poniedziałek, 11 czerwca 2012

Matczyna intuicja

Ten wpis będzie efektem mojego bicia się z myślami. Będzie (mam nadzieję) krótki. :)

Od dwóch lat zastanawiam się czy wszystko ze mną ok, czy nie szukam dziecku choroby na siłę, zwłaszcza atakowana przez różne osoby kilka razy poddawałam w wątpliwość zdanie swoje i kilkunastu specjalistów, z którymi się zetknęłam. Tłukąc się z myślami doszłam do momentu, w którym jestem dziś.

Właśnie leci ósmy miesiąc odkąd zaczęliśmy  naszą przygodę z autyzmem. Tak, przygodę, świadomie użyłam tego słowa. Dziś już wiem, że Całościowe Zaburzenia Rozwoju u Dania zagwarantowały nam przygodę na całe życie. Będziemy się wzajemnie odkrywać tak długo, jak tylko starczy nam sił. I być może nigdy się do końca nie odkryjemy.

Ale co chciałam...

To gdzie teraz jesteśmy jest wynikiem wielu poszukiwań, wielu prób i wielu błędów. Podjęliśmy kilka prób pracy w różnych miejscach, jeszcze więcej opcji odrzuciliśmy. A wszystko co wybraliśmy, cała ta selekcja, droga którą idziemy, opiera się na jednym, na mojej intuicji.

Cały czas zastanawiałam się: czy to dobrze?
Czemu nie mogę jak inni rodzice, zdecydować się na pomoc psychologa A wg metody B, tylko biegam i szukam? Skoro mam jedyną w tym mieście opcję w postaci terapii behawioralnej, dlaczego jeszcze nie zrobiłam tam programu dla Daniela, nie zebrałam wytycznych i nie pracuję wg tej metody? Dlaczego nie zrealizowałam jeszcze większości poleceń psychologów klinicznych, np. nie odcięłam dziecka kategorycznie od własnych rąk? Dlaczego nie umiem wdrożyć metod opartych na konsekwencji i kategorycznym Nie oraz Nie Wolno?

Przyczyna była banalna. Intuicja mi nie pozwalała. Dzisiaj wiem dlaczego.

Wczoraj byłam na szkoleniu z metody, o której jeszcze napiszę. Chodzi tu o Program Son-Rise, w Polsce znany jako "Metoda Opcji". Nie jest to nic innego jak ogólne założenia Rodzicielstwa Bliskości, z tą tylko różnicą, że obejmuje dzieci z Całościowymi Zaburzeniami Rozwoju, a nie dzieci zdrowe.

Po prawie 8h zrozumiałam, że droga jaką obraliśmy była jedną słuszną i jedyną dla nas właściwą. Jedyną, która uwzględnia moją intuicję i odczucia dziecka. Jedyną, która skupia się na samym dziecku, a nie na efektach jakie mamy do uzyskania.

Przykład.
Nigdy nie obchodziło mnie, że Daniel nie robi innym ludziom papa. Ludzi to interesowało, obcych często złościło, bo jak to tak, oni machają, a ten nie, matka nie nauczyła!?, często uznawali za stosowne namawiać go po sto razy, prawić wykłady typu "moja wnuczka to już macha". Zwykle na stos pytań odpowiadałam, że nie robi, bo nie chce. I tyle.
Mnie interesowało raczej czy on z tym swoim upartym charakterkiem będzie w życiu szczęśliwy, czy będzie miał znajomych, przyjaciół, fajne życie, pełne pasji i bliskich mu osób. A czy będzie umiał ułożyć puzzle z 30 elementów? Jakie to ma znaczenie?

Wczoraj prowadzący wykład, Raun Kaufman zadał nam pytanie: która matka chce aby jej dziecko kiedyś tam, w przyszłości, potrafiło świetnie liczyć w pamięci, rozpoznawać x kolorów itp? Która o tym myśli dzisiaj, gdy dziecko jest małe? Oczywiście, że żadna.
A o czym myślimy, gdy zastanawiamy się nad dorosłym życiem swoich pociech?
Właśnie nad tym czy będzie miało szczęśliwe życie, znajomych, a może rodzinę!?

Już w połowie tego pytania wiedziałam, że moja intuicja mnie nie zawiodła, a droga, którą idziemy jest dobra. Może nie da takich mierzalnych efektów jak terapia skupiająca się na wyuczeniu dziecka różnych zachowań i reakcji? Może Daniel nigdy nie wrzuci wszystkich czerwonych kuleczek do wybranej czerwonej miseczki i obleje przez to nie jeden test? Ale też wcale nie o to nam chodzi.

Idziemy więc nadal swoją drogą, korzystając z intuicji, założeń programu Son-Rise i paru innych mu bliskich, które dopiero badam, oraz z dobrych rad ludzi, którzy są sporo dalej od nas i idą w podobnym kierunku. Idziemy i mamy nadzieję, że nie upadniemy w tej wędrówce na twarz. :) 

_______________


Wczoraj trafiłam na bloga Moniki, mamy małej Roksanki, która podobnie jak ja pukała do wielu drzwi i jak do tej pory większość z nich sama, z trzaśnięciem zamknęła. Ona też kieruje się intuicją i podobnie jak ja do tej pory, nie jest pewna swojego działania, mając wrażenie uciekającego, zmarnowanego czasu, w którym nic konkretnego w zakresie terapii się nie dzieje. Jeszcze niedawno miałam to samo...

Lektura Roksankowej Krainy natchnęła mnie do zrobienia tego wpisu.
Pozdrawiam Cię, Moniko. :)

5 komentarzy:

  1. W życiu nie pomyślałabym,że moja pisanina może do czegoś "natychać":)Nie no naprawdę się wzruszyłam:)

    Dziękuję Ci Kropko:) Dziękuję,że są
    jeszcze na tym świecie osoby,które myślą podobnie:)

    Ściskam Was mocno!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha ha ha
    Natycha, natycha. :D

    Buziaki i wszystkiego dobrego! Jak doczytam resztę, to zostawię swój ślad. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. A widzisz, najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie powiedział, że Gadzina nie będzie tych kolorów/liter/wzorów/czegotamjeszcze znał. To wszystko, wg mnie, może biec równoległym torem, terapia, AP, a gdzież z boku przecież i tak podajesz młodemu te podstawowości takie - ale fajnie, że to nie twój priorytet :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No i właśnie.

    Son-Rise zakłada to wszystko gdzieś tam, ale obok. Tak jak idąc z dzieckiem do kina, po drodze tłumaczysz mu, że czerwone: stoimy, zielone: idziemy. Samo skrzyżowanie nie jest Twoim celem.

    Tak i tu inne rzeczy gdzieś tam wejdą do głowy, jedne z przypadku, inne się nauczy, ale nie na zasadzie mechanizmu. Zresztą komu ja to tłumaczę. :D Wiesz o co chodzi. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. A wiesz co, mnie anwet do głowy nie przyszło, że nauka np. kolorów ma być celem samym w sobie. Jakieś to nienaturalne i NUDNE... Czyli norma, jak robimy cokolwiek to zawsze jest nauczanie poboczne :D

    OdpowiedzUsuń