czwartek, 23 lutego 2012

Slow parenting

Ech, ach i och... tak sobie wzdycham, gdy wspominam czasy moje dzieciństwa. Trawa, kamienie, kapsle, piasek, patyki, takie zabawki mieliśmy na co dzień. A mimo to jakie kolorowe było wtedy życie. :) A może nie mimo to, a właśnie dlatego?
Do dziś pamiętam jakie świetne były zabawy w wykopie przed blokiem, gdy kładli nową sieć cieplną. Cała okolica tam się bawiła. /I jakoś nie przypominam sobie taśm ochronnych wokół i zakazu wchodzenia. Hmm... A nikt nie zginął./ Ogród mojej babci był nieodkrytą i nieskończoną przestrzenią, całe dnie tam ganiałam, ciągle wynajdując nowe zabawy.

Foto: Wrocławski ogród japoński

Wyczynem było ściągnięcie mnie na obiad czy kolację. Podobnie na osiedlu, wieczorem niemal każda matka musiała swoje z okna wywisieć, pociechę oczami dopaść i jeszcze głosem doścignąć, żeby toto do domu zgarnąć na czas. :) Łatwo nie było.

A dziś smycz (komórka - znaczy), laptopy, palmtopy, sropy, gry jakieś durne na komputer, na playstation i inne bzdury. I potem taki dwunastolatek przyjeżdża do ojca na weekend i po godzinie, zamiast iść na dwór marudzi: nudzę się! W końcu wygoniony  na świeże powietrze (środek lata, w domu 30 stopni) znajduje kolegę, mija kwadrans i domofon: tato, czy kolega może do mnie przyjść pograć na PS3?
Ręce i nogi opadają po prostu.

Kto by mnie ściągnął do domu i jaką siłą, w letni, piękny dzień? Nawet żadnej matce do głowy to nie przychodziło, bo wiadomo, że było nie do zrealizowania. Gdy lekcje były do odrobienia, trzeba było od razu po szkole robić, inaczej zostawało tłuczenie się po nocy, albo odrabianie bladym świtem. Dla wybitniejszych było jeszcze kolano na korytarzu, albo muszla klozetowa w szkolnej łazience. :)

Już dobre kilka lat mnie to nurtuje, a ostatnio w głowę zachodzę, jak ja nauczę czegoś sensownego to moje dziecko, gdy wokół takie wariactwo? Jedna znajoma już posyła swoją pociechę na zajęcia przedszkolne (dziecko nie chodzi do przedszkola w normalnym trybie, matka nie pracuje), bo mała tam uczy się: rytmiki, języków, tańca, śpiewu i Bóg wie czego jeszcze. Inna zmieniła etat na 1/2 i sama w domu uczy synka liczenia, pisania i dwóch obcych języków. Do tego dziecko zalicza: basen, rytmikę, taniec i zajęcia muzyczne (nie wiem na czym ma grać, ale ma) oraz tenis.

Czy my  nie zwariowaliśmy przypadkiem? Czy nie przesadzamy? Zabieramy dzieciom nie tylko dzieciństwo, ale i wyobraźnię. Zajęcia są gotowe, podane na tacy i toczą się wg programu. W domu praca, praca, praca. Poza domem maluchy nie odstępują rodziców (bo niebezpiecznie) i mogą sobie co najwyżej na zjeżdżalni pojeździć, albo w piasku chwilę posiedzieć. Nie za długo, bo matkę goni obiad, zakupy, sprzątanie, czy co tam jeszcze. Nawet w drodze ze szkoły nie można się uroczo uświnić, parku jakiegoś zaliczyć, czy poganiać po trawie, bo nie dość, że samych dzieci nikt nie puści (chyba do 3 klasy podstawówki włącznie) już, to jeszcze nie ma czasu, bo rodzic goni jak wściekły.

I potem oglądam takie obrazki... Idzie pięciolatek z dziadkiem przez park. Pokazuje na plac zabaw. "Zobacz, dziadek jakie fajne huśtawki." "Chodź." "Ale dziadek zobacz!" "Widzę, chodź." "Dziadek, a Ty lubisz takie karuzele? Bo ja lubię..." "No chodź wreszcie!"
Dziecko spuściło głowę, zrobiło podkówkę i poszło za dziadkiem, który żeby słowom mocy nadać, nawet się nie zatrzymał przy płocie placu i odszedł na dobre naście metrów już.

Foto: Plac zabaw przy GOK w Wiązownie.
 
Smutno mi się zrobiło. Tak zwyczajnie żal dziecka. Dziadek lat miał z 70 na karku, do pracy raczej nie gonił, miał wolne, ładną pogodę i zdrowego, fajnego wnuka pod opieką. I nawet nie chciało mu się łba odwrócić za dzieckiem i chwilę posłuchać, co mały między wierszami mu zapodał.

 W dzisiejszym świecie jestem dziwadłem. Nie zastanawiam się na czym będzie grał mój syn, ani gdzie go na języki zapisać w tej chwili. Czy będzie tańczył i co zrobić, żeby miał słuch czy głos. Ani też ile języków będzie znał. W tej chwili zajmuje mnie tylko to, czy w klasie integracyjnej (do takiej zawsze chciałam go zapisać) będzie tym dzieckiem "zdrowym" czy tym wymagającym dodatkowej opieki.
A nie, jeszcze jedna rzecz mnie zajmuje. Żeby nie spędzał dnia przed komputerem. Na razie w tym celu mamy w domu weekendy bez komputera. Tzn. ja mam, bo on za mały jeszcze. Ale od kogo zacząć, jak nie od siebie? Bardzo żałuję, że nie mam lasu w okolicy, ale na szczęście mam znajomych niedaleko, na wsi lub w mniejszych miastach, więc dziecko zobaczy co to jest ten las. :) Chciałabym zarazić go przyrodą, nauczyć tego, czego mnie nauczył mój dziadek. Chciałabym, żeby liczyło się dla niego coś więcej niż metka na spodniach. Żeby był szczęśliwym dzieckiem, a potem szczęśliwym młodym facetem, samodzielnie myślącym i zadowolonym z życia. Takim, który nie załamie się, gdy padnie internet i który nie będzie robił cyrku, bo matka nie ma na Big Stara.

Jakoś inne strachy mnie zajmują, niż większość matek. Taki defekt w wyniku wychowywania w małej mieścinie, w dużej mierze przez dziadków, którzy nie pokazywali mi nowego centrum handlowego tylko uczyli jak pszczoły zbierają miód. Dziadek nie odziewał mnie w markowe szmatki, tylko w biały kubrak z siatką na twarz, w którym mogłam się pogapić do otwartego ula. Z babcią nie biegałam po firmowych sklepach, tylko po ogrodzie, gdzie rwałam marchewki, sadziłam pomidory czy zbierałam śliwki na sok, który potem razem robiłyśmy. Ach te czasy...

Mam w głowie mega mętlik dzisiaj. Koleżanka zapytała mnie czy zapisałam już Daniela do przedszkola i czym się będę kierować je wybierając. Odpowiedziałam, że niczego nie wybieram, mam przedszkole na trasie dom - praca i nie, jeszcze nie zapisałam. Oczy, które na mnie patrzyły robiły się coraz większe ze zdziwienia. :) Jak to, to nawet nie wiem czego tam uczą, jakie są zajęcia, czy będzie angielski, czy rytmika, czy muzyka, czy inne jakieś i tak od razu wiem, że tam? Czemu nie szukam najlepszego? Ona już swoje dziecko zapisała, do prywatnego koniecznie, inaczej to w ogóle w grę nie wchodzi. Musi tam być... i tu cała lista zajęć, od której mnie się w głowie zakręciło od razu, a co dopiero takiemu dziecku, które to wszystko musi przerobić w 8 godzin każdego dnia.

Jakby było mało w tej chwili 3 Program Polskiego Radia nadaje audycję na ten temat. Dokładnie na temat zdolności i szkół muzycznych. Dzwoni matka i mówi, że ona swoje dziecko "motywuje" do tego czy owego, bo ją rodzice za mało (i tu się wysypała wybierając właściwe słowo) zmuszali (!) do grania na instrumencie x i ona zaprzestała. W związku z powyższym ona swoje popycha ku temu, mimo że ono nie chce i mówi, że nie chce, bo w jej odczuciu jak już pójdzie i wróci to nie jest niezadowolone, a nawet odwrotnie. A może ono się cieszy, że już swoje na ten tydzień odbębniło? A dlaczego nie zapyta co to dziecko zamiast chciałoby robić? Może chciałoby grać na flecie, zamiast na pianinie? A może bardziej kręci go siatkówka? Nic o tym. Ona zdecydowała, że zajęcia X i teraz popycha, bo ją rodzice....
Dorośli podzielili się na dwie grupy. Jedna mówi, żeby nie zmuszać. Druga, że owszem, rodzic ma wybrać i pilnować, żeby syn czy córka realizowali to zadanie, bo rodzic decyduje, wybiera, kieruje, wychowuje. Wybrałabym raczej słowo: rządzi. Idę wyłączyć radio... 


