wtorek, 31 stycznia 2012

Dobre rady

Ten wpis nie będzie o moim dziecku. Będzie o innych ludziach, ludziach którzy powinni pomagać, bo są a) dobrymi znajomymi, b) specjalistami, a którzy nie pomagają, tylko wrzucają kamyki na mojego ogródka. Ludziach, którzy nie pytani dają tzw. dobre rady. 

Ale od początku... 

Gdy mój syn miał 6 tygodni do naszego domu przyszła pani pediatra. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby szukać w sieci dobrego lekarza pediatry, no ale podkusiło, przetrzepałam wszystkie portale typu "dobry lekarz" czy "znany lekarz" i wybrałam ją. Była najlepsza. Pomysł z gatunku durnych, jak się później okazało. 
Przyszła, pomacała brwi dziecka, wydedukowała z nich nietolerancję laktozy, kazała mi przejść na dietę, zarządziła testowo mleko Bebilon Pepti (do dziś nie wiem czemu, bo ono laktozę zawiera!), nakazała podawać dziecku smoczek (do tej pory go nie znało) ponieważ, jak stwierdziła mały ma bardzo silny odruch ssania, po czym spytała gdzie dziecko śpi. 
Mój ówczesny partner i ojciec dziecka odpowiedział wprost: "z mamusią i tatusiem". Spojrzenie pani dr bezcenne. Do dziś dzwoni mi w uszach ten monolog i hasła typu: "co to za metody wychowawcze... dziecko powinno spać w swoim łóżeczku... jak pani go potem przestawi..." itd. itd. 
Potem była jeszcze długa tyrada o noszeniu: "jak go pani będzie nosić, gdy będzie miał rok... co pani zrobi, gdy będzie ważył 10kg..." i dalej w tym samym tonie. 
Na koniec usłyszałam, że daję się terroryzować, że tak nie może być, że ja muszę mieć czas dla siebie, na poleżenie w wannie, na spacer samotny, na poczytanie książki i obejrzenie filmu w tv.

W 6 tygodni po porodzie byłam świetnym odbiorcą takich mądrości. Walnęło mnie w głowę, poporodowy dół dopadł mnie ze zdwojoną siłą i po prostu mną pozamiatało. 
Nawet cieszyłam się, gdy moja dieta nic nie dała i dziecko przeszło na Pepti, a potem na Nutramigen (objawy zniknęły po obu - zwłaszcza brzuszne, w ciągu doby; potem się okazało, że syn ma skazę białkową, a nie nietolerancję laktozy), mogłam zacząć karmić się antydepresantami. 
Niestety sama sobie ustaliłam dawkę -  minimalną. Byłam chronicznie zmęczona, bałam się, że gdy przesadzę nie usłyszę dziecka, przygniotę je w nocy, upuszczę czy cokolwiek innego. A sił miałam wtedy naprawdę mało, bo syn nie dawał mi nawet kwadransa odpoczynku. 
Dziś już wiem, że to był błąd. Duży błąd. Ale za późno... 

Z fazy złości, przemęczenia skrajnego i ogólnego rozżalenia z pretensjami do świata, że dlaczego ja tak mam, wyrwał mnie powrót do pracy i przyznam szczerze - facebook. Znalazłam tam, poprzez moich znajomych, portal "Dzikie dzieci'. Z niego dowiedziałam się o istnieniu takiego fenomenu jak "rodzicielstwo bliskości". 

Już wcześniej stałam się posiadaczką chusty, a później nosidła. W dużej mierze dzięki mojemu synowi, który nie chciał za nic w świecie być sam i po prostu leżeć. I dzięki mojej znajomej Dominice van Eijkelenborg, zagorzałej "nosicielce" i matce żyjącej wg zasad rodzicielstwa bliskości, w całości, łącznie z ekopieluchowaniem i dietą eko. 
Mnie te pozostałe zasady nie były do końca po drodze. Z czasem coraz więcej ich akceptowałam, coraz więcej aprobowałam, a niektórych stałam się zagorzałą wielbicielką. 
Dzięki AP (Attachment Parenting) w końcu zaakceptowałam fakt, że mój syn po prostu jest inny, potrzebuje więcej bliskości, dużo więcej, potrzebuje mnie na cały etat, potrzebuje akceptacji tego jaki jest i potrzebuje kontaktu stałego, choćby wzrokowego. 

Od czasu do czasu pojawiały się jednak inne głosy. A to jakaś miła znajoma wyraziła swoje oburzenie, gdy opowiadałam jak syn ciąga mnie po mieszkaniu, np. w trakcie posiłku. A to inna raczyła mnie uświadomić, jak bardzo źle robię śpiąc z nim. A to znowu kolejna objawiła mi swoje zdanie na temat noszenia. Tym razem jednak miałam już inne podejście, więc tego typu rady zwyczajnie mi latały. Chociaż nie, złościły mnie. Nie prosiłam o nie, nie pytałam o nic, nie chciałam rad, ani pomocy. Skąd więc ta chęć przekazywania mi tych rewelacji? Nie wiem. Zakładam jednak, że nie wynika to ze złośliwości, ale z dziwnie pojętej chęci pomocy. 

