wtorek, 14 lutego 2012

Pępowina nam odrosła

Takie duże mam już dziecko, a takie malutkie. Nie wiem co to za faza, ale wróciło przyszycie, odrosła nam pępowina. Jest gorzej (w sensie trudnej) niż kiedykolwiek. Dziecko wstaje rano, włazi na mnie i schodzi do kąpieli. Koszmar jakiś. Moje plecy aż piszczą, kolana wysiadają (prawe już wysiadło), ramiona bolą, nadgarstki już się poddały i nawet te cysty, które mam już na nadgarstkach, nie rosną. :) O dziwo nawet już boleć przestały. Chyba i one mają dość. :)

Nasze dni ostatnio wyglądają tak:

Ręce na moich plecach, albo na szyi, a stopy obejmują moje biodra, żebym przypadkiem nie chciała postawić.

I znowu słyszę rady, żeby to przerwać, uciąć, że MUSZĘ coś z tym zrobić. No cóż. Nie robię. Obstawiam, że to ostatnia faza mamusiowania, przed odpadnięciem ode mnie. Ostatnie MY złączone w jedno, nim dziecko odkryje, że ja to ja, a mama to ktoś drugi. Może się mylę, ale nie znam kobiety, która nosiłaby 18tolatka, więc nie jest to stan chroniczny - tego jestem pewna. ;)

Herbatę robię z synem na rękach lub na blacie kuchennym, maluję się z synem na rękach, ubieram z synem na rękach, chodzę po domu głównie z synem na rękach, tak samo myję zęby, rozmawiam przez tel, a nawet jem. /Jedzenie to inny temat i dużo gorszy od tego./ Siusiać też muszę iść z nim, albo zaraz za mną przyleci, z rykiem oczywiście. Nawet już ktoś drugi na ręce wziąć nie może, czy z auta wysiadamy, czy gdzieś razem idziemy. Muszę radzić sobie sama, bo dziecko wyciąga ręce tylko do mnie. Nawet babcia poszła w odstawkę. Danielowi jest z nią dobrze, ale gdy ją rano widzi, od razu koduje, że ja wyjdę. W efekcie jest bek i już nic nie mogę, bo dziecko wczepia się we mnie i puścić nie chce. Wychodzę podstępem, lub po prostu oddaję rykuna babci i uciekam, przełykając jakąś mega gulę, która siedzi w gardle każdego ranka od nowa. I tak dzień za dniem.

Tylko noce inne. Chyba już się nauczył, że jestem gdy zasypia i jestem, gdy się budzi, bo nie śpi już na mnie, a nawet nie szuka mnie przez sen, nie musi czuć mnie tuż przy sobie, czasem nawet na drugi koniec wyrka zawędruje.
Może z dniami też by tak było, gdyby nie rzeczywistość, która zmusza mnie do wyjścia do pracy. Ale na to ja już nic nie poradzę. Szóstki w totka nie przeczuwam, więc zostać musi jak jest.

Ale jestem zmęczona. Bardzo. Liczę na kolejny etap. Mógłby już nadchodzić... Niech się nie spieszy, ale nich choć zamacha do mnie z horyzontu, dając znak, że jest w drodze...

4 komentarze:

  1. :) trzymam kciuki za Was, pewnie niedługo zlezie. A jak już zlezie, to długo nie wlezie. Matki nosicielki! Niech Moc będzie z nami!

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu zlezie, pojdzie do przedszkola, szkoły, do kolegów, koleżanek a Ty jeszcze zatęsknisz.... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mu już obiecałam, że jak w końcu zlezie, a potem jeszcze zamknie się w pokoju, to ja mu tam będę wpadać i brać za rękę, i ciągać po chałupie, albo na kolana mu wejdę, gdy z dziewczyną będzie siedział i też się tak wczepię, jak on teraz we mnie. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. No, skoro mu tak obiecałaś, to nic dziwnego, że nie schodzi - bałabym się :D Prezent mu obiecaj, hehe ;)
    Ciekawa jestem, czy takie np. bliźnięta mają takąfazę, czy może nie do końca, bo mają drugie JA obok siebie.

    OdpowiedzUsuń