Świat zwariował.
Ale w tym zwariowanym świecie ktoś w końcu usiadł i pomyślał jak ja. Że może jakiś rower, trawa, woda, przyroda, może czas z rodzicem, z dziadkiem, bez tv i innych  nowoczesności. Że może by tak wolniej, bez tysiąca ćwiczeń, zajęć i bez tej ciągłej nauki przez 24h od pierwszego roku życia.
Usiadł i wymyślił termin "slow parenting". Amerykanie już to połknęli. My dopiero zaczynamy trawić.
I choć moje pokolenia znają inne życie, inne dzieciństwo, inny rytm, trawimy to cholernie ciężko.

A może warto pomyśleć czy nasze dzieciństwo nie było lepsze? Czy na pewno chcemy dla dzieci czegoś innego? Tego szaleństwa i pędu do wielkości, do mega biznesów, do sławy?
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, proponuję smaczną herbatkę zrobić i zasiąść z własnym dzieckiem na podłodze, bez tv i komputera, bez telefonu obok i przyjrzeć się, czy może nie brak czegoś temu  małemu/młodemu człowiekowi, czy nie brak mu luzu, zabawy, nas? Czy na pewno to czego mu trzeba to cała batalia zajęć sportowych i językowych? Czy nie tęskni on zwyczajnie za czymś innym, za weekendem tylko z rodzicami, gdzieś w dzikiej głuszy np?

Myślę, że możemy się zdziwić mocno. Większość z nas, rodziców może się zdziwić.
Jak w programach Super Niani, gdy Dorota Zawadzka pyta dziecko czego by chciało, tak w cztery oczy. 99% odpowiedzi mówi o BYCIU z rodzicem, o spędzeniu z nim czasu, wspólnym wyjściu, pograniu w chińczyka, spacerze, basenie (ale razem). Dzieci werbalizują oczywistą oczywistość, a matka patrzy  na tę wypowiedź w tv i płacze na kanapie, jakby z księżyca spadła. Zawsze mnie to zadziwia. 

Polecam:
http://dziecisawazne.pl/slow-parenting-czyli-rodzicielstwo-powoli/

5 komentarzy:

  1. A ja tam się zastanawiam, na jakie zajęcia moja córka MOGŁABY kiedyś chodzić. Tyle, że a) nie mam ciśnienia na to, by to było już koniecznie w przedszkolu, b) zakładam, że pójdzie do szkoły muzycznej jak cała moja rodzina praktycznie, jeśli tylko warunki będą - ALE jeśli będzie to mordęga dla niej, odpuszczę, c) chciałabym, by mała miała jakieś zajęcie jedno w przedszkolu po przedszkolu, ALE nie dla wyścigów szczurów, a jako zabawę.
    Mam rzut beretem fajny dom kultury, sama z siebie chodziłam tam na zajęcia i uważam, że w takiej formie - chcę, bo mi się podoba, lubię to, dobrze się bawię - to ma to ręce i nogi. To trochę tak, jak teraz chcę by mała mogła mieć kontakt z dziećmi i szukam jakiś zajęć dla maluchów - nie dla samych zajęć, a dla JEJ PRZYJEMNOŚCI. Uczę taką dziewczynę, od malucha chodzi na angielski i na zajęcia plastyczne - i autentycznie to lubi, jako przedszkolak lubiła, zostało jej do gimnazjum. I wydaje mi się, że taka forma jest najbardziej ok, zresztą - w takiej formie na zajęcia chodziło się w naszych czasach :)

    A do lasu zapraszam do siebie, wiesz, że blisko mam leśniczówkę? i - uwaga - DANIELE tam są :D białe takie, fajne. I dużo miejsca po drodze do hasania.

    OdpowiedzUsuń
  2. No jeszcze coś muszę :)

    Do szkoły muzycznej chodziłam od 5 rż, w sumie 9 lat. 2 pierwsze to było przedszkole umuzykalniające z zajęciami plastycznymi dodatkowo, 2x w tygodniu. Podobało mi się, lubiłam, blisko. Potem 6 lat właściwej szkoły, i - nie lubiłam, nie cierpiałam z jednego powodu - zmuszania. Nie byłam wybitna, całkowicie przeciętna, od razu wiedziałam, że dalej ściśle w tym kierunku nie będę szła, mama też to wiedziała i chyba nie potrafiła odpuścić. Ja - wiecznie zmęczona, bo chociaż szkoła blisko, tuż obok mojej podstawówki - to jednak zajęcia 4 razy w tygodniu: 2 x gra na pianinie, 2 razy rytmika, a od 4 klasy dodatkowo 2x chór i 1x instrument dodatkowy, u mnie to był flet prosty. I do tego codzienne niemalże, z małymi wyjątkami, ćwiczenie w domu - ok. 2h. Nienawidziłam tego, że ciągle nie mam czasu.
    W efekcie - w 8 klasie zaczęłam wagarować i przestałam dopiero po maturze. WRESZCIE nie musiałam po szkole latać nigdzie, a byłam tak zmęczona, że szkoła wywoływała we mnie bunt.

