poniedziałek, 7 maja 2012

Majowy weekend jak ze snu. Koszmarnego snu.

A miało być tak pięknie...

Ostatni czas był dość trudny. Tak mniej więcej od ostatniej wizyty u homeopatki. Nie wierzę w te kulki aż tak, by to im przypisywać winę, tak mi się po prostu czasowo kojarzy... No ale weekend, mieliśmy trochę oddechu złapać, wszyscy mnie namawiali, więc spróbowałam. Nie wyszło dobrze, oj nie wyszło.

Już pakowanie było ciężkie, bo młody jak na złość wisiał na mnie uparcie non stop. Żeby coś wynieść do auta, musiałam go siłą niemal odrywać, więc pakowanie zostało przełożone na późne godziny i gdy już spał znosiłam rzeczy na wyjazd.
Miejsce weekendowe - jakaś wieś w okolicy Ogrodzieńca. Mniejsza o nazwę. Las, domki typu Brda, zamknięty obiekt, śpiew ptaków, rzeka, żyć nie umierać.

Droga w tamtą stronę ok, Gad trochę marudził, ale w końcu zasnął. Niestety droga okazała się być za krótka, cała podróż trwała niewiele ponad godzinę, Daniel spał w sumie 1/3 tego co zwykle, więc obudził się zły i od razu buczał. Na szczęście towarzyszył nam pies, a otoczenie też było dość ciekawe, jakieś schody, drzwi, które ostatnio są hitem nr 1, więc dziecko trochę się zajęło. W podsumowaniu dzień pierwszy wyszedł całkiem dobrze. Gorzej było z jedzeniem. Ale że on ostatnio nie jadł już poza nocną kaszą kompletnie nic, nie zdziwiło mnie to zbytnio. Już raczej zaskoczyło mnie, że wieczorem zjadł od wujka Pawła cztery kęsy chleba z kozim serkiem i trzy małe kosteczki pomidora. Było to całe jedzenie Daniela tego sobotniego dnia. A i to było pięć razy więcej niż przez ostatnie dwa tygodnie. :/
Zasypianie odbyło się bez cyrków, nie było nocnych pobudek z krzykiem, jakieś tam kręcenie tylko, wiercenie, popiskiwanie przez sen i ciche popłakiwanie kilka razy. Dziecko spało do 7 rano. Szok.

Chyba zbyt optymistycznie na przyszłość po tym dniu patrzyłam, bo najlepsze było dopiero przed nami...

Dzień marudny dość, dużo na rękach. Trochę na szczęście odciążył nas wujek, którym dziecko było mocno zainteresowane. Podobnie jak psem. Koleżanką, 8 miesięcy młodszą Martynką, już mniej. Ale daliśmy radę. Mały cud był z jedzeniem. Po południu dziecko stwierdziło, że pomidorowa jest dobra. I jadło. Pół porcji zjadło. Nie wiem czy z głodu, czy dlatego, że Martynka była na nią chętna i dopominała się o porcję Daniela mocno mu w tym jedzeniu pomagając. Ale najważniejsze, że jadł. Z szoku nie wyszłam do tej pory...
Schody pojawiły się wieczorem... Po zbyt krótkiej dziennej drzemce, marud nabrał na sile, zasypianie było ciężkie, trwało długo i generalnie poszło nie tak jak powinno. Domyśliłam się, że noc różowa nie będzie, ale to co się działo przeszło moje oczekiwania, nawet te najgorsze. Po godzinie z hakiem pobudka i... ryk. Nie było mnie w pokoju w tym momencie, ale ekspresowe przybycie problemu  nie rozwiązało. Godzina uciszania, tulenia, noszenia, bujania itp. nie dała nic, więc próbowałam go obudzić. Tu też nic. Ani nie obudził się jak zwykle, ani nie zasnął. Nie wiem co to była za faza pół na pół. Płakał, krzyczał, chciał wyjść z pokoju, kazał mi na przemian zapalać i gasić światło. Nie chciał lampki, raz chciał żeby świecił żyrandol, raz żeby nie świecił. Z każdą minutą byłam bardziej głupia z tego co się dzieje i bardziej przerażona. Gdy tak wędrował wpół śpiąc, w końcu uderzył się w głowę, po raz kolejny wyłączając lampkę, która przestała mu pasować. Reakcja jak ze snu - rzucił się na podłogę. Zignorowałam. Wstał i zaczął dziko krzyczeć i piszczeć. Próbowałam przytulić mocno, wyrwał się, podszedł do belki w ścianie i zaczął uderzać w nią głową. Po prostu zdębiałam. o_O

Koniec końców ryczeliśmy oboje. On już sam nie wiedział z czego, tak się rozkręcił, ja z szoku i bezsilności. Gdzieś tam z tyłu głowy kołowało mi, że jest problem i że jest większy  niż to się wydawało pani psycholog. A zrobić nie umiałam nic.
Daniel zasnął przed 1 w nocy. Cały czas popłakiwał i pokrzykiwał przez sen i rzucał się na łóżku. Teraz żałuję, że nie podałam mu czegoś do nocnej kaszy. Ale już po herbacie.
O 4 w nocy obudziły go torsje. Tak rozhuśtał żołądek, że zwymiotował nocne mleko. Potem soki żołądkowe, a potem już go tylko rwało na pusto, aż cały siniał. Torsje ustały po południu. :(

O 6 rano pobudka z mega krzykiem. W sumie dziecko spało jakieś 3h, ja półtorej. Oboje byliśmy nieprzytomni. Ja ledwie chodziłam, a on nie schodził z moich rąk. Miałam problem ubrać jego i siebie. Ciocia Agnieszka zasiliła mnie kawą, a wujek Paweł pomógł się nam spakować. Po 9ej zaczęliśmy odwrót. Wakacje się skończyły. Wracałam, bo wiedziałam, że już nic z tego nie będzie. A faktycznie było jeszcze gorzej, niż zakładałam, że będzie. Jakimś cudem dojechaliśmy w całości, mimo ruchu na trasie, mojego zmęczenia masakrycznego i jego wymiotów po drodze.

Przez cały poniedziałek mały spał trzy razy, w drodze pół godziny, potem trochę w domu, a potem trzeci raz, już na hydroksyzynie, bo bez niczego spał za krótko i budził się z krzykiem, który powodował kolejne torsje. Hydroksyzyna wkruszona do mleka uspokoiła nerwy i żołądek, przespał 3h i dopiero po 17ej przestało go rzucać, brzuch się uspokoił, a dziki krzyk zmienił się w ciągłe buczenie.

Żeby nie było zbyt fajnie, we wtorek obudził się z gorączką. Po niej nastąpiła biegunka. Odbyliśmy wizytę u psychiatry, potem biegiem do pediatry. Dostaliśmy hydroksyzynę w syropie i polecenie jej podawania, gdyby nie było zbyt fajnie, bo dziecko musi się wyspać, a jego układ nerwowy musi odpocząć. Tak zaleciła pani dr Agnieszka Gorczyca - nasz psychiatra.

I tak się bujaliśmy do dziś rana. Co poranek biegunka. Potem doił Smectę, więc było lepiej. W gorsze dni (nie było lepszych, żeby była jasność - jedne były do dupy, a drugie już całkiem do dupy na maksa) spał na hydroksyzynie. Po pobudce schodził ze mnie na chwilę, nawet parę minut bawił się gdzieś obok mnie autem, ale nie mogłam się ruszyć, wstać, ani tym bardziej wyjść z pokoju. W dni bez hydro nie schodził ze mnie wcale, a budził się co godzinę z krzykiem i na rękach dosypiał znów.
Odbyliśmy parę spacerów na działkę, gdzie moja mama i mój brat coś tam działali, a ja nosiłam dziecko. I parę spacerów z wózkiem, w czasie których połowa drogi odbywała się na rękach, a druga o cudzie! w wózku. Nie żeby chciał, po prostu spróbowałam go tam wsadzić, podając picie i udawało się... O dziwo, w czasie tych powrotów w wózku, dziecko dopominało się o jedzenie! o_O Tym sposobem zjadał kawałek bułki, albo rogala maślanego z Lidla, który mieliśmy na trasie. W sobotni wieczór sam sięgnął po 4 truskawki. Niestety efekt widać było po paru godzinach - wysypany dekolt. :/ Ale nic więcej się nie wydarzyło na szczęście. Truskawki smakowały. Wczoraj sam upomniał się o zupę z botwinki. o_O Nie zjadł wiele, ale kilka łyżeczek weszło i to bez wmuszania, chętnie.

Dziś rano wyszłam z domu, pierwszy raz od 10 dni wyszłam gdzieś bez dziecka. Odrywałam go na siłę... Jeszcze na klatce słyszałam jak krzyczy, a raczej jak nie krzyczy, bo zaniósł się natychmiast i długo nie łapał oddechu, aż zaczęłam wracać do domu. Zaskoczył nim zdążyłam wejść, więc pojechałam gdzie musiałam pojechać...

10 dni koszmaru. Jeszcze parę takich i zostaję pacjentem pobliskiego Szpitala Psychiatrycznego. On pewnie też. Jestem zmęczona, wyczerpana, wyssana do kości, bolą mnie kolana i nadgarstki od noszenia dziecka, szczypią mnie oczy i szumi mi w uszach. Daniel zapewne nie czuje się lepiej.

Nie wiem czy to regres, czy zmęczenie + choroba, czy trauma z pobudki w obcym miejscu + regres, czy choroba + bunt dwulatka, czy wszystko na raz, nie wiem co to jest, ale nie chcę tego więcej. Nie chcę nie lubić bycia z synem, nie chcę znowu czuć się tak bezsilna i zmęczona jak 23-17 miesięcy temu, nie chcę nie lubić własnego dziecka i macierzyństwa, nie chcę słuchać ciągłego buczenia ani patrzeć jak dziecko rozbija sobie głowę, nie chcę nie chcieć, nie chcę i już!

Niech to się skończy czym prędzej!
Tak sobie wymyśliłam, tak żądam i koniec! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz