poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Akumulatory naładowane

Siła naprawdę pochodzi z gór. :)

Nasza sobota miała się tak:

9:35 wyjazd z domu
11:05 w Bielsku - Białej
wyciąg pod Szyndzielnię
z wyciągu obraliśmy kierunek na Klimczok - szczyt
powrót przez Klimczok - schronisko
stamtąd na Szyndzielnię - schronisko
powrót do wyciągu
wyjazd 17:10
w domu przed 19

Trasa wyszła przypadkiem i okazała się być strzałem w 10kę. Pierwotnie mieliśmy robić kółko w drugą stronę. Droga na szczyt Klimczoka była najcięższa i najbardziej stroma, na koniec mogłaby się okazać za trudna z dzieckiem na plecach. Zwłaszcza na tamtym podłożu z piasku i kamieni różnego gabarytu. Na trasie trochę cienia i sporo słońca. Ze szczytu Klimczoka szło się miło i bez wysiłku, najpierw dość stromo w dół (na Siodło) potem w górę, ale już łagodnie. Tyle że cały czas na słońcu. Za to kawałek od Szyndzielni do wyciągu krótki i spokojny. W sam raz na zmęczone nogi. :)

Cała trasa zajęła nam 6 godzin, z czego około godziny spędziliśmy stacjonarnie, w schroniskach, jedząc, czekając na kawę albo po prostu siedząc na trawce.
Polecam!

A teraz konkretny...
W tamtą stronę w aucie dziecko grzecznie siedziało, gadało, śpiewało. Zjadło ogórka kiszonego i jedno ciastko. Żadnego cyrku, wyrywania z fotelika, nic. Jak nie Daniel. :)

Kolejka podobała się bardzo. Mnie też. Trasa krótka, około 2-3 minut. Małe gondolki, na 6 osób.
Na pierwszym odcinku młody sporo szedł. Nie wiem czy  nie przeszedł połowy trasy na szczyt Klimczoka.... Potem trochę na rękach, trochę pieszo. Twardy był do Klimczoka i na miejscu. Tam ciut zjadł pseudo fasolki po bretońsku i ruszyliśmy na Szyndzielnię. Zasnął w drodze. Była 15ta godzina. Niestety spał tylko 10-15 minut. Obudził się w humorze fatalnym (albo raczej został obudzony przez dzikie krzyki pewnego rodzeństwa bardzo się kochającego, które kłóciło się całą drogę, w końcu ich zgubiliśmy) ale rzecz uratowały bańki mydlane z takiej długiej tuby puszczane przez jedną dziewczynkę pod Szyndzielnią. Po kwadransie zrobiło się o niebo lepiej... Ale że nie bardzo było tam czego szukać (schronisko ogromne, terenu wokół jak na lekarstwo) ruszyliśmy w dół. Tu już większość na rękach. Dopiero po zjeździe kolejką spory kawał szedł, na parking.

O dziwo droga powrotna podobna. Byłam pewna, że padnie, a on nic. Nawet oka nie zmrużył. Trochę marudził, ale dał się opanować, nie zrobił żadnego cyrku, nie było dzikiego płaczu. Wracaliśmy dość długo, bo nawi poprowadziła nas przez jakieś wiochy spory kawał, ale daliśmy radę.

W domu chwila marudy, ze zmęczenia.
Potem pomęczyło EE. Ale jak już ten temat opanowaliśmy, w dziecko wstąpiły niezmordowane siły i brykał do 21:30 zadowolony jak gwizdek. :)

Generalnie wycieczka nad wyraz udana. Nie spodziewałam się, że tak dobrze pójdzie. Było super!

A oto dowody naszej wspinaczki:

foto: droga ze szczytu Klimczoka do schroniska

foto: oznakowania pod schroniskiem - Klimczok

foto: przerwa na papu

foto: i na całusy...   

foto: polowanie na bańki pod Szyndzielnią (jak widać dziecko ma zwykle inny kierunek niż ja)

foto: źródełko przy stacji kolejki

Noc pełna wrażeń, chyba odreagowywał, bo kręcił się mocno, kilka razy, w końcu dolałam 2ml hydroksyzyny do nocnej kaszy, wypił i spał już ładnie do 7:30. Wstał w świetnym humorze.