    Inna rzecz, że po skończeniu muzycznej zapisałam się już sama do studium piosenkarskiego tamże :)) W 7 klasie. Skończyłam, ale to już było coć, co mi szczerą radość sprawiało, byłam dobra, miałam zajęcia indywidualne. Potem też sama poszłam do domu kultury na zajęcia baletowe, i to też jakoś tylko 2x tygodniowo było, też blisko - no i mój własny wybór.

    Podsumowując - niestety, taki natłok zajęć może wpłynąć fatalnie, bo szczerze mówiąc - ja się dziwię, jak maturę zdałam, a wiem teraz, że to był efekt przeładowania w młodszych latach.

    Potem minęło, mało tego - umiejętności muzyczne przydają mi się w pracy OGROMNIE. Ale wiem, że duuuuużo żalu miałam do mamy przez te lata.
    I jak pisałam - spróbuję córkę posłać, ale wiem, że jeśli nie, jeśli nie będzie chciała - odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie o tym mówię.

    Jeśli młody zechce biegać na jakieś karate, a mnie będzie stać - bardzo proszę. Jeśli mu się zmieni na piłkę, ok, jeśli na bieganie, też ok.

    Jeżeli wykaże jakiś talent, spróbuję go zachęcić. Jeśli nie zechce, to nie. Sama z siebie żadnych planów i aspiracji nie mam co do niego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Obawiam sie, ze nasze dzieci nie będą miały takich cudnych wspomnień. Żal...Co będą wspominać nasze dzieci? Sama nie wiem, co będzie za parę lat ale patrząc jak ta karuzela przyspiesza nie wróży to nic dobrego. Bede sie starala, żeby Basia zapamietala dziecinstwo w wesolych dziecięcych kolorach, zeby poznawala swiat nie z ekranu komputera ale organoleptycznie wlasnymi oczami i lapkami. A niech sie ubrudzi, i tak wiecznie chodzi umorusana ;) zresztą od czego s ą pralki. A jezeli bedzie chciala na jakies zajecia dodatkowe, nie zabronie w granicach zdrowego rozsądku. Zaluje, ze nie mamy babci na wsi a jak kogos z rodziny mamy to juz ta wieś też nie taka sama. Co za wieś gdzie obory i chlewiki stoją puste? Kure z ledwością uświadczysz, niedługo nasze dzieci świnki będą w zoo oglądac :(.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasami myślę sobie, że w zbyt wielu dziedzinach życia rządzi reguła fastfood. Byle szybko, niekoniecznie dobrze. Zdurnowaciali rodzice przerażeni, ze dziecko zostanie porwane z ich włąsnego ogrodu, wszędzie czai się zło, chcąc chronić dziecko odgradzają je od rzeczywistego swiata.
    Pęd rozwojowy: wg mnie spoko pod dwoma warunkami: jest zgodny z potrzebami dziecka i nie granicza się do wysłania dziecka na zajęcia dodatkowe.
    Straszne mi sie wydanie posyłanie dziecka na dodatkowe zajęcia przez rodziców, którzy sami nie pamietają, gdy sie czegokolwiek nowego uczyli, rozwijai pasje, trzymali w ręku książkę.

    Moje dziecko ma 5 lat. Chodzi do szkoły: od poniedziałku do piątku 9-15. Dwa razy w tygodniu po szkole od 16:00- 16: 40 ma lekcję języka obcego; w soboty od 10:00- 13:00 uczęszcza do skzoły polskiej.
    Zajęcia dodatkowe wdrazaliśmy powoli, mimo to przeszliśmy kryzys. Mały był zmęczony. Chcieliśmy zrezygnować z zajęć sobotnich i ponownie zredukować zajęcia z języka obcego do jednych zajęć w tygodniu. Mały się sprzeciwił. Od środy pyta, czy już dziś idzie do polskiej szkoły.
    Na zajęciach francuskiego odregowuje w miły sposób cały dzień.
    Od września planujemy zapisać go na zajęcia sportowe: wg jego preferencji i wyboru :)

    OdpowiedzUsuń