Jest w tym jednak pewna dziwna prawidłowość. Żadna matka wyznająca zasady AP nie powie innej, że ta MUSI z dzieckiem spać, albo że MUSI natychmiast zacząć malucha nosić. Tymczasem mamusie spoza tej bajki bardzo chętnie i bez żadnych oporów dają tego typu rady. "Ojej, on ma już rok, co zrobisz, jak będzie miał dwa i dalej będzie chciał być noszony? Musisz przestać go nosić!:" Albo " słuchaj, jak nic nie chcę mówić, ale Ty już musisz go przenieść do osobnego łóżka, już czas najwyższy". 

Mam ochotę zrobić tak: 


Do czego zmierzam... 

Wczoraj zaliczyłam dwie wizyty lekarskie. Jedną własną, drugą z dzieckiem. Tak różne wyniosłam stamtąd nastroje, że chyba bardziej się nie dało. 

Pierwsza wizyta w Poradni "Dąbrówka" u pani Niziołek. Specjalista psychiatra, psychoterapeuta z certyfikatem Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Przemiła kobieta, która prowadzi moje leczenie. Teraz już wg swoich własnych zasad, do których nie zamierzam się wtrącać i niczego modyfikować. Zwiększyła mi dawkę antydepresantu. Mam nadzieję, że to wystarczy, żebym stała się dla syna oazą spokoju ;) i miała wystarczająco dużo sił psychicznych, by ten temat dźwignąć. 

Pani dr nie robiła mi żadnych wyrzutów, ani (jak przystało na zawodowego terapeutę) nie dawała dobrych rad. Stwierdziła, że mój syn jest dzieckiem specyficznym i widać potrzebuje dużo bliskości. Że dałam mu jej tyle ile na tamte warunki mogłam. Że wyrzucanie sobie zaniedbania nie ma sensu. Że muszę pojąć prosty fakt, że wiedzę obecną mam teraz, a wtedy jej nie miałam, robiłam więc ile mogłam, albo nawet więcej, czego efektem było moje przemęczenie i doły psychiczne. 
Ze mnie pacjent ciężki, więc nie dałam się pozbawić wyrzutów sumienia. Niemniej jednak jestem jej wdzięczna za realne podejście do tematu i nie szukanie winy w kimkolwiek. 

Potem druga wizyta, z dzieckiem. U lekarza homeopaty.
Wyszłam stamtąd ogłupiała kompletnie. Temat trawiłam do dziś. Pomijam samo leczenie, bo to inny temat. Nie dość, że pani dr, która w ogóle się w tym nie specjalizuje, raczyła wyrazić swoje zdanie na temat zaburzeń rozwoju syna, objaśniając mi, że ona nie widzi żadnej choroby ze spektrum autyzmu. (Na co jeszcze nie zdecydowała się cała grupa specjalistów!) To jeszcze na dodatek dała mi tysiąc dobrych rad. Poczynając od oceny naszego układu, a kończąc na stwierdzeniu, że mój syn mną rządzi i wchodzi mi na głowę. Na deser uraczyła mnie radą, abym skorzystała z pomocy psychologa (ja!), który wyprowadzi mnie z obecnego układu i pozwoli mi wejść w taką rolę, bym mogła postawić synowi jasne granice. Bo oczywiście MUSZĘ coś z tym zrobić. Jej zdaniem, on robi co chce, a ja pozwalam sobą dyrygować. Zabrakło tylko słowa: terroryzm, a miałabym cały wachlarz miłych komentarzy. 


Zabrałam leki, swoje zabawki, dziecko i wyszłam. I nie wiem czy tam wrócę... 

Kto daje ludziom prawo do oceniania działań innych? Kto albo co pozwala im na takie komentarze? Minęły dwa lata i znowu spotykam kogoś, kto próbuje mi zrobić wodę z mózgu, postawić po stronie ofiary i przerobić mojego syna na małego terrorystę, który zabiera mi czas, moje własne JA, życie i zdrowie psychiczne. 

Otóż ja mówię temu NIE! Nie życzę sobie takich nauk. Nie proszę o nie i nie mam ochoty ich słuchać. Jeśli kiedyś naprawdę dziecko wejdzie mi na głowę, zawołam Super Nianię. Na pewno nie będę prosić o pomoc znajomych, innych forumowiczów, lekarzy pediatrów czy internistów, nawet tych od cudownych granulek. 

A o diagnozę poproszę tych, którzy się na tym znają: psychiatrów, psychologów doświadczonych w tej materii i olinofrenopedagogów. Amen. 

Ps. 
Tak, jestem zła. Oto objaw mojego JA.

3 komentarze:

  1. Trzymam kciuki z całego serca. Wiesz zresztą, jakiem mam podejście do AP :))))) I wierzę, że zrobiłaś i robisz wszystko, a nawet więcej niż jest w Twojej mocy. SZACUN.Maruda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie na czasie jesteś, teraz już nie ma Super Niani :D A poważnie - olew, olew, olew. Jednym uchem wpada, drugim wypada, bo inaczej człowiek wariuje. A całe życie znajduje się ktoś, kto wie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Staram się. Już panią dr przetrawiłam wstępnie. Włączyłam olewator i nie myślę.
    Robię swoje.

    :*

    OdpowiedzUsuń