W niedzielę trochę sobie pofolgował po tym miłym dniu sobotnim, ale dość lajtowo na to co potrafi. :)

Heh... chciałoby się jeszcze. Żeby tylko ktoś te wypady sponsorował... ;)
Pomyślimy nad Równicą, tylko tam nie bardzo jest gdzie iść, cała trasa zbyt długa, a sama końcówka (po wjechaniu autem) banalna i krótka.
Jakieś inne pomysły? Chętnie przyjmę... :)


15 komentarzy:

  1. Wypatrywałem Was z balkonu ;-)(mam ładny widok na Klimczok).
    Zapraszam do Bielska ponownie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę. :)

      A ja szukałam wieści co jest fajnego w okolicy co zobaczenia i nic, nikt się nie zgłosił. :)

      Usuń
    2. Ups! :-(
      Poprawię się następnym razem.
      Ale Twój plan dnia był bardzo trafny. W wolnym czasie też dajesz radę bez "przewodnika" ;-).
      Pozdro!

      Usuń
  2. Cieszę się, że wyprawa Ci się udała. Zaczynam odchudzać padalca, bo przy obecnym stanie wagi nigdzie go nie wniosę.
    A jakiegoś fajnego misia tam nie było?

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam na myśli ciepłego faceta, lubiącego dzieci grubiutkim portfelem oraz dużą fantazją w wydawaniu tego, co w portfelu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Miało być z grubym portfelem, ale łapki Piotrka kasowały mi to, co napisałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę faceta z fantazją do wydawania, już takiego miałam, dzięki. :)

      Misie to mi się kojarzą bardziej z pewnym gabarytem, niż z grubym portfelem. :D

      Usuń
  5. Nie wykazuję dziś precyzji myśli. Niech to będzie nawet świstak, byle z dobrym, jednorodzinnym charakterem. A fantazja w wydawaniu potrzebna jest do robienia niespodzianek Tobie i Daniowi.
    Zdjęcia fajne, ale Ty robisz lepsze. I pewno zrobiłaś. Tyle godzin poza domem, podziwiam.Nic dziwnego, że Danek się kręcił. Przetwarzał nowe dane. Tyle wrażeń. Musiał to sobie wszystko uporządkować.
    Mój akumulator w takich okolicznościach przyrody by padł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój osobisty akumulator miał się dobrze. Chciałam jeszcze zahaczyć o tor saNeczkowy, ale dwie towarzyszące mi panie powiedziały NEIN. :D

      Usuń
  6. Piękna relacja :) Myśmy gorszą pogodę mieli, tzn nie lało, po prostu bez słońca, na konieckropnęło ciutkę.

    OdpowiedzUsuń
  7. oj jak ja Ci zazdroszczę:( z Anią jak była w wieku Pawełka też śmigaliśmy po górach, które uwielbiam...teraz póki co nie wyobrażam sobie takiej wycieczki z naszym Trollem:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pozazdraszczam! :)

    U nas wycieczki wyglądają tak, że maluch obiera drogę - kierunek przeciwny do zamierzanego (zamierzanego przez nas rzecz jasna) i jakoś mi brakuje argumentów, żeby go skorygować :) Albo wybiera stertę kamieni, od której nie chce się ruszyć nawet na krok. Albo się wierci w nosidełku, bo chce do taty, a u taty jednak stwierdza, że do mamy, itd. No i dla mnie jakiś stres to ta drzemka w drodze, bo czasem zaśnie w nosidełku, a czasem jest nieprzytomne "mama cyca". Ale mimo to zawsze wracamy zadowoleni :)

    Na trasę, o której piszesz też się wybieraliśmy, ale zbliżając się do kolejki uświadomiliśmy sobie, że nie mamy przy sobie gotówki. Nie chciało nam się wracać do Bielska i szukać bankomatu, więc poszliśmy tylko na Dębowiec, gdzie... przeczekaliśmy burzę w schronisku. I też było fajnie :D

    OdpowiedzUsuń