wtorek, 24 stycznia 2012

Ruch rozwijający metodą Weroniki Sherborne

Po raz kolejny zaczynam wpis od podziękowań. Po raz kolejny dziękujemy Cioci Agnieszce Pszonak, tym razem za książkę opisującą metody ruchu rozwijającego wg Weroniki Sherborne.



Książkę przejrzałam dokładnie i oniemiałam. Doszłam do wniosku, że giną nam, ludziom, naturalne metody zabawy i pracy z dziećmi. Ot tak, przepadają wraz z rozwojem (czy na pewno?) cywilizacji.
Trzydzieści parę lat temu większość z tych ćwiczeń była normalnie stosowana w przedszkolach. W zwykłych przedszkolach, nie integracyjnych, o takich wtedy nikt nie słyszał. A przynajmniej nie w moim mieście.

Było przeciągnie kolegi na kocu, wędrowanie pod tunelem ułożonym z kolegów, turlanie wzajemne, różne ćwiczenia w parach, przeciągnie plecami do siebie, rowerki z połączonych stóp i masa innych. Dziś od tego są dodatkowe zajęcia, oczywiście głównie odpłatne i nagle z rzeczy zwyczajnych robi się "terapia".
Podpytałam koleżankę, której dziecko chodzi ostatni rok do przedszkola. W ich przedszkolu są komputery, ale nie ma przeciągania na kocu. Są zabawy indywidualne (każdy robi co chce), a pani ma wolne. Są zabawy w kółku, śpiewanie, bieganie, ale nigdy nie było większości zabaw dotykowych, opisanych w tej książce. Co się dzieje z tym światem?
Już w połowie książki miałam oczy jak spodki. I jeden po drugim przypominały mi się kolejne obrazki z dzieciństwa.

A potem ubawiłam się do łez, bo przypomniało mi się jak wygłupiałam się z ojcem. Mało go miałam, pracował w firmie budowlanej. Wtedy w latach 70tych budowano nie Polskę, a Warszawę, więc mimo że mieszkał 500km od stolicy, większość czasu tam pracował. Stawiali jakieś hotele i inne badziewia, na pokaz, więc ojca miałam niewiele. Ale gdy był, robił ze mną właśnie takie ćwiczenia jak w tej książce. Pomysł oczywiście miał z głowy, czyli (jak to mówi mój ulubiony prowadzący - Piotr Bałtroczyk) z niczego. :)

Bawiliśmy się w kulę u nogi np. Wieszałam mu się na kolanie i kucałam, stawałam na jego stopie, a on mnie nosił, chodząc tak ze mną po mieszkaniu czy dworze. Jeździłam na koniu - ekstra zabawa, wręcz do zajechania ojca. :)
Chodziliśmy razem na jego stopach, gdzie ja stawałam przodem lub tyłem do niego, a on mnie trzymał za ręce. Oczywiście dużo było jazdy na barana, gdy byłam malutka, każdy spacer tak się kończył prędzej czy później. Noszenie małpki też pamiętam - wisiałam przyczepiona do jego brzucha, a on raczkował tak ze mną, póki nie odpadłam. :D

Wspominam to dzisiaj i łezka mi się w oku kręci.
Dziękuję Ci Tato! Za to że byłeś chociaż dużo Ciebie nie było, za twoje starania, dzięki którym mimo wszystko tyle pamiętam, za to że dałeś mi normalne dzieciństwo i takie super wspomnienia. Dziękuję Ci za Twoją odpowiedzialność i za to, że byłeś tym kim wielu dziś być nie potrafi - Ojcem.

Naście lat później to samo powtarzaliśmy z moim bratem. Nie było to trudne, bo młody był przytulakiem i lubił każdy kontakt. Lgnął do różnych zabaw i kontaktu z ludźmi. Tym sposobem domęczył ojca do końca, a przy okazji nieźle i mnie wymordował. :)

Książkę przejrzałam, sporo zaznaczyłam i zaczęliśmy wczoraj pierwsze świadome zabawy. Niektóre stosowaliśmy wcześniej, do niektórych nie dorośliśmy jeszcze. Np. nie umiemy robić wspólnego rowerka. Nóżki są sztywne, stopy trzymają się siebie, ale nie ma okrężnego ruchu. Będziemy nad tym pracować.

Ale szybko zaliczyliśmy pierwsze postępy. Np. siadamy już buziami do siebie!!! Do tej pory Daniel uciekał od takiej pozycji. Nie siadał na kolanach przodem do mnie. Nie patrzył w oczy, nie zajmowała go taka zabawa. Od paru dni próbujemy i wczoraj dziecko przyszło do mnie ni z tego, ni z owego i samo tak usiadło. Popłakałam się...
Robiliśmy "sroczka kaszkę ważyła" w tej pozycji, najpierw rączki, ale zdecydowanie wygrała zabawa w sroczkę na stopach. :) Dobry kwadrans dziecko wystawiało na zmianę obie stópki i sroczkowaliśmy, aż zachrypłam. :D Potem chodziliśmy razem na moich stopach, zrobiliśmy "kulę u nogi", chociaż nam bardziej wyszła kłoda, bo Daniel nie kuca w tej zabawie, a później uskutecznialiśmy konika. I tu też zdziwienie, bo do tej pory mały szybko uciekał. Tym razem został na moich plecach i dobre kilka razy przeszłam z nim mieszkanie, a on nie tylko siedział, ale położył się na mnie i przytulił...

Na koniec próbowałam poćwiczyć pokazywanie wzajemne jego paluszkiem różnych części naszych twarzy, na zmianę: "tu Danielek ma oko, tu  mamusia ma oko", ale po nosku i oczach dziecko już się znudziło i uciekło. Niestety te zabawy wyraźnie go drażnią. :( Nie chce pokazywać i koniec.

Tyle naszej pracy tego dnia. Poszliśmy pochlapać łazienkę i spać.

4 komentarze:

  1. Strasznie się cieszę, że akurat te zabawy przypadły wam do gustu - prawda, że genialne w swej prostocie? Ja jeszcze naleśnika polecam - kocyk, owinąć dziecia i turlać ile wlezie :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Spróbujemy. Na razie jesteśmy oporni we współpracy. :) Długo go trzeba namawiać do nowej zabawy. Pewnie i do kocyka dojdziemy. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, powolutku malymi kroczkami nauczy sie wszystkiego. Z drugiej strony niesamowite jak takie malenkie sukcesy potrafią czlowieka ucieszyc i dać siły. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń