poniedziałek, 18 czerwca 2012

Program Son-Rise, Metoda Opcji - part 2

Było o autostymulacjach, teraz będzie o tym co stymulacjami nie jest.

Wcześniej wrzucałam do jednego worka większość zachowań dziecka, które są powtarzalne. I nie bardzo rozumiałam jak do takich zachowań mogę się dołączyć. To mnie wstępnie od tej metody odsunęło. Na szczęście już uzupełniłam swoją wiedzę na ten temat i wiem, że moje myślenie było błędne. Zresztą nie tylko moje, jak widzę w sieci sporo mam ma takie dylematy, gdy dziecko np. rzuca się na ziemię.
No więc koniec dylematów. :) A oto konkrety:

Zachowania agresywne, autoagresywne, krzyki, rzucanie się na ziemię, dodatkowe gratisy, jak tupanie czy walenie pięściami w podłogę, walenie głową w przedmioty, podłogę itp, rzucanie przedmiotami czy dziki płacz z podskakiwaniem, machaniem rękoma, bez powodu, nie są stymulacjami.To przeciwieństwo stymulacji!
Do takich zachowań nie dołączamy się. Nie naśladujemy wtedy dziecka, nie wchodzimy w te zachowania. To nie jest moment, w którym dziecko wchodzi w swój świat, wyłącza się, więc nie ma sensu byśmy za nim podążali.

Takie zachowania to komunikat. Jaki? Tego zwykle nie wiemy. Czasem domyślamy się, że dziecko czegoś chce, niekiedy wiemy czego, czasem się domyślamy, ale często nie mamy pojęcia. Kto ma dziecko ze spektrum wie, że bywają takie dni, kiedy wiele razy dzieje się tak, że wszystko jest super pięknie i nagle bum. I konia z rzędem temu, kto nam objaśni o co poszło.
Nie zmienia to jednak faktu, że dziecko coś nam komunikuje. Często to jedyny język jaki zna, często nie mówi, nie pokazuje niczego gestem. Taki sposób komunikacji jest jedynym jaki dziecko potrafi stosować samo, niejako z automatu. W swoim mniemaniu ono do nas mówi, mówi swoim językiem. To czy będzie tak robiło nadal zależy od nas.

I tu ciekawe pytanie... Dlaczego dzieci tak do nas mówią? Dlaczego robią to ciągle i ciągle, tygodniami, miesiącami, albo i latami? Wyjaśnienie Rauna rozbawiło mnie i swoją logiką i samym faktem, że jest tak banalne, a tak mało osób zdaje sobie z tego sprawę. Najciemniej jednak pod latarnią. :)
Otóż mówią tak do nas, bo je rozumiemy. :) 
Oczywiście zaraz 100% mam powie, że przecież nie. :) Tymczasem mimo że uważamy coś innego, między sobą mówimy coś innego, na blogach piszemy coś innego, dziecku odpowiadamy: tak, rozumiem Cię. Jak to robimy? Przede wszystkim lecąc natychmiast i próbując zgadnąć czego dziecko chciało. Na tej półce? Czekoladkę? Króliczka? Książeczkę? Dwoimy się i troimy, zgadujemy, biegamy po domu jak ostatnie głąby (moja interpretacja, nie Rauna), a nasze dziecko leży i krzyczy, i macha gdzieś ręką w nieokreślonym kierunku, że nie, nie to, i krzyczy jeszcze mocniej, a my jeszcze bardziej próbujemy zgadnąć co też ono chce, żeby wreszcie mu to dać i żeby ucichło.
Drugi komunikat: "rozumiem Cię", okazujemy natychmiastową uwagą. Biegniemy do dziecka, bo tupie, bo krzyczy, bo rzuca się na ziemię. Pół biedy, gdy jesteśmy w domu, wtedy naszym głównym błędem jest założenie, że dziecko coś sobie zrobi. Uderza głową w podłogę np. Jednak zamiast podłożyć mu poduszkę i dalej robić swoje, my staramy się je odwieść od tego zajęcia. Albo inny przykład - wyśmienity moim zdaniem - dziecko gryzie się w rękę. Mama biegnie w podskokach i robi cuda, żeby młode gryźć przestało. Na warsztatach takich mam było kilka. Raun uparcie pytał każdą z nich: dlaczego. Odpowiedzi padały różne, a po nich kolejne: dlaczego. Ostatnia odpowiedź mamy była zawsze taka sama: nie wiem. :) Parę mam dopowiedziało jeszcze: teraz wiem, że to bez sensu. :) O dziwo nie wiemy tego sami z siebie, trzeba nam to podpowiedzieć. Na koniec Raun przekazał nam pewne pocieszenie. Otóż przez 30 lat pracy specjalistów wg Programu Son-Rise ani razu nie zdarzyło się, by jakieś dziecko zjadło własną rękę! 
Czy to nie jest genialny argument? :D


