zapewne jego mała główka oczekiwała innego słowa na określenie koparki. I całkiem słusznie, jak sądzę. Nic to... przełkniemy.
Przedstawiliśmy się, albo raczej pani przedstawiła dzieci, najpierw pytając o imię, potem odpowiadając za nie, albo robili to rodzice. I znowu się zdziwiłam, że po dwóch miesiącach żadne z dzieci (wszystkie starsze od Daniela) nie odpowiedziało nawet samym imieniem na zadane pytanie (nie wiem więc czy w ogóle pytanie rozumiały), ale wzięłam to na karb tego, że jeszcze się nie rozkręciły.

Później pani pokazała obrazki, które dzieci już znały i prosiła o ich nazwanie. Utrwaliły się aż dwa: car i bus. 
Przyszła kolej na piosenkę i chodzenie w kółko, tupanie, podskakiwanie, kucanie, ukłony i takie tam. Fajnie.

Potem czas na naukę nowych słów. Pani prowadząca wyjmowała jakieś pudła, raz po raz odwracając się do nas tyłem w poszukiwaniu odpowiednich i ku mojemu zaskoczeniu, kontynuowała wtedy swój monolog... Nie wiem co słyszały dzieci, bo ja mało. O rozumienie nie pytam, bo wiadomo, że nikt nie rozumiał wtedy nic.
Opowiadając dalej przedstawiała kolejne przedmioty, podając dzieciom kolejno po: autobusie, ciężarówce (tu się okazało, że niektóre dzieci dostały swoje "truck" w postaci betoniarki.... co mnie zdziwiło po raz trzeci), zegarku, słomce jakiejś, skarpetce i kaczce.
Biedne małe łapki nie wiedziały co mają brać. W lewej truck, w prawej bus, a tu jeszcze podali duck, zaraz potem wjeżdża jeszcze clock i kolejne gadżety o równie dziwnych  nazwach...
Zaczęłam mówić Daniowi do ucha co ma w łapce, bo był nieco zdezorientowany o co w tym wszystkim chodzi. Nie dali się bawić tym co podali w ręce, podawali następne, potem zabierali. Meksyk.
Ładnie powtarzał i chyba rozumiał, że nadaję temu inne niż on zna nazwy, zamienniki. Tak myślę. Ale słuchał tylko w oderwaniu od lekcji, bo na sali był mały rozgardiasz. Pani coś mówiła, zdaniami... więc dzieci nie wiedziały za bardzo co mówi i o czym. Rodzice albo nawracali dzieci na poduszkę i usadzali grzecznie koło siebie, albo też coś do nich mówili.... zdaniami, po angielsku.
Zasłuchałam się.
Mama powtarzała do dziewczynki, żeby usiadła na poduszce. Raz, drugi... piąty. Dziewczynka nie rozumiała, więc oczywiście stała nadal.
Do teraz dumam czy chciała to dziecko nauczyć tego zdania, czy uzyskać siad skrzyżny. o_O
Podobnie druga, polecenia wydawała w angielskim. Dziecko odpowiadało na nie tak samo jak poprzednie, czyli wcale.
I nagle zdałam sobie sprawę, że cały udział rodziców na tych zajęciach polega na udzielaniu poleceń: chodź, wstań, usiądź, zrób i inne bla bla.We własnym lub obcym języku. Czyli na zachęcaniu (tak to nazwijmy umownie) do słuchania, skupienia się i nauki. Tak, nauki, nie zabawy.

Na zabawę były dwie minuty, gdy dzieci dostały gumową drogę i mogły po niej pojeździć trzymanymi pojazdami, przy muzyce.

Potem dzieci otworzyły książeczki i kolorowały obrazki przedstawiające ww. przedmioty. Okazało się po chwili, że to przez nas, bo my nie mieliśmy książeczki i dostaliśmy xero jednej strony, normalnie to te obrazki oblepia się naklejkami pochodzącymi chyba z zakupionego zestawu.

Kolejna piosenka, nie wiem o czym, bo jedno z dzieci postanowiło ubrać sobie te prezentowane skarpetki na nóżki, tzn. dobrało sobie drugą sztukę (bardzo dobrze zresztą) i założyło na siebie, drugie coś tam hopsało i mama je usadzała w miejscu, a kolejne chciało się bawić, chichrało, po czym odeszło do tyłu robiąc zza winkla akuku, przy wyraźnym niezadowoleniu rodzicielki. Rozproszyłam się. :)

Polecieliśmy do Polski i zajęcia się skończyły.
Spojrzałam na zegarek - minęło... 30 minut! o_O

Poczułam się dziwnie.
Niby Danio się tam dobrze czuł, no i zachowywał całkiem fajnie. Ładnie odbierał przedmioty, oddawał, wstał po kredkę i oddał ją, nie chciał rysować, ale poza tym był kontaktowy i zainteresowany. Otoczeniem, bo nie językiem. Tego chyba nawet nie zakodował, z wyjątkiem chwil, gdy mu trzymane przedmioty nazywałam.
Ale z drugiej strony... trzydzieści minut raz w tygodniu nie-zabawy i nie-nauki za 140 złotych?
Adaptacja słaba, bo każdy sobie... Rodzic pilnuje dziecka, dziecko próbuje się nie skupić i bawić, prowadząca próbuje przemycić swój program przerywając te chwile rozproszenia.
Zabawy nie widzę, no chyba że liczyć te chwile, gdy dziecko coś dostaje do łapki, bo potem to wszystko polega na utrzymaniu  malucha na tej poduszce nieszczęsnej i zainteresowaniu jakimś tekstem, piosenką, nazwą nową itp.
No zdurniałam, przyznam...

Postanowiłam porozmawiać z panią, która uczestniczyła w zajęciach jako obserwator - kontroler. :) Chyba mnie nie zrozumiała, a nawet na pewno zrozumiała mnie odwrotnie. :) Usłyszałam coś o tym, że każde dziecko swoim rytmem, a potem by nie stawać do wyścigu i wyluzować i tak mnie zatkało, że cała reszta zlała się w jedno długie blablablabla...
Poszłam do sekretariatu po resztę info.

I tak okazało się, że:
- grupy są nie 4, a 8 osobowe i ta grupa, razem z nami liczyłaby w tej chwili osób 7 (tzn. 7 dzieci), a ósma w każdej chwili jeszcze może dość... (nie wiem jakim cudem tam ma wejść 16 osób na ten mały dywanik, gdzie wczoraj osób 8+nauczyciel to już było sporo)
- na następne zajęcia trzeba mieć już zestaw materiałów, a te kosztują wraz z pierwszą ratą za zajęcia... bagatelka 380złotych
- potem trzeba zapłacić 180 zł w grudniu i 160 zł w styczniu, a później 100 co miesiąc (notabene świetnie pomyślane, na początek big kasa, to nie żal jak ktoś odejdzie, zawsze jest z niego zysk)
- koniecznie trzeba dzieciom puszczać zakupioną płytkę i to minimum dwa razy dziennie.... ko-nie-cznie o_O
Wzięłam harmonogram wpłat i wyszłam. Zapakowałam Gada do auta i całą drogę myślałam...

* Pół godziny razy cztery tygodnie to dwie godziny w sumie. Dwie godziny zajęć za 140 złotych miesięcznie.
* W domu puszczanie muzy i tekstów w obcym języku, czy chce czy nie chce.
* Jak nie chce to odstajemy od grupy i jesteśmy tam bez sensu, żeby posiedzieć, bo ani razem nie śpiewamy, ani nie rozumiemy o czym śpiewają, zupełnie jakbym poszła teraz na chiński film bez tłumacza i z opaską na oczach.
* 1400 złotych wyrzucone na zajęcia adaptacyjne bez adaptacji.
* Nauka języka nie oszukujemy się, odbywa się w domu, czyli praca własna. To po co gdzieś jeździć i za to płacić? Zestaw płyt Helen Doron kupię na allegro za 4 dychy.
* Trzeba się tam jeszcze dostać, a w tym celu należy przejechać całe miasto...
* Jeśli przy 4 parach był rozgardiasz, to co będzie przy 7, albo nie daj Bóg 8? I gdzie oni na rany Chrystusa się tam wcisną?
Itd. w podobnym stylu mi się kotłowało.

Przespałam się z tym.
Nie podobało mi się.
Nic mi się nie podobało.

Czemu te zajęcia nie są dłuższe? Mogłyby mieć więcej zabawy w tle i trwać godzinę. Po co ten pęd? Czemu dziecko nie może się zapoznać z tą zabawką w spokoju? Czemu musi poznać od razu 6 nowych, w trzy minuty?
Poznać... Zobaczyć. Bo nazwy tych rzeczy to dopiero w domu pozna. Już rodzic o to zadba - co do tego nie miałam wątpliwości. :)
Czemu taki natłok wszystkiego? Piosenka, zabawa, rysowanie, piosenka i powtarzanie, powtarzanie tego samego ciągiem, tratatatata..... seria z pistoletu.
Nie, nie jestem taka tępa, wiem dlaczego. :)
16 dzieci w godzinę  po 140 miesięcznie, to więcej niż 8 dzieci po 140... Słaba byłam z maty, ale tyle to umiem policzyć. No i mam kalkulator, taki wypas, a co...

Nie.
Dziękujemy.
Spróbujemy gdzie indziej. Inaczej.


10 komentarzy:

  1. Wychodzi 70zł za godzinę, a za tę kwotę to ja ci załatwię dobrego oligowca-anglistę prywatnie do domu. Ba, nie za tę kwotę - za połowę tej kwoty :D
    No, ale nie o język tu chodzi. Koszmar jakiś opisujesz. Ja tam ogólnie przeciwna jestem językowi obcemu w tym wieku, że już o formie nie wspomnę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie to tam nie ma formy. Pani robi program, dzieci swoje, a rodzice liczą ile im kasy ucieka, gdy dziecko nie uważa. :)

      Usuń
  2. Dla porównania fajne zajęcia muzyczne mamy za tę samą kwotę, a godzin jest dwa razy tyle. Trwają godzinę i dzieci naprawdę się tam bawią i dużo bardziej uważają na to co się dzieje...

    Już pomijam, że pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
  3. A czy gdziekolwiek znalazłaś informację , jakie przygotowanie do zawodu miała owa pani prowadzaca?
    Uczenie małych dzieci to bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Niestety w większości szkół prywatnych jest to traktowane dokładnie odwrotnie - dziecko, wiec nie musi byc konwersacja b skomplikowana, więc niech to robi studentka, byle mało za godzinę chciała i byle dla nas zostało jak najwiecej.
    Przykre? Ale prawdziwe:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic o tym nigdzie nie piszą. A pytać nie pytałam, bo Filomata to szkoła. Nie prywatny kącik nauki dzieci, oni mają przedszkola, szkoły językowe, podstawówkę, gimnazjum, liceum, cały komplet. Nie przyszło mi do głowy, że zajęcia mogą prowadzić ludzie bez kompetencji.

      Ale to i tak mniejsza. Najważniejszy zgrzyt dla mnie tam to czas, jaki przeznaczono dla grupy. Odbębniony program, a dzieci uczcie w domu...

      Usuń
  4. Byle jak najwięcej kasy wyciągnąć... Masakra...

    OdpowiedzUsuń
  5. też bym odpuściła, ogólna masakra

    OdpowiedzUsuń
  6. Pol dnia myslalam o tym wpisie, strasznie mnie wk... takie olewackie podchodzenie do nauczania, jak z ta nieszczesna koparka. Nie mowie, ze ona ma miec slownik oxfordu w glowie i ma w pol sekundy odpowiadac na pytania, ale jednak warto czasem powiedziec chocby 'zaraz sprawdzimy razem!'. To, ze zapytalo dziecko nie upowaznia do dawania olewackiej odpowiedzi.
    Pewnie wytlumaczylaby sie, ze powiedziala truck, bo to slowko juz znali, ale mysle, ze zwyczajnie w glowie zabraklo innego.

    Takie szkolki jezykowe dla malych dzieci to czysty biznes, klient 'niewymagajcy', jak nauczyciel kiepski - nie poskarzy sie, kasa szkole leci, a lapia sie na to rodzice, ktorzy chca 'za dobrze', chca by te ich pociechy mialy zapewniony jak najlepszy start w zyciu, licza, ze sie dziecko 'oslucha' i jak przyjdzie pora, to bedzie speakac po englishu bez effortu.
    Raz, ze troche to naiwne, bo latwo sie naciac, a dwa, ze zakladajac, ze dzieci faktycznie chlona jak gabka, to chlona tez glupoty... np truck czy jak mnie kiedys podano przyklad - sufit (celing) wymawiamy przez pania nauczycielka maluszkow 'sejling', jak taki maluszek kiedys pojdzie sejling (sailing) to sie zdziwi ;)

    Takiego 'osluchania' jak w tej szkole to mozna taniej, chocby z plyt czy nawet tv, no i umowmy sie, ze poziom dla maluszkow, to nawet jak kto juz musi, to sam lub ze studentem za duzo mniej.

    Dla was to juz zupelna porazka - 8 osob w malym pomieszczeniu, malo czasu, na integracje, adaptacje czasu nie bedzie. Psu na buty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety mam takie samo wrażenie.
      Trzepanie kasy.
      A Ty matko, ucz dziecię w domu. Osłuchuj.

      A potem taka pani żaglówkę na suficie umieszcza i masz gips. :D

      Usuń