poniedziałek, 14 maja 2012

Selektywne jedzenie

Problem stary jak świat.
Chyba każde dziecko autystyczne to ma. Jedne jedzą tylko ziemniaki, frytki, naleśniki, pierogi. Inne wszystko co przetarte. Jeszcze inne mają wybrane dwa, trzy produkty i żadnych odstępstw. Generalnie jest do chrzanu.

Daniel jadł do stycznia 2011. Potem, po szczepieniu nagle bum, marudził, wybierał, jadł mniej, niechętnie, odrzucał różne rzeczy. Wzięłam to na karb idących zębów. Wtedy akurat wyszły nam pierwsze dwa zębole. Ale zęby były, a nic się nie zmieniło. Następne zęby? Być może. Trzy tyg. później kolejne dwa. Miesiąc później następne dwa.

Minęło kilka miechów, a dziecko jadło jeszcze mniej. Po szczepieniu Priorixem z początkiem lata, koszmar. Złe spanie, marudzenie, ryki w nocy i kolejne odrzucane pokarmy. Zauważyliśmy, że zrobił się problem z konsystencją. Młody nigdy nie lubił mięsa, ale teraz to już trzeba je było rozgniatać na miazgę i wciskać gdzieś w kluski czy ziemniaki, żeby było w ogóle przyjęte. Próbowałam wprowadzić BLW, ale nie dało rady, dziecku wracało wszystko co zjadł w kawałku, najgorzej było z pokarmami twardymi, takimi jak jabłko. A miękkich nie chciał brać do ręki.

Latem przypisaliśmy fanaberie pogodzie, ale jesienią już zaczęliśmy się martwić. Jesień była czasem jedzenia: pierogów ruskich, naleśników z dżemem, racuchów, suchego chleba, bananów. Koniec.

foto. Danio w wieku 8 miesięcy.

W listopadzie spotkała nas choroba - zapalenie gardła, ropne i od razu z gratisowym zapaleniem ucha. Dziecko przestało jeść w ogóle. Nie jadło nic 4 doby. Kolejni lekarze przepisywali kolejne antybiotyki w syropach, na pusty brzuch! Leki oczywiście natychmiast wracały. W końcu zmieniliśmy pediatrę, pojechaliśmy prywatnie do lekarza do Knurowa i pani dr Szyrmel dała nam zastrzyki. Dziecko wróciło do zdrowia, ale nie do poprzedniego jedzenia. Co prawda zaczęło znowu pić mleko, najpierw w nocy, potem też w dzień, ale poza tym nic. Po paru tygodniach znowu wszedł chleb (w mikro ilościach) i pojedyncze produkty w małych dawkach. Skończyło się jedzenie bananów. Za to wskoczyło kiwi. Jedzenie, które wchodziło musiało być zimne i zmielone lub rozgniecione na papkę.

W styczniu zauważyłam kolejne wykluczenia. Odeszły nawet ukochane pomidory. Po dwóch dobach głodówki weekendowej zrobiłam naleśniki - dwa gryzy i koniec jedzenia. Spadek wagi. Zatrzymanie wzrostu. Badanie krwi - morfologia dobra, słabe żelazo - suplementacja. Badanie na pasożyty - nic, drugie - nic. Badanie na candidę - nic. Zęby nie szły. I żadnej poprawy.

Dodatkowo pojawiły się odruchy wymiotne na pewne pokarmy. Sałata - smakowała, ale jak trafił się miękki liść, ta zielona część, to przylepiało się do tyłu języka i od razu były torsje. Migdały - absolutnie, a w płatkach to od razu wymioty gwarantowane. Suszone owoce - nie. Jabłko - wracało (ale to od zawsze chyba, Daniel nigdy nie jadł tego owocu w kawałkach, tak żeby gryźć i jeść). Słonecznik - a w życiu. Masa tego była. Nawet lubiana papryka czerwona była tylko ssana i wypluwana.