Całą sytuację można przyrównać do dwóch języków. Dziecko mówi po chińsku, my po polsku. Chcemy nauczyć dziecko mówić po naszemu. Tymczasem, gdy ono mówi po chińsku, my na tę jego mowę odpowiadamy tak jak ono chce, a więc jego językiem. Biegając i próbując spełnić widzimisię dziecka, albo zatrzymując jego negatywne zachowanie, dajemy mu sygnał, że rozumiemy jego język. Musimy rozumieć, skoro działamy, prawda? Jaki będzie efekt łatwo przewidzieć - dziecko nigdy nie nauczy się naszego języka, jeśli my będziemy mówić po ichniemu.
Tak więc nasza postawa musi mówić - "nie rozumiem Twojego języka!" 
I tu ważna rzecz - nie ignorujemy dziecka, nie udajemy, że go nie ma, nie okazujemy mu braku szacunku, nie wściekamy się, nie krzyczymy, nie robimy grymasów, jesteśmy oazą spokoju i próbujemy mu powiedzieć: "nie rozumiem Cię!"
Np. nie rozumiem, kiedy tak robisz, nie rozumiem co chcesz, powiedz mi, nie rozumiem, bo krzyczysz, itd. itp. Komunikat trzeba dopasować do sytuacji. Ale musi on być jasny i krótki, i wynikać z niego musi zawsze, że nie rozumiemy. W końcu mówimy po polsku, skąd mamy wiedzieć co mówi nasze dziecko, jeśli mówi po chińsku.

Jak tę piękną teorię wprowadzić w życie?
Nie jest to wcale takie skomplikowane. Przede wszystkim staramy się aby nasza twarz była niekontaktowa. Nie zła czy poirytowana, ale niekontaktowa. Minimalizujemy nasze reakcje. Jeśli dziecko domaga się czegoś z szafki, udajemy że nie rozumiemy czego chce, poruszamy się wolno i spokojnie, próbujemy niby odgadnąć o co mu chodzi, ale robimy to tak, by niczego nie odgadnąć, np. sięgamy po różne przedmioty, które leżą we wskazanym kierunku, zaczynając od tego, o który na pewno dziecku nie chodzi i tak krok po kroku przekazujemy komunikat: "nie rozumiem, kiedy tak do mnie mówisz". Wiele dzieci autystycznych nie mówi i nie rozumie naszych słów, musimy więc całą sytuację przekazać nie tylko werbalnie, ale i całą swoją postawą. Jeśli dziecko reaguje agresją i kieruje ją do nas, nie udajemy, że nie czujemy gryzienia, ani też nie dajemy walić się w twarz udając głupich, że nie jesteśmy bici. Nadal komunikujemy, że nie wiemy o co mu chodzi, ale nie dajemy się okładać, odsuwamy się, zasłaniamy poduszką, cokolwiek byle spokojnie i z komunikatem: "tego nie akceptujemy, to nie jest rozmowa, tak nie robimy". Niebezpieczne przedmioty, którymi dziecko rzuca zastępujemy czymś innym, poduszkami, czy miękkimi klockami.
Podstawą jest siła spokoju! 

