poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Piątek 13-go

Nigdy nie wierzyłam w piątek 13-go. Zawsze mnie śmieszyło przeświadczenie, że jakieś tam cyferki przylepione do dnia tygodnia (wymyślonego przecież) mogą zrobić komuś kuku.
A tu niespodzianka. Nam zrobiły...

Od piątku nie poznaję swojego dziecka. Od rana był taki sobie, ale to co wyczynił po wyjściu mojej mamy, wieczorem, to słów mi brak, by to opisać. Cyrk o wszystko, ryk, histeria, wymuszanie. Krzyk o pierdoły, bo np. wyszłam z łazienki i zgasiłam światło. Albo usiadłam na kanapie po godzinie noszenia go. A z rąk mi nie schodził. Pierwszy raz widziałam dziecko, które tak wymusza płacz i krzyk, że dostaje torsji. I do tego jest agresywne, uderza w coś, kopie. Jeden wielki obłęd. Przeszło mu dopiero po kąpieli. Sobota podobna, zwłaszcza od popołudnia źle. Drzemka była krótka i zaczęła się bardzo późno, więc już wstał z krzykiem na ustach, a potem do wieczora ryczał, krzyczał, prowadzał mnie po całym domu pokazując gdzie mam go zanieść i tylko buczał, jak przed rokiem, buczał i buczał, aż mi w uszach dzwoniło. Zasnął za późno, a w nd. wstał za wcześnie, w efekcie marud kolejny. Po drzemce dziennej znowu cyrki.
Gdy w pon. rano przyjechała moja mama, doznała szoku. Cofnęliśmy się w rozwoju o całe lata świetlne.

Brałam to na karb buntu dwulatka, ale teraz nie jestem pewna.



Dziś rano znowu pobudka bladym świtem i od razu za rękę, wychodzimy z sypialni. Będzie więc tak samo jak ostatnie dni. Już współczuję mojej mamie. Dobrze, że ona ma więcej cierpliwości niż ja.
Nim wyszłam spytałam dziecko, czy chce mleko. Reakcja kompletnie nieadekwatna do sytuacji. Rzucił na na podłogę, na brzuch i zaczął krzyczeć Nie Nie Nie. o_O
Nie wiem co by mnie mogło bardziej z nóg zwalić. Chyba nawet nalot kosmiczny nie wprawiłby mnie w takie osłupienie...

Nie wiem co się stało, ale jest źle. Jest bardzo źle.

A skoro już wierzymy w cuda, napisałam do dr Bross. Skoro ona wszystkie zmiany (do tej pory na plus) bierze na karb tych swoich kuleczek, to niech i z tym się zmierzy.

Edit.
Poszukując informacji o nagłych zmianach zachować natknęłam się na bloga Justynki. Wpis o regresie:
http://www.pomocdlajustynki.pl/?p=1332  Dokładnie tak to u  nas wygląda. Tyle że Daniel nie idzie sam, a włazi na ręce i mnie każe siebie nosić. Niestety w żadne konkretne miejsce i po nic konkretnego. Ciągnie do łazienki, a tam myśli co by chciał. Nic nie wymyśla i ciągnie dalej, do sypialni. Tam znowu problem, bo nie wie co. Albo chce na parapet. Mówię, że nie wolno, że tam kwiatek, że można spaść itd. i jest cyrk. Po chwili ciągnie do kuchni, a tam ręka w kierunku blatu po... no właśnie po nic konkretnego. Potem duży pokój, komoda, drzwi wyjściowe, wnęka z komputerem (który chowam już, bo cyrk jest pięć razy dziennie), drzwi z łazienki itp. itd.
Jeśli dam mu coś ciekawego jest minuta zajęcia, a potem znowu chodzenie gdzieś tam po ... coś tam. I tak godzinami. :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz