poniedziałek, 22 października 2012

Szczyrk nas nie lubi

Ostatni ciepły weekend tego roku i dziadek wydumał wycieczkę sponsorowaną do Szczyrku. Nie bardzo mi się chciało, jakoś źle byłam nastawiona, jakby coś się miało stać, coś mi mówiło, żeby nie jechać. Próbowałam go namówić na odwiedziny parku w Mosznej, ale się zaparł...

No i pojechaliśmy.
I chyba tylko po to, bym się przekonała, że jak mi kobieca intuicja mówi: nie jedź kobieto, to znaczy: nie jedź i już!

Moja pierwsza wycieczka do Szczyrku (jeszcze z Ex takim mocno ex) kojarzy mi się z bardzo drogą pizzą zjedzoną gdzieś na głównej ulicy, która miała max rozmiar i obrzydliwy smak plus całkiem płynne wnętrze, z zupełnie rozpaćkanym ciastem na środku. Skończyło się na zjedzeniu obwódki bez okładu, tej która urosła i wyschła i powrocie do domu. Gdzie jeszcze wtedy byliśmy poza wyciągiem i pizzerią nie pamiętam.

Moja druga wycieczka do Szczyrku (z ostatnim Ex) umajona była deszczem, który złapał nas w połowie pierwszego odcinka, który przemierzaliśmy pieszo. Do stacji kolejki (na Skrzyczne jest przesiadka) dotarliśmy cali mokrzy, wysuszyliśmy się trochę w schronisku, zjedliśmy bigos prawie na stojąco (nie tylko my się tam suszyliśmy) i korzystając z chwilowej poprawy pogody i tego, że znowu ruszył wyciąg, zjechaliśmy na dół. Zdobywanie szczytu nie miało już sensu.
Trasa jest długa, a wtedy była jeszcze dłuższa, bo ledwie ruszyliśmy lunęło. Siedzenie na wyciągu w czasie ulewy to impreza nie do zapomnienia. Nawet gumkę w majtkach miałam mokrą.

Teraz była trzecia. Najmniej udana.
Wnioski jakie z niej przywiozłam można podsumować w ten sposób:
- szlak, którym idą "wszyscy" nie zawsze jest szlakiem;
- 15 min na wyciągu to dla dwulatka maks możliwości;
- gdy docieramy do celu, jemy posiłek, nawet jakby była kolejka do żarcia na godzinę, bo czasem plany idą w takim kierunku, że "za chwilę", "na dole", "w drodze powrotnej" nie daje się zrealizować;
- czasem jadąc z dwójką dorosłych ludzi i dzieckiem trzeba planować i myśleć za całą trójkę;
- niektóre przepisy pod nazwą "względy bezpieczeństwa" są debilizmem, mającym na uwadze wszystko z wyjątkiem względów bezpieczeństwa;
- książeczka GOPR pozostawiona w samochodzie nie daje się podbić na szczycie góry;
- wyciągi z przesiadką mają dwa wyjścia i dwa wejścia, z których jedno może być w danym momencie mało korzystne;
- jeśli korek wiedzie na prawo, nie znaczy to, że droga w lewo nie napotka korka... za chwilę;
- przy gęstej mgle wieczornej nie widać drogi wiodącej wśród pól już przy prędkości 20km/godz;
- światła przeciwmgielne to cholernie dobry wynalazek ale nie działają cudów;
- wycieczka półtoragodzinną, na trasie 90km potrafi czasem trwać i pięć godzin;
- dwulatek potrafi zrobić zabawę nawet ze skakania z wyciągu; 
- pięć godzin za kółkiem to dla mnie o 2h za długo;
- pięć godzin w aucie to dla Daniela o 3h za długo;
- na "wiślance" (albo "gierkówce" jak kto woli) zawsze są "roboty drogowe";
- gdziekolwiek pojedziesz, prędzej czy później napotkasz zwężenie drogi i ruch wahadłowy;
- po 5h w aucie, przy 4h w korku boli lewa noga od sprzęgła, od pięty do kolana włącznie; 

A oto nauka z tej wycieczki płynąca:
- nigdy więcej nie jadę na wycieczkę planowaną przez faceta (w tym przypadku był to mój ojciec);
- nigdy więcej nie jadę tam, gdzie suma jazd wyciągiem wynosi 1 godzinę! (w przypadku Skrzycznego to 4 razy po 15 min);
- nigdy więcej nie jadę z kimś, kto mnie na miejscu informuje, że przyjechał w góry by na nie wjechać i zjechać z nich (jak wyżej - mój ojciec);
 - nigdy więcej nie wybieram się na wyciąg dwuosobowy, gdzie nie wolno jechać z dzieckiem we trójkę, mając je między sobą!!! (żeby małe dziecko traktować jak 1 osobę i żeby zmuszać matkę, by jechała z takim maluchem sama, to jest szczyt wszystkiego!);
- nigdy więcej nie pojadę do Szczyrku, Wisły, Ustronia, Bielska w niedzielę!;
- do Szczyrku to chyba już w ogóle nigdy... 
- nigdy więcej nie posłucham mamy przekonującej: "nie dawaj mu nic na podróż, ma dobry humor!";
- nigdy więcej nie jadę gdzieś, bez konkretnej informacji jakie mój współwycieczkowicz ma plany;

I tyle wrażeń.

Aha - z całej wyprawy mamy aż jedno (fatalne jakościowo) zdjęcie:


 Aha. Jeszcze jedna rzecz. Była piękna pogoda. Ale jakoś mi to umknęło.

16 komentarzy:

  1. No to masz juz doswiadczenie i nastepna wycieczka na pewno bedzie bardziej udana :-) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff, od samego czytania się zmęczyłam :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś w tym jest zeby słuchać siebie,,. Mnie przeczucie NIGDY nie zawiodlo. Wycieczka rzeczywiscie nienajlepiej sie udała, dobrze ze nie lalo/wiało/nie było niedźwiedzia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaby jakaś atrakcja, jakbyśmy nieciecia spotkali. :)

      Usuń
  4. Wybacz, nie powinnam się śmiać, ale Twoje zrzędzenie na wszystko w ty, wpisie jest po prostu urocze. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię rozbawiłam.

      Usuń
    2. Nie gniewaj się. Chodzi o to, ze Ty narzekasz z taką swadą. Nie jak normalna marudząca baba, tylko z przytupem. I to jest fajne. Że niby narzekasz, ale nie biadolisz. :)

      Usuń
    3. Luzik. Eeee ja się nie obraziłam i nie pogniewałam. :)

      Usuń
  5. Ale wygladacie na zdjeciu super! Super wlosy <3

    No i kobiecej intuicji trzeba czasem zaufac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie włosy, czyje włosy?? Moje??
      Nie żartuj. Moje zakichane utrapienie. :/

      Usuń
    2. Twoje! marzenie takie moje :)

      Usuń
  6. gdyby sie dalo, z miejsca daje sie zamieniam i nie przyjmuje zwrotow ;)

    OdpowiedzUsuń