poniedziałek, 30 lipca 2012

Bunt i kara

Od paru dni mam meksyk w ciapki. Ledwie żyję.
Nie wiem co to jest, wina pogody, dziura ozonowa? Nagle wszystkie chłopy z mojego otoczenia dostały jakiejś korby. Najpierw zaczął foszyć jeden u mnie w pracy, potem inny zabił mnie tekstem, po którym jeszcze się zbieram, do tego sfiksował mi ojciec, a na koniec pokręciło mi syna, który daje popisy od czterech już dni.

I weź tu Smarka pochwal. Nie wolno. Przeczyta jakimś siódmym zmysłem i da czadu jak rzadko.

Pierwsze harce z górnej półki zaczęły się w sobotę. Z ulgą przerwałam ten cykl, wyskrobałam ostatnie pieniądze z portfela i pojechałam na SI. Uff, minęło.
W niedzielę akcja już od rana. On chce na spacer z rowerem. Kucnęłam i tłumaczę, że zaraz się zmęczy, że nie będzie chciał jechać, że rowerek trzeba będzie nieść, a ja nie mogę nieść i jego i rowerka itp. itd. Jak grochem o ścianę.
No to poszliśmy z rowerkiem. Jak to się skończyło wiadomo... On pad na glebę i ryk: weeeeź mnieeeee! Tłumaczę, odwracam uwagę, podnoszę - nic, drze się jak szalony i chce na ręce. Przytulam, obejmuję - nic. Nie o to chodzi. On chce na ręce i w drogę. Stanie w miejscu go nie satysfakcjonuje. :/
I jak takiemu dzikiemu histerykowi wytłumaczyć, że ja nie dam rady nieść go razem z rowerem? Nie wiem czy zrozumiałby to, gdyby słuchał, ale nie słucha, więc na bank nie przyswoi...
Po kwadransie cyrku przerzucam Gada przez ramię i idziemy. Jest zły, bo nie tak niosę. No trudno, inaczej się nie da, chyba że zostawię rower...
W połowie drogi chce zejść. Stawiam. Znowu robi scenę i buczy.
W końcu podaje mi rękę i idzie, całą drogę zawodząc

Po drzemce wstał niezadowolony i taki cyrk odwalił, jak jeszcze nigdy. Już nie starczy wziąć za rękę i podnieść... Nowy pomysł to podnoszenie dziecka z leżenia. Nie sadzając, nie ciągnąc za ręce do przodu. Tak wymyślił i koniec. I jak mu wytłumaczyć, że ja go tak nie podniosę? Że mi na to kręgosłup nie pozwoli, zwyczajnie?
Próbowałam pertraktować i nic.
W końcu mnie się krew w żyłach zagotowała, wyszłam z pokoju i poszłam wziąć procha obniżającego tętno. Po drodze sypnęłam kocurze karmy. Wróciłam do sypialni i zamarłam w progu. Nadal leżał na łóżku, ale już w innym miejscu. A tam gdzie był wcześniej - mokra plama. Dla lepszego efektu kilka śladów kupala na prześcieradle... Pielucha zdjęta i rzucona daleko od łóżka. Czyli musiał jednak wstać... Z tym, że potem ułożył się na suchym miejscu i krzyczał dalej.

Wyszłam, żeby  nie rozszarpać. Wyryczałam się, zeżarłam coś na uspokojenie i poszłam go Smarka, po czym wrzuciłam go do wanny. Potem było pranie pościeli i suszenie łóżka. On w tym czasie demonstrował swoją obecność gryząc się po rękach i krzycząc "ała". W końcu ciśnienie mi zeszło i zaczęłam dziko ryczeć... I zabił mnie po raz drugi, bo powtarzając "mama" zaczął zaglądać mi w twarz, śmiejąc się przy tym... :(

Uratowała mnie koleżanka, która wpadła na kawę. Daniel się rozbawił, humor miał wyśmienity, zabrałyśmy się więc na zakupy do CH Arena, gdzie zanabyłam Smarkowi kilka rzeczy, korzystając z wyprzy (chwała niech będzie kartom kredytowym! dzięki którym można kupować, gdy jest okazja cenowa, a nie wtedy gdy jest kasa) takich trochę na wyrost, jesiennych i wiosennych, a on mi na to pozwolił bez jednego mruknięcia. o_O