Kolejnym problemem takiej komunikacji jest jej intensywność. Uczymy dziecko, że lepiej rozumiemy jego krzyki i bicie, niż zachowania pozytywne, np. moment użycia przez dziecko łyżeczki. Dzieje się to w banalnie prosty sposób. Na zachowania negatywne odpowiadamy: ostro, natychmiast, często histerycznie, poświęcając przy tym dziecku 100% uwagi. Dziecko daje silny komunikat i taką samą otrzymuje odpowiedź. Tymczasem, gdy uda mu się coś pozytywnego,  np. napije się samo z kubka i nie wyleje wszystkiego za bluzkę, w najlepszym razie mama powie: ale ładnie się napiłeś. Koniec. Żadnego krzyku, skakania, żadnego hura, jakiejś wyraźnie innej mimiki, ot zdarzyło się, szału nie ma.
Taka komunikacja utrwala w dziecku negatywne zachowania, bo właśnie za nie dziecko otrzymuje maksimum uwagi. Jakim więc cudem dziecko ma samo z siebie przestać zachowywać się w sposób, który daje mu odpowiedź i uwagę bliskiej osoby? Nie ma takiej opcji.

Metodą na to jest odwrócenie uwagi. Na zachowania pozytywne reagujemy mocno, jeśli trzeba to nawet przesadnie, na zachowania negatywne reagujemy jak (nie chce mi to porównanie zejść z głowy)... Andrzej Poniedzielski. :D Ale reagujemy, nie udajemy ślepych, nie odwracamy głowy, informujemy dziecko, że nie dogadamy się w taki sposób. W końcu zrozumie.

Po swoim dziecku widzę, że przy spektrum ignorowanie dziecka nie bardzo daje efekt. Próbowałam tej metody, jak i wielu innych. I nic. Może działa to na dzieci zdrowe... U Daniela brak reakcji i kompletna ignorancja z mojej strony powoduje, że jego zachowanie nasila się. Jeśli rzecz dotyczy rzucania rzeczami, a ja udaję, że nie widzę i np. dalej rozmawiam z mamą, on rzuca nadal, za każdym razem próbując rzucić mocniej. Nie wiem jak by to wyglądało z rzucaniem się, bo jeśli dziecko rzuca się na glebę, jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy odejść w milczeniu, zawsze mu wtedy komunikowałam, że nie rozumiem o co mu chodzi, czasem stałam i czekałam aż się podniesie (np. przy ulicy), czasem odchodziłam (w domu). I takie zachowania zawsze trwały krótko. Z rzucaniem problem jest ogromny.

Ale tu zrobiłam jeszcze jeden błąd.
Moja reakcja przez długi czas była taka sama. Ciągle powtarzałam: nie rzucaj! nie rzucaj! nie rzucaj!
No i co? I rzuca dalej.
Dlaczego? Kolejna banalnie prosta sprawa. I znowu trzeba mi to było łopatologicznie przełożyć, bo nie wpadłam na to sama. Podobnie wiele innych mam. Raun nam to przedstawił tak: nie myśl o bananie, nie myśl o bananie, nie myśl o.... O czym teraz myślicie? :) No jak to o czym, wszyscy jak jeden mąż myślimy o... bananie. :D
Tak oto właśnie działa moje: nie rzucaj, nie rzucaj...
Człowiek stary, a głupi. ;)

To chyba tyle o przeciwieństwach stymulacji.

____________


Pamiętajmy - dołączamy się, gdy dziecko powtarza swoje zachowania autostymulacyjne, ale tylko wtedy, gdy są one wyłączeniowe, gdy wchodzi w swój świat.
Zachowania negatywne, agresywne, nie są stymulacjami i wtedy nie dołączamy się do dziecka! To czas na wyciszenie emocji i udawanie Greka: nie rozumiem co do mnie mówisz!