W końcu weszliśmy w fazę jedzenia tylko kaszy na noc (tzn. zagęszczonego mleka Bebilon Pepti 2) do poduszki, potem drugiej przez sen i rano mleko lub też kasza, po przebudzeniu.
Nie pomogło odstawienie produktów mlecznych, nie pomogła dieta bez cukru, nie pomogła dieta bezglutenowa, nie jadł NIC i koniec. Chodziłam po lekarzach, wyłam do poduszki, robiłam atrakcyjne jedzenie, koreczki nawet - dziecko oglądało, dotykało i szło sobie w siną dal. Prosiłam, żeby spróbował, dotykał do języka, mówił "mmmm" że takie pyszne i odkładał z uśmiechem, a ja ryczałam z rozpaczy.
Ostatnio dostałam nawet skierowanie do alergologa i gastroenterologa dziecięcego, bo już i pediatrze naszej ręce opadły.

I teraz dziwna rzecz. Wyjechaliśmy na ten pechowy weekend. Pierwszego dnia nic, zero jedzenia, wieczorem parę gryzów od wujka Pawła. Następnego dnia rano bunt, potem zupa zjedzona na wyścigi z małą Martynką, która pożądała Danielowej zupy, po tym jak zjadła swoją. :) Później koszmarna noc, powrót do domu, jelitówka...

foto. Daniel w wieku 7 miesięcy.

I nagle cud. Dziecko zakupane po pachy, na smekcie, nifuroksazydzie, zapchane probiotykami, ryżem i marchwią (których nie chciał) zaczęło chodzić za wujkiem Mateuszem, który jadł sałatkę jarzynową. o_O
Obiad, a on na kolana i kosztuje. Nie żeby jadł, ale próbował. Następny dzień - to samo. Nie umiałam mu nie pozwolić, po ponad roku fatalnego jedzenia, po kilku miesiącach niejedzenia wcale, nie umiałam. A on kosztował, kosztował, aż zaczął jeść.
Tydzień później, a on zasiada na wujkowe, babciowe albo moje kolana i je śniadanie, obiad, kolację.
Zachowanie po tym weekendzie fatalne, więc zaczęłam wdrażać ponownie dietę. Przyszło mi do głowy, że nic się nie poprawia, bo to reakcja na alergizujące jedzenie. Wydałam masę pieniędzy na bezglutenowe mąki, chleby, makarony i inne cuda - żadnych zmian.
Poddałam się, zaczęłam podawać na noc hydroksyzynę, a w dzień jadł co chciał. Kolejny tydzień później - zmiana.

Teraz Daniel potrafi zjeść na śniadanie twarożek ze śmietaną i cebulą (!!! cebula do tej pory była tym produktem, który przez usta nie przechodził, wracał z powrotem w trybie natychmiastowym), zagryźć to białym chlebem z masłem, potem skosztować od babci kawy (uwielbia, dostaje mikro ilości, bo nie daje żyć), potem skosztować ciasta z rabarbarem (pieczonego w domu), zjeść zupę przed drzemką i wstać głodny po drzemce, wsunąć drugie danie (trzy pierogi ruskie na raz! a robimy nie takie małe), zapić je maślanką (kocha), a po godzinie na spacerze dopominać się czegoś do żucia, zjeść kawałek suchej buły albo banana, zatkać to jeszcze sezamkiem (konsystencja do tej pory nie do przeskoczenia) i po powrocie mieć ochotę na kolację. O_O Ujawniła się miłość do Lidlowych maślanych rogali, kajzerek.

Oczy mi wychodzą ostatnio. Od tygodnia dziecko je coraz więcej, z każdym dniem. Może jeszcze nie je normalnie w sensie ilości, ale często i chętnie. Do tego rozszerzanie diety, nawet o produkty niedozwolone w spektrum, nie wpływa na pogorszenie zachowania. Raczej odwrotnie, im więcej je, tym lepiej śpi, a im lepiej śpi, tym lepiej się zachowuje.
Nawet wczoraj, gdy wciągnął u dziadka pięć misiów żelków -  myślałam, że będzie masakra i zero spania, a tymczasem dziecko zasnęło samo, zjadło kaszę, kazało mi się położyć obok, odwróciło się do mnie plecami i zasnęło, bez noszenia, płaczu, wchodzenia na kolana. Szok. 

A do tego nagle je rzeczy, które wcześniej wracały. Nie wiem jeszcze jak jabłko, ale je cebulę. To dało mi sygnał żeby próbować. Podałam słonecznik - pycha. Szuka go w buzi, łapie i przygryza, po czym łyka. Nic nie wraca. No więc podałam płatki migdałów. Zjadł. o_O Żaden się nie przylepił, nie cofnął.
To śliwki suszone - pycha, nie umiał się najeść nimi wczoraj. I też żadna nie wróciła.
/Nie chciał tylko suszonych ananasów, takich w kosteczkach, suche były i twarde./ Czym to tłumaczyć? Jakim cudem dziecko je produkty, które przez dwa lata nie były do zaakceptowania? Nie rozumiem.

Aaaa i co najdziwniejsze - Daniel je ciepłe. Nigdy nie jadł, nawet mleka lekko ciepłego nie chciał, nie raz musiałam studzić mleko, które ledwie 30 st. miało, bo nie chciał pić i ryczał, bo głodny. Zupy jadł jak skrzepły i gdy tłuszcz owinął się wokół miseczki. :/ A teraz je ciepłe, wyciągam gorące z gara, dmucham parę razy, potem on dmucha i ... wciąga. O_O

Dziś mijają dwa tygodnie, odkąd Daniel interesuje się jedzeniem i coś je.
I tydzień odkąd można to nazwać jedzeniem posiłków. Chyba dam z tej okazji na tacę. ;)

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jak to jest, gdy dziecko nie je, rozumie tylko rodzic, którego dziecko nie je. Można być mądralińskim, dawać super hiper dobre rady, ale nigdy nie zrozumie się jak to jest, nawet gdy się komuś wydaje, że rozumie. Niejedzenie to jest prawdziwy dramat. Nawet selektywne jedzenie przy nim, to jest mały pikuś. Nie życzę nikomu. :(

Prosimy o kciuki, żeby stan obecny potrwał jak najdłużej. A najlepiej do końca świata. 


4 komentarze:

  1. Ty wiesz, że ja teraz dopiero coś zauważyłam?

    Popatrz, pamiętasz nasze przeboje z niejedzeniem? Agata przestała jeść z dnia na dzien, po skończeniu 4mca. Trwało to 3 miesiące gehenny, dziecko jadło mi 1/4 tego, co powinno. A to, co zjadło, w połowie wyrzygane wracało.

    I kiedy przeszło, pamiętasz? Po rota! po kuracji nifuroxazydem!

    Ja nie uwierzę w taki przypadek.

    Nie wiem, o co biega, ale rozumiem cię doskonale. I oby u naszych dzieci nigdy niejedzenie nie wróciło...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygląda jakby choroba zabierała apetyt i choroba go oddawała.

    Co lepsze... Ja dostałam zakaz podawania nifuro. Że to wirus na pewno. Dałam dlatego, że w ten dzień, gdy Daniel wstał z gorączką, ja się bardzo źle czułam i sama zjadłam, ot tak, gdy zobaczyłam co z niego leci. I mi wszystko przeszło. Więc zaczęłam dziecku podawać. Raptem kilka dni, najpierw na na noc, po dwóch dobach jeszcze rano. W sumie chyba 6 tabletek zjadł. (Na syrop nie dostałam recepty.) Więc to u nas to nawet nie kuracja była.

    A efekt jest. Dziwne.

    OdpowiedzUsuń
  3. witam, tak jakbym czytała o swoim synku, w tej chwili je po kilka frytek na dzień i kilka winogron, i boje sie każdego dnia bo nic nie chce jeść, pije tylko duzo na szczęście, aż zazdroszczę apetytu, oby tak juz zostało

    OdpowiedzUsuń