Sprawa wróciła wczoraj... Dziecko odmieniło się zaraz po moim powrocie z pracy. Najpierw było: "maaaamaaa", wskoczył mi na ręce, dał buziaka i zaczął coś tam pokazywać. Problem pojawił się, gdy zaczęłam coś mówić do mojej matki... Nie spodobało mu się, że z kimś rozmawiam i zaczął cyrkować. Akcja wybuchła, gdy weszłam do łazienki w celu wiadomym. Nie miałam prawa! Zaczął mnie wyciągać z WC, szarpać, rzucać dupskiem na podłogę i ryczeć. Potem poszedł do sypialni i tak jak dzień wcześniej, wykonał pad na łóżko i zaczął wyć domagając się podniesienia tą samą metodą. Podałam mu ręce - nie. Podniosłam za ręce, przytuliłam - wyrwał się i znowu legł na plecy.

Po paru minutach takiej nierównej walki, w której przegrywałam z minuty na minutę, wykonałam tel. do ojca Daniela. Mieszka pół minuty drogi od nas. Przyszedł łaskawie gdzieś po 10 min, gdy młody był już  mocno rozkręcony, a ja miałam za sobą kilka kolejnych prób podniesienia go z łóżka. Bez skutku, bo on chciał konkretnego podniesienia, z poziomu, a ja Pudzianem nie jestem, niestety.

Oczywiście próbowała tu coś pomóc babcia, ale Daniel na jej widok robił jeszcze większą scenę i darł się, że ma wyjść i rzucał na materacu jakby się wściekł.

Tatuś poszedł do dziecka, a ja poszłam na wycieczkę schodami w dół (z 7go piętra), do auta po obciążenie wodą w butlach 5L i z powrotem schodami w górę. W międzyczasie zeszło mi trochę powietrze...
Nie wiem ile mi ta wycieczka zajęła, powiedzmy, że z marginesem mogło to być jakieś 5 minut.

Gdy wchodziłam do bloku usłyszałam kolejną fazę ryku. Otworzyłam drzwi i szok - dziecko wisi na babci. o_O Od razu wyciągnął do mnie ręce, więc wzięłam. Weszłam z nim do pokoju, tatuś za nami. I nagle patrzę, a młody odwraca głowę w jego stronę i krzyczy: nieeee. (Znaczy ma nie wchodzić do pokoju.)
Przez minutę nie kumałam sytuacji. W końcu mnie jednak natchnęło...

Tatuś nie sprostał sytuacji przez pięć minut! Widuje syna raz w tygodniu przez chwilę, czasem dwa razy. Wpada wieczorem, bo czym gna do swej pani. Nie ma czasu na syna...
I jeszcze mu te pięć minut było za dużo! Miał tylko odwrócić uwagę młodego, czymkolwiek, huśtaniem, gilaniem, wszystkim tym, co robi z Danielem i co Daniel lubi.
Zamiast tego... postanowił wychować dziecko, w ciągu tych paru  minut, stosując kary.
A w progu pouczył mnie, że podnoszę głos i on słyszał mnie na klatce...
No fakt, on głosu  nie podniósł.

Koniec końców zaczęłam się na niego drzeć. Skończyło się zawieszeniem pokoju między nami i trzaskaniem drzwi. Kazałam mu wyjść.
Nim wyszedł objaśnił mnie, że teraz trzeba Daniela karać... przeze mnie, bo to moja wina. Bo dziecko ma mnie w dupie, bo go rozpieściłam, pozwoliłam sobie wejść na głowę. A w ogóle to mam iść do psychologa i zobaczyć wreszcie "co z nim zrobiłam przez te dwa lata"... O_o

Szkoda tylko, że nie zadał sobie pytania gdzie on sam był przez ten czas...