/Chciałam jeszcze zaznaczyć, że to co piszę na temat Son-Rise to nie są cytaty, ani z żadnej strony, książki, ani z wykładu. To moje przełożenie tego, co wiem z warsztatów, moje słowa./




12 komentarzy:

  1. To, co piszesz w pierwszej części - to każda mama dwulatka powinna poczytać :D idealny opis tego, jak MOŻE zachowywac się młodociany zagniewany. Dwulatek też komunikuje: chcę robić coś innego, nie chcę za rękę, nie chcę do wózka, chcę tamte buty...

    O zjadaniu ręki - dobre i prawdziwe :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mądrze prosto i przystępnie. Mój akustyk ( tak go nazywam, bo nie jest do końca autystykiem ) bardzo rzadko się złości. Rzadko też, zwykle w sytuacjach, gdy odbiorę mu coś niebezpiecznego lub dla mnie ważnego, napina się i krzyczy, ale nie rzuca się wtedy na podłogę...
    Nie jest autodestrukcyjny ani agresywny w stosunku do mnie. Macha namiętnie łapkami, jakby chciał odlecieć, gdy cos mu się podoba, coś go interesuje np. inne dziecko, reklama w telewizji...

    Ps. Czy macie jakiś pomysł na odpieluchowanie akustyka, który nie mówi i chyba raczej mało rozumie ( czytaj: rozumie wybiórczo ). Jak sygnalizują potrzeby Wasze niemówiące dzieci? Z mówiącym jest prościej... Ja tylko słyszę coś w rodzaju: sie, gdy chce wody...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się nie pochwalę, bo my dalej zapieluchowani. Do gimnazjum będziemy tak biegać, chyba. :D

    Młodemu nie przeszkadza. No chyba, że jest gorąco, a siur jest świeży, ciepły. Wtedy mu wadzi, bo jeszcze cieplej w zad jest. Ale i tak powie dopiero, gdy nasika. ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze,że w ogóle zauważa,że coś tam jest nie teges.Roksana ostatnio zlazła z nocnika i nalała na podłogę...Wczoraj leżała z gołym tyłkiem na łóżku,nasikała i nawet się nie zainteresowała:/ A ona ma już 2lata i 10m;/

    U nas perspektywa pampersa w gimnazjum nie jest wcale taka abstrakcyjna;/

    Ona chyba nawet nie czuje,że robi...

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam:) trafiłam tu z Roksankowej Krainy:) Wpis super, będę zaglądać częściej:) Co do pampersów, mój mały ma 2 latka i 6 miesięcy a na widok nocnika drze się jakby go ze skóry obdzierali...ehh..

    OdpowiedzUsuń
  6. A to nam się zdarza ciągle. Wychodzi z pieluchy i siura gdziekolwiek. Chociaż ostatnio i tak jest nieźle, bo najczęściej do wanny. A kiedyś uciekał bez pieluchy i co krok siurkał na podłogę.

    Ale jak mu pielucha przecieknie to to zauważa. Też postęp, od niedawna.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj MonikoM. :)

    U nas było podobnie. Przestałam naciskać, żeby nie wkodować takich reakcji. To niestety nie sprzyja nauce.

    Syn od zawsze chętniej wchodził do nocnika nogami. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ty,to Roksana też tak robi;D Ona włazi nogami do wszystkiego co napotka na drodze swej-nocnik,wiaderko itd.
    Mówiłam o tym babce od SI,ale nie miała wytłumaczenia...

