poniedziałek, 24 września 2012

Jak to było

No więc tak...

14go rano miałam stawić się w Klinice Św. Łukasza w Częstochowie, na operację udrażniania zatok metodą Fess. Dzień wcześniej przygotowywałam na to dziecka. Mówiłam, że jutro będzie z babcią, że będzie z nią wieczorkiem i będą razem spać. A mama wróci następnego jak wstaną rano i zjedzą śniadanko.
Trochę tam było "NIE APCIA NIE", ale bez cyrków, powtarzałam raz jeszcze i jeszcze raz, z uporem maniaka. W końcu przyjął do wiadomości.

14go rano wyszłam z domu po 6ej, gdy młody jeszcze spał. Szanowny Ex zawiózł mnie do Częstochowy i tam zostawił na izbie przyjęć. Robiłam w majciory ze strachu. O dziecko, o to jak zareaguje i o to, że może się nie obudzę... Operacja w znieczuleniu ogólnym, z intubacją, a ja mam głupie serce, które nie lubi narkozy i mocno przegina z tętnem. Mając w pamięci przypadek babci Exa, która poszła do szpitala na prosty zabieg i już nigdy nie wróciła, oraz teściowej koleżanki, której zdarzyła się taka sama "przygoda" z operacją, przed wyjazdem ustaliłam pewne sprawy z mamą, powołałam na świadków parę bliskich mi osób i nabazgrałam na kartce parę zdań.
Tyle że trudno zapisać komuś dziecko...
W drodze do szpitala szanowny Ex objaśnił mnie, że jakby coś nie teges, to on bierze Misia. Tętno skoczyło mi natychmiast, już na parę godzin przed operacją... Jakby nie to, że prowadził, to chyba walnęłabym go w pysk... Policzyłam do stu, przedstawiłam swoje stanowisko i postanowiłam nie dyskutować. Szczęściem on też zamilkł w końcu.
Ech... Ciężkie klimaty.

Operować raczyli mnie dopiero po 16ej, więc trochę się nastresowałam. W międzyczasie dostałam x esemesów o treści "czy już?", "już po?", albo "nie strasz mnie, daj znać". :) Ale doczekałam w końcu tej przyjemności i jak widać, obudziłam się. :)

Wieści od mamy ograniczone. Generalnie dawała tylko znak, że wszystko jest ok i mam dochodzić do siebie. Dopiero potem przyznała się, że też robiła w gacie ze strachu. I cwanie sobie to wszystko obmyśliła... Otóż, umówiła się z koleżanką, sąsiadką swoją, którą notabene Daniel bardzo lubi i zaprosiła do nas. Ciotka Ala przyjechała ze swoim mężem i przytachała po drodze mojego ojca. I tak oto dziecko miało atrakcje popołudniowo - wieczorne i o mamę nawet nie pytało. Tylko objaśniało dziecka, gdy macał mój sprzęt fotograficzny, że to MAMI. :)
Chłopy pojechały, a Ciocia Ala została na noc. Tak więc do poduszki Danio miał ciotkę i babcię, a rano gdy wstał, nie zdążył jeszcze o mnie zapytać, bo znowu zaskoczył go widok ciotki. Noc też była ok, miał przygotowaną hydroksyzynę, ale odmówił mleka do poduszki i jej nie wypił... Spał do 7 rano, bez wspomagaczy. I bez mamy. Za to mocno wkręcał się w babcię.
Dopiero w drodze na spacer wystraszył je obie do nieprzytomności, bo na widok sąsiadki, którą lubi i która go zawsze zagaduje, powiedział z trzęsącą brodą: NIE MA MAMI.

Wróciłam koło południa 15go września, z pomocą Exa.
Weszłam do domu, dziecko mnie zobaczyło, uśmiechnęło się i odwróciło do stołu, na którym jeździło motorkiem. Zamarłam...
Rozebrałam się, a on nic. Podeszłam, a on nic. Chciałam przytulić, a on się odsunął i pokazuje mi motor mówiąc CIOCIA ALA DAŁA.
Szczerze mówiąc było mi słabo... Nic, żadnej reakcji, przytulenia, objęcia, radochy takiej jak zwykle, gdy wracam do domu, nic kompletnie. Jak bym wyszła do wc.
Oswojenie ze mną zajęło mu pół godziny. Godzinę później wlazł na mnie i nie zlazł do tej pory.

Taki test dla moich naczyń  krwionośnych w nosie... Miałam dwa tygodnie nie sprzątać, nie nosić dziecka, nie dźwigać nawet butelki z wodą 5l, nie nachylać głowy, nawet do mycia itd. itp. Tymczasem w 18h po operacji już niosłam Gadzinę z pokoju do kibelka, bo nie chciał  zejść nawet na czas wykonywania przeze mnie fizjologicznych czynności...
Ale jest dobrze, jucha z nosa nie poleciała, nie wykrwawiłam się na śmierć i nie musiałam wracać do szpitala na sygnale. Generalnie nie ma źle.