Nagle facet tłuczony przez swoją matkę w dzieciństwie, karany biciem, zamykaniem w pokoju i nakazem głośnego czytania w kiblu, który musiał uciekać z domu, z którym własna matka nie chce dziś rozmawiać... stał się mega specjalistą od wychowywania dzieci. Z którymi nawet nie przebywa.

Czy to jest taki absurd jak mnie się wydaje, czy ja po prostu zwariowałam??? :((((

Ja chcę na bezludną wyspę
:(((((((( 







26 komentarzy:

  1. Najpierw Misiu przytulam mocno :*

    Co do akcji spacerowych - czy ty przypadkiem nie byłaś wczoraj z nami na dworze? No jakbyś nasze buczenie opisała :)
    Z sikaniem i kupaniem - wiesz co, nie, nie sądzę, by na złość chciał, ja ci już pisałam - a jeszcze mi wczoraj znajoma pisze, że w jej rodzinie 3jaczki taki numer zrobiły z mazaniem kupą. Chyba po prostu... no tak czasem robią.
    A co do "ojca"- przecież najlepsi specjaliści to ci gównowiedzący...A do psychologa sam niech się uda (swoją drogą, czy do niego naprawdę nie dociera, co mówią lekarze, teapeuci?).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem co do niego dociera.

      Czasem mam wrażenie, że jak w tym obrazku, co udostępniłam na facebooku. Kobieta zwraca się do faceta: "miałam nadzieję na bitwę rozumów, ale wydajesz się być bezbronny... "

      Usuń
  2. :(
    Kropeczko faceci to z reguły debile.Oczywiście nie mam na myśli Dania,bo jest jeszcze malutki i nie zdążył przesiąknąć całym złem męskiego świata...

    Mój chłopina starszy ode mnie sporo,a w niektórych kwestiach głupszy 2 razy tyle.Mogę do niego i po stokroć gadać,a on nie załapie albo oleje.Do opieki nad dzieckiem szczególnie się nie garnie.Chociaż mieszkamy w jednym domu.Ostatnio troszkę mnie nie było,to zadzwonił z pytaniem "Daleko jesteś?"okazało się,że mała się zesrała...A on bidok musiał zmienić jej pieluchę.Dodam,że jak była malutka robił to często i nader sprawnie.Sprawniej niż ja!
    Jego niektóre sugestie powalają mnie na kolana.Raz się czepił jak mu opowiadałam,że nie poszłam z małą na WWR,bo wstała o 5 rano,a potem mi przysnęła.Stwierdził,że dla mnie najlepiej żeby do 1 spała.Osz trafiło mnie!Szliśmy do Biedronki wtedy i całą drogę go objeżdżałam.Ma szczęście,że nie przeklinam...Do tej pory jak mi się to przypomni mam chęć podbić mu ślepie.Zwłaszcza,że o wszystkie zajęcia dowiaduje się i załatwiam ja.On tylko zawiezie jak jest akurat w domu...Też na początku uważał,że mała zdrowa i normalna,tylko ze ma coś nieteges...Obrażał się nawet na mnie z tego powodu...Wsparcie miałam w nim przeogromne..

    To co piszesz o ojcu Daniela klasyfikuje go jako palanta,którego należy posłać na drzewo.Możesz być dumna,że już to zrobiłaś.Specjalista z niego z dupy.Sam powinien na jakąś terapie się zapisać albo do dr Bross pojechać,ona go ustawi do pionu!

    Roksi też się ostatnio cieszyła jak ja wyłam:(A jak się wkurzy gryzie wszystko.Próbuje nawet siebie w kolano,tylko trochę jej niewygodnie:/

    Pewnie nie bardzo pomogłam,ale wiem że silna babka z Ciebie i będę trzymać mocno kciuki!

    Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale od reguły są wyjątki . . . . , nie ;-)
      Mam nadzieję, że jako przedstawiciel "debilnej" płci, ale też jako tato spektruma, nadal mogę tu zaglądać ;-)
      Pozdro!

      Usuń
    2. A tak wogóle podczytują tu inni przedstawiciel płci brzydkiej?. . . . Hmn.

      Usuń
    3. Ale ale...