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja o tym nikomu nie mówiłam, bo jakoś nie wiązałam tego z niczym istotnym ani trudnym.
    Daniel w ogóle lubi ciasne miejsca, wciska się między moje kolana, lubi jak siedzę po turecku, wtedy wpycha się w powstałe koło między moimi nogami. To pewnie coś z zakresu SI. A może i nie... :)

    OdpowiedzUsuń
  10. A może czuje się bezpieczniej?
    Moja odpieluchowana córa, ale były etapy (kilka, bo podejść kilka było) że na widok nocnika - ryk, uciekanie, zakładanie go na głowę, olew totalny, znów ryk... Chyba do nocnika trzeba po prostu dojrzeć.
    Dziewczyny, i nie znam żadnego autystyka czy dziecka ze spektrum, które by sikało do gimnazjum :) Nie popytam teraz mam, bo na l4 jestem, ale zapewniam - sikają sami :)) Nadejdzie ten czas i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  11. Uff!!! Jak gorąco! Jak się cieszę, że Was mam! U Pietki jest i noga w nocniku, zwłaszcza, że sralniczek zaczyna grać, gdy dotknie go mokrą stopą ( ściąga każde skarpetki, papucie jeszcze szybciej ), bo wczesniej wylał na podłogę mineralną, której się domagał...
    I sikanie z premedytacją na podłogę jest... Leci mały goły zboczeniec ( sam zdejmuje pieluchę ) przez salon i leje... I jest zachwycony tym co robi! Wypina się, napina i patrzy... Dobrze, że mam kafle i podłogówkę w na podłodze, bo parkiety, by się już pewnie podniósł od ilości wody i siurków.
    Dojrzał ostatnio do nocnika. Odwróciłam mu go tył do przodu i siura po tej wyższej ściance ( oparciu ) i patrzy zachwycony...
    Cięższa kategoria idzie zawsze w pieluchę i to niezauważalnie, bo od 4 miesiąca jest na nektarze Hippa bananowym ( skaza białkowa ).
    Toalety, choć wcześniej mył tam ręce i pił z niej wodę, boi się...
    Ani dobry przykład mamy, ani nakładka nie pomagają...
    Pytam o to odpieluchowanie, bo niemieckie pieluchy, których używamy kończą się na 30kg, a padalec ma już ze 22kg.
    Będę musiała niedługo przejść chyba na Tena Lady dla nietrzymających moczu...
    Ps. a teraz anegdoty o zdrowych, bez orzeczeń...
    Syn moich znajomych, dziś stateczny nauczyciel muzyki, rozjechał i za pomocą traktorka wtarł w dywan grubszą zawartość nocnika. A były to czasy, gdy dywany były spod lady...
    Uroczy pięciolatek, którego miałam okazję poznać załatwiał się za zasłoną w salonie... Tam i tylko tam na podłogę...

    A nasze akustyki tylko trzymają w nocniku głowę i nogi...

    OdpowiedzUsuń
  12. Mój mnąż wraz z 3 rodzeństwa postanowili pobawić się w plażę. W tym celu rozsypali na dywan cukier. Po jakimś czasie wystraszyli się, co mama powie (mama na zakupy poszła, to był początek lat 80), więc chcieli posprzątać. ALe rękami się nie dało, to... wylali na to wodę :D

    To tak z cyklu pomysłowe dzieci.

    A odnośnie autystyków - znam sytuację z opowieści cioci, prowadzącej terapię autystycznej nastolatki, z upośledzeniem. Rodzice ogólnie świetni, współpracujący, dbający, ale do tego stopnia, że kochali we wszystkim dziewczynę wyręczać. Działo się to, gdy ona miała 14 lat - w znacznym stopniu osoba komunikatywna, rozumiała polecenia, rozumiała, czego się od niej wymaga itd. No i jako nastolatka miała okres - w domu mamusia zmieniała podpaski. A moja ciocia zaparła się, że nie, w szkole zmieniać jej nie będzie, ona doskonale sobie z tym radę da i ma się nauczyć.
    nauka trwała całe 45minut - jedną lekcję. W czasie tej lekcji dziewczyna zaparła się, że nie zmieni, ciocia zaparła się, że w takim razie siedzi na toalecie. I tak sobie godzinkę posiedziały, po czym dziewczyna słysząc dzwonek na przerwę - podpaskę zmieniła. W domu zmieniała dalej mama, w szkole - samodzielnie :D Cud normalnie ;)

    OdpowiedzUsuń