wtorek, 5 czerwca 2012

Terapia behawioralna

Obijałam się o ten temat i obijałam. Trochę czytałam, trochę pytałam. Ciągle mi coś dzwoniło w uszach i zgrzytało w zębach.
Ostatnio poczytałam nie tylko o efektach, ale i o samej metodzie, o jej założeniach, o przypadkach, gdy poszło nie tak i efekt okazał się być gorszy niż kiedykolwiek zakładano, o dzieciach które w tej metodzie zaprzepaściły efekty wcześniejszej pracy.

Nie zakładam najgorszego. Od tego jestem daleka. Natomiast uświadomiłam sobie, że metody behawioralne już stosowałam. Pierwszy raz na początku, gdy Daniel był malutki, a pediatra objaśniła mnie, że popełniam ogromny błąd nosząc dziecko i dlatego ono ciągle się domaga, a ja chodzę po ścianach. Drugi raz, gdy Daniel mając półtora roku wszedł na mnie i nie schodził z rąk przez parę tygodni. Za namową dobrych znajomych (co to już wszystko wiedzą bo swoje wychowali) i specjalistów z mojej poradni D, próbowałam zdjąć Daniela z rąk metodami behawioralnymi. Czyli za pomocą: konsekwencji, magii słowa "nie", "nie wolno" itp. metod.

Krótko rzecz ujmując: nie udało się tak samo, jak nie udało się zmuszenie dziecka do spania w łóżeczku, bez bujania czy jak tam jeszcze można bez rąk i pomocy matki. Mało tego - efekt był gorszy niż założyłam, że być może. Tydzień masakry. Płacz, krzyki, wymuszanie, sinienie co krok, zanoszenie kilka razy na godzinę i jeden wielki kosmos. Może tydzień to za krótko. Wg pediatry i psychologa tak. Wg mnie o tydzień za długo.

Ale na Boga - ja się nie znam na spektrum na tyle, by wiedzieć co jest koniecznością, a co tylko ma być pomocne w naszych działaniach. Tymczasem w trzech gliwickich poradniach, gdzie trafiłam, wysyłano mnie do Centrum Terapii Behawioralnej na terapię, nawet GOAR dał mi ich wizytówkę na dzień dobry. Założyłam, że tak trzeba i innej opcji nie ma.


Ale powoli zmieniam zdanie.
Boję się tej metody. Jeszcze jej nie znam od strony pracy specjalistów, a już jej nie lubię.

Wczoraj szukałam opinii ludzi w sieci, trafiłam na bloga Babci Gosi, która pisała o tej metodzie i o tym, że serce jej pęka, gdy widzi łzy wnuka podczas tej terapii. Pod spodem jest filmik z kawałkiem zajęć. Nie znane mi dziecko, raptem kilka chwil nagrane, a i tak się poryczałam. Terapia? O Panie Boże!

Jeśli tak trzeba, to czemu wszystko we mnie krzyczy? Czemu stroszę się na takich filmach i mam ochotę uciekać, byle dalej?

Nie wiem co robić na chwilę obecną.
Bo jeśli nie behawiorka to co?
Zaczepiłam blogującego Ojca King Konga i okazuje się, że można. King Kong na oczy behawiorki nie widział, a robi ogromnie postępy. Jego rodzice nawet nie próbowali iść tą drogą. Nie było to zgodne z ich postrzeganiem świata. Na moje szczęście, bo już myślałam, że do końca zwariowałam i tylko mnie taka terapia boli...

Chcę spróbować czegoś innego. Więcej napiszę po weekendzie.
A w temacie behawiorki - jeśli jednak wejdziemy w program, spróbuję porozmawiać o metodzie i przedstawić swoje oczekiwania wobec terapii. W chwili obecnej wykluczam łzy, krzyki i histerię dziecka, jako drogę do osiągnięcia celu. Tyle akurat wiem, że tak pracować nie chcę.

Może to nie jest najlepsze określenie, zwłaszcza gdy terapia daje efekty, a rodzice są zadowoleni z postępów dzieci, ale mnie ciśnie się na usta jedno słowo, gdy na te metody patrzę (a jest na co patrzeć, bo filmików w sieci multum) - tresura!
Wiem, że zwykle działa. W większości przypadków.
Ale moje serce mówi jej nie. Nie w tej starej formie, która nie uwzględnia potrzeb i samego dziecka, tylko skupia się na kolejnym przypadku i doprowadzeniu go do ogólnie przyjętej normy.

Wiem, że jest jej wersja soft, dlatego spróbuję porozmawiać o tym w CTB, jeśli jednak tam trafimy.
Inaczej tego nie widzę...


2 komentarze:

  1. Hej,
    No behawiorka to kontrowersyjny temat, ale ja jestem zadowolony. Mamy tylko 2 godz./tydz. z terapeutką. Staramy się też pracować w domu, ale bez ciśnienia, tzn. szukamy czasu, kiedy mały ma ochotę. Jeśli ma gorszy czas/dzień, odpuszczamy. Taka intuicyjna wersja soft.
    I tak od 10 m-cy. Fakt – pierwsze dwa miechy to był głównie bunt, krzyk i płacz, ale potem już było tylko lepiej. Myślę, że dzięki temu byliśmy w stanie dotrzeć do niego z czymkolwiek i nauczyć go SŁUCHAĆ, naśladować, nazywać, dopasowywać, WYKONYWAĆ JAKIEKOLWIEK czynności na komendę, itp. Przydało się też w zajęciach z logopedą (godz./tydz.).
    Dużo jeszcze za murzynami w sferze rozumienia i mowy, ale nauczyliśmy się wyłapywać te momenty, kiedy „jest” z nami.
    Tak naprawdę najważniejsza część terapii to wszystkie zwykłe codzienne czynności (zakupy, ubieranie się, spacer, itd). Ciągle do niego nawijamy, nazywamy, pytamy. Przeważnie jak grochem o ścianę, ale może koduje to wszystko gdzieś i kiedyś się „włączy” ;-)
    3mam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dwa miechy? Czas taki dla mnie jest nie do przeskoczenia, umarłabym nim bym się doczekała efektu, a już na pewno bym się złamała i zaprzestała metody.

    Myślę jednak, że z Danielem jest trochę inna historia, bo on rozumie doskonale. Więcej niż nam się czasem wydaje. Wiele rzeczy robi / nie robi z przekory zwyczajnie. A tu już mam opory przed wymuszaniem reakcji na komendę, bo to charakter wg mnie. :)

    OdpowiedzUsuń