      Może i tak być, że są egzemplarze wybijające się z ogółu i jako gatunek chroniony powinny być specjalnie traktowane. Więc zostań. :)

      Usuń
    4. UFF!!! Dziękować!!! :-)

      Usuń
  3. Moniko - u mnie o tyle gorzej, że ja nie mogę do niego nagadać w nadziei, że coś mu zostanie, bo on nie słucha. Pakuje dupę i wychodzi.

    To jest człowiek nieomylny.

    A dziecko nadal jest zdrowe. Opinie dwóch neurologów, dwóch psychologów, logopedy, neurologopedy i psychiatry on ma w ... dupie.

    A problemy są z małym, bo ja go takim zrobiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mój odwraca się zadem i kładzie na łóżko.Nie ma między nami wymiany poglądów.Mogę wręcz rzec,że wcale się nie kłócimy.Ciężko się sprzeczać z milczącą dupą wypiętą w moim kierunku...

      W zaburzenia małej na szczęście uwierzył.Nie zauważyłam jednak żeby jakoś szczególnie się tym zamartwiał.Jak beczałam po kątach to się na mnie denerwował...

      O swojej nieomylności też jest święcie przekonany.Jest przecież najmądrzejszy na świece.A to,że gada totalne pierdoły i nigdy nie ma racji to już drobny szczegół...

      Usuń
    2. Ubawiłaś mnie. :)

      Ja próbowałam kiedyś do tej dupy... więc nauczył się wychodzić z domu. :)

      A z wkurwem na mnie, gdy beczę miałam tak samo...

      Usuń
  4. Heh nie no zdarzają się też tacy całkiem do rzeczy:) Tylko faceci z mojego otoczenia są tak beznadziejni,że patrzę krzywo na wszystkich pozostałych.Jeśli kogoś uraziłam swym stwierdzeniem to bardzo przepraszam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie nie obraziłaś. Spox! Po prostu postanowiłem podkreślić słowo "z reguły", które użyłaś ;-)

    A tak wogóle, to szacun dla WAS dziewczęta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to dobrze:) Ja podziwiam ojców,którzy pomagają przy dziecku i są zainteresowani tym jak przebiega jego leczenie i terapia:)Szkoda tylko,że jest ich jak na lekarstwo:/

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Kropuś...przytulam mocno:( Żadne to pocieszenie, ale u nas zdarzają się podobne akcje. Pampers ściągany jest notorycznie:( Przy ponownym zakładaniu jestem pokopana od stóp do głów. A jaki ryk przy tym jest... Spacery ostatnio odbywają się prawie cały czas w wózku, bo na nogach to przejdzie kawałek i chce na ręce. A przy moim kręgosłupie jak go poniosę chwile, to potem zdycham dwa dni. Co do płci przeciwnej...olej to, szkoda Twoich nerwów:( Niestety panowie to ciężki gatunek:( Ja też czasami się nasłucham w domu tak, że mam ochotę po prostu wyjść:(buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On niestety w wózku ze mną nie jeździ, więc wyjście na siłę, bo zakupy nie ma sensu. Wtedy nie pójdzie sam, więc muszę go nieść, a on wyje, bo go zmusiłam...

      Nawet jak nie wyje, to muszę go wziąć na ręce i wyjść bez tego roweru, bo sam nie pójdzie, jeśli umyślił sobie, że rower i koniec.

      Usuń
  7. wspolczuje....
    moj tez ma dar do wyprowadzania z rownowagi.
    co do spaceru to ja przy podobnych scenach robie tak - idziemy bez roweru lub wcaler, co wybierasz? on krzyczy - wcale - to nie idziemy na spacer :D
    a jesli ten spacer to np zakupy bo lodowka pusta, no to juz tak nie moge, wowczas oswiadczam stanowczo ze nei bierzemy rowerku i wychodzimy bez zbednego tlumaczenia, on oczywiscie dostaje szalu, miota sie i wyje - ale ja olewam to. woze go w wozku, bo na nogach nie dalby rady, na rekach za chiny nie poniose i dobrze o tym wie :)

    co do sceny łóżkowej bym go olala, niech wyje az mu sie znudzi; ja mam z wykonaniem tego problem taki, ze Krzys wyrywa sobie pega i moze skonczyc sie szpitalem i nieodwracalnym uszczerbkiem na zdrowiu, ale jak nie zagraza sowjemu zyciu - niech wyraza swoja frustracje do woli :)

    a tatusiowi pogratulowac kar....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie jest granica tego "do woli"? Czy pół godziny, zakończone wymiotami to już jest ten moment, gdzie należy przestać czy jeszcze nie?

      Daniel się nie podda. Nie wstanie i nie przyjdzie. Może to trwać godzinami...

      Usuń
  8. …Dokładnie… godzinami… Pamiętam jak dziś… trzy godzinki ryku na stojąco w swoim pokoiku ( był odstawiany przy takich awanturach). Tak, do upadłego. Dosłownie.
    Niosę nadzieję - skończy się!:). Nie szybko, nie miękko, ale będzie coraz lepiej. Nie będę się wypowiadać co do skuteczności metod, bo naprawdę widzę i czytam, że różnorodność uwarunkowań dzieci jest tak wielka, że i metody na każde działają inaczej. U nas przeszło około 5 roku życia. Wróciło jeszcze na pół roku po pójściu do szkoły ( szok makabryczny był). Teraz należy zapytać w co przeszło:). A przeszło sobie np. w lęki i napady paniki.
    Też się sama z tym wożę, ale mam wielkie wsparcie przyjaciół, którym własne narządy bym za to wsparcie oddała, gdyby tylko cuś o takiej potrzebie wspomnieli:).
    Także trzymaj się dobra kobieto i nie poddawaj. Będzie Twój synek dorastał a wraz z nim jego emocje i choć nie będą one dokładnie tak samo wyrażane, jak przez inne dzieci, będą bardziej świadome a dla Ciebie łatwiejsze do odczytania i interpretacji.
    ściskam mocno
    em.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie chcę takiego efektu, po akcji "do upadłego". To już wolę zamawiać kręgarza... ;)

      Usuń
  9. O metodzie na „awanti" nie będę się wypowiadać, ale mogę się wypowiedzieć o metodzie na spacery, którą mieliśmy. Chyba już też pisałam kiedyś, ale może spróbujesz… tzw. „pchacze” na kijaszkach - kółeczka, w których przesypują się inne kółeczka, ptaszki, którym klapią nóżki, helikoptery z kręcącym się śmigłem - jak je odkryliśmy - spacery stały się dla wszystkich jego uczestników przyjemnością..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I będę nosiła pchacza na kijaszku i dziecko. :D

      Usuń
  10. Może to głupie i nieprzydatne, ale tak sobie pomyślałam, że gdyby mój syn tak się zachował to usiadłabym obok niego na tym chodniku, w miarę możliwości przytuliła (a może przytuliła na siłę?!) i pozwoliła mu się wykrzyczeć i wypłakać. Wiem, że trudno zachować spokój, ale chyba w takich sytuacjach jest po prostu niezbędny.

    Będę zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudniej niż zachować spokój jest wysiedzieć na chodniku 2 godziny… zwłaszcza zimą:)).
      Uściski dla właścicielki i zaglądaczy:)
      em.

      Usuń
    2. Uliczne akcje ja już wyłączyłam z zakresu spektrum i zupełnie olałam rady specjalistów w tej materii. Podnoszę i idziemy.

      Tyle że ostatnio syn uskutecznił nowość. Kładzie się płasko na podłodze i chce żeby go podnieść tak jak niemowlę, pod pachy i prosto w górę.
      Ja tego nie robię, nie ze względów taktycznych, tylko zwyczajnie kręgosłup mi nie pozwala. Na szczęście do tej pory były takie akcje tylko dwie i tylko w domu.
      Za trwają wieki...

      Usuń
  11. Magdalena, na rowerek zimą? Myślę, że jakby mój syn wytrzymał 2 godziny to ja też bym wytrzymała.

    OdpowiedzUsuń