To tyle atrakcji poszpitalnych.

Ostatni tydzień był fajny. Faza upierdliwości przerwana moim szpitalnym pobytem, nie wróciła po powrocie. Bywa różnie, trochę lepiej, gorzej, potem całkiem dobrze, ale nie ma źle. Pady bywają po dwa, trzy na dzień, generalnie o nic, ale też szybko się kończą. Podobnie rzuty przedmiotami. Da się znieść. Krzyków, ryków itp. jakoś nie ma.
Bolą piątki i od paru dni coś jest w uszach. Obstawiam, że to przez zęby, ale ponieważ ja mam bakcyla w nosie i gardle (właśnie go morduję antybiotykiem - siódmym w tym roku) to może i jemu przekazałam... Idziemy więc do pediatry dziś, by to sprawdzić. 

Poza tym auto daje mi w dupę, bo znowu zdechło. Zaczynam wierzyć w winę wilgoci. W sobotę pokropiło i w niedzielę dup, akumulator pusty. Na kolejną wizytę u mechanika mnie nie stać.
Dziś łaskawy Ex zabrał rzęcha do siebie i niestety znowu stwierdził, że w tej chwili pobór prądu jest jak z książki... :/ Szlag. :/
Do tej pory wymieniłam: filtry do gazu (100,00), żarówki ( 90,00), olej (85,00) i filtr powietrza po kosztach u Exa (30,00). Wydoiłam się do zera... i kwiczę.

A do atrakcji finansowych dochodzi mi teraz cena mleka. Zamiast 7,50zł będę bulić 24,00 za puszkę. A młody jak na złość idąc na drzemkę upomina się o flachę. Chyba wyczaił, że na pustym brzuszku źle się śpi... Więc mamy 4 flaszki na dobę.
Idę z torbami... nie wiem tylko dokąd.

Ścisk!

8 komentarzy:

  1. Dobrze, że już po wszystkim. Teraz dbaj o siebie.
    Co do kasy. Ten kto powiedział, że pieniądze szczęścia nie dają, chyba nigdy nie miał z nimi problemu. Dają spokój, a co za tym idzie wielką ulgę i jakoś tak łatwiej o uśmiech.
    Dzisiejszy świat i tryb zycia nie rozpieszcza. Jest tyle wydatków, że dupa aż pęka z nadmiaru piękna ;)
    Buźki dla Waszej rozkosznej dwójki i dla zuch Babci!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, ze wszystko poszlo dobrze, a teraz duzo zdrowka dla Ciebie i malego.
    A co do mleka, to probowalas kiedys mleko ryzowe albo kokosowe?

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj tam, oj tam... Statystycznie rzecz ujmując, skoro skrzywdzili babcię Eksia, to Ty mogłaś byś spokojna...
    Kostucha nie zabiera seryjnie z jednej rodziny...
    Ty naprawiona, dziecko spokojniejsze ( moim zdaniem wyczuwa sytuację i na swój sposób się stara ), jeszcze tylko autko trzeba postawić na koła.
    Danio przywitał się całkiem fajnie. Ja po 5 dniach nieobecności w domu dostałam na dzień dobry w pysk. O ryku i rzucaniu klamotów przez 1,5 roczne dziecko nie wspomnę...
    Oczywiście Piotrek nie był w domu sam. Zajmował się nim tatuś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiejsza medycyna mówi, że dziecko w okresie poniemowlęcym jeśli dozna traumatycznego przeżycia, może popaść w stan taki a nie inny, który dziś jak wiemy jest autystyczny. Oczywiście dziecko z predyspozycjami.

      Młody mój ma predyspozycje.
      Z babcią mu jest dobrze. No i babcia go kocha, uwielbia i rozpieszcza. Jednakże nie bywa z nią w nocy. Stąd moje obawy.

      Inna rzecz, że jestem bardzo ciekawa co się musi w takim dziecku dziać, by pobyt z ojcem przez kilka dni stał się dla niego traumatyczny. Niewiarygodne.

      Usuń
    2. To nie tyle pobyt z tatą, który jest odpowiednikiem Twojej mamy ( rozpieszcza, tłumaczy każdy wybryk,cieszy się byle drobiazgiem ), ale moje zniknięcie. Przez półtora roku byłam z nim 24 godziny na dobę i nagle zniknęłam.

      Usuń
  4. Jak ja się cieszę, że żyjesz! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Kropuś:)))))))))))ważne że po:) przytulam i spokojnej nocy życzę...i też przepraszam za ciszę z mojej strony, ale u mnie jakiś armagedon teraz jest:( BUZIOLE kochana***

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana, zdrówka i poszanowania siebie życzę :*

    OdpowiedzUsuń